Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

To nie jest kurwa piknik, czyli... cz. 1 ?

(Miejsce akcji pokój 428 w jednym z urzędów państwowych. Godz. 7 rano)

 

Arek: Cześć wszystkim, którzy jak ja muszą znosić trudy dnia powszechnego, i nosić chomąto, które nam narzucono.

Jacek: O, cześć Ci bracie w cierpieniu. Ale co się tyczy chomąta, to narzuciłeś je sobie sam.

Arek: A czy ja kurwa miałem kiedykolwiek, jakikolwiek wybór?

Jacek: Mogłeś, a nawet wciąż możesz wyłamać się z tego systemu i żyć po swojemu.

Arek: Dobrze wiesz, że to są mrzonki i bajania nawiedzonych zmieniaczy świata. Jeżeli tylko raz, powtarzam jeden raz, system złapie Cię w swoje szpony, to jesteś skończony. Masz rację, że mogę się z niego wypisać. Biorę sznur i po sprawie. Ale, ja tak nie chcę. Póki co, wystarczy mi sama świadomość, że mogę. Ludziom wydaje się, że maja nieograniczoną możliwość wyboru swojej drogi życiowej, a prawda jest tak, że są tylko dwie opcje. Pierwsza to kończysz z tym wszystkim, czyli zwijasz interes i po sprawie. Druga, godzisz się na ten cały syf i brniesz dalej, i dalej, aż nastąpi to, co nastąpić musi, czyli śmierć.

Jacek: Śmierć, czyli dla jednych koniec, a dla drugich początek.

Arek: Dokładnie. To jest jedyna z wielkich tajemnic której, póki co, nie udało się nam rozwiązać. Ci wszyscy którzy twierdzili, że wiedzą, jak ją pokonać, przez nią właśnie zostali złamani.

Jacek: No, cóż jest takie stare bokserskie zdanie, każdy jest mądry, aż dostanie lanie. Ci wszyscy cudotwórcy, pseudonaukowcy, uzdrowiciele duszy i ciała, to wielka ściema dla naiwnych. Popcorn w gębach bezmózgich przeżuwaczy, którzy z namaszczeniem i bezgranicznym uwielbieniem wpatrują się w nowych bożków…celebrytów.

Arek: I to właśnie ta masa, jest esencją systemu, który nas wszystkich wchłania. Wychodząc rano z domu do pracy, zawsze spluwam dwa razy, a później wyobrażam sobie, że zatykam nos i skaczę do studzienki kanalizacyjnej wypełnionej fekaliami. Po prostu życie.

Jacek: A ja, myślałem, że patrzysz na życie przez kolorowe okulary.

Arek: Kolorowe okulary, to ja zostawiam w domu, dla mojej rodziny. Wolę widzieć życie takim jakie ono jest. Dlatego, nie muszę stosować znieczulaczy, bo i tak wiem, że to nic nie zmieni. Gówno to gówno, a nie jakby chcieli tego ekolodzy nawóz przyszłości, dzięki któremu na szczątkach zepsutego świata wyrosną kwiaty miłości, równości i braterstwa.

Jacek: Czyli krótko mówiąc, czasy się zmieniają, a ludzie wciąż tacy sami. Wciąż wierzą w lepsze jutro, choć historia uczy nas, że jutro niczym nie różni się od wczoraj.

Arek: A dlaczego? Ponieważ system wszystkich trzyma za mordę. Potrafi on przepotwarzać się w różne formy, ma niesamowitą zdolność ewulowania. Raz jest tzw. demokracją, a raz komunizmem czy faszyzmem. Wcześniej był monarchią absolutną, potem rewolucją, i tak w kółko. Za każdym razem przybiera rzekomo nową postać. Łudzi masy nadzieją na lepsze jutro, wgryza się w ich umysły i bezwzględnie eksploatując ich do granic możliwości. Aż, pewnego dnia okazuje się, że system, który miał się stać źródłem spełnionych nadziei, okazał się, jak zwykle, źródłem goryczy i rozczarowań. I co się wtedy dzieje?

Jacek: System przetwarza się w inną pożądaną przez ludzi formę.

Arek: Dokładnie. Ale zauważ jedno, z jaką łatwością, on skutecznie kusi. Jak łatwo my sami, pchamy się w jego pazerne szpony.

Jacek: To prawda kusi, że hej! Niczym Ewa Adama.

Arek: Niestety asortyment do kuszenia, to system ma nieograniczony. Wystarczy tylko, że będzie skutecznie podsycał ludzie żądze. Kariera, seks, władza, pieniądze i ma masy w swoich szponach. Do tego połechta ludzką próżność i wykorzysta bezinteresowną zawiść …i recepta na sukces gotowa. Otumaniony wizją sukcesu człowieczek, pędzi przed siebie, niczym stado antylop, próbujących przeprawić się przez rzekę pełną krokodyli. Trup ścielę się gęsto, krew leje się strumieniami. Właśnie gdzieś tam padł nasz przyjaciel. Pieprzyć go, ważne, że my biegniemy dalej. Umiera ktoś z naszej rodziny. Jebać to, takie są koleje ludzkiego losu. My wciąż biegniemy dalej i tylko to się liczy. W końcu i my padamy, i co się wtedy dzieje? Myślisz, że świat wstrzyma oddech, bo nas tu i teraz zabraknie? Otóż nic się nie dzieje. Stado biegnie dalej i naprawdę mamy mega farta, jeżeli przebiegnie obok nas, a nie po nas.

Jacek: To straszne, co mówisz.

Arek: Taka jest prawda, ale wiesz co jest w tym wszystkim najgorsze?

Jacek: Bezsens naszego biegu?

Arek: To też, ale najgorsza w tym wszystkim jest przenikająca każdy centymetr naszego ciała samotność. Samotność, która towarzyszy nam od chwili naszych narodzin, aż do naszej śmierci. Niby jesteśmy częścią czegoś wielkiego, przecież biegniemy w stadzie, w niewiarygodnym ścisku i wszechobecnym smrodzie, a jednak wciąż jesteśmy sami. Łudzimy się, że mamy przyjaciół, rodziny. Ale czy na pewno?

Jacek: Dlatego ja nie założyłem rodziny, bo i po co?

Arek: A ja założyłem i dlatego stałem się częścią tego sytemu, właśnie dla nich, a wbrew sobie. Niestety zwykle schemat jest ten sam. Kończysz studia, próbujesz robić karierę. W tzw. międzyczasie zakładasz rodzinę, dla której i tak nie masz czasu, i co najgorsze bierzesz kredyt…dobrze jak tylko jeden. Stajesz się niewolnikiem systemu. A, co gorsza lądujesz w byle jakim urzędzie czy korporacji z marną pensją i brakiem jakichkolwiek perspektyw na jutro. Walczysz, szarpiesz się wciąż próbujesz, ale są to tylko podrygi małej rybki, która w nadziei na to, że będzie przemierzać bezkresne przestrzenie oceanu, wyskoczyła ze swojego akwarium i dogorywa gdzieś na podłodze.

Jacek: To ciekawe, co mówisz, a zarazem bardzo niepokojące. Wyobraź sobie, że od kilku miesięcy męczy mnie taki sen. Otóż znajduję się w studzience kanalizacyjnej, wypełnionej fekaliami. Panuje w niej niewiarygodny smród i ścisk, bo oprócz mnie są też tam i inni, w tym i Ty. W nadziei na schwytanie haustu świeżego powietrza, próbujemy, coś jakby pływać od ściany do ściany, utrzymując się na górze tej masy. Co gorsza, świeże powietrze dociera do nas tylko jedną drogą …z góry. Co, ja więc robię? Otóż, próbuję z całych sił, wspiąć się po ścianie i za wszelką cenę dotrzeć do góry, tak by wydostać się z tej studzienki. Ale nic mi się nie udaję, bo ściany są za śliskie i zawsze, gdy troszeczkę uda mi się wznieść ponad masę, to czyjeś ręce, ich ręce ściągają mnie w dół, a potem pchają na dno. Walczę jak zranione zwierzę i po jakimś czasie znów jestem na górze mojej, naszej masy. Ciągle próbuję i znów to samo. Czuję się jak bohater mitu o Syzyfie. Każda próba kończy się porażką. W poczuciu desperacji, krzyczę więc do Boga, błagam by mi pomógł. I nic. Ale ja się nie podaję i wciąż przywołuje Boga, i proszę Go o pomoc. Ciągle nic. W tak zwanym międzyczasie, odpieram kolejne liczne ataki, próby zepchnięcia mnie na samo dno. Ale ja wciąż walczę, bo wiem, że nie mam nic do stracenia. Z uporem maniaka wzywam Boga. A tu ciągle to samo. Nagle masa jakby, jednym głosem, woła do mnie ,,Przestań Go wciąż przywoływać. Zrozum głupcze, że My nie potrzebujemy Boga, dlatego On tu nie zagląda”. ,,Ale, ja Go potrzebuję!” – krzyczę. ,,Żałosny człowieku!” – krzyczy masa-,, Czy Ty myślisz, że On potrzebuje takie nic, jak Ty? Uświadom sobie, że jesteś częścią nas i nic po za tym.” ,, A gówno prawda” -krzyczę - ,,Ja to ja! A wy to odchody szarej rzeczywistości, pogodzone z własnym losem, których jedynym sensem istnienia jest wchłoniecie, takich jak ja, czyli innych od Was samych, tej szarej bezbarwnej masy wszechobecnego śluzu żywiącego się nienawiścią i bólem innych”. I wtedy staje się cud. Ktoś rzuca mi drabinkę, po której tylko ja się mogę wspiąć. Więc się szybko wspinam i docieram do szczytu. A masa szaleje, bulgocze i rzuca się od ściany do ściany świadoma swej bezsilności.

Arek: I to już jest koniec?

Jacek: Nie. Tam na szczycie wszystko wygląda inaczej. Zacznijmy od tego, że powietrze jest świeże, a nad nami rozprzestrzenia się bezkresne błękitne niebo. Bajka. Niestety, powierzchnia na dole, nazwijmy ją Ziemią, pokryta jest tylko otworami, wlotami do kolejnych studzienek kanalizacyjnych. Jak tylko okiem sięgnąć same studzienki.

Arek: Sytuacja bez wyjścia.

Jacek: I ja tak w pierwszym monecie pomyślałem. Ale z drugiej strony byłem szczęśliwy, z tego, że się wydostałem z mojej studzienki i że teraz stałem się wolnym człowiekiem. Chodziłem tak w tą i z powrotem, spoglądając raz na niebo, a raz w głąb kolejnych studzienek. I tak mijały mi lata. Mimo pozornej wolności, czułem się coraz bardziej samotny i smutny. Gdy już obszedłem dość spore połacie ,,Ziemi” wróciłem nad moją starą studzienkę, spojrzałem w jej głąb i wiesz, co zrobiłem?

Arek: Domyślam się. Skoczyłeś do niej z powrotem?

Jacek: Tak

Arek: Czyli system znów wygrał i tak jest za każdym razem. Wciągnął Cię znów do siebie, dając wcześniej, przez chwilę ułudę wolności, której tak naprawdę nigdy nie miałeś.

Jacek: No, na to wychodzi, że tak. My tu gadu, gadu, a tu trzeba iść kawę zaparzyć.

Arek: Dokładne. Czy wiesz czym są urzędnicy bez kawy?

Jacek: Zamieniam się w słuch.

Arek: Jak to powiedział Janusz do Grażyny - ,,Są jak wakacje nad polskim morzem tyle, że bez parawanu”.

Jacek: Czyli są do dupy. Spójrz, twój telefon dzwoni.

Arek: A rzeczywiście. A którą mamy teraz godzinę?

Jacek: 7.59

Arek: A od której godziny obsługujemy interesantów?

Jacek: Jak to od której? Od godz. 8. A tak na poważnie, to jak każdy szanujący się urzędnik, interesantów przyjmujemy od momentu, w którym spożyjemy pierwszą kawę, oraz, co równie ważne, przejrzymy wiadomości w Internecie.

Arek: Odpowiedź godna zahartowanego w bojach urzędnika. Brawo!

Jacek: To nie odbierzesz tego telefonu?

Arek: A czy ja wyglądam na frustrata łamane przez pracoholik? Nie będę łamał naszych niepisanych praw! Zresztą pewnie dobija się do nas, jakiś statysta, który myśli, że jak przedzwoni do nas przed czasem, to znajdzie się dureń, który odbierze ten jakże niepożądany telefon.

Jacek: A kim jest statysta?

Arek: Jak to nie wiesz?

Jacek: Nie.

Arek: Nasz świat składa się z reżyserów, to są Ci, co mogą wszystko. Następni w kolejce są bohaterowie, grający główne role w sztuce reżyserowanej przez tych pierwszych. A na końcu łańcucha pokarmowego znajdują się statyści, czyli niewolnicy systemu. Więc niech szanowny statysta nie zawraca nam, naszej drogiej urzędowej dupy. Podsumowując. Chuj z nim! Niech dzwoni. Kawa ważniejsza. Idziemy.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (7)

  • indri dwa lata temu
    No super. Fajnie to ująłeś. Niby marudzą a są dokładnie tacy sami jak inni.
  • Artur131313 dwa lata temu
    Dziękuję. To wszystko przypomina mi chocholi taniec ;-)
  • indri dwa lata temu
    Artur131313 bo to tak chyba wygląda. Nie chyba ale na pewno.
  • Joanna Gebler dwa lata temu
    Bardzo fajny tekst, a zarazem przerażający, bo ukazuje rzeczywistość z której na co dzień nie zdajemy sobie sprawy :/
  • Artur131313 dwa lata temu
    Dziękuję. Dopiero się rozkręca . Pozdrawiam bardzo serdecznie Artur
  • Joanna Gebler dwa lata temu
    Artur131313 W takim razie czekam na dalsze części :)
  • Artur131313 dwa lata temu
    Joanna Gebler Ok. Czasami coś napiszę ( zawsze na żywioł) , nigdy nie planuję. Pozdrawiam bardzo serdecznie i

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania