Szczęście w nieszczęściu część 2

Szarpanie się z uszkodzonymi przez małżonkę drzwiami samochodu, rozgrzało mnie niczym Martena przed spustem surówki. Pomimo tego, że pot lał się strumieniem, siła była niewystarczająca, tylko nie byłem w stanie wykrzesać z siebie większej. Ochroniarz nie chciał pomóc, jedynie dybał, bym uszkodził szlaban. Wkurzony na niego przepchnąłem auto dalej i na środku parkingu walczyłem z upartymi drzwiami. Prawdopodobnie do wyjścia żony z pracy nie udałoby mi się, lecz spora grupa wychodząca z nocnej zmiany, przyszła mi z pomocą. Przejęli, ode mnie rozwiązanie siłowe i nie tylko skutecznie zamknęli drzwi, jeszcze przesunęli auto przynajmniej dwa metry w bok.

Przy okazji, coś musieli uszkodzić w silniku, ponieważ gdy wsiadłem do samochodu i próbowałem uruchomić, słychać było tarcie i nie chciał zaskoczyć. Wcześniej przed ich pomocą odpalał od pierwszego kopa. Sytuacja wyprowadziła mnie z równowagi i niepotrzebnie się z tego powodu zdenerwowałem. Zbyt nachalnie i z uporem maniaka kręciłem rozrusznikiem. Ostudzenie emocji przyszło dość szybko, bo już po czwartym razie. Gdy po raz piąty przekręciłem kluczyk, kontrolki zgasły, co było oznaką wyładowania akumulatora. Jedynym wyjściem z takiej sytuacji było odpalenie na pych, lecz ochroniarz i tym razem nie chciał pomóc.

Samochód uruchomiłem, dopiero gdy pracownicy administracji zaczęli się zjeżdżać. Widząc mój nocny strój, bali się podejść bliżej i gdy ja zbliżałem się do nich, w popłochu uciekali. Dopiero na miejscu wydzielonym udało mi się nawiązać nić porozumienia z gościem, który przyjechał wypasioną furą i na moje dzień dobry, odpowiedział serią pytań. Pierwszym było czy jestem chory, drugim czy jestem pracownikiem i szykował się do kolejnych, więc go uprzedziłem i opowiedziałem całą historię, ze wszystkimi detalami. Muszę się przyznać, że moje opowiadanie zainteresowało go i mi nie przerywał, a pod koniec nawet się uśmiechną. Kiedy wysiadł z samochodu w wyjątkowo dobrym nastroju, zaproponował.

- Chętnie popchnę pana pojazd.

- Sam nie da pan rady, silnik jest już zimny – odpowiedziałem na jego propozycję.

- Proszę, zająć miejsce za kierownicą i pozwolić mi działać.

Chłop zaskoczył mnie tą wypowiedzią, ponieważ nie wyglądał na mocarnego, lecz na zwykłą ciepłą kluchę. Kiedy usiadłem i wrzuciłem jedyny bieg, jaki byłem w stanie, moje auto nagle żwawo ruszyło do przodu. Przez jakieś pięćset metrów nie chciało odpalić, a mimo to szybko się przemieszczałem. W pewnym momencie żal mi się zrobiło faceta i chciałem mu powiedzieć, żeby już dał spokój, tylko w lusterkach niczego nie widziałem, tak bardzo były przez liczne postacie zasłonięte. Gdy silnik zaskoczył, powinienem zatrzymać się i podziękować, lecz bałem się, że zgaśnie. Dlatego przyciskałem pedał mocno do podłogi, z tego powodu silnik wył niemiłosiernie. Pomimo wykręcenia obrotów, szybko nie jechałem, ponieważ drugi bieg ma swoje ograniczenia. Szczęśliwie pokonałem dwadzieścia kilometrów i gdy prawie byłem pewny, że dojadę do domu, przy pierwszych zabudowaniach mijanej wioski, natknąłem się na patrol drogówki. Tysiące samochodów przejechały tą drogą przede mną i jeszcze pojadą, lecz oni uparli się i mnie zatrzymali. Kiedy stanąłem na poboczu, pierwsze co mnie spotkało to nakaz.

- Proszę wyłączyć silnik.

- Jeżeli go zgaszę, to go nie uruchomię – powiedziałem prawie błagalnie.

- Nie dyskutować – odpowiedział i nie słuchał, jak prosiłem go o możliwość dojechania do domu, ponieważ odwożąc żonę do pracy, zostawiłem dwoje dzieci bez opieki.

Moja czara goryczy zaczęła powoli się napełniać z chwilą, polecenia wylegitymowania się i opuszczenia pojazdu z obawy, że się oddalę. Auto od początku nie miało dobrego ogrzewania, lecz przynajmniej chroniło częściowo przed zimnym wiatrem. Kiedy indziej zaprosiliby mnie do ciepłego wnętrza radiowozu i tam prowadzilibyśmy dyskusję. Tylko w dobie pandemii zasady współżycia społecznego uległy wypaczeniom i ubrany w strój nocny stałem jak ostatnia sierota. Komiczność sytuacji, moja galanteria albo zwykła ludzka ciekawość kogo i za co legitymują. Wywarło na kierowcach przejeżdżających samochodów wrażenie, ponieważ nagle, masowo i gwałtownie zaczęli zwalniać. Część manewrów była na tyle niebezpieczna, że logicznie należało się zastanowić, kiedy ktoś komuś na tył najedzie. Policjanci byli odporni na takie manewry i niezrażeni procedur przestrzegali.

- Dokumenty zostawiłem w domu – odpowiedziałem i tym faktem nie czułem się skrępowany. Jeszcze nie tak dawno trząsłbym portkami ze strachu, lecz teraz nic ze sobą nie muszę wozić. Zaczęło się od dowodu osobistego i ubezpieczenia, a od niedawna rozszerzono przepis o dowód osobisty i prawo jazdy, ponieważ wszystkie potrzebne informacje zostały umieszczone w Centralnej Ewidencji Pojazdów. Wyedukowany na dziennikach telewizyjnych wiedziałem, że organy kontroli ruchu drogowego mają dostęp do Rejestru Dowodów Osobistych i umieszczonych tam zdjęć.

Policjant popatrzył na mnie jakoś dziwnie i już wtedy miałem przeczucie, że szykuje mi jakieś świństwo. Prawie natychmiast moje przypuszczenia się potwierdziły.

- Proszę podać imię, nazwisko, adres oraz pesel w takiej kolejności.

Z trzema pierwszymi pozycjami nie miałem problemu, lecz numeru pesel nie pamiętałem, ponieważ od bardzo dawna go nie używałem, a zawsze korzystałem z dowodu. Trudno mi było zrozumieć, dlaczego się dziwił, więc przewrotnie zapytałem.

- A pan pamięta datę swojego ślubu?

Musiałem trafić w czuły punkt. Funkcjonariusz zrobił taką mimikę twarzy, jakbym go kopnął w określone miejsce i w taki sposób dość szybko nagrabiłem sobie. Nawiązująca się między nami nić porozumienia, zniknęła, jakby jej w ogóle nie było. Prawdopodobnej już od samego początku nie mogłem liczyć na taryfę ulgową, a po takim wystąpieniu miałem to zagwarantowane.

- Proszę poczekać w pojeździe – wydał polecenie i tym mnie zaskoczył.

Następnie poszedł do radiowozu, w którym uruchomiony silnik nagrzewał wnętrze i dostarczał prąd dla elektroniki, potrzebnej do ustalenia tożsamości. Wydawało mi się, że proces weryfikacji moich danych przebiegnie sprawnie i najwyżej po kilku minutach zacznę się martwić, w jaki sposób uda mi się uruchomić mój samochód. Czas uciekał, ja się niecierpliwiłem, a mundurowi w swoim pojeździe byli mocno zirytowani. Zdarzyłem solidnie zmarznąć, do czasu pojawienia się z dwóch stron funkcjonariuszy.

- Nastąpiła awaria na łączach i nie jesteśmy w stanie ustalić pana danych osobowych. Ponadto podejrzewamy, że podszywa się pan pod kogoś innego. Dlatego zabezpieczy pan samochód i pojedzie z nami – usłyszałem od stojącego po mojej lewej stronie.

Zanim wsiadłem do radiowozu, sprawdzili dokładnie mój samochód. Niczego wewnątrz i bagażniku nie znaleźli, lecz po oględzinach komory silnika dostałem zakaz dalszej jazdy. Tym się nie przejąłem, ponieważ nie przypuszczałem, że uda mi się go uruchomić. Martwiłem się o pozostawione dzieci bez opieki i ponowiłem prośbę o odwiedzenie mojego domu, gdzie zostały dokumenty. Procedury nie przewidywały, odwożenia do mieszkania tylko na komisariat. Nieopatrznie znalazłem się między paragrafami za kradzież tożsamości a współczuciem. Widocznie pod uniformem byli ludzie i potraktowali mnie życzliwie. Poświęcili kilkanaście minut ze swojego cennego czasu i dostarczyli do domu. Zaledwie po kilku minutach na podstawie dokumentów moje personalia zostały potwierdzone, sporządzili notatkę służbową i powiadomili mnie o możliwości wezwania na przesłuchanie w charakterze świadka.

Niespodzianki w tym dniu na tym się nie skończyły i dalsza ich część była po powrocie żony z pracy, która już w progu mnie zaskoczyła.

- Nigdy, nie zgadniesz, co mnie dzisiaj spotkało?

Miałem odpowiedzieć, pytaniem na pytanie – nawet sobie nie wyobrażasz, co mnie – mojej historii nie można było streścić w dwóch słowa. Zasługiwała na dłuższą opowieść ze szczegółami, ponieważ była nietuzinkowa. Zanim, cokolwiek z siebie wydobyłem, już kontynuowała.

- Dyrektor mnie wezwał do siebie, co nigdy się nie zdarzyło, osobiście zaproponował mi umowę o pracę na czas stały i to z jaką stawką. Udało się! – powtarzała głośno przynajmniej kilka razy.

Dopiero później powiedziała, że dyrektor mówił, jak bardzo ceni pracowników, którym zależy na pracy. Przedświąteczne sprzątanie, zakupy, wyprawa po choinkę na drugą stronę miasta, szykowanie wigilii, uniemożliwiała porozmawianie bez emocji o naszym samochodzie. W drugi dzień świąt żona wspomniała o wyprawie do lasu. Mieliśmy wykorzystać słoneczny, ciepły dzień, pospacerować i rzucić kilka kilogramów. Niestety nasz wyjazd z braku czterech kółek, nie mógł dojść do skutku. Dopiero wtedy opowiedziałem, co wydarzyło się przed świętami i jak zamierzałem odzyskać pieniądze za sprzedanie nam kupy złomu, jako sprawnego samochodu.

- Powiedział, że nie odda za samochód, a to złodziej – krzyczała zdenerwowana, a mi przykro się zrobiło. Kolejny raz zostałem oszukany, przez indywiduum, które czując się bezkarne, okradają innych.

Wizytę na komisariacie miałem wyznaczoną w sylwestra z rana. Przypuszczałem, że wezwanie związane jest z realizacją planu rocznego, ponieważ sprawa jest nieskomplikowana i zakończenie jej wpłynie pozytywnie na statystyki, co przedłoży się na premie i awanse. Zaraz za drzwiami wejściowymi natknąłem się na portiera, któremu musiałem odpowiedzieć na pytanie o cel wizyty. Chwilę zastanawiałem się, jak odpowiedzieć, nic nie przychodziło mi do głowy oprócz auta. Postanowiłem mówić, o tym, co mi najbardziej od kilku dni doskwierało.

- Prawdopodobnie zostałem wezwany w sprawie samochodu, który rozpad się na drodze.

Przypadkiem albo i nie moje słowa słyszał, odprowadzany do wyjścia właściciel komisu, w którym kupowałem auto. Zaraz jak za nim zamknęła się krata, o dziwo poznał mnie, podszedł i cicho powiedział.

- Odkupię od pana ten samochód.

- Za ile?

- Tyle samo, co widnieje na fakturze – odpowiedział.

Kwota była zaniżona i w momencie sprzedaży wmówił mi, że to dla dobra mnie, żeby nie płacić podatku od wzbogacenia.

- Nie, dziesięć tysięcy płaciłem za samochód, doszło ubezpieczenie, przegląd i przerejestrowanie.

Najprawdopodobniej spierałby się ze mną, lecz dyżurny policjant poinformował mnie, żebym wszedł. Wtedy usłyszałem – czternaście – zgoda odpowiedziałem i przekroczyłem zakratowane drzwi.

Strasznie długo trwa przesłuchanie, ponieważ wezwany mówi, policjant pisze, później jeszcze czyta i się podpisuje. Jemu i mi się spieszyło, więc zapoznał mnie pospiesznie z informacją, w jaki sposób ktoś przejął moje dane. Moim ogniwem okazał się urząd skarbowy, z którego stażysta skopiował dane i w półświatku sprzedał. Miałem szczęście, że moje zatrzymanie przez patrol drogówki, odbyło się zaledwie kwadrans później niż osobę podającą się za mnie. Gdyby nie to płaciłbym za niego, jak wiele innych osób w dobie powszechnej cyfryzacji.

Wychodząc, natknąłem się na właściciela komisu, który z uzgodnioną kwotą czekał na mnie. Samochód odkupił i prawdopodobnie po szybkim remoncie zostanie wystawiony do ponownej sprzedaży. Czułem ulgę, tym razem mi się upiekło, a sylwester okazał się dla mnie wyjątkowo udany, pozbyłem się złomu, odzyskałem pieniądze i to bez mojego udziału.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Kavita 2 miesiące temu
    Będzie kontynuacja? To moja pierwsza myśl ;) bardzo podoba mi się opowiadanie. Jest ciut przewrotne i niezwykle prawdziwe, opowiada o prawdziwym życiu, dzięki czemu możemy się z tym utożsamić :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania