Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Rachunek z Chorwacji (II)
III
Czy na pewno tego chcę?
Wieczorem wykonałem telefon do rodziców. Obiecałem dać znać, gdy już wrócimy z wyjazdu. Oczywiście mama chciała wiedzieć jak najwięcej. Odpowiadałem zdawkowo, bez entuzjazmu: tak, jesteśmy zadowoleni, wszystko się udało, musiałem skrócić wyjazd, bo przełożony mnie o to poprosił, w sumie warto było pojechać. Obiecałem, że przyjedziemy razem i opowiemy dokładnie o wszystkim. Hmm, o wszystkim? Raczej nie. Nie miałem też pewności, kiedy przyjedziemy i czy to w ogóle nastąpi. Zacząłem się poważnie obawiać, że mama zechce skonfrontować moje słowa z Jolą, skoro musiała ciągnąć mnie za język. Jeśli wyczuje coś złego, nie da nam spokoju. Ale tak czy inaczej, to nasze sprawy, a jeśli jest jakiś kłopot, to też tylko nasz!
Wróciła praca. Wyjazd, pisanie raportu, układanie planów sprzedaży, telefony, znów wyjazd, kolejny dzień przy biurku, spotkania z klientami, sprawozdanie dla szefa. Wpadłem w wir pracy i powoli chorwackie wydarzenia odchodziły w niepamięć. No, może nie do końca. Kiedy kładłem się spać, a obok mnie nie było Joli, ból wracał, koszmarne obrazy długo nie dawały zasnąć. Dlaczego nam musiało się to przytrafić? Dlaczego właśnie nam? Co miała w głowie moja żona, decydując się na seks z tym facetem? Czy to zły los, czy przyczyna leży gdzieś w nas? Gdy już wreszcie udawało mi się zapaść w sen, często na wpół rozbudzony bezwiednie szukałem ręką drugiej osoby, mając nadzieję, że ona przy mnie jest. Jednak jej nie było...
Tydzień po mojej wizycie u teściów zadzwoniła mama Joli. Akurat siedzieliśmy z Artkiem przed telewizorem, oglądając jakiś mecz Ligi Mistrzów. Kumpel już wiedział, co wydarzyło się w Chorwacji - wtajemniczyłem go z pełnym przekonaniem, że nikt więcej nie pozna prawdy, a już na pewno nie od niego. Przyjaźniliśmy się od przedszkola i nie mieliśmy przed sobą sekretów. Miał na tyle taktu, że nie wypytywał o szczegóły, bo rozumiał, jakie to dla mnie bolesne. Był u nas świadkiem na ślubie i życzył nam jak najlepiej, choć jemu samemu niewiele się udawało. Miał za sobą już dwa, a naprawdę trzy nieudane związki. Nie zazdrościł nam szczęścia, był raczej skłonny zrobić wiele, aby nam się powiodło.
Odebrałem rozmowę niezbyt chętnie, widząc na wyświetlaczu, kto dzwoni.
- Dzień dobry, mamo, co słychać? - powiedziałem oschle.
W słuchawce przez kilka sekund trwała cisza, po czym usłyszałem słaby głos teściowej. Niewątpliwie telefon do mnie nie był dla niej łatwą decyzją.
- Witaj, Jarku, nie przeszkadzam ci w czymś?
- Skądże, mam wolną chwilę. Coś się stało, w czymś mogę pomóc?
Artek przysłuchiwał się przez moment moim słowom, po czym wstał, przyłożył palec do ust i wyszedł z mieszkania, nic nie mówiąc.
- Jeśli pozwolisz, chciałabym porozmawiać o tym, co się stało. Wiesz, o co mi chodzi – teściowa zawiesiła głos, czekając, czy będę miał ochotę kontynuować dialog, czy też każę jej się odczepić.
Mama Joli była rozważną kobietą, mądrą i taktowną. Warto było z nią rozmawiać, wyzbywszy się emocji i pretensji. Zresztą co ona zawiniła temu, że jej córka postąpiła - delikatnie rzecz ujmując – nierozsądnie? Hmm, to ja tak uważałem. Dla żony może miało to jakiś ukryty sens, jakiś powód, którego nie dostrzegłem. Odbierając połączenie poczułem, jak ciśnienie mi podskoczyło, przed oczami znów zobaczyłem żonę w ramionach tego typa, ale złapałem głęboki oddech i jakoś udało mi się opanować.
- Co mama chce mi powiedzieć? - zdecydowałem się raczej słuchać niż mówić.
- Rozmawiałam z Jolą, zresztą niejeden raz. Ojca nie wtajemniczałam, bo on bywa gwałtowny, mógłby coś głupiego palnąć, a nie daj Boże zrobić. Poinformowałam go tylko o waszej kłótni i że trzeba spokojnie poczekać i o tym, żeby między wami znów się dobrze ułożyło. Uznałam, że tak będzie najlepiej. Zapewne nie do końca mi uwierzył, bo nigdy wcześniej nie widział córki w takim stanie. Zaczęłam się obawiać, czy nie zwróci się przeciwko tobie, ciebie winiąc za tę sytuację. Musiałam go trochę urobić, ale mam na to swoje sposoby. Przejdę do rzeczy: Jola wpadła w depresję, kontakt z nią jest trudny, ale nie niemożliwy. Ciągle płacze, przypisuje sobie najgorsze cechy. Twierdzi, że straciła sens życia. Nie wspomina o tobie, widocznie nie ma na to odwagi. Zapewniam cię, że nie wyraziła w stosunku do ciebie żadnych pretensji.
Ostatnie zdanie, wypowiedziane przez teściową, trochę mnie zirytowało.
- No cóż, łaskawie z jej strony, że nie oczekuje ode mnie przeprosin za to, do czego doprowadziła – mruknąłem z niesmakiem.
- Daj spokój i posłuchaj mnie – przerwała mi. – Sama próbowałam przeanalizować wszelkie potencjalne powody, dlaczego mogło tak się stać, jak się stało. Nie widzę twojej winy w najmniejszym stopniu.
- Ale mama nie patrzy jej oczami. Ona może to widzieć inaczej. Proszę mi wierzyć, że często się zastanawiam, czy to ja nie popełniłem gdzieś błędu. Dobrze, przejdźmy dalej. Co jeszcze chce mi mama przekazać? - Zapytałem, bo wolałem nie rozdrapywać na nowo ran, które już zaczęły się goić. A może tylko sam siebie o tym przekonywałem?
- Czy dopuszczasz możliwość spotkania się z żoną? - W głosie teściowej dało się wyczuć niepewność, wręcz obawę. Głos jej się łamał. „Z żoną” - z pewnością chciała to podkreślić.
Spotkać się? Czy to ma sens? Jestem na to gotowy? I najważniejsze - czy mam ochotę?
- Nie wiem, szczerze mówiąc – odrzekłem zgodnie z prawdą.
Mama Joli wolała dopytać:
- Nie wiesz, czy możesz? Nie wiesz, czy chcesz?
Znów musiałem się zastanowić. Dostrzegłem, pomimo nieopuszczającego mnie żalu do żony, jakieś światełko w tunelu. Zdawało mi się, że nieracjonalnie zacząłem poruszać się w jego kierunku. Iść dalej czy zawrócić? Być twardym i nieczułym czy się ugiąć i przyjąć propozycję? Coś musiałem zdecydować.
- Mamo, nie potrafię dziś odpowiedzieć. Dajmy sobie jeszcze tydzień, może dwa. Ja do ciebie zadzwonię – na nic więcej nie było mnie w tym momencie stać.
- Dobrze – odparła trzęsącym się głosem. – Boję się tylko o Jolę, żeby jej stan się nie pogarszał.
No tak, boisz się o córkę. Mnie ani razu nie zapytałaś, jak się czuję. Trudno, w końcu nie jesteś moją matką, tylko jej.
- Do usłyszenia, mamo. Spokojnego dnia.
- Do usłyszenia, Jarku – możliwe, że chciała jeszcze coś dopowiedzieć, ale zrezygnowała.
Wyłączyłem telewizor, który już wcześniej został wyciszony przez Artka. Pochyliłem się nad ławą i oparłem głowę na zaciśniętych pięściach. Wszystko we mnie drgało, wszystko bulgotało, głowa chciała się rozpaść, trzęsły mi się ręce i nogi. Na zmianę widziałem obrazy ślubu i hotelowej sypialni, wspólny czas z Jolą i jej schadzki z tamtym kolesiem. Skołatany umysł zmuszał mnie do wyboru, co jest dla mnie ważniejsze. Nie wiem, ile czasu upłynęło mi w tym otępieniu. Pozbierałem się jakoś i poszedłem do lodówki po piwo. Szczerze mówiąc, to miałem ochotę narąbać się wódką - samotnie, bez żadnego towarzystwa. Nie chciałem nikogo w pobliżu, nawet Artka, bo albo bym dostał szału, albo się rozbeczał. Pozostałem mimo to przy piwie, patrząc bez zainteresowania w ponownie włączony ekran.
IV
Na jakich warunkach?
Minęło kilkanaście dni, a może dużo więcej. Sam już nie wiem, ile. Ten upływ czasu przestał być dla mnie istotny, starałem się go nie zauważać. Był sobotni poranek. Piękna pogoda za oknem nastroiła mnie pozytywnie do świata. Miałem wolny dzień, a przede mną była jeszcze niedziela, na którą niczego nie planowałem. Zjadłem śniadanie i zadzwoniłem do kumpla, by zapytać, co sądzi o moim ewentualnym spotkaniu z żoną. Poprzednie dni wypełniła mi praca do tego stopnia, że wcześniej nie miałem możliwości z nim pogadać. Zaskoczyła mnie jego odpowiedź – uważał, że jak najbardziej należy to zrobić. Rozłączyliśmy się dość szybko, a ja, będąc jeszcze pełnym sił witalnych, wybrałem na smartfonie numer teściowej.
Może trzeba było spróbować bezpośrednio do żony, ale przecież obiecałem kontakt jej matce. Wątpliwości dopadły mnie niemal natychmiast i rozłączyłem się po pierwszym sygnale. Cholera, co ze mną, tak się nie godzi! Wybrałem numer ponownie. Zajęty. Już zajęty, a wcześniej sygnał wywołania był poprawny. Niech tam, jeszcze raz. Od razu odezwała się mama Joli:
- Jarku, witaj. To w końcu kto do kogo dzwoni? Ty do mnie czy ja do ciebie? - w głosie teściowej usłyszałem jakby delikatne rozbawienie.
Zrozumiałem: po moim pierwszym dzwonku natychmiast próbowała wybrać numer do mnie, dlatego było u niej zajęte. No dobrze, to nieważne.
- Widocznie jednocześnie próbowaliśmy – odrzekłem, starając się nie okazywać nastroju – ale ważne, że się udało.
- Umówmy się, że to ty byłeś pierwszy. Czekałam na twój telefon. Co masz dla mnie? Liczę na dobre wiadomości – teściowa nie traciła rezonu.
- Cóż mogę powiedzieć? Mama zadała mi ważne pytanie i myślę, że oczekuje mojej decyzji...
- Więc? - przerwała mi.
Głos jej teraz zadrżał. Niewątpliwie obawiała się tego, co usłyszy. Miała nadzieję na pozytywny odzew z mojej strony, ale niepewność jej nie opuszczała.
- Więc... – zawiesiłem na moment głos – przemyślałem sporo i raczej chcę się spotkać z Jolą.
- Kiedy? Gdzie, u ciebie czy u nas? - rzuciła szybko. Pewnie obawiała się, że mógłbym nagle zmienić zdanie.
- Mamo, po pierwsze, nie u was. Ale też nie u mnie, tylko u nas, w naszym mieszkaniu. W końcu niezmiennie jesteśmy małżeństwem.
- Żebyś wiedział, jak miło mi słyszeć te słowa – przerwała mi ponownie; głos jej nie przestawał drżeć.
- Po drugie – kontynuowałem - proponuję jutro, w niedzielę, bo będę na miejscu. Od poniedziałku znowu wracam do kieratu.
- Jaka godzina ci odpowiada? - uznała, że trzeba kuć, póki gorące.
Po co zwlekać i cały dzień siedzieć w nerwach? Niech to się stanie jak najszybciej – pomyślałem.
- Wystarczy, że przed południem.
- To super, poproszę ojca i przywieziemy Jolę – ożywiła się kobieta.
Teraz ja się wtrąciłem:
- Nie. Wolę, żeby nie było was w pobliżu. Jola musi przyjechać sama.
- Wiesz przecież, że ona nie umie prowadzić auta – teściowa miała jeszcze nadzieję coś ugrać po swojemu.
- To niech przyjedzie autobusem! - powiedziałem twardo, może zbyt twardo.
W słuchawce zapadła chwila ciszy.
- Czy ma zabrać swoje rzeczy? - Do jej głosu wróciło napięcie.
- Nie trzeba – zdecydowałem.
- Rozumiem – odparła cicho. Pojęła, że nie ma pewności, czy jej córka w ogóle zostanie ze mną.
- To będzie tak, jak chcesz. Jesteśmy umówieni. Trzymaj się – mama żony postanowiła nie kontynuować rozmowy. Czy była zadowolona z jej efektów? Niestety nie wiadomo. Mimo wszystko udało jej się osiągnąć jakiś postęp. Mnie, jak sądzę, też.
- Do widzenia, mamo – odpowiedziałem.
Szybko do mnie dotarło, że popełniłem duży błąd. Jeśli Jola przyjedzie sama, to albo zostanie, albo wypadałoby ją odwieźć. A jeśli porozumienie się nie uda, to czy będę miał siłę na wspólną podróż? Jasna cholera, ale ze mnie strateg! Zadzwoniłem raz jeszcze do Artka i zaprosiłem go na wieczór, pod warunkiem że nie będziemy rozmawiać o jutrzejszym spotkaniu. Dowiedział się tylko tyle, że do niego dojdzie. I wystarczy! Nie skomentował - widocznie uznał, że nie do końca ma do tego prawo. Łatwo mogłem odgadnąć, jak przyjął tę wiadomość.
Wieczór upłynął nam przy piwie, chipsach i jakimś serialu w telewizji, na którym nie potrafiłem się skupić. Artek starał się być zabawny: opowiadał nowe dowcipy, wtrącał śmieszne kwestie, ale ja byłem już duchem przy niedzieli. Siedzieliśmy, popijaliśmy, zagryzaliśmy chrupkami. On mówił, ja milczałem, nie potrafiąc włączyć się do rozmowy. Pożegnaliśmy się raczej późno, a kumpel rzucił na odchodnym:
- No to powodzenia jutro!
Cisnąłem za nim kapciem, ale zdążył zniknąć za drzwiami.
V
Czy to jest kapitulacja?
Niedzielny poranek w niczym nie przypominał sobotniego. Gęste, ciężkie chmury zawisły nad miastem; było jedynie kwestią czasu, kiedy spadnie deszcz. Starałem się nie przejmować pogodą - nigdzie się nie wybierałem. Niech pada, jeśli ma takie życzenie. Zaraz, zaraz! Przecież ma przyjechać Jola, a od przystanku ma do pokonania dobre kilkaset metrów. Jeśli będzie lać, nieźle zmoknie. A niech zmoknie! Co mnie to obchodzi, przecież wcale nie cieszę się na jej wizytę.
Minęło sporo czasu od tamtego zdarzenia, a nie opuszczało mnie wrażenie, że to było wczoraj. Wróciły budzące niesmak obrazy: moja żona pieszcząca detale jego ciała, moja ukochana jęcząca pod nim z rozkoszy. Co było najgorsze? To, że musiałem oglądać te sceny, czy to, że w ogóle mnie zdradziła? Fakt, że okazała się tak łatwym łupem dla podrzędnego cwaniaczka, czy może jednak ten mój własny, katastrofalny błąd? Przecież zamiast ostatecznie ukrócić ten flirt, dałem się ponieść naiwnej potrzebie zyskania pewności. Tylko jakiej? Że ta zażyłość zyska niebezpieczny wymiar, czy że Jola zachowa rozsądek? Na jakąkolwiek reakcję i tak zabrakłoby mi czasu – siedziałem za daleko. Zanim dopadłbym do ich stolika, rozmawialiby już grzecznie o pogodzie, a ja wyszedłbym na furiata.
Upozorowałem wyjazd, by zacząć obserwację z ukrycia, łudząc się, że wciąż mam kontrolę. A tą bezgranicznie głupią prowokacją wyczyściłem im pole, stworzyłem idealną okazję i sam wepchnąłem ją w jego ramiona.
Nie mogłem zdecydować, czy bardziej boli zdrada kobiety, której ufałem, czy świadomość, że sam ten koszmar zaaranżowałem.
Dodatkowo drażniło mnie wspomnienie ich gry wstępnej. Zbyt wiele było w tym kobiecego zaangażowania, za dużo wyszukanych pieszczot. Czy tak wygląda zwykłe pójście z kimś do łóżka? Wolałem nie myśleć, jak ten facet dotykał Jolę, zanim przystąpił do finału. Co prawda od ich wejścia do sypialni do momentu, gdy nakryłem roznamiętnioną parę na gorącym uczynku, nie minęło zbyt wiele czasu, ale czy to coś zmieniało? Dokładnie nic, bo mimo wszystko tandetny amant dopiął swego, choć nie do końca. Może potem najadł się wstydu, ale i tak miał prawo być przekonany, że ten numer mu wyszedł i dopisać sobie kolejną zdobycz - niestety moją żonę.
Musiałem wreszcie okiełznać wyobraźnię i zacząłem rozważać różne scenariusze: czy przyjmę Jolę, jakby nic się nie stało, czy dam jej odczuć, że rachunek z Chorwacji wciąż jest nierozliczony? Cholera, coś muszę zdecydować! W roztargnieniu wylałem na siebie poranną kawę. Pech? A może zapowiedź wyjątkowo podłego dnia. Starałem się uspokoić i w końcu jako tako mi się to udało.
Co dalej? Trwać w oczekiwaniu? Zadzwonić do niej, a może do teściów i zapytać, kiedy przyjedzie? Do żony dzwonić mi się nie chciało, a do jej rodziców już nie wypadało. Niech będzie, co ma być. Z tym przekonaniem przygotowałem śniadanie i otworzyłem laptopa, by dowiedzieć się, co nowego w sporcie. Informacje wciągnęły mnie na tyle, że straciłem poczucie czasu. Z tego iluzorycznego spokoju brutalnie wyrwał mnie nagły dzwonek do drzwi.
To już ona? A ja nawet nie przemyślałem, co chcę jej powiedzieć. Tętno gwałtownie mi przyspieszyło. Byłem bliski paniki.
Zerknąłem w okno. Lało niemiłosiernie. Otworzyłem drzwi bez zbytniego pośpiechu. Za progiem stała moja żona, wyglądała kiepsko. Ubrana w beżową, luźną bluzkę i obcisłe dżinsy. Nieumalowana, zapuchnięta od płaczu, uczesana dość niedbale. Smutna, ziemistoszara twarz. Czy to dla wywołania konkretnego efektu? Co ciekawe, nie miała ze sobą parasola, a była tylko odrobinę zmoknięta. Jak jej się to udało?
- Cześć – rzekła cicho, nie patrząc mi w oczy. – Mogę wejść?
- Możesz, skoro już jesteś – odparłem niezbyt grzecznie. – Przyjechałaś autobusem?
- Tak... – zawahała się, po czym dodała: - Przepraszam, nie. Przywiózł mnie Benek.
- I będzie na ciebie czekał, jakby co? – ni to zapytałem, ni to stwierdziłem.
- Nie będzie, pojechał do domu, ale wróci, jeśli go poproszę – Jola jakby nabrała już odrobinę pewności siebie.
Weszliśmy do salonu. Pokazałem jej, gdzie chcę, aby usiadła. To ja będę rozdawał karty!
- Chcesz może coś do picia? - Odrobina kurtuazji nie zaszkodzi, w końcu z roli gospodarza nikt mnie nie zwolnił.
- Kawę tak, jeśli to nie kłopot. Ale mogłabym zrobić sama, jeśli pozwolisz... – zawiesiła głos.
- Niczego nie będę ci pozwalał ani zabraniał. Jesteś w końcu u siebie. Idę po kawę.
Czas, który spędziłem przy robieniu kawy, pozwolił mi uporządkować myśli. Nie będę warczał na żonę, przecież sam ją zaprosiłem, choć przez pośrednika. Właśnie! Co musi przeżywać teraz teściowa? Wypowiada jakieś zaklęcia, modli się, czymś się zajmuje, aby nie myśleć, jak skończy się to spotkanie?
Wróciłem do salonu z kawą:
- Proszę. Przynieść ci cukier?
- Przecież wiesz, że nie słodzę – próbowała zdobyć się na skromny uśmiech. – Zapomniałeś?
- Możliwe, ale o wszystkim nie zapomniałem – nie potrafiłem darować sobie małej złośliwości.
Twarz Joli zrobiła się jeszcze bardziej smutna niż wtedy, gdy ją zobaczyłem w drzwiach. Nie miała odwagi się odezwać.
- Zróbmy tak – zacząłem; pora przejść do konkretów. – Co się stało, oboje wiemy. Dlaczego tak się stało, wyjaśnij mi, ale niczego nie pomijaj. Jeśli masz coś do mnie, wal śmiało.
- Serio? - zawahała się.
- Zupełnie serio. Albo sobie wszystko wyjaśnimy, albo rozmowa traci sens.
Minęło niewiele czasu, zanim zdecydowała się odezwać. Westchnęła ciężko:
- Skoro pozwalasz mi mówić otwartym tekstem, to twój wybór.
Powiedziała to niezwykle spokojnie, patrząc gdzieś w odległy punkt. Nagle pękła ze łzami w oczach. Trzęsły jej się ramiona, głos brzmiał ponuro:
- Jarek, kurwa, przepraszam, czy ty nie rozumiesz, że mam ciebie za mało? Że nasze wspólne życie składa się głównie z czekania na ciebie? I ten upiorny wyjazd, który z założenia miał być piękną podróżą poślubną. Zapomniałeś o planach, ważniejsza była dla ciebie praca, ja na drugim miejscu. Z tym mężczyzną, o którego zaraz zapytasz, dobrze się dogadywałam. Rozmawialiśmy na różne tematy, starał się mnie zabawiać…
„Z tym mężczyzną” – przeleciało mi przez głowę – ho ho, dostojnie zabrzmiało. Tak naprawdę z lokalnym pasożytem na garnuszku brata. Wykwintne towarzystwo, wspaniała znajomość!
- I tak cię rozbawił, że aż poszłaś się z nim pieprzyć? Co to miało być? Zemsta na mnie?
Złapała głęboki oddech:
- Wiesz, czasami sądziłam, że to może być dobry pomysł, tym bardziej że sam zasugerowałeś, że on może chcieć zaciągnąć mnie do łóżka. Ale pewna nie byłam. Później wszystko potoczyło się szybko, za szybko, trochę już poza moją kontrolą…
- Doskonale widziałem, że przestałaś się kontrolować – przerwałem jej. - Dobry pomysł? Puszczenie się z jakimś przygodnym facetem nazywasz dobrym pomysłem? Nie stać cię było na coś bardziej oryginalnego niż prymitywna zdrada? A gdybym was nie dopadł, jaki byłby efekt zemsty? Przyznałabyś mi się?
- Raczej bez szczegółów, ale zasiałabym w tobie podejrzenia w taki sposób, byś nie był do końca pewny, co mogło się wydarzyć.
Może mniej by bolało, gdybym tylko próbował się domyślać, zamiast zobaczyć całą, niepozostawiającą złudzeń akcję na żywo. Cóż za poświęcenie! Pozbyć się własnej godności w imię niedorzecznej wendety - przebiegło mi przez głowę. Lecz jakie to teraz miało znaczenie?
- Dobra, nie musisz nic więcej mówić. Zatem w twoim mniemaniu to nie paskudna zdrada, tylko po prostu zemsta? Perfidną formę wybrałaś. Posłuchaj, ja to oceniam zupełnie inaczej: trafiłaś na dorodnego samca i uznałaś, że warto go sprawdzić w działaniu. Czysta chemia. To podziałało na twoje zmysły, bo nie powiesz mi, że urzekł cię jego intelekt?
- Nie! - krzyknęła. – Upraszczasz!
- Ja upraszczam? Co tu trzeba upraszczać? To ty usiłujesz umniejszać znaczenie swojego wyczynu - rozdrażniłem się. – Byłaś zła, więc miałaś prawo zrobić cokolwiek, nawet pójść z kimś do łóżka? W taki sposób postanowiłaś odreagować?
– Proszę, nie musisz mi mówić, że zrobiłam idiotyczny błąd. Teraz doskonale to wiem i bardzo żałuję, jeśli w ogóle jesteś w stanie mi uwierzyć. Żebyś wiedział, jak cholernie mi z tym ciężko… Rozrywa mnie to od środka. Zasypiam z poczuciem wstydu i budzę się, czując obrzydzenie do siebie. Nie potrafię normalnie funkcjonować, nic mnie nie cieszy, ciągle o tym myślę. Czasu jednak nie da się cofnąć i to jest w tym wszystkim najgorsze, ta okrutna bezsilność…
Zawahała się i uciekła wzrokiem, jakby wróciła pamięcią do tamtej samotności, do tych głuchych dni.
– Patrzyłam, jak siedzisz godzinami wpatrzony w ekran... Byłeś obecny tylko ciałem. Nie dostrzegałeś mnie, nie słyszałeś, co do ciebie mówię. Ważniejsza była praca, ja gdzieś tam w tle… Na początku dawałam sobie z tym radę. Żeby jakoś wypełnić tę samotność, wciskałam nos w książki. Bałam się wyjść, żeby nie przegapić momentu, kiedy zamkniesz ten komputer. Nasłuchiwałam każdego kliknięcia, beznadziejnie łudząc się, że właśnie skończyłeś. Lecz niczym mydlana bańka prysły moje naiwne oczekiwania, że wreszcie spędzimy czas razem. Poranna kawa była jedyną ucieczką. Dozowałam ją sobie ostrożnie, wręcz z poczuciem winy, aż w końcu puściły mi hamulce. Wiesz, jak naprawdę powinnam zareagować? Co powinnam zrobić, zamiast szukać kogokolwiek, kto chociaż na mnie spojrzy?
- Bardzo jestem ciekawy – już nie panowałem nad głosem.
- Wywalić ten twój laptop do kosza albo jeszcze lepiej przez balkon, razem ze wszystkimi notatkami, które tak skrupulatnie robiłeś. Nie pozwolić ci go nawet dotknąć. Tak należało postąpić!
- I tu się z tobą zgadzam. Znacznie lepiej byłoby nawet brutalnie oderwać mnie od zajęć, niż szukać pocieszenia w ramionach byle jakiego typka. Dlaczego tak nie zrobiłaś, co cię powstrzymywało?
Nastała cisza. Jola nie odpowiadała, sięgnęła tylko po filiżankę trzęsącymi się rękami, wciąż miała łzy w oczach. Trzeba się opanować. Jarek, zwolnij - pomyślałem. - Po to ją tu zaprosiłeś, żeby się na niej wyżywać? Nie mogłeś po prostu odmówić spotkania?
Widać, że przegraliśmy na własne życzenie - oboje bez wyjątku. Jola, bo zabrakło jej determinacji, aby uświadomić mi samolubność mojego postępowania, a ja, bo nie byłem zdolny do elementarnego wyczucia, że tuż obok ktoś po prostu cierpi.
Oddychałem głęboko, równowaga powoli mi wracała. Patrzyłem na żonę i widziałem, jak ciężko przeżywa rozmowę. Warto przestać być okrutnym. Pogodzić się z tym, że wspólnie zawaliliśmy, choć rozwiązanie problemu było na wyciągnięcie ręki. Spróbować zapomnieć, co z tego wynikło? Tak od razu się nie da, może z upływem czasu, może nigdy...
Zagapiłem się w sufit, później w okno. Starałem się pozbierać. Moja cholerna harówka, pogoń za karierą i pieniędzmi odebrała mi możliwość decydowania o własnym życiu, teraz miała mi odebrać żonę? Rzucić to z dnia na dzień, czy przekonywać Jolę, że tak musi być? Zmienić? Niby na co? Dałbym radę siedzieć osiem godzin za biurkiem? Nie wiem, nie jestem pewny. Dopadło mnie tak wiele wątpliwości, że warto było dać sobie czas na wnioski i decyzje. W końcu powiedziałem już całkiem spokojnie:
- Niech będzie, że mamy temat z grubsza przegadany. Spróbujmy do niego nie wracać. Trudno, musimy z tym żyć, a podobno czas leczy rany – zdobyłem się na wątły uśmiech, nie bardziej udany niż banał, który właśnie wygłosiłem. - Chcę ci dopowiedzieć jedną rzecz. „Ten mężczyzna”, jak go wytwornie określiłaś - nie był wart twojego zainteresowania, a tym bardziej zaangażowania. Dowiedziałem się przed wyjazdem co nieco na jego temat. To po prostu zwykły pasożyt, bezwstydnie żyjący na koszt brata i kolekcjoner erotycznych przygód. Człowiek, na którego cały personel hotelu patrzy z niesmakiem i pobłażliwym zażenowaniem. Ciekawy jestem zresztą, jak zareagował właściciel, kiedy dowiedział się od recepcjonisty o tym, jak jego brat-zakała z paniką w oczach przedzierał się przez hol pomiędzy czekającymi gośćmi, niezbyt udanie przykrywając ręką swoje klejnoty? Co napiszą w opiniach o obiekcie świadkowie tej żałosnej sceny? Czy na takiej reklamie mu zależało?
Jola nadal milczała, ale zaszła w niej istotna zmiana. Twarz jej znów poszarzała. Jak sądzę, zaczęło do niej docierać, jaki wymiar tak naprawdę miała jej szalona „przygoda”. Ile w niej było romantyzmu, a ile zwyczajnego wyrachowania miejscowego cwaniaczka. Żadna partnerska relacja - została po prostu bezceremonialnie wykorzystana.
Wystarczy, pora zmienić ton.
- Paskudny dzisiaj dzień, a pojutrze są twoje urodziny – musiało to być dla niej zaskoczeniem.
– Pamiętałeś i o tym? – z niedowierzaniem podniosła głowę. Jej wzrok nie wrócił jeszcze z tej otchłani, w której dopiero co się pogrążyła.
Bardzo nietrafione pytanie. Nie wystarczyło samo „pamiętałeś”? Zdarzyło mi się kiedyś zapomnieć o jej urodzinach?
- Mam dla ciebie prezent, zaczekaj minutę – wstałem pospiesznie, zanim zdążyła coś dopowiedzieć.
Dlaczego kupiłem prezent, skoro dotychczas nie opuszczała mnie złość na żonę? Skąd pewność, że będę chciał jej go wręczyć, że będę miał taką możliwość? Niezrozumiała przewrotność umysłu – chcąc nie chcąc, uśmiechnąłem się sam do siebie.
Stanąłem w kuchni przed szafką, w której ukryłem prezent. To już koniec bolesnego tematu? Nie ma już problemu? Czy to możliwe, czy mi się zdaje? Trzeba odpuścić i iść dalej? Spokój, Jarek, spokój, niech się dzieje, co ma być. Wróciłem do salonu, niosąc małe zawiniątko ze wstążeczką.
- Wszystkiego najlepszego, dużo radości – powiedziałem, siląc się na miły ton.
Jola zerwała się na równe nogi, podbiegła i mocno mnie objęła. Przytuliła się, a ja nie miałem pewności, czy odwzajemnić uścisk. Niedługo potem siedzieliśmy na kanapie obok siebie, nie dotykając się nawzajem. Zdobyłem się na kontynuowanie rozmowy:
- Nie zajrzysz do środka? Nie chcesz wiedzieć, co ci kupiłem?
- Pewnie, że chcę!
Twarz mojej żony zaczęła przybierać inny wyraz. Jakby krew w niej znowu krążyła. Rozwinęła pakunek i otworzyła małe pudełeczko. Zawierało srebrną, pozłacaną bransoletkę z licznymi kryształkami, całkiem niedrogi wyrób Swarovskiego. Ale przecież nie miałem w sobie zbyt wiele entuzjazmu, dokonując tego zakupu. Przyda się Joli, czy będzie się starzał, schowany gdzieś w szufladzie? No proszę, znalazł przeznaczenie!
Obracała bransoletkę w rękach i nie potrafiła nic powiedzieć. Zamurowało ją? Czego się spodziewała? Niekończących się pretensji z mojej strony? Karczemnej awantury? Krzyków, przekleństw? Zaskoczona moim gestem, długo wpatrywała się w prezent, nie wiedząc, czy powinna dziękować, czy też chwalić to, co właśnie stało się jej własnością. Ten stan trwał parę długich minut, po czym spojrzała na mnie i rozpłakała się na dobre. Łzy płynęły na jej bluzkę, na kolana, na rozłożony pakunek.
Nie wiedziałem, jak powinienem się zachować. Przez moment chciałem ją objąć, ale ręce nie słuchały poleceń. Próbowałem znaleźć jakieś sensowne słowa. Pustka, nic nie przychodziło mi do głowy. Siedziałem jak kołek i patrzyłem przed siebie, niczego nie widząc. To, co wydarzyło się potem, było zupełnie niezrozumiałe. Tak jakby uruchomiło się moje drugie „ja” - niesłuchające głosu rozsądku, żyjące własnym życiem. Wypowiedziało coś, na co to właściwe „ja” nie potrafiło zareagować. Nie zdążyło? Może wolało milczeć?
- Chciałabyś zostać? - zapytało to drugie „ja”.
Zawahała się.
- A ty byś tego chciał? - Jej głos był tak cichy, że ledwie słyszalny.
Ocknąłem się i postanowiłem odzyskać inicjatywę.
- Gdyby tak nie było, nie zadałbym tego pytania.
Cisza. Serce, nie wiedzieć czemu, zaczęło mi walić jak oszalałe. Wracamy do siebie, jak gdyby nigdy nic? Będzie jak dawniej? Kurczę, nie może być jak dawniej, bo skończy się kolejną katastrofą! Na razie zróbmy krok naprzód. Chcę tego? Tak, chcę tego, właśnie podjąłem decyzję.
- Zostaniesz? - ponowiłem pytanie, lecz w moim głosie nie było zachęty. Była za to nadzieja. Wątła, pełna niepewności, ale była! W piersiach mi łomotało.
- Chyba tak – głos żony jakby przybrał na sile.
Chyba? Ja wyciągam rękę, a ty mi robisz łaskę? Spojrzałem na nią, unosząc brwi. Zrozumiała.
- Tak, chcę zostać – to było powiedziane jeszcze śmielej. W samą porę, bym nie zaczął żałować złożonej propozycji.
Dam radę? Będę umiał ją kochać, jak kiedyś? Spróbujemy ułożyć wspólne życie od nowa? Co zrobić, by znowu nie cierpiała? Czy jestem przekonany do konieczności zmian? Wystarczy mi odwagi?
- To fajnie – znów bez uprzedzenia rzekło moje drugie „ja”. Nie zamierzało czekać. Ignorowało moje rozterki.
Wątpliwości mnie nie opuszczały. Zacząłem ostrożnie, zmieniając temat:
- Mam zatem do ciebie prośbę. Zadzwoń do mamy i powiedz, że zostajesz. Nic więcej nie mów, na to przyjdzie czas. Tylko tyle, że zostajesz. Możesz tak zrobić?
- Oczywiście, ale jest mały problem – Jola usiłowała się uśmiechnąć. – Telefon został u rodziców. Pożyczysz mi swój?
Wręczyłem żonie telefon. Wybrała numer matki. Jakież musiało być zaskoczenie teściowej, gdy witając mnie, usłyszała w odpowiedzi głos córki.
- Mamo, posłuchaj, zostaję... – Chwila milczenia. – Tak, wszystko dobrze, pogadamy innym razem. Pa!
Szybki koniec rozmowy, tak jak prosiłem.
O reszcie dnia nie da się wiele powiedzieć. Na dworze przejaśniło się, wyjrzało słońce. Długo spacerowaliśmy, omijając po drodze ogromne kałuże, które pozostawiła ulewa. Zamiast obiadu zjedliśmy pizzę w ulubionej pizzerii. Znów spacer i powrót do domu. Do wieczora gapiliśmy się w telewizor, już przytuleni na kanapie. Cały czas w milczeniu. Owszem, od czasu do czasu wymienialiśmy uśmiechy, natomiast na dalszą rozmowę raczej nie mieliśmy siły, a przecież zostało tak wiele do powiedzenia… A może to nieme porozumienie jest ważniejsze?
Umyci i ubrani w piżamy udaliśmy się do łóżka. Do wspólnego łóżka! Pal diabli kolację. Leżeliśmy bez ruchu jakiś czas, aż nagle poczułem na sobie rękę Joli. Położyła mi ją na piersi. Nie zareagowałem. Zaczęła wykonywać delikatne, koliste ruchy na moim torsie. Trwało to może minutę, a później zorientowałem się - a może mi się wydawało - że sunie po moim brzuchu w kierunku krocza. Stop, to za szybko, nie jestem na to gotowy! Chwyciłem jej dłoń. Cofnęła ją i natychmiast odwróciła się do mnie plecami. Ożeż ty! Te pieszczoty miały być prostym przekazem: „Chcę ciebie. Zapomnijmy o wszystkim, co do tej pory było, choćby na moment”.
Zrobiło mi się jej żal. Szlag by to, ja tu się roztkliwiam nad sobą, a ona przez tyle miesięcy siedziała pokornie sama i czekała. Cieszyła się z każdej chwili, kiedy mogliśmy być razem. Bez słowa protestu znosiła moje wyjazdy, późne powroty z biura, znoszenie pracy do domu. Nie narzekała, nie skarżyła się, a ja żyłem w błogim, naiwnym przekonaniu, że wszystko robię, jak trzeba. Dziś mógłbym powiedzieć: Jarek, jaki bęcwał z ciebie. Ale wcześniej nie miałem sobie nic do zarzucenia. Jarek, wzorowy mąż. Teraz brzmi to niestety niemal jak szyderstwo. Bardziej pasuje tu: Jarek, ty żałosny rogaczu na własne życzenie.
Nie dostrzegałem, że w żonie może narastać złość, mnożą się niewypowiedziane pretensje i niewiele brakuje do wybuchu. A potem Chorwacja i jej nadzieja, że cały ten czas będziemy nierozłączni. A ja znów zająłem się pracą, więc wybuch nieuchronnie nastąpił. Przybrał postać paskudnej zemsty, miało mnie to dotknąć do żywego: „Popatrz, głupku, jestem atrakcyjną kobietą, faceci do mnie lgną, mogę mieć, kogo chcę, a ty klepiesz w komputer!”.
Faceci lgną? No właśnie, jeden przylgnął nawet za mocno! Ale żeby z takim typkiem? Zdecydowały jego powierzchowne atuty? A może to - co bezbłędnie wyczuwała - że darzę go szczerą niechęcią, niemal odrazą, więc miało tym bardziej zaboleć.
Jola zrobiła straszną rzecz, ale nie dlatego, że czekała na okazję do skoku w bok i okazja się trafiła, więc z niej bez oporów, skwapliwie skorzystała. To ja się do tego przyczyniłem - moja krótkowzroczność.
Wróciły wątpliwości. Dotąd próbowałem uznawać, że to ślepy impuls, bo facet był atrakcyjny fizycznie. Co tam rozsądek, co tam deklaracje, że „wiem, kim jestem, i nic tego nie zmienia”. Raz się żyje! A jeśli nie mam racji i niesłusznie upraszczam? Może to faktycznie rozmyślne, celowe działanie ze strony żony… Akt rozpaczy, a dla mnie ostateczny sygnał: „Nie mam już nic do stracenia!” Naprawdę nic? A szacunek dla samej siebie? A godność? A małżeńską wierność?
Każde z nas patrzy na to inaczej, choć i ona, i ja z pewnością mocujemy się ze sprzecznymi uczuciami. Lecz dochodzenie, kto zepsuł więcej, niczego nie zmieni. Trzeba zdecydować, czy dalej chcemy być razem i jak to „razem” ma wyglądać. Zapadłem w dziwny letarg, a niebawem sen po prostu wziął mnie we władanie.
VI
Czas na porządki?
Obudziliśmy się niemal jednocześnie. Słońce stało całkiem wysoko, ale przecież jeszcze trwało lato, zatem trudno było określić godzinę - wschody o tej porze roku są dość wczesne. Leżeliśmy zwróceni do siebie i milczeliśmy. Twarze znajdowały się coraz bliżej, aż w końcu usta się spotkały. Krótki pocałunek, jeszcze jeden i kolejny… Zapomnieliśmy się w namiętnych czułościach. Pośpiesznie pomagaliśmy sobie zrzucić nocne ubrania. Jola wręcz wskoczyła na mnie, a ja objąłem ją najmocniej, jak potrafiłem. Poczułem, że już jestem w niej - bez tego zbędnego rytuału, nazywanego grą wstępną. Było nam cudownie i pewnie powinniśmy powtarzać miłosne uniesienia w nieskończoność, ale sił starczyło mi tylko na jeden intensywny raz. Włożyłem w to całą energię, jaka tkwiła we mnie. Może lepiej raz, a dobrze, niż… - przemknęło mi przez głowę. Czy ona też tak uważała? No właśnie!
Następne minuty upłynęły na delikatnych pieszczotach, gładzeniu ciał i czułych uściskach. Potem już tylko spokojnie leżeliśmy, trzymając się za ręce. Moja ukochana, znów moja i na zawsze moja! Tak musi być!
Jak tu wstać do pracy? Jak powiedzieć żonie, że muszę niestety wyjść? Znów poczułem, jak serce przyspieszyło. Wiem, odezwę się do szefa. Nie mam dziś wyjazdu, powinienem być w biurze. Świat beze mnie w jeden dzień się nie zawali. Przekażę, że bardzo źle się czuję. Tak, skłamię - nigdy dotąd mu nie skłamałem, raz mogę! Bogdan, nasz prezes, miał do mnie słabość, bo przymykał oko na moje sporadyczne spóźnienia, nerwowe roztargnienie czy marnie skrywane oznaki zmęczenia. Wyznawał prostą zasadę: liczy się efekt pracy, nie zaś nieistotne szczegóły, a to ja robiłem najlepsze wyniki w zespole. Wszyscy ceniliśmy go, bo tolerował niewielkie błędy, drobne wpadki, co być może gdzie indziej byłoby nie do pomyślenia. Ale wyrozumiałość może też mieć swoje granice. Trudno, zaryzykuję.
Oznajmiłem żonie, że zostaję w domu, a szefowi wyślę później SMS-a. Była tak zaskoczona, że nie potrafiła tego skomentować. A może wolała tego nie robić, żeby nie zapeszyć?
Wygramoliliśmy się ze zmiętej pościeli i razem poszliśmy pod prysznic. Chlapaliśmy na siebie wodą, śmiejąc się nieustannie. Wzajemne wycieranie ręcznikiem - jaka to miła zabawa. Powinno tak być zawsze, a ja codziennie pędziłem do firmy bez śniadania. Poranne czynności traktowałem jak zło konieczne, nie dbając o to, co w tym czasie robiła Jola. Pośpieszny całus, zero przytulania, krótkie „do zobaczenia” i już mnie nie było. Praca, praca, po pierwsze praca! I tak mijały dni i miesiące. Czy tak mają mijać nam lata? Nie, do cholery, nie! Coś muszę przedsięwziąć. Coś? Zaśmiałem się w duchu: „coś”, jakie to wielkie słowo! Umysł zaczął pracować na wyższych obrotach. Dzisiaj, teraz, już... Zrób to, Jarek, ale mądrze. Otworzyłem usta, by zacząć składać deklaracje, ale się powstrzymałem. Spokojnie, nic na hurra!
Wspólne śniadanie dało nam możliwość pogadania, a ja zacząłem ni z gruszki, ni z pietruszki, nie będąc pewnym, czy to dobry pomysł:
- Rozmawiałaś może z moją mamą?
Chwila ciszy, chwila zastanowienia.
- Hmm, tak, zadzwoniła do mnie - żona powiedziała to zupełnie spokojnie.
- Co chciała wiedzieć? - brnąłem dalej, pamiętając, jak dociekliwa jest mama.
- Jak było na Bałkanach, czy nam się podobało, dlaczego wróciliśmy wcześniej i takie tam...
- Zdradź mi, proszę, co jej powiedziałaś – odezwałem się niemal błagalnym tonem.
Czy nasze wersje będą się pokrywały? Mam nadzieję, że nie wszystko opowiedziała!
- Podobało nam się, mieliśmy świetne warunki, pogodę również, tylko ty musiałeś wrócić przed terminem, bo zadzwonił twój szef – w tych słowach nie było żadnych emocji, tylko zwykła relacja. Jakby poza tym nic złego się nie wydarzyło.
Jaka ulga! Zatem już nie będzie dociekań ze strony mamy, skoro mówiliśmy zgodnym głosem. Ok, ciekawość rodziców mamy w tej kwestii z głowy. Cóż, trudno byłoby po prostu ignorować rodzicielskie uczucia, przecież ich szanowaliśmy. Trzeba było ubarwić przekaz dla dobra sprawy, tym razem to konieczne. Uznałem, że pora na mój najważniejszy ruch:
- Wiesz, starałem się zważyć wszystkie za i przeciw i wiem, co zrobię z moją pracą.
- Nie rozumiem. Co chcesz mi powiedzieć? - Jola znieruchomiała, z filiżanką w połowie drogi do ust. Wbiła we mnie wzrok, niepokój na jej twarzy był nad wyraz widoczny.
- Zdecydowałem, że poproszę Bogdana o zamianę stanowisk z Robertem. On by głównie jeździł, ja zastąpiłbym go przy biurku – kontynuowałem.
Klamka zapadła. Tego już nie da się odwołać!
- Pewny jesteś? - nie kryła zaskoczenia. – Wiesz, co robisz?
- Tak, jestem pewny. Wiem, że się zgodzi, bo firmie nic na tym nie ubędzie, potrafimy się zastąpić, a Robertowi przyda się więcej ruchu. Już zaczął przyrastać do fotela. Trzeba tylko wziąć pod uwagę, że stracę na poborach. Może niezbyt wiele, ale możemy to odczuć. Zapewne będzie nam trudniej...
W żonę jakby wstąpił nowy duch, nie zamierzała dać mi dokończyć.
- O rany, nie mogę uwierzyć! Żebyś wiedział, jak się cieszę. Damy radę, przecież ja od września idę do pracy. Coś tam zarobię, chociaż to pół etatu, i się wyrówna – wypluwała te słowa jak karabin maszynowy. Cała aż podskakiwała na krześle z emocji. – Super, mój kochany, to bardziej niż super!
Stało się, powiedziało się, teraz dowie się prezes. Jarek, jesteś gość! - pochwaliło mnie moje drugie „ja”. Czuwało i było zadowolone, podobnie jak ja.
- Czyli jak uważasz, w kolejne wakacje znów daleki wyjazd? - zaczął udzielać mi się radosny nastrój.
- No jasne – dalej się emocjonowała – obowiązkowo, nie może być inaczej. Trzeba będzie szybko coś wybrać.
- Znów Chorwacja? - wyrwało mi się niezbyt mądrze.
- NIE! - wykrzyknęliśmy razem.em.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania