Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
UKRYTY WŚRÓD RUCHU II: OBOJĘTNOŚĆ. (leśne opowiadanie o przerażaczu/mystery)
UKRYTY WŚRÓD RUCHU II: OBOJĘTNOŚĆ.
(opowiadanie o leśnym przerażaczu)
(opowiadanie mystery)
Podobno: Pasja Życiowa, jest połową radości życia... Całkiem możliwe, jednak... wystarczy zdawać sobie z niego sprawę, aby móc to docenić... Możliwe, że otacza Cię zewsząd, a zwyczajnie... nie chcesz go zauważać: ze strachu... przed samym sobą.
Całkiem do niedawna, zaledwie słuchiwałem o Leszym: Duszy Lasu, sprawującym nad nim pieczę. Nie zauważyłem, właściwie: kiedy, jego obecność: stała się dla mnie nie tyle zaskakującą, jak zwyczajnie... oczywistą. A jedyną niewiadomą, stanowiło... kiedy, dane będzie mi owej zaznać... Przemierzając leśne szlaki, najpierw uczyłem się podchodzić do napotkanych zwierzaków, z tą różnicą, że obecnie... dostrzegałem ich zdecydowanie więcej. Niegdyś: czasami zdarzało mi się, dosłownie: wpaść, na niknącego w leśnej ścianie... łosia. Zawsze kończyło się to gromkim uderzeniem po kilku susach, rozłożystym porożem w drzewo, mającym na celu odstraszenie intruza. Jak z czasem przywykłem: pnie, a także gęstwina, powodują, że sam wzrok, można odesłać na urlop... a samo przestępowanie środkiem ciężkości ciężaru ciała, jest słyszalne jako hałas, nie mniej porównywalny z wystrzałem myśliwskiego sztucera, jak on sam. Droga " na skróty ", przestała dlatego mieć dla mnie znaczenie, ustępując każdej zalegającej na drodze wzmocnionych podeszw moich buciorów gałązce, miana zwyczajnej miny przeciwpiechotnej. Nie słuchaj wiatru. Wiedz, z której strony niesie twój zapach, a wszystko, co napotkasz na drodze, podczas każdej zmiany jego kierunku, obchodząc na kłąb wzrok twojego futrzastego przyjaciela: traktuj jako pozbawiające życia, każdym dotknięciem. Inaczej: jesteś zauważonym, zanim futrzak wyczuje twój zapach. Nie musi cię widzieć, a każdy powiew zza twoich pleców, jasno alarmuje go o twojej obecności w zasięgu wzroku, dlatego: zaczyna być czujny, nawet postrzegając cię jako nieruchomy element ukształtowania terenu. Nie mniej jednak: w jaki, kuźwa, sposób: można obejść sarnę w promieniu kilkudziesięciu metrów, napotykając niewzruszone przeszkadzaniem: niekoniecznie przysłowiowe: " kłody pod nogami " rzucane nie inaczej, jak biblijną opatrznością, a ponadto: stąpając po dywanie suchych gałązek, zawsze mając na celu, aby wiatr czuć od strony zwierzaka na twarzy, a nie na plecach?.. uczyłem się zaledwie do momentu, aż znudziło mnie klepanie saren w zad, stojąc za ich fikuśnym ogonkiem. Jakkolwiek to zabrzmi, z biegiem lat... jakby " przestały przedemną uciekać ". Szukając kolejnego obiektu naukowego, postanowiłem zająć się... łosiami. Nie, nie... spokojnie. Książkowa wiedza, okazała się jakby " opowiadaną w blasku ogniska ", ponieważ: każdy z nich, miał identyczną przypadłość: na widok człowieka, chylił łeb z olbrzymim porożem, a podnosząc go, zamierał w bezruchu. Tak, tak.. taki chuj, ponieważ: udając brak chęci walki, trwając nieruchomo, którymkolwiek z tylnych kopyt, zaczynał wyorywać w ściółce bruzdę, po czym... z zupełnego bezruchu, niespodziewanie: rzucał się porożem do przodu, olbrzymią energią galopu, uderzając nim w najbliższy pień, aż impet odrzucał jego ciało w tył, po czym... lądował z gracją kozicy: odchodząc pospiesznie w przeciwnym kierunku. Oczywiście. Celem przyjacielskiego poklepania, postanowiłem z tego powodu, uraczyć czystej krwi klacz arabską: jeżeli tylko takową spotkam, przy czym... jako naturalna broń: nieświadomy czegokolwiek łoś, idealnie nadawał się na wyrzutnie przeciwpancerną: zmiatającą wroga na drodze jego zwierzęcego galopu. Zauważ:.. " ile o tym się mówi ", podczas dozgonnego uchlewania się ogniskowymi browarami... prawda?.. Co więcej: najgorsze... okazały się, kuźwa: lisy. Przepięknie rudzone odcieniami patynującej w suszy miedzi, za cholerę odmawiały współpracy, zupełnie, jakby w lisiej telewizji upubliczniono mój portret pamięciowy, z wyznaczeniem miejsc, gdzie się im przyglądam: powiadamiając każdego z nich bratnim pogłaskaniem między uszkami, oznajmieniem: " on tam jest... o!: tam. ". Jeżeli uważasz lisy za zwyczajnie szczwane skurwiele, zapewniam: masz zupełną rację. Z tego powodu, zacząłem się im, zwyczajnie: przyglądać. Dlatego, z czystym sumieniem stwierdzam, iż zawsze znajdą sposób, aby dotrzeć do posiłku, gdzie zakradając się, nie tyle mają upierdolone w łebkach, aby zaciskać ząbki w miło białokremowych pyszczkach, na tętniących życiem szyjach posiłków, co, jak zauważyłem: czynią dlatego, aby pozbawiając ofiary oddechu: nie zwracać na siebie uwagi ich piskami, pośród ochryple agonicznego porzężania... zdziwiło mnie także, iż nie atakują czegokolwiek większego, od ich możliwości czmychnięcia z truchłem tegoż, bezwładnie pozbawionego życia, zwisając z ich szczęk. Wiem, to głupie, jednak... do tej pory, nie miałem o tym pojęcia... jak natomiast zauważyłem: przeciętnie wyżarty, ćwiczony życiem leśnym, rudowłosy kolega: nie atakuje czegokolwiek większego, co wydaje mu się przekraczać połowę masy jego własnego, miło puszystego ciała... ponadto: z większymi truchłami biegnie o połowę wolniej, przy czym: nie przestaje być zasadniczo zwinny. Cóż... ja osobiście: nie stroniłem od chwytania króliczych łapek w samozaciskające się dłonią lasu pętle, wykonane z konopnego sznura: " zapraszając na kolację " jedynie bez wątpienia zdrowe egzemplarze... przy czym: wyobrażając sobie uduszenie podczas zaciskania zębów na szyi czterdziestokilgramowego uszaka, przyduszając go ramionami i ciężarem ciała do gleby, pośród szamotaniny w walce o życie... napełniło mój umysł, nie ukrywam: przenajszczerszą fascynacją... której nie byłem w stanie się wyzbyć, zestawiając ów fakt w mojej świadomości, wraz z krzaczym wtopieniem się w otoczenie, będącym mi na tyle bliskim, iż nawet zasypiając... nie chciałem się tego wyzbyć...
Możliwe, iż minęło zaledwie kilka kolejnych lat, przeobrażających chłoszczącą ugiętymi gałązkami leszczyny twarz, bratnią duszy codzienność: najpierw w salę treningową, kolejno: zmyślnie utożsamioną z poligonem. Nie uważałem się za miastrza, nauczyciela... zwyczajnie, żyjąc w zgodzie z całym tym czterołapiem, uczestnicząc w jego doczesności, jako bliski krewny: podchodziłem na tyle blisko kilkudziesięciokilogramowego, drewnianego bala, ustawionego stabilnie pomiędzy drzewami, aby znajdując oparcie dla stóp, odgarniając spod podeszwy bruzdę w leśnej ściółce, usiłowałem w biegu chwycić ową kłodę w ramiona, przenieść jak najdalej, tylko po to, aby zatrzymując się, łupnąć ją bezwiednie, gdzie popadnie, nie bacząc, czy uderzy w pień, albo zalegający w ściółce brymbulec, po czym: odbiegałem od niej, znikając pod obserwacją: na widoku mojej własnej świadomości, stając się przydrzewnym krzewem, ścianą zarośli, lub wolnorosnącym oddechem mojego życia. Węch, jako ludzki: zupełnie mnie zawodził, dlatego postanowiłem zawsze zwracać się w stronę, skąd dobiegał najlżejszy hałas, nabywając to wyróżnianiem go w każdym z obecnych, wytężając wówczas skupienie, co skutkowało dostrzeganiem czegokolwiek wokół, już bardzo długo przed tym, zanim pojawiło się w zasięgu wzroku, przyłażąc z jego źródła. Nie ustępując przeklętym lisom, zacząłem śledzić króliki, oczekując na ich przemierzanie tylko sobie znanych ścieżek, aby bez wnyków, sięgać dłonią ich przesłodko futrzastych gardeł, skoro już raczyły się do mnie pofatygować... uznając, iż cokolwiek im nie zagraża. Chociaż nie było to jakoś arcybrutalne, przypadło mi do gustu, ponieważ mogłem pokazać tym rudym skurwielom, że nie tylko oni jedzą to, co sami sobie wybiorą, świadomie pozwalając odejść wszystkiemu, co nie spełnia ich oczekiwań. I możesz uznać to za zwyczajnie popierdolone, jednak: zawsze im to wypominałem, gotując rosół z królika, na palenisku podziemnego ogniska. Uzmysłowiłem sobie także jedną, bolesną prawdę... mianowicie: im dalej szedłem zbaczając ze szlaku, tym więcej odczuwałem, iż żyję:.. wyzbywając się turystycznego jazgotu, wieczornych bójek uprzednio uchlewających się wspólnie grup przyjaciół, podpalania myśliwskich ambon, srania do śródleśnych źródeł, celem realizacji zakładu o " pokazanie spódniczki przez koleżankę ", często ściągającą ją pod osłoną nocy i snu przed kolejnymi z przyjaciół, zaśmiecania, usiłowania odsyłań kopnięciami wabionych na żer sów, wrzucania płonących polan do wnętrza zajęczych siedzib... i całej reszty tego rozbestwionego zezwierzęcenia, które, wraz ze wzrostem temperatury, zdawało się własną liczebnością, zataczać coraz szersze kręgi, w głąb zielonego spokoju...
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania