Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Wakacyjna przygoda z dalszym ciągiem (II)
III
Nazajutrz wykonałem telefon do rodziców. Obiecałem dać znać, gdy już wrócimy z wyjazdu. Oczywiście mama chciała wiedzieć jak najwięcej. Odpowiadałem zdawkowo: tak, jesteśmy zadowoleni, wszystko się udało, musiałem skrócić wyjazd, bo przełożony mnie o to poprosił, w sumie warto było pojechać. Mówiłem skrótowo, bez entuzjazmu. Obiecałem solennie: jak najbardziej przyjedziemy razem i opowiemy dokładnie o wszystkim. Hmm, o wszystkim? Raczej nie! Nie ma też pewności, kiedy przyjedziemy i czy to nastąpi. Zacząłem się jednak obawiać, że mama zechce skonfrontować moje słowa z Jolą, skoro musiała mnie ciągnąć mnie. Jeśli wyczuje coś złego, nie da nam spokoju. Ale tak czy inaczej, to nasze sprawy, a jeśli jest jakiś kłopot, to też tylko nasz!
Wróciła praca. Wyjazd, pisanie raportu, układanie planów sprzedaży, telefony, znów wyjazd, kolejny dzień przy biurku, spotkania z klientami, sprawozdanie dla szefa. Wpadłem w wir pracy i powoli chorwackie wydarzenia odchodziły w niepamięć. No, może nie do końca. Kiedy kładłem się spać, a obok mnie nie było Joli, ból wracał, a koszmarne obrazy długo nie dawały zasnąć. Dlaczego nam musiało się to przytrafić? Dlaczego właśnie nam? Co miała w głowie moja żona, decydując się na seks z tym typkiem? Czy to zły los, czy przyczyna leży gdzieś w nas? Gdy już wreszcie udawało mi się zapaść w sen, często na wpół rozbudzony bezwiednie szukałem ręką drugiej osoby, mając nadzieję, że ona przy mnie jest. Jednak jej nie było!
Tydzień później zadzwoniła teściowa. Akurat siedzieliśmy z Artkiem przed telewizorem, oglądając jakiś mecz Ligi Mistrzów. Kumpel już wiedział, co wydarzyło się w Chorwacji - wtajemniczyłem go z pełnym przekonaniem, że nikt więcej nie pozna prawdy, a już na pewno nie od niego. Przyjaźniliśmy się od przedszkola i nie mieliśmy przed sobą sekretów. Miał na tyle taktu, że nie wypytywał o szczegóły, bo rozumiał, jakie to dla mnie bolesne. Był świadkiem na naszym ślubie i życzył nam jak najlepiej, choć jemu samemu niewiele się udawało. Miał za sobą już dwa, a może trzy nieudane związki. Nie zazdrościł nam szczęścia, był raczej skłonny zrobić wiele, aby nam się powiodło.
Odebrałem rozmowę niezbyt chętnie, widząc na wyświetlaczu, kto dzwoni.
- Dzień dobry, mamo, co słychać? - powiedziałem dość oschle.
W słuchawce przez chwilę trwała cisza, po czym usłyszałem słaby głos teściowej. Z pewnością telefon do mnie nie był dla niej łatwą decyzją.
- Witaj, Jarku, nie przeszkadzam ci w czymś?
- Skądże, mam wolną chwilę. Coś się stało, w czymś mogę pomóc?
Artek przysłuchiwał się przez moment moim słowom, po czym wstał, przyłożył palec do ust i wyszedł, nic nie mówiąc.
- Jeśli pozwolisz, chciałabym porozmawiać o tym, co się stało. Wiesz, o co mi chodzi – teściowa zawiesiła głos, czekając, czy będę miał ochotę kontynuować nasz dialog, czy też każę jej się odczepić.
Mama Joli była rozważną kobietą, mądrą i taktowną. Warto było z nią rozmawiać, wyzbywszy się emocji i pretensji. Zresztą co ona zawiniła temu, że jej córka postąpiła - delikatnie rzecz ujmując – nierozsądnie? Hmm, to ja tak uważałem. Dla żony może miało to jakiś ukryty sens, jakiś powód, którego nie dostrzegłem. Z chwilą odebrania połączenia ciśnienie mi podskoczyło, przed oczami znów zobaczyłem żonę w ramionach tego playboya, ale złapałem głęboki oddech i jakoś udało mi się opanować.
- Co chce mama mi powiedzieć? - postanowiłem raczej słuchać niż mówić.
- Rozmawiałam z Jolą, zresztą niejeden raz. Ojca nie wtajemniczałam, bo on bywa gwałtowny, mógłby coś głupiego palnąć, a nie daj Boże zrobić. Poinformowałam go tylko, że się pokłóciliście i trzeba nieco czasu, żeby między wami znów się dobrze układało. Uznałam, że tak będzie najlepiej. Chyba nie do końca mi uwierzył, bo nigdy wcześniej nie widział córki w takim stanie. Zaczęłam się nieco obawiać, czy nie zwróci się przeciwko tobie, ciebie winiąc za tę sytuację. Musiałam go trochę urobić, ale mam na to swoje sposoby. Jednak do rzeczy: Jola wpadła w depresję, kontakt z nią jest trudny, ale nie niemożliwy. Wciąż płacze, przypisuje sobie najgorsze cechy. Twierdzi, że straciła sens życia. Nie wspomina o tobie, chyba nie ma na to odwagi. Zapewniam cię, że nie wyraziła w stosunku do ciebie żadnych pretensji.
Ostatnie zdanie, wypowiedziane przez teściową, trochę mnie zirytowało.
- No cóż, jakoś pogodziłem się z tym, że żona mnie zbytnio nie ceni.
- Przestań, nie mów takich rzeczy – przerwała mi. – Ja sama próbowałam przeanalizować wszelkie potencjalne powody, dlaczego mogło tak się stać, jak się stało. Nie widzę twojej winy w najmniejszym stopniu.
- Ale mama nie patrzy jej oczami. Ona może to widzieć inaczej. Proszę mi wierzyć, że wciąż się zastanawiam, czy to ja nie popełniłem gdzieś błędu. Dobrze, przejdźmy dalej. Co jeszcze chce mi mama przekazać? - Zapytałem, bo wolałem nie rozdrapywać na nowo ran, które chyba już zaczęły się goić. A może tylko sam siebie o tym przekonywałem?
- Czy dopuszczasz możliwość spotkania się z żoną? - W głosie teściowej dało się wyczuć niepewność, wręcz obawę. Głos jej się łamał. Z żoną - z pewnością chciała to podkreślić.
Milczałem przez chwilę. Spotkać się? Czy to ma sens? Jestem na to gotowy? I najważniejsze - czy mam ochotę?
- Nie wiem, szczerze mówiąc – odrzekłem zgodnie z prawdą.
Mama Joli wolała dopytać:
- Nie wiesz, czy możesz? Nie wiesz, czy chcesz?
Znów musiałem się zastanowić. Dostrzegłem, pomimo wciąż nieopuszczającego mnie żalu do żony, jakieś światełko w tunelu. Zdawało mi się, że nieracjonalnie zacząłem poruszać się w jego kierunku. Iść dalej czy zawrócić? Być twardym i nieczułym czy się ugiąć i przyjąć propozycję? Coś musiałem zdecydować.
- Mamo, nie potrafię dziś odpowiedzieć. Dajmy sobie jeszcze tydzień, może dwa. Ja do ciebie zadzwonię – na nic więcej nie było mnie w tym momencie stać.
- Dobrze – odparła, nadal trzęsącym się głosem. – Boję się tylko o Jolę, żeby jej stan się nie pogarszał.
No tak, boisz się o córkę. Mnie ani razu nie zapytałaś, jak się czuję. Trudno, w końcu nie jesteś moją matką, tylko jej.
- Do usłyszenia mamo. Spokojnego dnia.
- Do usłyszenia, Jarku – chyba chciała jeszcze coś powiedzieć, ale zrezygnowała.
Wyłączyłem telewizor, który już wcześniej został wyciszony przez Artka. Pochyliłem się nad ławą i oparłem głowę na zaciśniętych pięściach. Wszystko we mnie drgało, wszystko bulgotało, głowa chciała się rozpaść, trzęsły mi się ręce i nogi. Na zmianę widziałem obrazy naszego ślubu i hotelowej sypialni, moje randki z Jolą i jej schadzki z playboyem. Skołatany umysł zmuszał mnie chyba do wyboru, co jest dla mnie ważniejsze. Nie wiem, ile czasu upłynęło w tym otępieniu. Pozbierałem się jakoś i poszedłem do lodówki po piwo. Szczerze mówiąc, to miałem ochotę narąbać się wódką - samotnie, bez towarzystwa. Nie chciałem nikogo w pobliżu, nawet Artka, bo albo bym dostał szału, albo się rozbeczał. Pozostałem jednak przy piwie, patrząc beznamiętnie w ponownie włączony telewizor.
IV
Minęło kilkanaście dni, a może dużo więcej. Sam już nie wiem ile. Upływ czasu przestał być dla mnie istotny, starałem się go nie zauważać. Był sobotni poranek. Piękna pogoda za oknem nastroiła mnie dość pozytywnie do świata. Miałem wolny dzień, a przede mną była jeszcze niedziela, na którą niczego nie planowałem. Zjadłem śniadanie i postanowiłem zadzwonić do kumpla, by zapytać, co sądzi o ewentualnym moim spotkaniu z żoną. Poprzednie dni wypełniła mi praca do tego stopnia, że nie miałem możliwości wcześniej z nim pogadać. Zaskoczyła mnie jego odpowiedź – uważał, że jak najbardziej powinienem to zrobić. Rozłączyliśmy się dość szybko, a ja, będąc jeszcze pełnym sił witalnych, wybrałem na smartfonie numer teściowej.
Może powinienem spróbować bezpośrednio do żony, ale przecież obiecałem kontakt jej matce. Jednak wątpliwości dopadły mnie niemal natychmiast i rozłączyłem się po pierwszym sygnale. Cholera, co ze mną, tak się nie godzi! Wybrałem numer ponownie. Zajęty. Już zajęty, a wcześniej sygnał wywołania był poprawny. Niech tam, jeszcze raz. Od razu odezwała się mama Joli:
- Jarku, witaj. To w końcu kto do kogo dzwoni? Ty do mnie czy ja do ciebie? - w głosie teściowej usłyszałem jakby delikatne rozbawienie.
Zrozumiałem: po moim pierwszym dzwonku natychmiast próbowała wybrać numer do mnie, dlatego po chwili było u niej zajęte. No dobrze, to nieważne.
- Chyba jednocześnie próbowaliśmy – odrzekłem, starając się nie okazywać nastroju – ale ważne, że się udało.
- Umówmy się, że to ty byłeś pierwszy. Czekałam na twój telefon. Co masz dla mnie? Liczę na dobre wiadomości – teściowa nie traciła rezonu.
- Cóż mogę powiedzieć? Mama zadała mi ważne pytanie i z pewnością oczekuje mojej decyzji...
- Więc? - przerwała mi.
Głos jej teraz zadrżał. Chyba obawiała się tego, co usłyszy. Jak sądzę, miała nadzieję na pozytywny odzew z mojej strony, ale niepewność jej nie opuszczała.
- Więc... – zacząłem dość niegramatycznie – przemyślałem sporo i raczej chcę się spotkać z Jolą.
- Kiedy? Gdzie, u ciebie czy u nas? - rzuciła szybko. Pewnie obawiała się, że mógłbym nagle zmienić zdanie.
- Mamo, po pierwsze, nie u was. Ale też nie u mnie, tylko u nas, w naszym mieszkaniu. W końcu jesteśmy nadal małżeństwem.
- Żebyś wiedział, jak miło mi słyszeć te słowa – przerwała mi ponownie; głos jej nadal drżał.
- Po drugie – kontynuowałem - proponuję jutro, w niedzielę, bo będę na miejscu. Od poniedziałku znowu do kieratu.
- Jaka godzina ci odpowiada? - uznała, że trzeba kuć, póki gorące.
„Po co zwlekać i cały dzień siedzieć w nerwach? Niech to się stanie jak najszybciej” – pomyślałem.
- Wystarczy, że przed południem.
- To super, poproszę ojca i przywieziemy Jolę – ożywiła się kobieta.
Teraz ja się wtrąciłem:
- Nie. Wolę, żeby nie było was w pobliżu. Jola musi przyjechać sama.
- Wiesz przecież, że ona nie umie prowadzić auta – teściowa miała jeszcze nadzieję coś ugrać po swojemu.
- To niech przyjedzie autobusem! - powiedziałem twardo, może zbyt twardo.
W słuchawce zapadła chwila ciszy.
- Czy ma zabrać swoje rzeczy z naszego domu? - Do jej głosu znów wróciło drżenie.
- Nie trzeba – zdecydowałem.
- Rozumiem – odparła cicho. Pojęła, że wciąż nie ma pewności, czy jej córka zostanie ze mną.
- To będzie tak, jak chcesz. Jesteśmy umówieni. Trzymaj się – mama żony postanowiła nie kontynuować rozmowy. Czy była zadowolona z jej efektów? Może tak, a może jednak nie. Mimo wszystko udało jej się osiągnąć jakiś postęp. Mnie chyba też.
- Do widzenia, mamo – odpowiedziałem.
Szybko do mnie dotarło, że popełniłem duży błąd. Jeśli Jola przyjedzie sama, to albo zostanie, albo wypadałoby ją odwieźć. A jeśli porozumienie się nie uda, to czy będę miał siłę na wspólną podróż? Jasna cholera, ale ze mnie strateg! Zadzwoniłem raz jeszcze do Artka i zaprosiłem go na wieczór, pod warunkiem że nie będziemy rozmawiać o moim jutrzejszym spotkaniu. Dowiedział się tylko tyle, że do niego dojdzie. I wystarczy! Nie skomentował - widocznie uznał, że nie do końca ma do tego prawo. Łatwo mogłem odgadnąć, jak przyjął tę wiadomość.
Wieczór upłynął nam przy piwie, chipsach i jakimś serialu w telewizji, na którym nie potrafiłem się skupić. Artek starał się być zabawny: opowiadał nowe dowcipy, wtrącał śmieszne kwestie, ale ja byłem już duchem przy niedzieli. Siedzieliśmy, popijaliśmy, zagryzaliśmy chrupkami. On mówił, ja milczałem, nie potrafiąc włączyć się do rozmowy. Pożegnaliśmy się dość późno, a kumpel rzucił na odchodnym:
- No to powodzenia jutro!
Z wściekłością cisnąłem za nim kapciem, ale zdążył zniknąć za drzwiami.
V
Niedzielny poranek w niczym nie przypominał sobotniego. Gęste, ciężkie chmury zawisły nad miastem; wystarczyło czekać, aż spadnie deszcz. Starałem się nie przejmować pogodą - nigdzie się nie wybierałem, niech pada, jeśli ma takie życzenie. Zaraz, zaraz! Przecież ma przyjechać Jola, a od przystanku ma do pokonania dobre kilkaset metrów. Jeśli będzie lać, nieźle zmoknie. A niech zmoknie! Co mnie to obchodzi, przecież wcale nie cieszę się na jej wizytę. Sporo czasu minęło od feralnego zdarzenia, a wciąż wydawało mi się, że to było wczoraj. Zacząłem rozważać różne scenariusze. Przyjmę ją, jakby nic się nie stało, czy dam jej odczuć, że wciąż jestem zły? Cholera, coś muszę zdecydować! W roztargnieniu wylałem na siebie poranną kawę. Pech? Może tak, a może zapowiedź niezbyt udanego dnia. Starałem się uspokoić i w miarę mi się to udało.
Co dalej? Trwać w oczekiwaniu? Zadzwonić do niej, a może do teściów i zapytać, kiedy przyjedzie? Do żony dzwonić mi się nie chciało, a do jej rodziców chyba już nie wypadało. Niech będzie, co ma być! Z takim przekonaniem przygotowałem śniadanie i otworzyłem laptopa, by dowiedzieć się, co nowego wydarzyło się w sporcie. Sportowe informacje wciągnęły mnie na tyle, że nie zauważyłem upływu czasu. Z beztroskiego nastroju, który mnie ogarnął, brutalnie wyrwał mnie głośny dzwonek do drzwi.
„To już ona? A ja nawet nie zastanowiłem się, co chcę jej powiedzieć” – serce gwałtownie zaczęło kołatać, byłem bliski paniki.
Zerknąłem w okno. Lało jak z motopompy. Pomyślałem złośliwie: „Lekko nie miałaś, może to i dobrze”. Otworzyłem drzwi bez zbytniego pośpiechu. Za progiem stała moja żona, wyglądała kiepsko. Nieumalowana, zapuchnięta od płaczu, uczesana dość niedbale. Smutna, ziemistoszara twarz. Czy to dla wywołania konkretnego efektu? Ubrana w beżową, luźną bluzkę i obcisłe dżinsy. Co ciekawe, nie miała ze sobą parasola, a była tylko odrobinę zmoknięta. Jak jej się to udało?
- Cześć – rzekła cicho, nie patrząc mi w oczy. – Mogę wejść?
- Możesz, skoro już jesteś – odparłem niezbyt grzecznie. – Przyjechałaś autobusem?
- Tak... – Po momencie zawahania dodała: - Przepraszam, nie. Przywiózł mnie Benek.
- I będzie na ciebie czekał, jakby co? – ni to zapytałem, ni to stwierdziłem.
- Nie będzie, pojechał do domu, ale wróci, jeśli go poproszę – Jola nabrała już nieco pewności siebie.
Weszliśmy do salonu. Pokazałem jej, gdzie chcę, aby usiadła. To ja będę rozdawał karty!
- Chcesz może coś do picia? - Nieco kurtuazji nie zaszkodzi, w końcu z roli gospodarza nikt mnie nie zwolnił.
- Kawę tak, jeśli to nie kłopot. Ale mogłabym zrobić sama, jeśli pozwolisz... – zawiesiła głos.
- Niczego nie będę ci pozwalał ani zabraniał. Jesteś w końcu u siebie. Idę po kawę.
Chwile, które spędziłem przy robieniu kawy, pozwoliły mi uporządkować myśli. Nie będę warczał na żonę, przecież sam ją zaprosiłem, choć przez pośrednika. Właśnie! Co musi przeżywać teraz teściowa? Wypowiada jakieś zaklęcia, modli się, czymś się zajęła, aby nie myśleć, jak skończy się nasze spotkanie?
Wróciłem do salonu z kawą:
- Proszę. Przynieść ci cukier?
- Przecież wiesz, że nie słodzę – próbowała zdobyć się na skromny uśmiech. – Zapomniałeś?
- Możliwe, ale o wszystkim nie zapomniałem – nie potrafiłem darować sobie małej złośliwości.
Twarz Joli zrobiła się jeszcze bardziej smutna niż wtedy, gdy ją dzisiaj zobaczyłem. Nie miała odwagi się odezwać.
- Zróbmy tak – zacząłem; pora przejść do konkretów. – Co się stało, oboje wiemy. Dlaczego tak się stało, wyjaśnij mi, ale niczego nie pomijaj. Jeśli masz coś do mnie, wal śmiało.
- Serio? - zawahała się.
- Zupełnie serio. Albo sobie wszystko wyjaśnimy, albo nasza rozmowa traci sens.
Minęło nieco czasu, zanim zdecydowała się odezwać. Westchnęła ciężko:
- Skoro pozwalasz mi mówić otwartym tekstem, to twój wybór.
Powiedziała to dość spokojnie, patrząc gdzieś w odległy punkt. Znów przez chwilę milczała i niespodziewanie wybuchła ze łzami w oczach. Trzęsły jej się ramiona, głos brzmiał ponuro:
- Jarek, kurwa, przepraszam, czy ty nie rozumiesz, że mam ciebie za mało? Że nasze wspólne życie składa się głównie z czekania na ciebie? I ten nasz wyjazd na urlop, upiorny wyjazd. Wciąż ważniejsza była dla ciebie praca, ja na drugim miejscu. Z tym mężczyzną, o którego za chwilę zapytasz, dobrze się dogadywałam. Rozmawialiśmy na różne tematy, starał się mnie zabawiać…
„Z tym mężczyzną – przeleciało mi przez głowę – ho ho, jak dostojnie zabrzmiało”.
- I tak cię rozbawił, że aż poszłaś się z nim pieprzyć? Co to miało być? Zemsta na mnie?
Złapała głęboki oddech:
- Wiesz, miałam takie chwile, kiedy sądziłam, że to może być dobry pomysł. Ale pewna nie byłam. Później jednak wszystko potoczyło się szybko, za szybko, trochę już poza moją kontrolą…
- To zauważyłem, że przestałaś się kontrolować – przerwałem jej. - A gdybym was nie dopadł, jaki byłby efekt zemsty? Przyznałabyś mi się?
- Chyba raczej bez szczegółów. Jednak zasiałabym w tobie podejrzenia tak, byś nie był do końca pewny, co mogło się stać.
„Może mniej by bolało, gdybym tylko próbował się domyślać, zamiast zobaczyć całą, niepozostawiającą wątpliwości »akcję« na żywo - przebiegło mi przez głowę – lecz jakie to teraz ma znaczenie?”
- Dobra, nie musisz nic więcej mówić. Zatem w twoim mniemaniu to nie paskudna zdrada, tylko po prostu zemsta. Perfidną formę wybrałaś. Posłuchaj, ja to oceniam inaczej: trafiłaś na dorodnego samca i warto było go sprawdzić w działaniu.
- Nie! - krzyknęła. – Upraszczasz!
- Ja upraszczam? Co tu trzeba upraszczać? To ty usiłujesz deprecjonować znaczenie swojego wyczynu - rozdrażniłem się. – Byłaś zła, więc miałaś prawo zrobić cokolwiek, nawet pójść z kimś do łóżka?
- Teraz bardzo żałuję, jeśli jesteś w stanie mi uwierzyć. Żebyś wiedział, jak cholernie żałuję… Czasu jednak cofnąć się nie da. I to jest najgorsze. Lecz gdybym mogła zawrócić czas, to wiesz, co bym zrobiła?
- Bardzo jestem ciekawy – już nie panowałem nad głosem.
- Wywaliłabym ten twój laptop do kosza. Nie pozwoliłabym ci go dotknąć. To bym zrobiła! Właśnie tak!
Nastała cisza. Jola sięgnęła po filiżankę, wciąż miała łzy w oczach. Trzeba się opanować. „Jarek, zwolnij. Po to ją zaprosiłeś, żeby się na niej wyżywać? Nie mogłeś po prostu odmówić spotkania?”. Oddychałem głęboko, równowaga powoli mi wracała. Patrzyłem spode łba na żonę i widziałem, że ciężko przeżywa naszą rozmowę. Warto przestać być okrutnym. Skończyć też z dręczeniem się - a to pretensjami, a to poczuciem winy. Wybaczyć? To niewątpliwie trudna sztuka, zależy od tego, co trzeba wybaczyć. Spróbować zapomnieć? Chyba tak od razu się nie da, może z upływem czasu...
Zagapiłem się w sufit, później w okno, starałem się pozbierać. Moja cholerna harówka, pogoń za karierą i pieniędzmi odebrała mi możliwość decydowania o własnym życiu, teraz miała mi odebrać żonę? Rzucić to nagle, czy przekonywać Jolę, że tak musi być? Zmienić? Niby na co? Dałbym radę siedzieć osiem godzin za biurkiem? Nie wiem, nie jestem pewny. Dopadło mnie tak wiele wątpliwości, że postanowiłem dać sobie czas na wnioski i decyzje. W końcu powiedziałem już całkiem spokojnie:
- Niech będzie, że mamy temat z grubsza przegadany. Trudno, musimy z tym żyć. Podobno czas leczy rany – zdobyłem się na wątły uśmiech; z pewnością nie był zbyt udany.
Pora zmienić kierunek rozmowy.
- Paskudny dzisiaj dzień, a pojutrze są twoje urodziny – musiało to być dla niej zaskoczeniem.
- Pamiętałeś i o tym? - podniosła głowę.
Bardzo nietrafione pytanie. „I o tym?”. Nie wystarczyło samo „pamiętałeś”?
- Mam dla ciebie prezent, zaczekaj minutę – wstałem pospiesznie, zanim zdążyła coś powiedzieć.
Dlaczego kupiłem prezent, skoro dotychczas nie opuszczała mnie złość na żonę? Skąd pewność, że będę chciał jej go wręczyć, że będę miał taką możliwość? Niezrozumiała przewrotność umysłu – chcąc nie chcąc, uśmiechnąłem się sam do siebie.
Chwilę stałem w kuchni przed szafką, w której ukryłem prezent. To już koniec bolesnego tematu? Nie ma już problemu? Czy to możliwe, czy mi się zdaje? Powinienem odpuścić i iść dalej? „Spokój, Jarek, spokój, niech się dzieje wola Nieba”. Wróciłem do salonu, niosąc małe zawiniątko ze wstążeczką.
- Wszystkiego najlepszego, dużo radości – powiedziałem, siląc się na miły ton.
Jola zerwała się na równe nogi, podbiegła i mocno mnie objęła. Przytuliła się, a ja nie miałem pewności, czy powinienem odwzajemnić uścisk. Już po chwili siedzieliśmy na kanapie obok siebie, nie dotykając się nawzajem. Zdobyłem się na kontynuowanie rozmowy:
- Nie zajrzysz do środka? Nie chcesz wiedzieć, co ci kupiłem?
- Pewnie, że chcę!
Widać było, że twarz mojej żony przybiera inny wyraz. Jakby krew zaczęła w niej z powrotem krążyć. Rozwinęła pakunek i otworzyła małe pudełeczko, które było wewnątrz. Zawierało złotą, ściślej srebrną pozłacaną, bransoletkę z licznymi kryształkami. Wyrób Swarovskiego, całkiem niedrogi, ale przecież nie miałem w sobie zbyt wiele entuzjazmu, dokonując tego zakupu. Przyda się Joli, czy będzie się starzał, schowany gdzieś w szufladzie? No proszę, znalazł przeznaczenie! Obracała bransoletkę w rękach i nie potrafiła nic powiedzieć. Zamurowało ją? Czego się spodziewała? Niekończących się pretensji z mojej strony? Karczemnej awantury? Krzyków, przekleństw? Zaskoczona moim gestem, długo wpatrywała się w prezent, nie wiedząc, czy powinna dziękować, czy też chwalić to, co właśnie stało się jej własnością. Ten stan trwał dobre kilka minut, po czym spojrzała na mnie i rozpłakała się na dobre. Łzy płynęły strumieniami na jej bluzkę, na kolana, na rozłożony pakunek.
Nie potrafiłem zareagować. Przez moment chciałem ją objąć, ale ręce nie słuchały poleceń. Próbowałem znaleźć jakieś sensowne słowa. Pustka, nic nie przychodziło mi do głowy. Siedziałem jak kołek i patrzyłem przed siebie, niczego nie widząc. To, co wydarzyło się potem, było zupełnie niezrozumiałe. Tak jakby uruchomiło się moje drugie „ja” - niesłuchające głosu rozsądku, żyjące własnym życiem. Wypowiedziało coś, na co to właściwe „ja” nie potrafiło zareagować. Nie zdążyło? Może wolało nie reagować?
- Chciałabyś zostać? - zapytało to drugie „ja”.
Moment zawahania.
- A ty byś tego chciał? - Jej głos był tak cichy, że ledwie słyszalny.
- Gdybym nie chciał, nie byłoby tego pytania – postanowiłem odzyskać inicjatywę.
No przecież to logiczne!
- Czyli zostaniesz?
Cisza. Serce, nie wiedzieć czemu, zaczęło mi walić jak oszalałe. Wracamy do siebie, jak gdyby nigdy nic? Będzie jak dawniej? Kurczę, nie może być jak dawniej, bo skończy się kolejną katastrofą! Na razie zróbmy krok naprzód. Chcę tego? Tak, chcę tego, właśnie podjąłem decyzję.
- Zostaniesz? - ponowiłem pytanie, jednak w moim głosie wciąż nie było zachęty. Była za to nadzieja. Wątła, pełna niepewności, ale była! Serce nadal łomotało.
- Chyba tak – głos żony jakby przybrał na sile.
Chyba?
Ja wyciągam rękę, a ty mi robisz łaskę? Spojrzałem na nią, unosząc brwi. Zrozumiała.
- Tak, chcę zostać – to było powiedziane jeszcze śmielej. W samą porę, bym nie zaczął żałować złożonej propozycji.
W mojej głowie nastał zupełny zamęt. Dam radę? Będę umiał ją kochać jak kiedyś? Spróbujemy ułożyć nasze życie od nowa? Jak zrobić, by znowu nie cierpiała? Czy jestem przekonany do konieczności zmian? Wystarczy mi odwagi?
- To fajnie – znów bez uprzedzenia rzekło moje drugie „ja”. Nie zamierzało czekać. Ignorowało moje rozterki.
Wątpliwości nadal mnie nie opuszczały. Zacząłem ostrożnie, zmieniając temat:
- Mam zatem do ciebie prośbę. Zadzwoń do mamy i powiedz, że zostajesz. Nic więcej nie mów, na to przyjdzie czas. Tylko że zostajesz. Możesz tak zrobić?
- Oczywiście, ale jest mały problem – Jola usiłowała się uśmiechnąć. – Telefon został u rodziców. Pożyczysz mi swój?
Wręczyłem żonie smartfona. Wybrała numer matki. Jakież musiało być zaskoczenie teściowej, gdy witając mnie, usłyszała w odpowiedzi głos córki.
- Mamo, posłuchaj, zostaję – chwila milczenia – tak, wszystko dobrze, pogadamy innym razem. Pa!
Szybki koniec rozmowy, tak jak prosiłem.
O reszcie dnia nie da się wiele powiedzieć. Na dworze przejaśniło się, wyjrzało słońce. Przyszło mi do głowy, że to chyba nagroda dla nas. Ktoś tam u góry cały czas trzymał rękę na pulsie, a teraz ucieszył się, że sprawy tak się potoczyły. Długo spacerowaliśmy, omijając po drodze ogromne kałuże, które pozostawiła ulewa. Zamiast obiadu zjedliśmy pizzę w naszej ulubionej pizzerii. Znów spacer i powrót do domu. Do wieczora gapiliśmy się w telewizor, już przytuleni na kanapie. Cały czas w milczeniu. Owszem, od czasu do czasu wymienialiśmy się uśmiechami, jednak na dalszą rozmowę raczej nie mieliśmy siły. Z pewnością nie mieliśmy? Przecież zostało tak wiele do powiedzenia... Cóż, chyba ważniejsze było to, że znów mieliśmy siebie.
Umyci i ubrani w piżamy udaliśmy się do łóżka. Do wspólnego łóżka! Pal diabli kolację. Leżeliśmy bez ruchu jakiś czas, aż nagle poczułem na sobie rękę Joli. Położyła mi ją na piersi. Nie zareagowałem. Zaczęła wykonywać delikatne, koliste ruchy na moim torsie. Trwało to chwilę, a później poczułem - a może mi się wydawało - że sunie po moim brzuchu w kierunku krocza. Stop, to za szybko, nie jestem na to gotowy! Chwyciłem jej dłoń. Wyrwała ją i natychmiast odwróciła się do mnie plecami. Ożeż ty! Te pieszczoty miały być prostym przekazem: „Chcę ciebie. Zapomnijmy o wszystkim, co do tej pory było, choćby na chwilę”.
Zrobiło mi się jej żal. Kurczę, ja tu się roztkliwiam nad sobą, a ona przez tyle miesięcy siedziała pokornie sama w domu i czekała. Wciąż czekała i cieszyła się z każdej chwili, w której byliśmy razem. Może narastała w niej złość, może mnożyły się niewypowiedziane pretensje i niewiele brakowało do wybuchu. Potem Chorwacja i nadzieja, że cały ten czas spędzimy razem. A ja znów zająłem się pracą, więc wybuch nieuchronnie nastąpił. Przybrał postać paskudnej zemsty, miało mnie to dotknąć do żywego: „Popatrz, głupku, jestem atrakcyjną kobietą, faceci do mnie lgną, mogę mieć kogo chcę, a ty klepiesz w komputer!”.
Faceci lgną? No właśnie, jeden przylgnął nawet za mocno! Ale żeby z takim typkiem? Zaraz, zaraz, powoli, czy nie o to właśnie chodziło? Wyczuwała, że darzę faceta szczerą niechęcią, niemal odrazą, więc miało tym bardziej zaboleć. To miał być dla mnie ostateczny sygnał!
Wróciły wątpliwości. Próbuję uznać, że to rozmyślne, celowe działanie ze strony żony... a może nie mam racji? Nie upraszczam - nie muszę, to proste. Szalony skok w bok, bo facet był atrakcyjny fizycznie. Co tam rozsądek, raz się żyje! Kto bardziej zawinił: ja czy Jola? Zapewne każde z nas widzi to inaczej, choć z pewnością i ona, i ja mocujemy się ze sprzecznymi uczuciami. Co u kogo przeważa? A czy to ważne? Trzeba zdecydować, czy nadal chcemy być razem i jak to „razem” ma wyglądać. Zapadłem w dziwny letarg, a po chwili sen wziął mnie we władanie.
VI
Obudziliśmy się niemal jednocześnie. Słońce stało dość wysoko, ale było wciąż lato, zatem trudno określić godzinę - wschody latem są przecież dość wczesne. Leżeliśmy zwróceni do siebie i milczeliśmy. Nasze twarze były coraz bliżej i bliżej, w końcu lawina ruszyła. Krótki pocałunek, jeszcze jeden i jeszcze… Zapomnieliśmy się w namiętnych czułościach. Pośpiesznie pomagaliśmy sobie zrzucić nocne ubrania. Jola wręcz wskoczyła na mnie, a ja objąłem ją najmocniej, jak potrafiłem. Poczułem, że już jestem w niej - bez zbędnego wstępu, bez tych ceregieli, które nazywają grą wstępną. Było nam cudownie i pewnie powinniśmy powtarzać w nieskończoność nasze miłosne zabawy, ale amunicji starczyło mi tylko na jeden wystrzał. Chyba włożyłem w to wszystkie siły, jakie tkwiły we mnie. Przez głowę przebiegło mi: „Może jednak lepiej raz, a dobrze, niż…”. Czy ona też tak uważała? No właśnie! Następne minuty upłynęły na delikatnych pieszczotach, gładzeniu ciał i czułych uściskach. Potem już tylko spokojnie leżeliśmy, trzymając się za ręce. Moja ukochana, znów moja i na zawsze moja! Tak musi być!
Jak tu wstać do pracy? Jak powiedzieć żonie, że muszę niestety wyjść? Znów poczułem, jak serce przyspieszyło. Wiem, zadzwonię do szefa. Nie mam dziś wyjazdu, powinienem być w biurze. Świat beze mnie w jeden dzień się nie zawali. Powiem, że bardzo źle się czuję. Tak, skłamię - nigdy dotąd mu nie skłamałem, raz mogę! Bogdan, nasz prezes, miał chyba do mnie słabość, bo przymykał oko na moje sporadyczne spóźnienia, chwilowe roztargnienie czy marnie skrywane oznaki zmęczenia. Wyznawał prostą zasadę: liczy się efekt pracy, nie zaś nieistotne szczegóły, a to ja robiłem najlepsze wyniki w firmie. Wszyscy ceniliśmy go, bo tolerował niewielkie błędy, drobne wpadki, co być może w innej firmie byłoby nie do pomyślenia. Jednak wyrozumiałość może też mieć swoje granice, ale trudno, zaryzykuję. Oznajmiłem żonie, że zostaję w domu, a szefowi wyślę później SMS-a. Była tak zaskoczona, że nie potrafiła tego skomentować. A może wolała tego nie robić, żeby nie zapeszyć?
Wygramoliliśmy się ze zmiętej pościeli i razem poszliśmy pod prysznic. Chlapaliśmy na siebie wodą, nieustannie się śmiejąc. Wzajemne wycieranie ręcznikiem - jaka to miła zabawa. Przecież powinno być tak zawsze, a ja codziennie pędziłem do firmy bez śniadania, poranne czynności traktując jak zło konieczne, nie dbając o to, co w tym czasie robiła Jola. Pośpieszny całus, zero przytulania, krótkie: do zobaczenia i już mnie nie było. Praca, praca, po pierwsze praca! I tak mijały dni i miesiące. Czy tak mają mijać nam lata? Nie, do cholery, nie! Coś muszę przedsięwziąć. Coś? Zaśmiałem się w duchu: coś, jakie to wielkie słowo! Umysł zaczął pracować na wyższych obrotach. „Dzisiaj, teraz, już, zrób, Jarek, to coś, ale mądrze”. Otworzyłem usta, by zacząć składać deklaracje, ale się powstrzymałem. Spokojnie, nic na hurra!
Wspólne śniadanie dało nam możliwość pogadania, a ja zacząłem ni z gruszki, ni z pietruszki, nie będąc pewnym, czy powinienem zadać to pytanie:
- Rozmawiałaś może z moją mamą?
Chwila ciszy, chwila zastanowienia.
- Hmm, tak, zadzwoniła do mnie - żona powiedziała to zupełnie spokojnie.
- Co chciała wiedzieć? - brnąłem dalej, pamiętając, jak dociekliwa jest mama.
- Jak było na Bałkanach, czy nam się podobało, dlaczego wróciliśmy wcześniej i takie tam...
- Zdradź mi, proszę, co jej powiedziałaś – odezwałem się niemal błagalnym tonem.
Czy nasze wersje będą się pokrywały? Chyba wszystkiego nie opowiedziała?
- Podobało nam się, mieliśmy świetne warunki, pogodę również, tylko ty musiałeś wrócić przed terminem, bo zadzwonił twój szef – w tych słowach nie było żadnych emocji, tylko zwykła relacja. Jakby ponadto nic złego się nie wydarzyło.
Jaka ulga! Zatem już nie będzie dociekań ze strony mamy, skoro mówiliśmy zgodnym głosem. OK, ciekawość naszych „staruszków” mamy w tej kwestii z głowy. Cóż, trudno byłoby po prostu ignorować rodzicielskie uczucia, przecież ich szanowaliśmy. Trzeba było ubarwić przekaz dla dobra sprawy, tym razem to konieczne. Uznałem, że pora na mój najważniejszy ruch:
- Wiesz, starałem się zważyć wszystkie za i przeciw i chyba wiem, co zrobię z moją pracą.
- Nie rozumiem. Co chcesz mi powiedzieć? - Jola znieruchomiała, z filiżanką w połowie drogi do ust. Wbiła we mnie wzrok, niepokój na jej twarzy był nad wyraz widoczny.
- Zdecydowałem, że poproszę Bogdana, żeby zamienił stanowiska mnie i Robertowi. On będzie głównie jeździł, ja zastąpię go przy biurku – kontynuowałem.
Klamka zapadła. Tego już nie da się odwołać!
- Pewny jesteś? - nie kryła zaskoczenia. – Wiesz, co robisz?
- Tak, jestem pewny. Wiem, że się zgodzi, bo firmie nic na tym nie ubędzie, potrafimy się zastąpić, a Robertowi przyda się więcej ruchu. Już zaczął przyrastać do fotela. Trzeba tylko wziąć pod uwagę, że stracę na poborach. Chyba niezbyt wiele, ale możemy to odczuć. Zapewne będzie nam trudniej...
W żonę jakby wstąpił nowy duch, nie zamierzała dać mi dokończyć:
- O rany, nie mogę uwierzyć! Żebyś wiedział, jak się cieszę. Damy radę, przecież ja od września idę do pracy. Coś tam przecież zarobię, chociaż to pół etatu, i się wyrówna – wypluwała te słowa jak karabin maszynowy. Cała aż podskakiwała na krześle z emocji. – Super, mój kochany, to bardziej niż super!
Stało się, powiedziało się, teraz dowie się prezes. „Jarek, jesteś gość!” - pochwaliło mnie moje drugie „ja”. Wciąż czuwało. Z pewnością było zadowolone, podobnie jak ja.
- Czyli jak uważasz, w kolejne wakacje znów daleki wyjazd? - zaczął udzielać mi się radosny nastrój.
- No jasne – dalej się emocjonowała – obowiązkowo, nie może być inaczej. Trzeba będzie szybko coś wybrać.
- Znów Chorwacja? - wyrwało mi się niemądrze.
- NIE! - wykrzyknęliśmy razem.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania