Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Rachunek z Chorwacji (I)

I

Czy warto było?

To miały być piękne wakacje. Wspaniały hotel nad samym morzem, chorwackie słońce, bałkańskie specjały, upojny czas we dwoje. Miało tak być…

Przyznać muszę, że byłem dość zapracowanym człowiekiem. Od moich studiów minęło już kilka lat. Udało mi się znaleźć świetną pracę, która niestety niemal całkowicie pochłaniała mój czas. Nieustanne podróże i późne powroty z biura. Rodzice pomogli mi kupić samochód, a mieszkanie nabyłem bardzo korzystnie, choć niestety na kredyt. Ale cóż, kto dzisiaj nie ma kredytu? Powoli je umeblowałem i wyposażyłem w niezbędny sprzęt. Nie miałem jedynie czasu cieszyć się własnym kątem ani myśleć o kobiecie na stałe. Jaka praca, takie życie…

Żonę poznałem przez szczęśliwy przypadek, na imieninach wspólnej (jak się okazało) znajomej. Wcześniej nawet nie wiedzieliśmy o swoim istnieniu. Była czarującą brunetką, nieco młodszą ode mnie. Zaskoczyło mnie, że między nami od razu coś jakby zaiskrzyło. Prosto z przyjęcia poszliśmy na długi wiosenny spacer i tak to się zaczęło. Spacery były coraz częstsze i dłuższe, kiedy tylko czas mi na to pozwalał. Rozmawialiśmy o muzyce, o filmach, o kabarecie. Snuliśmy marzenia o egzotycznych wyprawach. Mieliśmy dość zbliżone gusta i podobne poczucie humoru. Faceci niejednokrotnie oglądali się za nami, kiedy szliśmy razem. Za nami? No nie, przecież to za nią się oglądali, a ja kroczyłem dumny jak paw.

Jola ukończyła studia pedagogiczne, ale nie była pewna, czy chce pracować w szkole. Zrobiła sobie rok przerwy i zatrudniła się w prywatnym przedszkolu. Niestety po dwóch latach przedszkole zamknięto, bo brakowało dzieci. Znów roczna przerwa i rozterka: co dalej? Okazało się, że w przyszłym roku w miejscowej podstawówce polonistka odchodzi na urlop macierzyński. Część godzin ma zostać rozdzielona między innych nauczycieli, ale wszystkich nie da się obsadzić. Zatem rozpoczęto poszukiwania na zewnątrz i natrafiono na Jolę. Zdecydowała się przyjąć ofertę, już się nie wzbraniała przed szkołą.

Moja nowa sympatia mieszkała dwadzieścia parę kilometrów ode mnie, w sąsiednim miasteczku. Z czasem poznałem jej rodzinę, przesympatycznych ludzi. Zapewne przypadłem im do gustu, bo przyjmowali mnie z radością. Znakomicie nam się rozmawiało. Młodszy brat, Benek, nadawał na tych samych falach co ja, bo rozumieliśmy się niemal bez słów. Nie odczuwałem z ich strony wyrachowania, że oto trafił się dobry kandydat, warto wydać Jolę za mąż. O tym mieliśmy zdecydować tylko we dwoje. I zdecydowaliśmy!

Ślub odbył się już we wrześniu, bez zbytniego rozmachu, a wesele w gronie najbliższych. W podróż poślubną do Chorwacji postanowiliśmy pojechać latem następnego roku. Udało się zarezerwować świetny hotel w pięknej okolicy. Nie było to tanie, ale na podróży poślubnej nie wypadało oszczędzać. Kupiliśmy kilka przewodników i szukaliśmy w internecie niedalekich atrakcji. Nigdy wcześniej nie byliśmy nad Adriatykiem, zresztą żadne z nas nie mogło się dotąd pochwalić zbyt wieloma wyjazdami.

Moi rodzice byli zachwyceni Jolą, a mama, kobieta bardzo dociekliwa, często wypytywała mnie o szczegóły naszego wspólnego życia. Nie potrafiłem niczego ukrywać, bo byłem naprawdę szczęśliwy.

Kolejne miesiące wypełniała nam radość z bycia razem. Choć nie mogłem poświęcić żonie tyle czasu, ile bym chciał, każdą wspólną chwilę staraliśmy się wcześniej zorganizować. Zwykle harmonogramy brały w łeb, bo gdy tylko mieliśmy siebie blisko, do czego miałyby być nam potrzebne jakieś plany? Mijały tygodnie, a moje szczęście dodawało mi sił do pracy i podróży. Nastało lato, wyczekiwany przez nas z utęsknieniem dwutygodniowy wyjazd był gotowy, wszystko starannie spakowane. Na lotnisko zawiózł nas Benek i pożegnał z uśmiechem, nie ukrywając zazdrości.

Na miejsce dotarliśmy wczesnym wieczorem, płacąc krocie lotniskowemu taksówkarzowi. Trudno, jak się powiedziało A, to warto powiedzieć B. Hotel faktycznie był znakomity, a przy tym niezbyt duży. Elegancko wykończony, z dbałością o każdy szczegół, z mnóstwem zieleni wokół. Położony nad niewielką zatoczką, z wąskim, podłużnym tarasem wychodzącym wprost na plażę. Po jej drugiej stronie stał ogromny kompleks hotelowy, a na jego wysokim piętrze, dokładnie naprzeciw nas, znajdowała się rozległa kawiarnia z częścią otwartą na zewnątrz. Bez wątpliwości było z niej widać w całej okazałości obiekt, w którym mieszkaliśmy. Dzielił nas w zakolu zatoki piękny park z wąskim, piaszczystym pasem plaży od strony wody. Rozlokowaliśmy się w sympatycznym apartamencie na drugim piętrze, obejmującym salon z balkonem oraz przytulną sypialnię z łazienką.

Pierwsze wrażenia były znakomite. Widok z balkonu, nie tylko na zatokę, ale też otwarte morze, lśniące w blasku zachodzącego słońca, wzbudził w nas radosne podniecenie. Cieszyliśmy się, że wybór miejsca na romantyczny wyjazd był ze wszech miar trafiony. We wspólnym, milczącym zachwycie była pełna zgoda, że to jest dokładnie to, na co czekaliśmy niemal cały rok.

Zaraz po rozpakowaniu bagaży postanowiliśmy pójść na kawę. Beztrosko zbiegliśmy schodami na parter, ignorując windę – trochę ruchu po podróży dobrze nam zrobiło. Przeszliśmy przez kawiarnię i zajęliśmy stolik przy zewnętrznej barierce tarasu, by napawać się widokiem morza. Zamówiliśmy podwójne espresso i jakiś firmowy napój z lodem. Oprócz nas na tarasie siedziało starsze małżeństwo zajęte rozgorączkowaną dyskusją. Dwa stoliki dalej rozparł się ostentacyjnie typek usiłujący uchodzić za playboya i światowca. Kiedy tylko usiedliśmy, zaczął natarczywie wpatrywać się w Jolę i od czasu do czasu posyłać jej szerokie uśmiechy. Widać było, że mojej żonie to nie przeszkadzało, może nawet zaczęło się podobać, bo starała się przyjaźnie odwzajemniać te gesty.

Goguś był dobrze zbudowany, z owłosioną klatą i kilkudniowym zarostem. Mógł mieć około czterdziestki. Ubrany tylko w drażniące kolorami kąpielówki, na nogach tanie, piankowe klapki, we włosach szpanerskie okulary przeciwsłoneczne. W uszach małe, złote kolczyki, które razem ze zdecydowanie zbyt grubym łańcuchem na szyi i niezliczonymi bransoletkami tworzyły osobliwy zestaw. Popijał kawę, a podnosząc filiżankę, odchylał mały palec, chcąc nieudolnie zachować pozory elegancji. Przed nim, niewątpliwie dla kamuflażu, leżała złożona gazeta, do której raczej nie zamierzał zajrzeć – co innego stanowiło sferę jego zainteresowań. A mogło być też tak, że rozumienie czytanych tekstów przekraczało jego możliwości. Ogólnie sprawiał fatalne, kiczowate wrażenie podmiejskiego alfonsa. Mimo to przypuszczałem, że niektórym kobietom musiał się podobać. Być może wcale ich nie brakowało. Byłem zupełnie pewny, że moja żona ma znacznie lepszy gust. Dlaczego więc w ogóle zwracała uwagę na kogoś takiego? Śmiałem się w duchu z jego zabiegów: Nie rób sobie żadnych nadziei, naiwny człowieczku!.

Następnego dnia po śniadaniu, gdy Jola poszła na kawę, wróciłem do pokoju, by popracować na laptopie. Nie chciałem, żeby urlop spowodował zaległości, których później nie będę w stanie nadrobić. Minęła godzina, a ona nie wracała. Wyszedłem na balkon, roztaczał się z niego widok na całą, nieosłoniętą markizami część tarasu. Ku mojemu zaskoczeniu i nieodpartej irytacji, przy stoliku siedziała Jola w towarzystwie tego infantylnego macho. Żywo gestykulując, prowadzili radosną, raczej głośną rozmowę; dolatywały do moich uszu strzępy łamanego angielskiego. Trochę mnie zmroziło, ale pomyślałem: Niech się przekona, co to za facet. Niemożliwe, żeby mógł ją oczarować. Nie ktoś taki! Niebawem wróciła, a ja nie przyznałem się, że widziałem ich razem. Po południu czekała nas przecież ciekawa eskapada wynajętym w hotelu samochodem - to było najważniejsze. A wieczorem smakowite owoce morza, później miło spędzony czas w łóżku.

Kolejny poranek nie przyniósł zmiany. Ja przy laptopie, a szczebiocząca para przy kawie. Jeszcze to jakoś zniosłem, choć nie umknęło mi, że coraz lepiej się dogadywali, niemal jak starzy znajomi. Wielokrotnie słychać było śmiech i podniesione głosy. Czy chciałem, czy nie, zaczęło rosnąć we mnie rozdrażnienie: nie przyjechałem tu z żoną po to, aby adorowali ją jacyś koszmarni osobnicy. Musiałem jakoś odreagować, więc najlepszym wyjściem była następna wyprawa w teren i powtórka wczorajszych zabaw przed snem.

Czwarty dzień upłynął nam głównie na opalaniu się na pobliskiej plaży. Postanowiliśmy wykorzystać uroki słonecznej pogody, której mieliśmy dotychczas pod dostatkiem. Plażowy Casanova oczywiście też rozłożył koc, ale tak, aby nas dobrze widzieć. Nie starczyło mu odwagi, żeby podejść. Może zdecydowałby się, gdyby mnie nie było. Na moje towarzystwo nie miał ochoty i był niezmiernie rozczarowany, że przepadła mu kolejna okazja na sam na sam z Jolą.

Piątego poranka byłem czujny. Standardowo po śniadaniu usiadłem przy laptopie, a Jola została na tarasie. Minęło może pół godziny, gdy spojrzałem z balkonu. Moja żona z jarmarcznym amantem szczebiotali rozkosznie, patrząc sobie w oczy, a on delikatnie poklepywał jej dłoń leżącą na stoliku. Co to, to nie! Zbiegłem na dół i stanąłem naprzeciw małżonki. Udała zaskoczenie, jednak wcale się nie zmieszała.

- Pozwól, że ci przedstawię... – zaczęła, a koleś wyszczerzył zęby i spróbował wyciągnąć do mnie rękę.

Zignorowałem go całkowicie i przerwałem jej, nie ukrywając wściekłości:

- Powiesz mu delikatnie, żeby sobie poszedł, czy ja mam mu brutalnie oznajmić, żeby spierdalał?

Znieruchomiała, uśmiech natychmiast zgasł na jej twarzy. Goguś bez wątpienia pojął, o co chodzi, choć nie mógł rozumieć słów. Moje spojrzenie i ton głosu nie pozostawiały wątpliwości. Spuścił wzrok, wstał i w milczeniu oddalił się, żałośnie kłapiąc klapkami. Niby kozak, plażowy zdobywca, a nie wytrzymał ciśnienia.

- Jak możesz! – Jola chciała wybuchnąć, ale tylko pisnęła.

- Jak mogę? Czy ty nie widzisz, kto to jest? Że to bawidamek od siedmiu boleści, który poluje na naiwne kobiety i próbuje je zaciągnąć do łóżka? Tak trudno to zauważyć? Nie potrafisz się oprzeć jego jarmarcznemu urokowi? - wyrzuciłem to z siebie na jednym wdechu.

- Zwariowałeś? Za kogo ty mnie masz? - prawie wykrzyknęła z oburzeniem.

- Odpowiem ci krótko: mam cię za swoją żonę i nie zamierzam się z nikim dzielić. A jeśli taki układ ci nie pasuje, to powiedz mi wprost. Nie mogę się nadziwić, że flirtujesz z kimś takim, całkiem zapominając o mnie. Pozwalasz mu się dotykać? Na co jeszcze byłabyś gotowa mu pozwolić?

Milczała, zbierając myśli. Wreszcie się odezwała powoli, dobierając słowa:

- Wiem, kim jestem, i nic tego nie zmienia. A ty masz przerost fantazji! Do tego zachowujesz się jak cham, choć to do ciebie niepodobne.

- No to sobie wyjaśniliśmy: ja jestem chamem, a ty rozsądną, pełną dobrych manier kobietą – odparowałem.

- Jarek, miałam na myśli, że stajesz się napastliwy. Nie zamierzałam cię urazić, ale robisz dramat z niczego. Dajmy już spokój, wróćmy do pokoju.

Tak zrobiliśmy. Reszta dnia upłynęła nam w milczeniu. Nie odzywaliśmy się nawet przy kolacji. Nie mieliśmy już ochoty na nic, zwłaszcza na rozmowę. Sen miał przynieść ulgę i przywrócić spokój. Zasnąłem jednak pełen obaw: co może przynieść następny dzień?

Rano, po milczącym śniadaniu, rzuciłem pomysł, że pojadę do pobliskiego miasta i rozejrzę się za pamiątkami dla bliskich. Nie zdziwiłem się, że Jola woli zostać w hotelu – zwłaszcza po wczorajszej nieprzyjemnej rozmowie. Byłem niestety pewny, że gdy zniknę jej z oczu, wybierze się na kawę, by spotkać tam tego pajaca. Od samego początku nie podobała mi się ta niezrozumiała, rozwijająca się ryzykownie zażyłość między moją żoną a tandetnym Romeo. Czy nie była świadoma, do czego może to doprowadzić i postanowiła mimo to płynąć z nurtem wydarzeń? Wierzyłem w jej rozsądek, lecz z każdym dniem zachowywała się coraz mniej odpowiedzialnie. A nachalny ogier czuł przychylność Joli i nie zamierzał łatwo odpuścić. Widział, że ona przesiaduje samotnie i zapewne nie ma nic przeciwko czyjemuś towarzystwu. Rosło w nim przekonanie, że trafia mu się łatwa zdobycz i warto się o nią postarać. Dręczył mnie niepokój, a wyobraźnia podsuwała mi mroczne wizje. Wolałem więc mieć się na baczności. Gdyby ta znajomość miała przybrać kolejną groźną formę, chciałem tam być – i przerwać to raz na zawsze.

Zajechałem pod obiekt naprzeciwko i usiadłem w kawiarnianym ogródku. Zamówiłem przy bufecie colę i wybrałem ustronne miejsce, w cieniu wielkiej palmy stojącej w donicy. Wyciągnąłem lornetkę, którą zabraliśmy z domu do podziwiania widoków, lecz natychmiast dopadły mnie wątpliwości: co ja, do cholery, chcę zrobić? Podglądać z ukrycia własną żonę? Czy to nie jest początek jakiejś paranoi? Z drugiej strony – głupotą było zostawiać ją samą w kawiarni, narażoną na zaloty obcych facetów. Więc powinienem się teraz martwić, czy bez reszty zbzikowałem? Zacząłem mimo wszystko obserwować hotelowy taras.

Obawy sprawdziły się niestety zbyt szybko. Zobaczyłem, jak pożal-się-boże donżuan dosiada się do Joli, a ona wita go z rozpromienioną twarzą. Rozmawiali, wymieniając uśmiechy i patrząc sobie prosto w oczy. Ich dłonie momentami się stykały, nawet splatały, a co jakiś czas jego ręka znikała pod stołem, lądując na jej udzie. Nie protestowała, odpowiadała jedynie delikatnym rozbawieniem. Te gesty nabierały intensywności. Nie było w nich pośpiechu, żadnej natarczywości – po prostu obopólna akceptacja.

Sytuacja stawała się aż nazbyt jednoznaczna. Mój niepokój był już bliski wściekłości. Obraz w lornetce miałem tak ostry, że widziałem nawet zmarszczki wokół ich maślanych oczu. Zero złudzeń – to działo się naprawdę!

Minęło niespełna dwadzieścia minut i o dziwo gość wstał, po czym odszedł. Skierował się do bocznego wejścia. Po kolejnych kilku minutach moja żona ruszyła z powrotem do hotelu, przechodząc przez kawiarnię. Czy to po prostu koniec randki, czy chytra maskarada przed innymi gośćmi hotelowymi? Może nic złego się nie wydarzy, może tylko panikuję. Oby…

Przesunąłem wzrok wyżej, na nasz pokój, którego balkon miałem dokładnie na wprost. Niebawem przez szeroko otwarte, niczym nieprzesłonięte drzwi zobaczyłem w smudze światła Jolę. Stała w bezruchu, jakby na kogoś lub na coś czekała. Nie minęła minuta, gdy przy niej pojawił się ten sam goguś i pewnym ruchem ją objął. Zaczęli się całować. Patrzyłem, jak zdejmuje z niej bluzkę, pozbawia ją stanika i pochyla się, by całować jej piersi. Jola nie stawiała najmniejszego oporu, przylgnęła do niego bez cienia wahania. Dłońmi gładziła go po karku, wplatając palce w jego włosy. Płynnie, nie zmieniając pozycji, zsunęła z siebie szorty oraz majtki i po chwili lekko odepchnęła go od siebie, przejmując inicjatywę.

Siedziałem sztywny jak posąg, nie będąc w stanie wykonać najmniejszego ruchu. Krew dudniła mi w skroniach, jakby za moment miała rozsadzić mi mózg, w ustach poczułem obrzydliwy, gorzki smak, ale wzrok miałem przykuty do lornetki. Moja żona przykucnęła i powoli, centymetr po centymetrze, opuściła kochasiowi slipki. Kiedy przed jej oczami stanęło w całej okazałości jego przyrodzenie, ujęła je delikatnie palcami i bez pośpiechu przeszła do wyrafinowanych pieszczot. Ze zgrozą patrzyłem na jej bezgraniczne zaangażowanie i naprężony profil jego ciała. Odchylił się leniwie do tyłu i z satysfakcją splótł dłonie na karku – przyjmował te starania kobiety, niczym należną usługę. Wszystko robili tak naturalnie, jakby to nie był ich pierwszy wspólny raz.

Ale ci dobrze, sukinsynu, żebyś tak zawału dostał z rozkoszy! - przeleciało mi przez głowę. Facet w końcu oderwał Jolę od swojego krocza, wziął ją na ręce i żwawo ruszył w stronę sypialni. Zaczął się spieszyć - widocznie gra wstępna zaszła dla niego za daleko.

- No to mam was, gołąbeczki zasrane – warknąłem sam do siebie.

Wstałem, rzuciłem na stolik banknot i popędziłem do samochodu. Pięć, może sześć minut i byłem pod hotelem. Wbiegłem schodami na drugie piętro i cicho, z kartą w drżącej dłoni, otworzyłem drzwi pokoju. Starałem się poruszać bezszelestnie. Na środku salonu leżała porzucona przez nich bielizna, klapki, a z sypialni dochodziły odgłosy, których nie można było z niczym pomylić. Chwyciłem jego slipki. Ciekawe, jak dupek poradzi sobie bez gaci. Wyszedłem na balkon, zmiąłem je w ręku i cisnąłem przed siebie.Gdzie spadły? Nie wiem. Może na markizę nad tarasem, a może komuś na stolik. Jaka to dla mnie różnica?

Stanąłem w drzwiach sypialni, opierając się ciężko o futrynę. Erotyczny amok trwał w najlepsze. Pościel została bezceremonialnie zrzucona na podłogę, a sam środek wielkiego łóżka zajęła naga, kopulująca para. Bezczelny skurwiel energicznie poruszał biodrami, Jola mocno oplatała go smukłymi nogami, a na jego plecach zdążyła już zostawić czerwone ślady paznokci. On dyszał z podniecenia, oparłszy szerokie dłonie na jej piersiach; ona namiętnie pojękiwała z zamkniętymi oczami, rzucając energicznie głową z boku na bok. Ramiona rozpostarła szeroko, palcami wczepiała się w wymięte prześcieradło, pośladki miała podparte poduszką. Była w ich ruchach niesamowita ekspresja, coś niemal zwierzęcego. Spoceni, jakby sklejeni ze sobą, skupieni jedynie na własnej rozkoszy. Świat wokół nich przestał istnieć – a już na pewno nie zauważyli, że wszedłem do pokoju.

- Brawo, jak dobrze wam idzie! – krzyknąłem głośno i klasnąłem w ręce.

Para zastygła w bezruchu.

- Jaka cudowna, romantyczna scenka. Moje ogromne uznanie – dodałem złośliwie już nieco ciszej.

Jola gwałtownie otworzyła oczy i z całą bezwzględnością dotarło do niej, co się dzieje. Zaskoczenie natychmiast ustąpiło miejsca przerażeniu. Zebrała siły i zdecydowanie odepchnęła kochasia. Ten klęknął na łóżku z nastroszonym członkiem uzbrojonym w prezerwatywę. Fakt, nie najgorzej wyposażyła go natura, ale skąd, do diabła, wziął tę gumkę? Przygotował się? Był aż tak pewny swego? Jak widać – nie mylił się!

Wszedłem dalej.

- Przyznaję, całkiem interesujący widok – powiedziałem drwiąco do żony. - Cała jesteś w rumieńcach. Wyglądałabyś wręcz na spełnioną, gdybym nie zepsuł upojnej zabawy. Cóż za nietakt z mojej strony! Szkoda, że nie zdążyłem zrobić wam zdjęcia, mielibyśmy niezwykłą pamiątkę z wakacji do rodzinnego albumu.

Obróciła się plecami do mnie, kurczowo zaciskając drżące uda i objęła twarz dłońmi. Zapewne chciałaby się czymś przykryć, ale cała pościel leżała w nieładzie obok łóżka i musiała ze wstydem znosić swoją nagość. Myślę, że wolałaby nie słyszeć moich kolejnych szyderstw. Zdezorientowany typek, łypiąc na mnie z ukosa, wycofał się do salonu. Po minucie zajrzał i bez żenady zapytał o swoje slipki. Niesamowite!

- Powiedz fagasowi, że dostały skrzydeł i pofrunęły na dół. Niech ich szuka w kawiarni, może mu nikt jeszcze nie ukradł – roześmiałem się kwaśno.

Jola, nie odwracając się, przetłumaczyła cicho moje słowa i zamilkła. Facet rzucił mi wściekłe spojrzenie i już otwierał gębę, ale nie dałem mu szansy.

- Masz dwie możliwości – warknąłem po angielsku. – Albo wyjdziesz natychmiast, albo dzwonię do recepcji. Rozumiesz, dupku?

Niezbyt udanie zasłonił ręką kurczącą się męskość i wyszedł pospiesznie, trzaskając drzwiami.

- Śmiało, narób jeszcze więcej hałasu, będziesz miał zachwyconą widownię – krzyknąłem za nim, choć raczej nie mógł już tego usłyszeć.

W powietrzu nadal wisiała gęsta, lepka woń niedawnego seksu, mieszając się z chłodem, który mnie ogarnął. Powoli cedziłem słowa, nie siląc się na delikatność:

- Włóż coś na siebie, ćwiczenia cielesne na dziś zakończone, a twój amant uciekł bez gaci, z podkulonym ogonem. Zresztą to, co cię najmocniej w nim pociągało, zdążyło już zmarnieć. Ja jestem, jak widzisz, chamem, bo wam brutalnie przerwałem zupełnie niewinne igraszki, a ty pozostałaś porządną kobietą, moją wierną żoną. Odpocznij teraz spokojnie, musisz być bardzo zmęczona po takim wyczerpującym wysiłku. Kosztował cię przecież mnóstwo energii i emocji.

Chciała odpowiedzieć, ale jedynie zaniosła się płaczem. Szloch przechodził w spazmy, a ja miałem wrażenie, że przestaje mnie to obchodzić. Skąd nagle taka rozpacz? Bo ich nakryłem, czy dlatego, że nie udało się dokończyć miłosnych uniesień? Dlaczego wykazałem niezrozumiały spokój, choć miałem prawo nie panować nad nerwami? Co we mnie zaszło, że zachowałem zimną krew? Skąd taki cynizm, taka obojętność? Czy jestem całkowicie pozbawiony uczuć?

Odwróciłem się i wyszedłem bez słowa. Zjechałem windą do kawiarni - nogi niemal odmawiały mi posłuszeństwa. Zamówiłem piwo. Casanovy ani śladu. Nie znalazł slipek, a nie miał zapasowych? Jego problem. Dopiero teraz ogarnęła mnie wściekłość na żonę. Starałem się ją stłumić, wyobrażając sobie groteskową sytuację, jak kiczowaty Romeo przemyka goły i bosy po hotelu ze zwiotczałym siusiakiem. Główna atrakcja dnia dla reszty gości. Naraził się na wstyd? Był w ogóle zdolny do odczuwania wstydu? A może ewentualną kompromitacją niespecjalnie się przejmował? Jego dotychczasowy sposób bycia mógł na to wskazywać. Raczej sprawiał wrażenie bezczelnego i pozbawionego zasad osobnika.

Po drugim piwie, może po trzecim, niemal całkowicie wyciszony, wróciłem do apartamentu. Nie miałem siły na nic: ani na awanturowanie się, ani na rzeczową rozmowę. Reszta dnia była nijaka. Jola tkwiła w sypialni. Udawała, że czyta książkę, i co jakiś czas pochlipywała cicho, a ja siedziałem przed telewizorem i bezwolnie oglądałem, co popadło, aż późnym wieczorem usnąłem na kanapie. Ten fatalny dzień wreszcie się skończył.

Rano oznajmiłem krótko, że jadę do miasta, może uda mi się przebukować bilety na następny dzień, bo zamierzam jak najszybciej wrócić do domu. Na odchodnym nie oszczędzałem żony:

- Będę z powrotem za dwie, góra trzy godziny. Masz okazję zaprosić ponownie swojego kochasia i dokończyć to, w czym wam przeszkodziłem. Druga taka sposobność może ci się już nie trafić. I powiem ci wprost: mam to gdzieś.

Wciąż jeszcze pełen emocji dotarłem taksówką na lotnisko. Ku mojemu zaskoczeniu, sprawę z biletami udało się załatwić wyjątkowo szybko. Miałem dużo szczęścia - w końcu sam środek sezonu wakacyjnego i ruch spory, również w samolotach. Zamieniłem bilety i celowo wybrałem dla nas osobne miejsca. Wracając do pokoju, dzięki dziesięcioeurowemu banknotowi, uzyskałem od recepcjonisty sporo informacji o amancie. To Darko, brat właściciela obiektu. Mieszka w pokoju służbowym, a czas wypełnia mu bezczynne przesiadywanie w kawiarni. Ze wszystkiego korzysta bezpłatnie, za milczącą zgodą szefa. Wzorcowy pasożyt – pomyślałem z niesmakiem. Zresztą recepcjonista opisał go, nie potrafiąc ukryć niechęci, a jego skłonność do erotycznych podbojów skwitował wzruszeniem ramion i szerokim gestem dłoni. No to trafiliśmy, nie ma co!

Następnego dnia pożegnaliśmy hotel i kolejną taksówką, nie odzywając się do siebie, dotarliśmy do terminala odlotów. Jola zadzwoniła do brata, żeby o umówionej godzinie czekał na nas w Polsce. Podróż samolotem była udręką. Wreszcie z całą mocą dotarła do mnie potworność wydarzenia, które miało miejsce w sypialni. Natrętnie powracały pytania: dlaczego tak się stało? Gdzie tkwi błąd? Kto zawinił? Dam radę wyjaśnić to sobie z żoną? Za jakiś czas czy nigdy? Na pewno tego chcę?

Po przylocie powiedziałem Benkowi, że musi zabrać siostrę do rodzinnego domu, a ja wrócę ze znajomym do mieszkania. Zdziwił się, ale widząc, że nie żartuję, bez słowa zgodził się zrobić tak, jak prosiłem. Postanowiłem od teraz skupić się na pracy, zamiast rozdrapywać rany. Czekało mnie niestety nieprzyjemne zadanie - wizyta u teściów. Moja żona przecież wróciła do nich niespodziewanie, a przy tym sama, niech więc wszystko zostanie do końca wyjaśnione.

 

II

Czy wszystko jasne?

Nazajutrz nastało słoneczne przedpołudnie. Jednak słońce mnie tylko drażniło, przypominało o dopiero co zakończonym urlopie, który przyniósł katastrofę. A rozmowa z rodzicami Joli też raczej nie miała poprawić mi humoru.

Wszedłem na posesję, lekko popychając furtkę. W głębi podwórza zobaczyłem ojca Joli i jej brata - majstrowali przy motocyklu. Dostrzegli mnie i skinęli głowami. Benek uniósł dłoń w geście pozdrowienia. Pomachałem im i skierowałem się w stronę drzwi wejściowych do domu. Miałem nadzieję zastać teściową, która od wielu lat miała problemy z poruszaniem się. Chodziła co prawda o własnych siłach, pomagając sobie laską, ale nie wyprawiała się pieszo za bramę. Wolała unikać nie tylko ryzyka upadków, ale też ciekawskich spojrzeń sąsiadów.

Przywitała mnie w kuchni nieśmiałym uśmiechem, w którym była zarówno niepewność, jak i obawa, z czym przychodzę. Siedziała za stołem, trzymając w lekko drżącej ręce filiżankę z herbatą.

- Dzień dobry, mamo. Przyjechałem, bo muszę czymś się podzielić.

- Witaj, usiądź. Trochę się boję, co za wieści masz dla mnie. Wczoraj przyjechała Jola, cała zapłakana, nic nie mówi, nie je, zamyka się w pokoju i nikogo nie wpuszcza. Co się stało, Jarek? Co z wami jest?

- Nie wiem, czy mama jest gotowa na te wieści. Zdecydowanie lepiej dla Joli, że nie próbowała opowiadać mamie kłamstw lub półprawd.

- Śmiało, ty opowiedz mi wszystko, bo od Joli niczego nie mogę się dowiedzieć.

Złość, która we mnie tkwiła, teraz niemal eksplodowała. Darowałem sobie wstęp i rzuciłem bezceremonialnie:

- Czyli Jola nie pochwaliła się swoim trofeum? Tym niezwykłym sukcesem miłosnym?

- O czym ty mówisz? - Twarz teściowej przybrała wystraszony wyraz.

- Mówię o tym, jak moja żona zaliczyła w hotelu tandetnego donżuana. Niesamowita wręcz historia – dorzuciłem drwiąco. – Można by z tego zrobić instruktaż dla nieśmiałych panienek.

- Jarek, litości! Albo mówisz, co się stało, albo nie mów nic – widać było, że teściowa zaczyna tracić siły. – Czyli Jola cię zdradziła? Jesteś pewny? Mówisz tak, jakbyś przy tym był.

- W sumie można tak powiedzieć. Dopadłem ich w trakcie miłosnego uniesienia, chociaż już wcześniej czułem, że może do tego dojść. Niestety moje obawy się sprawdziły.

- Tak po prostu poszła z nim do łóżka?

- O nie, to nie był odruch, to było całe misterium. Poprzedziły to wstępne czułości. Żeby mama widziała, jak ona go pieściła, co mu pieściła…

- Daruj sobie szczegóły – przerwała mi teściowa słabym głosem. – Wolę ich nie słyszeć.

Głos jej się łamał, wychodził gdzieś z wnętrza, niemal z otchłani.

- Taki mam zamiar, mamo. Zawsze, kiedy mi się przypomni tamto zdarzenie, robi mi się niedobrze. Ciężko mi unieść to wspomnienie.

- Ale dlaczego? Potrafisz mi powiedzieć, dlaczego? - westchnęła głęboko teściowa.

- Nie potrafię. Myślę, że dałoby się zrozumieć pewien rodzaj zdrady, wynikającej z fascynacji czyjąś osobowością, poprzez dłuższe przebywanie z tym kimś i poznanie go… Czy ja wiem? Może jestem naiwny. Ale nie da się - ja nie potrafię - racjonalnie wyjaśnić absurdalnego, wręcz prymitywnego puszczenia się z pierwszym napotkanym, napalonym buhajem. Tak bezrefleksyjnie, bezmyślnie, kierując się zwykłą chucią. To mi się nie mieści w głowie.

- Mój Boże, to straszne! – Twarz teściowej przybrała kolor pergaminu. - Na kogo ja ją wychowałam? Powiedz mi, czy coś się między wami wcześniej psuło? Można było przewidywać jakieś problemy?

- Nie, no skądże! Gruchaliśmy zgodnie jak dwa gołąbki – roześmiałem się gorzko. - Spokój, idylla niemalże, miłość jak z obrazka. Wychodziłem z siebie, żeby miała wszystko, dobrze jej się żyło i była szczęśliwa. Ech… brakuje słów.

Zaczęło mi też brakować tchu, jakieś mroczki przelatywały mi przed oczami. Bałem się, że zaraz stracę świadomość.

- I to miała być ta wasza wymarzona podróż poślubna? - jęknęła mama Joli.

- Tak, wymarzona podróż poślubna... z niezbyt wymarzonym zakończeniem – przytaknąłem ponuro – wyjazd, który miał przynieść nam tak wiele radości.

Teściowa opuściła głowę, podparłszy ją splecionymi dłońmi. Widziałem, że chce coś powiedzieć, ale nie może wydobyć głosu. Jej dostojna twarz straciła jakikolwiek wyraz. To musiał być szok. Ukochana córeczka, oczko w głowie, a tu taka historia.

Do kuchni wszedł Benek. Spojrzał niepewnie:

- Mamo, coś się stało? O co chodzi z Jolką?

- Wyjdź, proszę wyjdź natychmiast! - resztką sił wydusiła teściowa.

Benek oniemiał. Stał bez ruchu, a my milczeliśmy, nie patrząc na niego. Następnie obrócił się i wyszedł, zamykając ostrożnie drzwi.

- Jarek, to co będzie teraz z waszym małżeństwem? - Mama żony postanowiła przejść do konkretów.

- Z naszego, jak to mama szumnie określiła, małżeństwa chyba po prostu już nic nie będzie. Tak się nie da żyć. Ja mam mnóstwo pracy, sporo wyjazdów. Mam przyzwoitkę zatrudnić czy założyć żonie pas cnoty? Zawsze poza domem mam się niepokoić, że przyjmuje kolejnego, przygodnego gacha?

- Czyli nie widzisz żadnych pozytywnych perspektyw?

Zastanowiłem się. Przez chwilę milczałem.

- Póki co musi być tak, jak jest teraz. To znaczy Jola u siebie, ja u siebie. Czy kiedykolwiek sytuacja wróci do normy? Śmiem wątpić. Szczerze mówiąc, zastanawiam się, czy tego chcę.

- Przecież się kochacie… kochaliście – teściowa próbowała załagodzić. – Nie da się puścić tego złego w niepamięć?

- Proszę, niech mama lepiej nie używa słowa „puścić” – wypaliłem bez zastanowienia.

Niepotrzebnie tak się odezwałem, zbyt okrutnie. To musiał być koniec rozmowy. Teściowa tkwiła w bezruchu, nie patrząc na mnie, a jedynie na blat stołu przed sobą. Na szczęście ochłonąłem.

- Mamo, bardzo mamę szanuję i jest mi niezmiernie przykro, że musiałem to opowiedzieć. Wolałem przekazać fakty, żeby nie było niedomówień... Ale na mnie już pora, przepraszam za moje zachowanie. Do widzenia.

Chciałem uciec z tego domu jak najszybciej. Nie odpowiedziała, wtuliła tylko twarz w dłonie. Wyszedłem na zewnątrz. Teść i Benek patrzyli na mnie sprzed komórki, stojąc niemal na baczność. Kiwnąłem niedbale ręką na pożegnanie. Teść próbował unieść dłoń, ale zrezygnował - nie był pewny, czy powinien. Z wyrazów ich twarzy wyczytałem, że liczyli na jakieś wieści. Nie chciałem jednak również im sprawiać bólu, więc nie zamierzałem niczego powtarzać. W sumie to zacna, sympatyczna rodzina, teraz z małym wyjątkiem. Jaki diabeł mnie tu przygnał? Co chciałem osiągnąć? Warto było skarżyć się, jak jakiś niedorostek?

Rozdrażniony wsiadłem do auta i odruchowo spojrzałem w stronę domu. Byłem pewny, że na piętrze, za firanką w oknie, zobaczyłem znikającą twarz Joli. Ścisnęło mnie w gardle, a przez całe ciało przebiegł przejmujący dreszcz.

Mój Boże, czy to możliwe, że ja ją nadal kocham? Dlaczego?

Ruszyłem przed siebie. Już po kilku kilometrach dopadła mnie gorzka refleksja: naprawdę chciała mnie jeszcze zobaczyć, czy sprawdzała tylko, czy wreszcie odjechałem?

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania