Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Wakacyjna przygoda z dalszym ciągiem (I)
I
To miały być piękne wakacje. Wspaniały hotel nad samym morzem, chorwackie słońce, bałkańskie specjały, upojne chwile we dwoje. Miały być…
Przyznać muszę, że byłem dość zapracowanym człowiekiem. Od moich studiów minęło już kilka lat. Udało mi się znaleźć świetną pracę, lecz niemal całkowicie wypełniającą mój czas. Do tego nieustanne podróże. Rodzice pomogli mi kupić samochód, a mieszkanie nabyłem bardzo korzystnie, choć niestety na kredyt. Ale cóż, kto dzisiaj nie ma kredytu? Powoli je umeblowałem, wyposażyłem w niezbędny sprzęt. Tylko nie miałem czasu się nim cieszyć ani myśleć o kobiecie na stałe. Jaka praca, takie życie…
Żonę poznałem przez szczęśliwy przypadek, na imieninach naszej wspólnej (jak się okazało) znajomej. Wcześniej nawet nie wiedzieliśmy o swoim istnieniu. Była czarującą brunetką, nieco młodszą ode mnie. Zaskoczyło mnie, że między nami od razu coś jakby zaiskrzyło. Prosto z przyjęcia poszliśmy na długi wiosenny spacer i tak to się zaczęło. Spacery były coraz częstsze i dłuższe, kiedy tylko czas mi na to pozwalał. Rozmawialiśmy o muzyce, o filmach, o kabarecie. Snuliśmy marzenia o egzotycznych wyprawach. Mieliśmy dość zbliżone gusta i podobne poczucie humoru. Faceci niejednokrotnie oglądali się za nami, kiedy szliśmy razem. Za nami? No nie, przecież to za nią się oglądali, a ja kroczyłem dumny jak paw.
Jola ukończyła studia pedagogiczne, ale nie była pewna, czy chce pracować w szkole. Zrobiła sobie rok przerwy i zatrudniła się w prywatnym przedszkolu. Niestety po dwóch latach przedszkole zamknięto, bo brakowało dzieci. Znów roczna przerwa i rozterka: co dalej? Okazało się, że w przyszłym roku w miejscowej podstawówce polonistka odchodzi na urlop macierzyński. Część godzin, ma zostać rozdzielona między innych nauczycieli, ale wszystkich nie da się wypełnić. Zatem rozpoczęto poszukiwania na zewnątrz i natrafiono na Jolę. Zdecydowała się przyjąć ofertę, już się nie wzbraniała przed szkołą.
Moja nowa sympatia mieszkała dwadzieścia parę kilometrów ode mnie, w sąsiednim miasteczku. Z czasem poznałem jej rodzinę, przesympatycznych ludzi. Chyba przypadłem im do gustu, bo przyjmowali mnie z radością. Znakomicie nam się rozmawiało. Młodszy brat, Benek, chyba nadawał na tych samych falach co ja, bo rozumieliśmy się niemal bez słów. Nie odczuwałem z ich strony wyrachowania, że oto trafił się dobry kandydat, warto wydać Jolę za mąż. O tym mieliśmy zdecydować tylko we dwoje. I zdecydowaliśmy!
Ślub odbył się już we wrześniu, bez zbytniego rozmachu, wesele w gronie najbliższych, a w podróż poślubną do Chorwacji postanowiliśmy pojechać latem następnego roku. Udało się zarezerwować świetny hotel, w pięknej okolicy. Nie było to tanie, ale na podróży poślubnej nie wypadało oszczędzać. Kupiliśmy kilka przewodników i szukaliśmy w internecie niedalekich atrakcji. Nigdy wcześniej nie byliśmy nad Adriatykiem, zresztą zbyt wieloma odbytymi wyjazdami nie mogliśmy się dotąd pochwalić.
Moi rodzice byli zachwyceni Jolą, a mama, kobieta bardzo dociekliwa, wciąż wypytywała mnie o szczegóły naszego wspólnego życia. Nie potrafiłem niczego ukrywać, bo byłem naprawdę szczęśliwy.
Kolejne miesiące wypełniała nam radość z bycia we dwoje we własnym gniazdku. Choć nie mogłem poświęcić żonie tyle czasu, ile bym chciał, każdą wspólną chwilę staraliśmy się wcześniej zaplanować, by wykorzystać ją od początku do końca. Zwykle jednak z planów niewiele wychodziło, bo gdy tylko mieliśmy siebie blisko, do czego miałyby być nam potrzebne jakieś plany? Mijały kolejne miesiące, a moje szczęście dodawało mi sił do pracy i podróży. Nastało lato, nasz wyjazd był gotowy, wszystko starannie spakowane. Na lotnisko zawiózł nas Benek i pożegnał z uśmiechem, nie ukrywając zazdrości.
Na miejsce dotarliśmy wczesnym wieczorem, płacąc krocie lotniskowemu taksówkarzowi. Trudno, jak się powiedziało A, to warto powiedzieć B. Nasz hotel faktycznie był znakomity, a przy tym niezbyt duży. Elegancko wykończony, z dbałością o każdy szczegół, z mnóstwem zieleni wokół. Położony nad niewielką zatoczką, z wąskim, podłużnym tarasem wychodzącym wprost na plażę. Zatoczka miała około dwustu-trzystu metrów szerokości. Po jej drugiej stronie stał ogromny kompleks hotelowy, a na jego wysokim piętrze, dokładnie naprzeciw nas, znajdowała się rozległa kawiarnia z częścią otwartą na zewnątrz. Z pewnością było z niej widać w całej okazałości obiekt, w którym mieszkaliśmy. Dzielił nas w zakolu zatoki piękny park z wąskim, piaszczystym pasem plaży od strony wody. Rozlokowaliśmy się w sympatycznym apartamencie na drugim piętrze, obejmującym salon z balkonem oraz przytulną sypialnię z łazienką. Pierwsze wrażenia były znakomite.
Zaraz po rozpakowaniu bagaży postanowiliśmy pójść na kawę. Zbiegliśmy schodami na parter, ignorując windę. Bez przesady, ruch to zdrowie. Przeszliśmy dumnie przez kawiarnię i zajęliśmy stolik przy zewnętrznej barierce tarasu, by móc napawać się widokiem morza. Zamówiliśmy kawę i jakiś firmowy napój z lodem. Na tarasie oprócz nas siedziało starsze małżeństwo, zajęte rozgorączkowaną dyskusją. Dwa stoliki od nas gnieździł się typek o wyglądzie playboya. Kiedy tylko usiedliśmy, zaczął wpatrywać się w Jolę i od czasu do czasu posyłał szerokie uśmiechy. Widać było, że mojej żonie zaczęło się to podobać, bo starała się nieśmiało odwzajemniać te gesty.
Typek był dobrze zbudowany, z owłosioną klatą, na twarzy miał delikatny zarost. Musiał mieć ok. czterdziestu-czterdziestu pięciu lat. Ubrany tylko w slipki, na nogach klapki, we włosach szpanerskie okulary. Na szyi dość gruby, złoty łańcuch (zdecydowanie zbyt gruby), a na przegubach rąk niezliczone bransoletki. Popijał kawę, a gdy podnosił filiżankę, odchylał mały palec. Ogólnie sprawiał fatalne wrażenie, ale z pewnością nie brakowało kobiet, którym takie typki imponowały. No chyba nie mojej ukochanej, która miała dobry gust?! Dlaczego więc w ogóle zwracała uwagę na kogoś takiego? Śmiałem się w duchu: „Nie rób sobie nadziei, naiwny człowieczku!”.
Następnego dnia po śniadaniu małżonka poszła na kawę, a ja wróciłem do pokoju, żeby coś przygotować na laptopie. Nie chciałem, żeby urlop narobił mi zaległości, których później nie będę w stanie nadrobić. Minęła godzina, a ona nie wracała. Wyjrzałem na balkon, widać z niego było całą, nieosłoniętą markizami część tarasu. Przy stoliku siedziała moja druga połówka z tym typkiem i widać było, że prowadzą radosną, ożywioną rozmowę; dolatywały do moich uszu strzępy angielszczyzny. Trochę mnie zmroziło, ale pomyślałem: „Niech się przekona, co to za facet. Niemożliwe, żeby mógł ją oczarować. Nie ktoś taki!” Jola niebawem wróciła, a ja nie przyznałem się, że widziałem ich razem. Po południu czekała nas ciekawa ekspedycja wynajętym w hotelu samochodem. To było najważniejsze. Wieczorem smakowite owoce morza, później wiele radosnych chwil w łóżku.
Kolejnego poranka sytuacja się powtórzyła. Ja przy laptopie, a szczebiocząca para przy kawie. Jeszcze to jakoś zniosłem, choć widać było, że coraz lepiej się dogadują, niemal jak starzy znajomi. Czy chciałem, czy nie, moje obawy zaczęły zamieniać się w irytację. Nie przyjechałem tu z żoną po to, by adorowały ją jakieś koszmarne indywidua. Musiałem jakoś odreagować, więc najlepsza była kolejna wyprawa w teren i małżeńskie igraszki przed snem.
Czwarty dzień upłynął nam głównie na opalaniu się na pobliskiej plaży. Postanowiliśmy wykorzystać uroki słonecznej pogody, której mieliśmy póki co pod dostatkiem. Typek oczywiście też rozłożył koc, ale tak, aby nas dobrze widzieć. Nie miał chyba na tyle odwagi, żeby podejść do nas. Może zdecydowałby się, gdyby mnie nie było. I znów poranek, poranna kawa. Ja do pokoju, a Jola została jeszcze na tarasie. Tym razem postanowiłem być czujny. Minęło może pół godziny i wyjrzałem przez balkon. Moja żona z playboyem szczebiotali rozkosznie, patrzyli sobie w oczy, a on delikatnie poklepywał jej dłoń, którą położyła na stoliku. Co to, to nie! Zbiegłem na dół i stanąłem naprzeciw małżonki. Udała zaskoczenie, jednak wcale się nie zmieszała.
- Pozwól, że ci przedstawię... – zaczęła, a typek wyszczerzył zęby i próbował wyciągnąć do mnie rękę.
Przerwałem jej, nie ukrywając wściekłości:
- Powiesz mu delikatnie, żeby sobie poszedł, czy ja mam mu brutalnie oznajmić, żeby spierdalał?
Znieruchomiała, uśmiech zniknął z jej twarzy. Playboy chyba zrozumiał, co do niej mówię, choć mówiłem w naszym ojczystym języku, którego z pewnością nie znał. Wstał, odsunąwszy krzesło i w milczeniu oddalił się, kłapiąc klapkami.
- Jak możesz! – Jola chciała wybuchnąć, ale pisnęła tylko żałośnie.
- Jak mogę? Czy ty nie widzisz, kto to jest? Że to facet, który poluje na naiwne kobiety i próbuje je zaciągnąć do łóżka? Tak trudno to zauważyć? Nie potrafisz się oprzeć jego wątpliwemu urokowi? - Wyrzuciłem to z siebie na jednym wdechu.
- Chyba zwariowałeś! Za kogo ty mnie masz? - prawie wykrzyknęła z oburzeniem.
- Odpowiem ci tak: mam cię za swoją żonę i nie zamierzam się z nikim dzielić. A jeśli taki układ ci nie pasuje, to powiedz mi wprost – Moja wściekłość zaczęła już przekraczać granice zwykłych pretensji. – Nie mogę się nadziwić, że flirtujesz z takim typem, całkiem zapominając o mnie.
Milczała przez chwilę, zbierając myśli. Wreszcie się odezwała, powoli dobierając słowa:
- Wiem, kim jestem, i nic tego nie zmienia. A ty masz przerost fantazji! Do tego próbujesz być chamem, choć to do ciebie niepodobne.
- No to sobie wyjaśniliśmy: ja jestem chamem, a ty rozsądną, pełną dobrych manier kobietą.
- Jarek, powiedziałam, że próbujesz, a nie że jesteś. Dajmy już spokój, wróćmy do pokoju.
Tak zrobiliśmy. Reszta dnia upłynęła nam w milczeniu. Nie odzywaliśmy się nawet przy kolacji. Nie mieliśmy już ochoty na nic. Sen miał przynieść ulgę i przywrócić spokój.
Następnego dnia zamierzałem pojechać do pobliskiego miasta i rozejrzeć się za prezentami dla bliskich. Dość łatwo przystałem na to, że Jola woli zostać w hotelu. Wciąż byłem pełen obaw i miałem w głowie chytry plan. Było pewne, że pójdzie na kawę, wiedziałem też, że będzie tam ten typek, i dręczył mnie niepokój, że coś może się wydarzyć.
Zajechałem pod hotel naprzeciwko i usiadłem w kawiarnianym ogródku. Zamówiłem colę i zająłem miejsce przy barierce, nieco w cieniu ogromnej palmy stojącej w donicy. Uzbrojony w lornetkę, którą zabraliśmy z domu do podziwiania widoków, mogłem wygodnie obserwować nasz taras. Po chwili dopadły mnie jednak wątpliwości: albo mam się czym martwić, albo już zbzikowałem.
Pierwsze obawy niestety sprawdziły się dość szybko. Zobaczyłem, jak playboy dosiada się do Joli, a ona wita go, rozkładając przyjaźnie ręce. Gawędzili i wymieniali radosne uśmiechy. Mój niepokój przybierał na sile. Zobaczymy, co dalej. Obraz w lornetce był tak wyraźny, że dało się dostrzec zmarszczki na ich twarzach.
Minęło niespełna dwadzieścia minut i o dziwo typek wstał, po czym odszedł. Skierował się do bocznych drzwi obiektu, którymi wychodziło się na taras, kiedy lokal gastronomiczny był nieczynny. Po kolejnych kilku minutach moja żona ruszyła z powrotem do hotelu, przechodząc przez kawiarnię. Może nic złego się nie wydarzy. Oby…
Postanowiłem obserwować nasz pokój, którego balkon miałem dokładnie na wprost. Niebawem przez otwarte drzwi zobaczyłem w głębi pokoju żonę. Stała, jakby na kogoś lub na coś czekała. Nie minęła minuta, gdy przy niej pojawił się ten koszmarny facet i ją objął. Zaczęli się całować, po czym amant zdjął z niej bluzkę i rozpiął stanik. Nachylił się, by całować jej piersi. Po chwili zsunęła z siebie szorty oraz majtki i delikatnie odepchnęła go od siebie. Siedziałem sztywny jak posąg i nie mogłem wykonać żadnego ruchu. Krew o mało nie rozsadziła mi głowy. Kobieta przykucnęła i powoli opuściła kochasiowi slipki. Kiedy już przed jej oczami pojawiło się - a właściwie stanęło - jego przyrodzenie, ujęła je delikatnie dłonią i zaczęła namiętnie pieścić. Typek odchylił się do tyłu i splótł ręce za głową.
„Ale ci dobrze, sukinsynu, żebyś tak zawału dostał z rozkoszy!” - pomyślałem gorączkowo, widząc, jak facet po kolejnych pieszczotach odrywa Jolę od swojego męskiego rekwizytu, bierze ją na ręce i kieruje się w stronę sypialni.
- No to mam was, przepióreczki – warknąłem sam do siebie pod nosem, dodając co nieco niecenzuralnych ozdobników.
Wstałem, rzuciłem na stolik banknot i popędziłem do samochodu. Pięć, może sześć minut i byłem pod naszym hotelem. Wbiegłem schodami na drugie piętro i delikatnie otworzyłem kartą drzwi pokoju. Starałem się poruszać bezszelestnie. Na środku salonu zobaczyłem porzuconą przez nich bieliznę, a z sypialni dochodziły odgłosy, których nie można było z niczym pomylić. Złapałem jego slipki i dyskretnie wyszedłem na balkon. Zmiąłem je w ręku i cisnąłem przed siebie. Gdzie spadły? Nie wiem. Może na markizę nad tarasem, a może komuś na stolik. Jaka to dla mnie różnica?
Stanąłem w drzwiach sypialni. Miłosne manewry trwały w najlepsze. Typek miarowo poruszał tyłkiem, a Jola mocno oplotła go nogami. On dyszał z rozkoszy, oparłszy ręce na jej piersiach, a ona namiętnie pojękiwała z zamkniętymi oczami. Ramiona rozrzuciła na boki, dłonie wpiła w prześcieradło. Byli spoceni, niemal sklejeni ze sobą, skupieni jedynie na odczuwaniu przyjemności. Oczywiście nie zauważyli, że wszedłem.
- Brawo, jak dobrze wam idzie! – krzyknąłem dość głośno i klasnąłem w dłonie, a para zastygła w bezruchu.
Kobieta gwałtownie otworzyła oczy i po chwili dotarło do niej, co się dzieje. Zaskoczenie natychmiast zmieniło się w przerażenie. Zebrała siły i zdecydowanie odepchnęła kochasia. Facet klęknął na łóżku z nastroszonym kutasem uzbrojonym w prezerwatywę. Fakt, nie najgorzej wyposażyła go natura, ale skąd do diabła, wziął kondoma? Przygotował się? Był całkiem pewny zdobyczy?
Wszedłem dalej:
- Przyznaję, całkiem interesujący widok – powiedziałem drwiąco do żony. - Taka jesteś czarująco zarumieniona. Wyglądałabyś z pewnością na spełnioną, gdybym nie zepsuł upojnej zabawy. Szkoda, że nie zdążyłem zrobić wam zdjęcia, mielibyśmy niezwykłą pamiątkę z wakacji do rodzinnego albumu.
Obróciła się na bok, plecami do mnie, i zakryła twarz rękami, a typek, spoglądając złowieszczo, wycofał się do salonu. Po chwili zajrzał i zapytał o swoje slipki. Bezczelność!
- Powiedz amantowi, że dostały skrzydeł i pofrunęły na dół. Niech ich szuka w kawiarni, może mu nikt jeszcze nie ukradł – roześmiałem się dość kwaśno.
Jola, nie odwracając się, przetłumaczyła cicho, co powiedziałem, i zamilkła. Facet rzucił mi wściekłe spojrzenie i już otwierał gębę, ale nie dałem mu szansy.
- Masz dwie możliwości – warknąłem po angielsku. – Albo wyjdziesz natychmiast, albo dzwonię do recepcji. Rozumiesz, dupku?
Przykrył ręką swój romantyczny instrument i wyszedł, trzaskając drzwiami.
- Tak, narób jeszcze więcej hałasu, będziesz miał zachwyconą widownię – krzyknąłem za nim, choć nie mógł już tego usłyszeć.
- Ubierz się, ćwiczenia cielesne na dziś zakończone – rzuciłem bez ogródek do Joli. – Ja jestem jednak chamem, bo wam przerwałem zupełnie niewinne igraszki, a ty pozostałaś porządną kobietą, moją wierną żoną.
Chyba chciała odpowiedzieć, ale wybuchnęła płaczem. Płacz przechodził w spazmy, a ja miałem wrażenie, że przestaje mnie to obchodzić. Skąd nagle taka rozpacz? Bo ich nakryłem, czy dlatego, że nie udało się dokończyć erotycznych uniesień? Dlaczego wykazałem niezrozumiały spokój, choć miałem prawo nie panować nad nerwami? Co we mnie zaszło, że zachowałem zimną krew? Skąd taki cynizm, taka obojętność? Czy jestem całkowicie pozbawiony uczuć?
Zszedłem do kawiarni i zamówiłem piwo. Casanovy ani śladu. Nie znalazł slipek, a nie ma zapasowych? Jego problem. Dopiero teraz ogarnęła mnie wściekłość na żonę. Starałem się ją stłumić wyobrażając sobie groteskową sytuację, jak typ przemyka goły po hotelu, może już nie ze sterczącym fallusem. Po drugim piwie, może po trzecim, niemalże całkowicie wyciszony, wróciłem do naszego apartamentu. Nie miałem siły na nic: ani na awanturowanie się, ani na rzeczową rozmowę. Reszta dnia była nijaka. Jola tkwiła w sypialni, udając, że czyta książkę, i co jakiś czas pochlipując cicho, a ja siedziałem przed telewizorem i bezwolnie oglądałem, co popadło, aż późnym wieczorem usnąłem na kanapie. Ten fatalny dzień wreszcie się skończył.
Rano oznajmiłem, że jadę do miasta, może uda mi się przebukować bilety na następny dzień, bo zamierzam jak najszybciej wrócić do domu. Na odchodne postanowiłem nie oszczędzać żony:
- Będę z powrotem za jakieś dwie lub trzy godziny. Masz okazję zaprosić ponownie swojego kochasia i dokończyć to, w czym wam przeszkodziłem. Druga taka sposobność może ci się już nie trafić. I powiem otwarcie: wisi mi to!
Udało mi się załatwić sprawę z biletami. Chyba miałem dużo szczęścia - w końcu sam środek sezonu wakacyjnego i ruch spory, również w samolotach. Zamieniłem bilety i wybrałem dla nas osobne miejsca. Następnego dnia pożegnaliśmy hotel i kolejną taksówką, nie odzywając się do siebie, dotarliśmy na lotnisko. Jola zadzwoniła do brata, żeby o umówionej godzinie czekał na nas w Polsce. Zanim wyszliśmy z hotelu, dzięki dziesięcioeurowemu banknotowi uzyskałem od pracownika recepcji nieco informacji o playboyu. To brat właściciela obiektu. Mieszka w pokoju służbowym, a czas wypełnia sobie bezczynnym przesiadywaniem w kawiarni. Ze wszystkiego korzysta bezpłatnie, za milczącą zgodą brata. „Wzorcowy pasożyt” – pomyślałem z niesmakiem. Natomiast jego skłonność do erotycznych podbojów recepcjonista skwitował wzruszeniem ramion i rozłożeniem rąk. No to trafiliśmy, nie ma co!
Podróż samolotem była udręką. Wreszcie z całą mocą dotarła do mnie potworność wydarzenia, które miało miejsce w naszej sypialni. Natrętnie powracały pytania: dlaczego tak się stało? Gdzie tkwi błąd? Czyj to błąd? Dam radę wyjaśnić to z żoną? Za jakiś czas czy nigdy? Na pewno tego chcę?
Gdy dolecieliśmy na miejsce, powiedziałem Benkowi, że musi zabrać siostrę do rodzinnego domu, a ja wrócę ze znajomym do naszego mieszkania. Nieco się zdziwił, ale widząc, że nie żartuję, bez słowa zgodził się zrobić tak, jak prosiłem. Postanowiłem od teraz skupić się na pracy, zamiast rozdrapywać rany. Pozostała jednak do załatwienia jedna sprawa: wizyta u teściów. Jola przecież wróciła niespodziewanie do rodzinnego domu, niech więc wszystko będzie do końca jasne!
II
Wszedłem na posesję teściów i lekko trzasnąłem furtką. W głębi podwórza zobaczyłem ojca Joli i jej brata - majstrowali przy motocyklu. Dostrzegli mnie i skinęli głowami. Benek uniósł rękę w pozdrowieniu. Pomachałem im i skierowałem się w stronę drzwi wejściowych do domu. Miałem nadzieję zastać teściową, która rzadko wychodziła, bo od wielu lat cierpiała na problemy z poruszaniem się. Chodziła co prawda o własnych siłach, ale nie wyprawiała się pieszo poza podwórze. Faktycznie była w domu. Przywitała mnie nieśmiałym uśmiechem, w którym była zarówno niepewność, jak i obawa, z czym przychodzę. Siedziała za stołem, trzymając w ręce filiżankę z herbatą.
- Dzień dobry, mamo. Przyjechałem, bo muszę czymś się podzielić.
- Witaj, usiądź. Trochę się boję, co za wieści masz dla mnie. Wczoraj przyjechała Jola, cała zapłakana, nic nie mówi, nie je, zamyka się w pokoju i nikogo nie wpuszcza. Co się stało, Jarek? Co z wami jest?
Złość, która we mnie tkwiła, teraz niemal eksplodowała. Postanowiłem darować sobie wstęp i zacząłem bezceremonialnie:
- Czyli Jola nie pochwaliła się swoją zdobyczą? Swoim sukcesem miłosnym?
- O czym ty mówisz? - Twarz teściowej przybrała wystraszony wyraz.
- Mówię o tym, jak moja żona zaliczyła w hotelu miejscowego donżuana. Niesamowita wręcz historia – dorzuciłem drwiąco. – Można by z tego zrobić instruktaż dla nieśmiałych panienek.
- Jarek, litości! Albo mówisz co się stało, albo nie mów nic – widać było, że teściowa zaczyna tracić siły. – Czyli Jola cię zdradziła? Jesteś pewny? Mówisz tak, jakbyś przy tym był.
- W sumie można tak powiedzieć. Dopadłem ich w trakcie miłosnego uniesienia, jednak przewidziałem to. Szkoda, że moje obawy się sprawdziły.
- Tak po prostu poszła z nim do łóżka?
- O nie, poprzedziły to wstępne czułości. Żeby mama widziała, jak ona go pieściła, co ona mu pieściła…
- Daruj sobie szczegóły – przerwała mi teściowa słabym głosem. – Wolę ich nie słyszeć.
Głos jej się łamał, wychodził gdzieś z wnętrza, niemal z otchłani.
- Taki mam zamiar, mamo. Zawsze, kiedy mi się przypomni tamto zdarzenie, robi mi się niedobrze.
- Ale dlaczego? Potrafisz mi powiedzieć, dlaczego? - westchnęła głęboko teściowa.
- Nie potrafię. Myślę, że chyba dałoby się zrozumieć pewien rodzaj zdrady, wynikającej z fascynacji czyjąś osobowością, poprzez dłuższe przebywanie z tym kimś i poznanie go… Czy ja wiem? Może jestem naiwny. Ale nie da się - ja nie potrafię - racjonalnie wyjaśnić absurdalnego, wręcz prymitywnego puszczenia się z pierwszym napotkanym, napalonym buhajem. Tak bezrefleksyjnie, bezmyślnie, kierując się zwykłą chucią. To mi się nie mieści w głowie.
- Mój Boże, to straszne! – Twarz teściowej przybrała kolor pergaminu. - Na kogo ja ją wychowałam? Powiedz mi, czy coś się między wami wcześniej psuło, coś zauważyłeś, coś przewidywałeś?
- Nie, no skądże! Gruchaliśmy zgodnie jak dwa gołąbki – roześmiałem się gorzko. - Spokój, idylla niemalże, miłość jak z obrazka. Wychodziłem z siebie, żeby miała wszystko, żeby dobrze jej się żyło, żeby była szczęśliwa. Ech… brakuje słów.
Zaczęło mi też brakować tchu, jakieś mroczki przelatywały mi przed oczami. Bałem się, że za chwilę stracę świadomość.
- Czyli to ta wasza wymarzona podróż poślubna? - kontynuowała mama Joli.
- Tak, nasza wymarzona podróż poślubna, z niezbyt wymarzonym zakończeniem – przytaknąłem ponuro – wyjazd, który miał przynieść nam tak wiele radości.
Teściowa opuściła głowę, podparłszy ją splecionymi dłońmi. Widziałem, że chce coś powiedzieć, ale nie może wydobyć głosu. Jej dostojna twarz straciła jakikolwiek wyraz. To musiał być szok. Ukochana córeczka, oczko w głowie, a tu taka historia.
Do kuchni wszedł Benek. Spojrzał niepewnie, widząc nasze miny:
- Mamo, coś się stało? O co chodzi z Jolką?
- Wyjdź, proszę wyjdź natychmiast! - resztką sił wydusiła teściowa.
Benek oniemiał. Stał bez ruchu, a my milczeliśmy, nie patrząc na niego. Po chwili obrócił się i wyszedł, zamykając ostrożnie drzwi.
- Jarek, to co będzie teraz z waszym małżeństwem? - Mama żony postanowiła przejść do konkretów.
- Z naszego, jak to mama szumnie określiła, małżeństwa chyba po prostu już nic nie będzie. Tak się nie da żyć. Ja mam mnóstwo pracy, sporo wyjazdów. Mam przyzwoitkę zatrudnić czy założyć żonie pas cnoty? Zawsze poza domem mam się niepokoić, że przyjmuje kolejnego, przygodnego gacha?
- Czyli nie widzisz żadnych pozytywnych perspektyw?
Zastanowiłem się. Przez chwilę milczałem.
- Póki co musi być tak, jak jest teraz. To znaczy Jola u siebie, ja u siebie. Czy kiedykolwiek sytuacja wróci do normy? Śmiem wątpić. Szczerze mówiąc, zastanawiam się, czy tego chcę.
- Przecież się kochacie… kochaliście – teściowa próbowała załagodzić. – Nie da się puścić tego złego w niepamięć?
- Proszę, niech mama lepiej nie używa słowa „puścić”. – Niepotrzebnie tak się odezwałem, zbyt okrutnie.
To musiał być koniec rozmowy. Teściowa nadal tkwiła w bezruchu, nie patrząc na mnie, a jedynie na blat stołu przed sobą.
- Mamo, jest mi niezmiernie przykro, że tak się stało, że musiałem ci to opowiedzieć, bo bardzo cię lubię i szanuję. Wolałem jednak, byś poznała fakty. Ale na mnie już pora, przepraszam za moje zachowanie, do widzenia. - Chciałem wyjść z tego domu jak najszybciej.
Kobieta nie odpowiedziała, wtuliła tylko twarz w dłonie. Wyszedłem przed dom. Teść i Benek patrzyli na mnie sprzed komórki, stojąc niemal na baczność. Kiwnąłem niedbale ręką na pożegnanie. Teść próbował unieść dłoń, ale zrezygnował - nie był pewny, czy powinien. Z wyrazów ich twarzy wyczytałem, że liczyli na jakieś wieści. Nie chciałem jednak i im sprawiać bólu, więc nie zamierzałem niczego powtarzać. W sumie to zacna, sympatyczna rodzina, teraz chyba z małym wyjątkiem. Jaki diabeł mnie tu przygnał? Co chciałem osiągnąć? Warto było skarżyć się, jak jakiś niedorostek?
Rozdrażniony wsiadłem do auta i odruchowo spojrzałem w stronę domu. Byłem pewny, że na piętrze, za firanką w oknie, zobaczyłem znikającą twarz Joli. Ścisnęło mnie w gardle, a przez całe ciało przebiegł przejmujący dreszcz.
„Mój Boże, czy to możliwe, że ja ją nadal kocham? Dlaczego?”
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania