Stoper

Nawet zło musiała mieć poukładane, aby utrzymać własny świat w ryzach rytmu i harmonii, ale tym razem rozsypały się podstawy. Ci dwaj, których miało nie być, leżeli martwi tuż za jej plecami; jeden z dziurą w czole, drugi z poderżniętym gardłem. Szyfr dostarczony przez Centralę nie zadziałał, a po lewej stronie tańczyły nieraportowane przez Departament Analiz lasery.

– Jeżeli to kret, to jestem pogrzebana – myślała, siedząc po turecku. – Jeśli to błąd, to mam jakieś szanse.

Firma nie myliła się nigdy, dlatego ostatnia myśl miała charakter wątłej nadziei. Odruchowo policzyła źródła tańczących promieni. Siedemnaście.

– Zapamiętaj i spal, tu, przy mnie w popielniczce – przypomniała sobie rozmowę z agentem z Analiz. Kiwnęła głową.

– A to w nawiasie? – zapytała wtedy.

Spojrzał jej w oczy z uśmiechem.

– Ok, wiem, ilość liczb w kodzie, ale po co?

– Na wszelki wypadek.

Wzruszyła ramionami, jeszcze raz spojrzała na świstek papieru, zamknęła oczy, odtworzyła liczby, po czym położyła karteluszek na dnie popielniczki, wzięła z rąk agenta pudełko zapałek, wyciągnęła jedną, szurnęła łebkiem o draskę i po chwili notatka zamieniła się w popiół.

– A teraz zjedz to, co zostało.

Wykonała polecenie bez szemrania.

– Siedemnaście liczb w kodzie, siedemnaście laserów – szepnęła bezgłośnie, przypomniawszy sobie tamtą rozmowę. – Siedemnaście liczb w kodzie, siedemnaście laserów – powtórzyła w myśli. - Od którego zacząć? – Wytrenowany chłód nerwów nie dopuszczał żadnych skoków emocji, żadnej radości z odkrycia. – Pierwsza w notatce widniała czternastka, ale które źródło uznać za pierwsze?

Przyglądała się badawczo na wystające soczewki ze ściany.

– Nie wiemy, jak rozłożone są liczby na panelu, ale pierwsza prawdopodobnie znajduje się w lewym dolnym rogu – przypomniała sobie dalszy ciąg rozmowy w Wydziale Analiz. – Następne zawsze po przeciwnej stronie.

– Nadmiarowa informacja, nie jestem przecież ślepa – odparła wtedy chłodno.

– Tak tylko mówię – przypomniała sobie ironiczny uśmiech agenta.

– Pieprzyć panel. To ściema – warknęła teraz sama do siebie.

Spojrzała w górę. Po tym, gdy zabiła niespodziewanych strażników i przekroczyła linię progu usłyszała krótki, intensywny pisk. Idąc wzrokiem za dźwiękiem zauważyła cyfrowy wyświetlacz wysoko na ścianie. Coś szybko przeliczył, ustawił się na dziewięćdziesiąt i teraz co minutę zmniejszał wartość. Nie marzyła, aby się przekonać, co się stanie, gdy dojdzie do zera.

– Jesteście słabe czy silne? – Skierowała pytanie do czerwonych promieni zupełnie jakby były nie wiązką skondensowanego światła, ale jej kumplami.

Zaryzykowała. Włożyła dłoń uzbrojoną w rękawiczkę, przerywając pierwszy promień w lewym dolnym rogu. Moc okazała się niegroźna. Potem kolejny i kolejny, aż przerwała w analitycznym porządku wszystkie siedemnaście. Czekała. Wyświetlacz na ścianie nie przerwał odliczania. Czterdzieści pięć. Czas upływał. Nic się nie działo.

Wyprostowała się. Weszła w przestrzeń, którą wcześniej chroniły lasery. Za plecami usłyszała lekki szum. Odwróciła się. Ściana z elektronicznym panelem, najprawdopodobniej atrapą, rozsunęła się, tworząc wąskie przejście. Spojrzała w górę. Czas upływał. Czterdzieści trzy. Od momentu, kiedy tam wejdzie będzie zdana na własny zegarek. Przekroczyła próg i nagle otuliło ją intymne światło oświetlające biurko, miękką przyjemną wykładzinę oraz ciągnące się w nieskończoność rzędy półek. Na każdej stały równo ułożone segregatory w tym samym kolorze. Zrozumiała. To, co tam jest nigdy nie pojawi się w sieci, nigdy nie zawita w Internecie.

Podeszła do biurka. Blat świecił wbudowanym monitorem. Logiczną całość uzupełniała również wbudowana klawiatura. Na ekranie wyświetlały się tylko dwie osie układu współrzędnych. Kłapnęła w wirtualną spację. Układ współrzędnych zamienił się w znak dwukropka. Wpisała hasło, którego szukała.

„U stóp Faraona leżą 33 kamienie. Podaj bok:”

Spojrzała na zegarek. Trzydzieści trzy minuty do momentu, gdy cyfry tam, na zewnątrz zjadą do zera. Wpatrywała się w komunikat, który okazał się zbyt trudną zagadką.

– Piramida? – zapytała siebie w myśli po kilku minutach. – Piramida w układzie współrzędnych?

Czas upływał. Żadnych pomysłów, żadnych skojarzeń.

– Dwadzieścia siedem. Nie zdążę. Czas się wycofać.

Wstała od biurka i zrozumiała, że jest uwięziona. Ściana, wcześniej rozdzielona, znowu tworzyła jednolitą konstrukcję, tyle że po drugiej stronie. Wróciła do biurka, usiadła.

„U stóp Faraona leżą 33 kamienie. Podaj bok:”

– Myśl kobieto – skarciła sama siebie.

Ponumerowała w myśli proste układu, do trzech na osi x i do trzech na osi y.

– Jeżeli bok trzy, to pięć na osi x – mruknęła. – Jeżeli podstawa trzydzieści trzy to bok podstawa plus jeden i to wszystko przez dwa. Wklepała siedemnaście i wtedy stały się trzy rzeczy. Na ekranie rozbłysnął zbudowany z cyfr równoboczny trójkąt, półki zaczęły tańczyć, a ściana pokazała wyjście. Tyle, że w zupełnie innym miejscu. Patrzyła zafascynowana, jak tajemniczy mechanizm zamienia segregatory miejscami jakby gdzieś w tle działała niewidzialna ręka.

– Czas – szepnęła, po czym aparatem wbudowanym w rękaw kombinezonu zrobiła zdjęcie ekranu.

Po kilku chwilach, zdecydowanie zbyt długich, półki zakończyły taniec. Na tej najbliżej biurka zapaliły się lampki, jedna pod każdym segregatorem. Szybko przeliczyła. Sześćdziesiąt cztery.

– Jeżeli czegoś jest za dużo, a macie dostęp do całości, to wtedy bierzcie początek i koniec – przypomniała sobie słowa profesora od strategii gromadzenia materiałów.

Idąc w stronę półki zerknęła na zegarek. Osiemnaście. Wyciągnęła rękę, aby wyjąć pierwszy podświetlony tom od lewej, ale zamiast chwycić segregator pogroziła sama sobie palcem. Ujęła segregator i przez chwilę przytrzymała. Dopiero po wyczuwalnym, ale lekkim drgnieniu ostrożnie wysunęła materiał. Znała ten mechanizm nie tylko ze szkoleń; w identyczny został wyposażony bagażnik w jej prywatnym samochodzie. Mocne szarpnięcie blokowało zamek na pięć minut.

Lampka pod pustym miejscem zamieniła się w trzydziestkę. Pół godziny na studia, potem coś tam się stanie. I tak nie miała tyle czasu. Spojrzała na zegarek. Dwadzieścia minut. Przerzuciła kilka początkowych kartek. Pierwsza to sygnatura miesiąca i roku, druga, trzecia i czwarta to w precyzyjnych punktach ogólny zarys projektu, przedostatnia i ostatnia zawierały podsumowanie oczekiwanych wyników.

– Tyle zdążę – mruknęła.

Wiedziała już, że segregatory ustawiono w porządku od prawej do lewej. W sygnaturze zakończenia projektu widniał wpis daty: 19.03.2031. Zrobiła zdjęcia sześciu kartek, po czym ostrożnie odłożyła segregator na miejsce. Poczuła, jak wewnętrzny mechanizm wyłuskuje z jej dłoni materiał i precyzyjnie wbudowuje w lukę. Sięgnęła po skrajny, podświetlony tom z prawej. Otworzyła i na chwilę zamarła.

– To niemożliwe – szepnęła. – A jednak – wyćwiczony chłód nerwów nakazał bezemocjonalne szybkie działanie.

Zrobiła zdjęcia. W sygnaturze rozpoczęcia projektu wpisano datę: 19.03.1965.

Po raz kolejny zerknęła na zegarek. Dziewięć minut.

– Dobra jestem – pochwaliła sama siebie, kierując się w stronę wyjścia. – Może jednak nie za bardzo – dodała po chwili.

Dopiero teraz przypomniała sobie delikatny szum, który usłyszała po wyciągnięciu pierwszego segregatora. Ściana ponownie zamknęła wyjście. Po raz kolejny stawała się więźniem.

Usiadła przed biurkiem. Piramida na ekranie już dawno się rozsypała. Kombinacją liter z trzech różnych alfabetów przełączyła aparat w tryb podglądu. Intensywnie wpatrywała się w trójkąt świecący cyframi na zdjęciu ekranu. Zegarek. Cztery minuty. Nic. Żadnych pomysłów. Trzy, dwie minuty.

– Już po mnie? – zapytała siebie głośno i spokojnie. – Zemsta Faraona, czy co? Co ja mu zrobiłam? – uśmiechnęła się w duchu.

– Bok trójkąta! Segregatory od prawej do lewej. Siedemnaście cyfr na boku trójkąta. Znaleźć siedemnaście lampek. Od której liczyć? Od lewej. Skąd wiem? Nie wiem.

Biegnąc, naciskała lampki według porządku wyznaczonego przez lewy bok piramidy. Gasły kolejno. Trzy sekundy, gdy nacisnęła ostatnią. Ściana otworzyła wyjście, jednak nawet dla mistrzowskiego sprintu zbyt odległe. Skoczyła, odbiła się stopami od biurka i potrójnym saltem wyprzedziła szum zamykającego się sezamu.

Biegła teraz wąskim lekko oświetlonym korytarzem. Żaden labirynt, prosta droga kończąca się ścianą. Stanęła. Czekała. Nie istniały możliwości poza powrotem. Nagle poczuła delikatne szarpnięcie. Płyta, na której stała, ruszyła w górę. Po kilku minutach winda zatrzymała się przed półkolistym otworem. Wyszła pospiesznie. Zbyt pospiesznie. Najpierw zarejestrowała skierowaną w siebie lufę, a potem właściciela śmiercionośnej armaty. Naprzeciw stał potężnie zbudowany ksiądz.

– Witaj. Czekałem na ciebie cór…

– Za długie kazanie - mruknęła, wyjmując bagnet ze świątobliwego oka.

Znała doskonale architekturę i prawdziwe przeznaczenie budynku, który pod pozorem bożego przybytku był doskonałym, odpornym na jądrowy atak europejskim rządowym schronem. Wiedziała, że Święci szybko posprzątają bałagan, prawdopodobnie już zaczęli porządki. Ten etap podróży zaczęła w podwodnej części filaru Mostu Świętokrzyskiego, a zakończyła w Świątyni Opatrzności.

Szybko, chyłkiem przemknęła ulicami, podniosła miecz, wypięła pierś i zastygła. Remont Syrenki Warszawskiej i Nadwiślańskiego Żeliwnego Krasnala został zakończony.

Średnia ocena: 4.8  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (8)

  • anat 4 dni temu
    Ciekawie się zaczyna. Może bez potrójnego salta i komiksu, wyjdzie zgrabny thriller.
  • Twierdzisz, że to nie jest zakończone opko?
  • anat 4 dni temu
    yanko wojownik 997 Uważam, (nie twierdzę), że nawet w s-f całość opowiadania musi mieć sens "nie być przerywanym snem".
  • Trochu fantastyka i gra komputerowa.
    Nie nuży, czyta się dobrze, ale jakby na początku jakby wyrwane z większej całości - cyklu.
    Ksiądz zaskakuje (i ciąg dalszy), dużo ostatnio czerni na portalu - czarty po prostu - czyli prawie jak ksiądz. Od "Świątyni Opatrzności" poczułem lęk, grozę - coś... Może jednak treść odnosi się do czegoś konkretniejszego, czego yanko nie zgłębiał, a może zakończenie jest dosłowne?
  • Na końcu zrozumiałem początek - mocne.
  • Nachszon 3 dni temu
    Ładnie wyczułeś genezę tekstu. Nie jest to gra komputerowa, ale rzeczywiście pod spodem jest kod, który gdy pisałem, krystalizowała się jednocześnie wizja. Ta właśnie wizja. A potem została podkręcona przez wyobraźnię podczas jednego z pobytów nad Wisłą. Piramida to nic innego jak trójkąt równoramienny wpisany w tablicę dwuwymiarową. Pisałem moduł w Lua do jednej z gier funkcjonujących na rynku, bardziej dla odpoczynku i zabawy, ale zawsze to frajda. Prototyp udostępniłem na rextesterze, całości nie mogłem bo kod został zamknięty licencją. W wersji prototypowej po każdym uruchomieniu buduje się piramida zbudowana z liczb losowych i podawane są dane techniczne budowli np: Side:31, Ground:61, Stones:961.0 (Teraz właśnie zauważyłem, że zostawiłem float przy stones niepotrzebnie, powinien być int).
    W wersji komercyjnej z piramidą dzieją się inne dziwne rzeczy :).
    Kiedy obmyślałem projekt zauważyłem, że liczby losowe stanowiące kamienie budowli muszą się mieścić w przedziale 0-9, inaczej piramida się rozsypie, rozjedzie. Najmniejsza generowana liczba długości boku to oczywiście 2, ale ze względu na estetykę wybrałem 8. Potem wystarczyło przeliczyć wzajemne zależności. Oczywiście w grze piramida jest tłumaczona na nieco inny wypasiony obrazek; chodziło o algorytm. Potem poproszono mnie o przeniesienie kodu na C++ i tu był mały zgrzyt. Do tej samej tablicy w Lua można wrzucić różne typy, ale w C++ już nie. A tutaj puste miejsca wyznaczane są przez spację (jako char), natomiast kamienie realizowane są przez typ int. W C++ nie można mieszać typów w tej samej tablicy. Ale po chwili stwierdziłem, że załatwię to tym samym mechanizmem ale... z pominięciem tablicy. Troszkę trudniej było zarządzać później taką reprezentacją danych, ale dało radę. Tablice są wygodniejsze niż zestawy pól.
    Tak, koniec może nie tyle tłumaczy początek, co akcentuje. Kod w wersji prototypowej jest prościutki:

    https://rextester.com/discussion/VZBD33932/The-Pyramid-in-the-two-dimensional-array-made-of-random-stones-Lua

    Pod spodem jest baton "run" - uruchamianie ma sens na kompie, na telefonie jest duża szansa, że się rozjedzie, jeżeli akurat trafisz w długi bok. Ślicznie dziękuję.
  • Trzy Cztery 3 dni temu
    Jeżeli czegoś jest za dużo, a macie dostęp do całości, to wtedy bierzcie początek i koniec

    - uśmiechnęłam się czytając tę "naukę profesora". Można ją wykorzystać także przy czytaniu książki albo oglądaniu filmu. Jednak dużo się traci. Ale, "coś tam", także i zyskuje.

    Twoją opowiastkę przeczytałam w całości.

    Zakończenie, wyjaśniające, kim jest bohaterka, też sprawiło mi przyjemność. Możliwe, że jest to opowieść trochę zw. z polityką, ale ja podeszłam do tematu wybiórczo - zaciekawiło mnie i - jako pomysł - rozbawiło głębokie wniknięcie w coś, co jest niby nie do przeniknięcia, czyli w kamień, marmur, odlew z brązu, żeliwo.

    Dlaczego pomnik nie miałby mieć swojego tajemnego życia? A jeśli takowe posiada - jak wyglądałyby jego przygody?

    Kilkanaście lat temu Wrocław ogłosił konkurs na opowieść o przygodach wrocławskich krasnali. Czytałam o tym konkursie. Spodobał mi się pomysł. poczytałam też o tych wrocławskich krasnalach. Można nawet kupić mapę miasta, na której zaznaczone są miejsca ich "stałego pobytu". I poznać krasnale imiona.

    A może Twój Nadwiślański Żeliwny Krasnal, to właśnie ten wrocławski, który "odwiedza" inne polskie miasta? I przez rok był w Warszawie? Czytałam kiedyś o tym.

    Fajna opowieść o... życiu wewnętrznym.

    Nawiązując do myśli profesora - początek i koniec, to nie wszystko. Jest jeszcze środek, czyli - wnętrze.
  • Trzy Cztery 3 dni temu
    Czytając zaznaczyłam przy okazji zdania, którym mógłbyś się jeszcze raz przyjrzeć:

    1. Przyglądała się badawczo na wystające soczewki ze ściany.

    - przyglądała się soczewkom albo spoglądała na soczewki, jednak nie "przyglądała się na soczewki", a też, gdyby spoglądała, to:

    - może lepiej: "na wystające ze ściany soczewki"? (Szyk).Teraz brzmi, jakby soczewki zrobione były ze ściany.

    2. Włożyła dłoń uzbrojoną w rękawiczkę, przerywając pierwszy promień w lewym dolnym rogu.

    - w co włożyła dłoń? Brak info. Możesz zapisać krócej. Np.:
    Dłonią uzbrojoną w rękawiczkę przerwała...

    3. Biegła teraz wąskim lekko oświetlonym korytarzem.

    - tutaj tylko przecinek przed lekko.

    4. – Za długie kazanie - mruknęła, wyjmując bagnet ze świątobliwego oka.
    Ja bym zamieniła "świątobliwe oko" na "oko świątobliwego". Teraz też niby wiadomo, o co chodzi, ale nie jest to jednoznaczne. Można pomyśleć, że bohaterka ma jedno oko świątobliwe, a drugie nie, i w to pierwsze miała... wbity bagnet. No, może przesadzam:) Jednak zmieniłabym kolejność słów.

    Może któraś uwaga Ci się przyda.

    Jest jeszcze sprawa wyświetlacza i wymiaru upływającego czasu. Moim zdaniem czterdzieści pięć minut na przerwanie promieni lasera i oczekiwanie na reakcję, to za dużo. Chociaż - trudno powiedzieć, czy na pewno. Mnie jednak to zastanowiło:

    ... ustawił się na dziewięćdziesiąt i teraz co minutę zmniejszał wartość.

    ... przerwała w analitycznym porządku wszystkie siedemnaście. Czekała. Wyświetlacz na ścianie nie przerwał odliczania. Czterdzieści pięć...

    90-45=45, czyli że akcja przerywania promieni trwała bardzo długo. Dlaczego?

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania