Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Wakacyjna przygoda z dalszym ciągiem (III)
VII
Od wakacyjnej historii minęły ponad dwa miesiące, nastał wrzesień i Jola rozpoczęła pracę w szkole. Początki miała dość trudne, ale starała się nie narzekać. Za to w moich zajęciach na razie niewiele się zmieniło, nadal często wyjeżdżałem. Miałem przyrzeczenie od szefa, że to się niebawem zmieni. Prosił, abym powoli zamykał rozpoczęte tematy. Żona wykazywała cierpliwość, bardzo liczyła jednak na zmianę, którą jej obiecałem.
Co roku we wrześniu nasza firma organizowała trzydniowy wyjazd szkoleniowo-wypoczynkowy dla umownie nazwanej kadry zarządzającej. Zawsze trwał od piątku do niedzieli. W tym roku Bogdan wybrał Mazury. Pod szumną nazwą tej firmowej ekspedycji kryło się oczywiście zwykłe rykowisko, a dla niektórych – bankietowy maraton. Co prawda w dniu przyjazdu czekały zawsze na nas interesujące prelekcje, ale drugiego dnia zajęcia często odwoływano z powodu niedyspozycji większości osób i zastępowano niedalekimi wycieczkami czy korzystaniem z atrakcji hotelu lub najbliższej okolicy. Trzeciego dnia wracaliśmy do domu.
Zbiórkę na wyjazd zarządzono o ósmej rano przed naszym biurowcem. Firmowy bus, wypucowany z zewnątrz i pachnący w środku, był dumą kierowcy – pana Stanisława, człowieka o niezwykle spokojnej naturze. Słynął on z zamiłowania do porządku i bacznie przyglądał się każdemu wchodzącemu pasażerowi. Bawili mnie ci, którzy do busa wnosili wędki. Z pewnością zabierali z sobą ten sprzęt, aby zapobiec natrętnym pytaniom swoich żon: „co będziesz robił w wolnym czasie?”.
Na zbiórkę zgłosiły się cztery panie i dziewięciu facetów. Oprócz prezesa i jego zastępcy, a przy okazji wspólnika - Tadeusza, najważniejszą osobą w grupie, tak jak w firmie, była pani Hanna, a ściślej panna Hanna. Kobieta już niemłoda, niezbyt atrakcyjna, a przy tym raczej ponura i małomówna. Trzymała żelazną ręką finanse firmy, rządziła księgowością, a jej życiowym mottem było: „Lepiej nie wchodźcie mi w drogę”. Z panną Hanną żartów nie było! Pozostałe panie to Marta – szefowa kadr, Bronia – kierowniczka magazynów, i Joasia – sekretarka prezesów, maskotka firmy, blondynka nieporażająca inteligencją, ale za to dobrze zorganizowana i niezwykle sympatyczna. Joasia stanowiła też ostatni bastion przed biurami prezesów - nie można było do nich wejść, jeśli ona na to nie pozwoliła, a gdyby trzeba było, to z pewnością strzegłaby dostępu do szefów własnym ciałem.
Obaj z Robertem byliśmy zawsze dołączani do tego towarzystwa, miało to podkreślać naszą wartość dla firmy. To my byliśmy odpowiedzialni za cały proces obsługi klientów: od pozyskiwania ich, aż po realizację zamówień. Wyróżnienie obejmowało również obu projektantów – Marka i Eustachego – ludzi o niewyczerpanej inwencji twórczej. Bogdan doskonale rozumiał, że to od nas czterech zależy powodzenie na rynku. Nasza firma zajmowała się wyposażeniem biur - od projektów wnętrz, przez meble, aż po elektronikę. Konkurencja była groźna i bezwzględna. Trzeba było umieć znaleźć klientów, zrobić dla nich dobre projekty i przekonać ich, że nie znajdą lepszej oferty.
W wyjazdowym składzie ostatnie osoby tworzyły nierozłączne trio: Irek, Mirek i Świrek. Ten trzeci co prawda miał na imię Szymon, ale nikt go tak nie wołał, a brzmienie jego przezwiska idealnie współgrało z imionami pozostałych. Irek i Mirek kierowali logistyką, Świrek rządził transportem. Słynęli w firmie z oryginalnego, czasem wręcz niebezpiecznego poczucia humoru. Każdy z nich z osobna nie stanowił zagrożenia, że zrobi komuś jakiś psikus, zaś kiedy widywano ich razem, zajętych cichą rozmową, można było być pewnym, że szykuje się gruby numer. Na ich dowcipy narażeni byli wszyscy oprócz bossów i panny Hanny. Wspólnie jeździli do i z pracy, chodzili na posiłki, a na wyjazdach zajmowali jeden pokój. Ten pokój był zawsze najgłośniejszy.
Giżycko przywitało nas pełnym słońcem, już nie tak mocno grzejącym jak w lipcu czy sierpniu. Na ulicach ruch był niewielki, turyści wrócili do domów. Oprócz stałych mieszkańców widać było nielicznych młodych ludzi z plecakami, zapewne studentów, którzy we wrześniu jeszcze mieli wolne. Patrzyliśmy przez okna naszego busa, starając się ocenić atrakcyjność miasta, do którego przyjechaliśmy. Spory, czterokondygnacyjny hotel nad jeziorem okazał się naszą tymczasową przystanią. Pięknie położony, otoczony zadbaną zielenią, z pewnością w sezonie nie narzekał na brak gości. Dość prędko rozlokowano nas w pokojach. Mnie przypadła dwójka, w której miałem spędzić samotnie noc, a nazajutrz przyjąć w niej moją żonę. Bogdan zarezerwował tyle pokojów, że na dobrą sprawę każdy mógł zamieszkać sam. Niebawem okazało się, że w naszym obiekcie są również inne grupy „szkoleniowe”. Nie byłem z tego zbyt zadowolony, bo liczyłem na trochę spokoju i możliwość odpoczynku.
O prelekcjach, które zostały dla nas przygotowane, nie da się zbyt wiele powiedzieć ponad to, że były raczej ciekawe. Może to moja subiektywna opinia - byłem nieźle zmęczony ostatnimi wyjazdami i czekałem na tak zwany czas wolny, gdy będę mógł co nieco pospać. Udało mi się to dopiero po obiedzie. Nie wiem, jak ten czas spędzili pozostali członkowie naszej grupy, bo panowała tu zupełna dowolność.
Na godzinę osiemnastą zaplanowany był początek wspólnej kolacji, a właściwie bankietu, na którym obecność wszystkich była obowiązkowa, natomiast długość przebywania na nim – już nie. Bankiet zawsze rozpoczynał się od krótkiej przemowy któregoś z szefów, będącej podsumowaniem wyników firmy za ostatni rok. Oczywiście nie chodziło o szczegółowe dane, raczej o omówienie tego, co się udało oraz co można by nadrobić. W tym roku głos zabrał Tadeusz, człowiek-zagadka, o którym wiedzieliśmy tylko tyle, że ma słabość do eleganckich garniturów i nie znosi czczej gadaniny. Był całkowitym przeciwieństwem Bogdana, który nie dbał przesadnie o strój, lubił rozmawiać i nawiązywać przyjazne relacje z podwładnymi. Mowa Tadeusza była, jak się spodziewaliśmy, dość krótka, czym nas nie zawiódł.
Kolejnym stałym punktem uroczystej kolacji był toast za powodzenie naszej firmy, a kolejne według inwencji pomysłodawców. Oczywiście musieliśmy też wypić za zdrowie szefostwa. Z jednej strony – wypadało tak zrobić, bo dobrze nam się pracowało i nieźle zarabialiśmy, a z drugiej – trzeba było pamiętać, że temu, kto taki toast wygłosi, przypinano łatkę lizusa i musiał czekać aż do kolejnego września, kiedy ktoś go w tej roli zastąpi.
Impreza nabierała tempa, z czasem rozpoczęły się pijackie śpiewy i głośne okrzyki. Pierwszy wyszedł Robert. Stronił od alkoholu. Pamiętał, że przez alkohol rozpadło się jego małżeństwo. Stało się to, zanim jeszcze przyszedł do naszej firmy. Lubił towarzystwo, ale ewentualne toasty zawsze wznosił jakimś napojem, nigdy trunkami. Było zresztą już dość późno. „Wystarczy!” - pomyślałem. Postanowiłem wrócić do swojego pokoju i położyć się grzecznie spać. Rano przyjechać miała Jola, musiałem być w formie. Piłem niewiele, a na długie przesiadywanie z rozbawioną czeredą nie miałem ochoty. Tak też uczyniłem. Zrobiłem, niestety, jak się później okazało, dwa niewybaczalne błędy. Po pierwsze – niechcący przyznałem się przy stole, że nazajutrz są moje urodziny. Po drugie – nie zamknąłem drzwi pokoju na klucz. Ta beztroska miała przynieść fatalne konsekwencje.
Zanim położyłem się spać, rozejrzałem się po pokoju i pospiesznie zrobiłem porządek z moimi rzeczami, by można było przyjąć kogokolwiek w gości. No, przecież nie kogokolwiek, tylko moją ukochaną. Zasnąłem dość szybko i nic nie zakłóciło mi spokojnego odpoczynku.
Obudziłem się na dźwięk pukania do drzwi. Wstałem szybko, narzuciłem hotelowy szlafrok i poszedłem otworzyć. W progu stała moja Jola. W jednej ręce trzymała torbę podróżną, a w drugiej paczkę ze wstążeczką, owiniętą kolorowym papierem. Uśmiechała się radośnie, weszła do pokoju i nagle stanęła jak wryta, a twarz jej stężała. Wskazując głową coś za mną, odezwała się prawie męskim głosem: - Kto to, do cholery, jest?
Obejrzałem się. Na drugim krańcu mojego łóżka spała kobieta. Spod kołdry wystawała blond głowa i ramiona, do pół biustu. Oniemiałem, krew odeszła mi do pięt.
- Ja pier… kto to, do cholery, jest? - powtórzyłem za żoną. Nie miałem siły nawet drgnąć.
- Nie pamiętasz, kogo zaprosiłeś? - Jola ciskała gromy oczami.
- Ja jej nie zapraszałem. Nie wiem, skąd się tu wzięła!
Wtem za Jolą otworzyły się ponownie drzwi i pojawiły się w nich trzy czerwone od alkoholu gęby: Świrka i jego nieodłącznych kumpli.
- Hepi bersdej, zbóju – zaintonowała na cały głos pijana gawiedź. Nagle któryś dostrzegł Jolę i zamilkł, a po nim pozostali. Świrek wydobył z siebie bełkotliwie:
- Ojej, to my przepraszamy panią. Już się zmywamy.
Czym prędzej wycofali się na korytarz, a ostatni z nich ostrożnie, prawie z czułością, zamknął drzwi. W tym czasie, zapewne z powodu ich krzyków, obudziło się śpiące w moim łóżku dziewczę. Popatrzyło mętnym wzrokiem na mnie, potem na Jolę i podciągnęło kołdrę pod brodę.
- Cześć, kotku! – To było na pewno do mnie. – Ja jestem u ciebie, czy ty u mnie? Kim jest ta pani? Jakiś trójkącik kombinujesz?
- To może przyjdę później – wycedziła przez zęby Jola, a jej oczy nadal ciskały błyskawice. - Nie powinnam wam przeszkadzać. Musisz kogoś innego dobrać do trójkącika, dwoje was już jest na niezły początek.
- Nie ma żadnych „nas”. A ty nigdzie nie pójdziesz. Ona wyniesie się stąd w podskokach!
Dziewczę nadal spoglądało mało przytomnym wzrokiem i uśmiechało się przymilnie.
- Wynocha, ale już! - wrzasnąłem z całych sił.
Byłem gotów niemal do rękoczynów, ale się powstrzymałem. To w końcu kobieta.
- Tylko nie mam co na siebie ubrać – pisnęła dziewczyna i puściła do mnie oko.
Spojrzałem na Jolę. Wciąż stała w tym samym miejscu, ale teraz była już czerwona ze złości. Wycelowałem w nią palec i powiedziałem twardo:
- Zostań, nie próbuj wyjść. Chyba wiem, o co tu chodzi.
Wyskoczyłem na korytarz. W oddali było słychać wesołe odgłosy wciąż niekończącej się imprezy. Dobiegłem do tych drzwi i o mało nie wyłamałem ich razem z futryną. Wpadłem do pokoju z dzikim wrzaskiem:
- Kretyni, skąd się u mnie wzięła ta dziewczyna? Pewny jestem, że to wasza sprawka. Zabierajcie ją i to natychmiast, bo wyrzucę ją przez okno! Słyszycie, co do was mówię?
Impreza trwała w najlepsze. Oprócz błazeńskiego trio, które zdążyło wrócić ode mnie, w pokoju byli jeszcze obaj projektanci, jacyś dwaj obcy faceci, nie z naszej firmy, oraz kobieta przypominająca wikinga, wielka i groźna z wyglądu. Zamiast rozmowy w pokoju dominowało wzajemne przekrzykiwanie się. Było sporo po siódmej, chyba nikt z nich już nie miał siły i ochoty na dalsze picie. Ale oni i tak trwali jak opoka, nie poddawali się zmęczeniu.
Towarzystwo zamilkło na mój krzyk, chwilę trwało, zanim do ich mózgów dotarł przekaz: oto ktoś przyszedł! Z alkoholowego otępienia pierwszy wydobył się Świrek. Wstał, zamachał delikatnie rękami, żeby złapać pełną równowagę, i zwrócił się w moją stronę:
- Jareczku, słoneczko nasze, dlaczego czynisz taki hałas? Czy nie można spokojnie i grzecznie? – zapytał, cedząc słowa ze sporą trudnością.
Teraz ożywił się Irek, chyba najtrzeźwiejszy z całej ekipy, słynął z tzw. mocnej głowy. Pozostali milczeli, nawet kobieta-wiking nie miała odwagi się odezwać, widząc, w jakim jestem stanie.
- Jareczku, głupio wyszło, jesteśmy ci winni przeprosiny.
Wściekłość nadal mnie nie opuszczała:
- Wiecie, coście narobili, przygłupy? Skąd w ogóle wzięliście tę dziewczynę? Jak ja teraz wyglądam przed żoną?
- Zaczekaj, wszystko po kolei - Irek usiłował zachować powagę i dobierać słowa. Jemu mówienie też nie wychodziło najlepiej. - Ta laleczka przyszła sama do nas, była już nieźle narąbana. Kiedy powiedzieliśmy jej, że dla niej pora na sen, rozebrała się przy nas do naga i kazała się zanieść do pokoju. Pomyśleliśmy tak: ty masz urodziny, może ucieszysz się z prezentu, a ona nie wskazała, do którego chce pokoju…
Irek przerwał na moment, a przez jego twarz przebiegł ledwo zauważalny, szelmowski uśmieszek.
- To miał być prezent? Oszaleliście? Nic bardziej oryginalnego nie dało się wymyślić, żeby zaspokoić waszą skłonność do głupich numerów? - wciąż niemal wrzeszczałem. - Dlaczego właśnie mnie przypadł taki gówniany zaszczyt?
- Już ci powiedziałem, chcieliśmy umilić ci urodziny. Ale wyszło całkiem do dupy, teraz wiemy! Wyjaśnimy to jakoś twojej żonie.
- Wyjaśnicie? - warknąłem. – To mój problem. Jeśli mi nie uwierzy, to wam tym bardziej. A teraz zabierajcie swój prezent!
Obróciłem się na pięcie i wróciłem do swojego pokoju. Jola siedziała przy stoliku, wciąż z wściekłą miną. Spojrzałem na łóżko – pusto!
- A gdzie ta… znajda? - nieśmiało zapytałem.
- Zacząłeś za nią tęsknić? Dałam jej wielki ręcznik kąpielowy, bo nie miała nic na sobie, owinęła się nim i jakoś dała radę stąd wyjść. Nie obchodzi mnie, dokąd poszła - żona przybrała drwiącą minę. - Ale muszę ci przyznać, że niezła laska, nie straciłeś gustu.
- Jak mam cię przekonać, że to nieporozumienie, idiotyczny dowcip ze strony pijanych kolegów? Ja jej tu nie sprowadziłem, oni ją przynieśli, kiedy spałem. Poza tym nic między nami nie zaszło, nawet nie wiedziałem o jej obecności. Cholerne małżeńskie łóżko!
- I tu masz rację. Gdybyś spał w pojedynczym, to trafiłaby prosto w twoje ramiona. Tego żałujesz? - Jola nie zamierzała przestać drwić ze mnie.
OK, należy mi się. Trzeba było pamiętać o zamknięciu pokoju, wiedząc, że Świrek i spółka nadal są aktywni i mogą zrobić jakiegoś zbytka. Myślę, że na moją korzyść nieco działało to, że łóżko wyposażone było w dwie osobne kołdry. Gdyby była tylko jedna, trudno byłoby sądzić, że nie miałem z dziewczyną jakiejkolwiek styczności. Pewnie podczas obracania się przez sen nasze ciała trafiłyby na siebie. Uff, koszmar!
Może źle, że wspominając o urodzinach, nie dodałem, że ma przyjechać moja żona. O tym wiedział tylko Bogdan i oczywiście nie omieszkał wyjść z inicjatywą. Zaproponował, żebyśmy zamienili się pokojami, które uprzednio wybraliśmy. Jego był większy i z widokiem na jezioro, okno mojego wychodziło na stronę miasta. W mojej kwaterze były dwa osobne łóżka, które miałem zamiar zsunąć, kiedy dotrze Jola, zaś w jego – ogromne łóżko małżeńskie. Trochę się krygowałem, zanim przyjąłem propozycję, ale nie mogłem się nie zgodzić. Bogdan byłby niepocieszony, dobre uczynki miał w naturze i należało to uszanować. Jednak wrodzonej dobroci szefa nie wolno było pomylić ze słabością. Kto tak zrobił, boleśnie się rozczarował.
Czy jednak koszmarne trio powstrzymałoby się od wygłupu, wiedząc o wizycie mojej Joli? Myślę, że to mogłoby zależeć tylko od ilości wypitego przez nich alkoholu, a że pili ostro, to pewnie mieli osłabione hamulce.
Znów rozległo się pukanie do drzwi. Otworzyłem ze złością, sądząc, że to dowcipnisie postanowili jednak udobruchać moją żonę. Nie miałem zamiaru ich wpuścić, raczej kontynuować obrzucanie ich wyzwiskami. Już otwierałem usta, a tymczasem przede mną stanął Bogdan. Oniemiałem. Jednocześnie zauważyłem, że na korytarzu była już absolutna cisza.
- Mogę na sekundę? - zapytał spokojnie, uśmiechając się.
W jednej ręce trzymał firmową torebkę z butelką whisky, w drugiej – piękny bukiet kwiatów. Cały szef! U niego wszystko zawsze było zgodnie z protokołem.
- Jasne, szefie, proszę – odsunąłem się od drzwi i oblałem rumieńcem jak zawstydzona panienka.
Zauważyłem kątem oka, że żona wstała z krzesła i spojrzała z zaciekawieniem w naszą stronę.
- Panie prezesie, przedstawiam moją małżonkę, Jolę – przeszedłem do kurtuazji.
- Ooo, bardzo mi miło - prezes przełożył kwiaty do ręki z prezentem i wyciągnął dłoń. - Jarek wiele dobrego o pani opowiadał!
- Czyżby? - Jola zdobyła się na kwaśny uśmiech.
- Nie, przepraszam, żartowałem, nic od niego nie da się wyciągnąć. Ale widzę co dzień, jaki jest szczęśliwy. To wszystko wyjaśnia.
- Dziś w nocy też zadbał o swoje szczęście - żona nie dawała za wygraną.
- No właśnie, o tym też chcę porozmawiać. Póki co, proszę pozwolić, jestem Bogdan. Niezmiernie mi miło panią poznać.
Moja ukochana spłonęła rumieńcem:
- Jolanta, ale proszę mi mówić Jola – wydusiła z trudem.
- To musi być z wzajemnością - prezes postanowił nie wychodzić z roli dżentelmena. - Bogdan. Proszę przyjąć kwiaty, może się pani, przepraszam, może się tobie spodobają. - pochylił się, by ucałować kobietę w rękę.
Zawsze mnie denerwowało, kiedy żona przedstawiała się pełnym imieniem. Przecież ma takie cudowne zdrobnienie – Jola. Ale może czasem tak wypada…
- Wracając do tego, co zaszło – szef nadal mówił do mojej żony – te barany przyznały mi się do idiotycznego żartu, chyba wolały same mi o tym opowiedzieć. Wpadłem do nich, by ich uciszyć, i dowiedziałem się, co wymyślili dla Jarka. Łatwo im tego nie daruję. – Przybrał poważną minę.
- Eee, odpuśćmy może, co? - próbowałem załagodzić. - Co się stało, to...
- Nie! – Bogdan raczej nie zamierzał odpuścić. - Postanowiłem. Te głupki nie dostaną premii.
- Szefie – zrobiło mi się ich żal, sprawa się przecież wyjaśniła. – Oni na te premie pracowali cały rok. Niech pan im tego nie robi…
- Nie ryzykuj! - uśmiechnął się. - Jeszcze raz powiesz do mnie „pan”, to cię dopiszę do tej listy.
- Proszę, nie chcę zostać ich wrogiem, a później wrogiem wszystkich w firmie – kontynuowałem.
- Dobra, to w takim razie będzie inne rozwiązanie. Nikt nie dostanie premii!
Zapadła niezręczna cisza. Bogdan zastanawiał się przez moment, po czym wciągnął głęboko powietrze:
- OK, przesadziłem, będą premie. A dla nich wymyślę specjalną karę.
Chyba nie warto było dalej dyskutować o tej sprawie. Przez moment patrzyliśmy na siebie, po czym szef zmienił temat.
- Pani Jolu, przepraszam, Jolu – zwrócił się do mojej żony – możesz mi wierzyć, że twój mąż to wzór cnót, kto wie, czy nie bardziej pruderyjny niż panna Hanna…
- Panna Hanna – małżonka uniosła brwi – kto to taki?
- To nasza minister finansów – zaśmiał się. - Oczywiście oficjalnie nie ma tego tytułu. Jest tak pełna zasad, że można by z niej zrobić wzorzec w Sevres.
To fakt, z Hanną trzeba było ostrożnie. Nawet Bogdan nie pozwalał sobie przy niej na żarty. Raczej by nie zrozumiała, w czym rzecz. Nie tak, żeby była mało inteligentna, tylko poczucie humoru było jej zupełnie obce.
- Jeszcze jedno ci powiem, chcę, żebyś wiedziała: ja nie pędzę do każdego pracownika z prezentami, trzeba na to zasłużyć! - westchnął głęboko. - Już wiem, co zrobię z tymi głupkami. Szkoda, że odczują to też inni. Miał być dzisiaj całodzienny rejs statkiem po jeziorach, a będą kolejne wykłady. Prelegenci raczej się nie ucieszą, bo też mieli wziąć udział w tej wycieczce. Trudno! - prezes znowu spoważniał.
- Co do was... – postawił na stoliku torebkę z butelką. - Jarek ma urodziny, które mu zepsuto. Jesteś zwolniony z zajęć, masz wolny dzień. Możecie wspólnie zadecydować, co z nim zrobicie. Lecę dalej, oznajmić innym wesołą nowinę. Już widzę te zachwycone twarze! - Bogdan roześmiał się na cały głos. - Byłbym zapomniał o najważniejszym: Jarek, wszystkiego naj...!
Wyskoczył z pokoju z takim impetem, że nie zdążyłem nawet podziękować.
- Wierzysz mi teraz? - musiałem dopytać żonę.
- A ty rozumiesz, co przeżyłam? - odparła.
Rozumiałem, wciąż pamiętałem Chorwację. Niby nie to samo, niby nie ta skala problemu. Ale czy moja żona nie miała prawa pomyśleć, że to rewanż z mojej strony?
- Jak mam cię przepraszać, kochanie? - Chciałem, żeby już było po sprawie.
- Dobra, nie trzeba. Szok mi minął - zmieniła temat. - Świetnego masz szefa. Pamiętam, jak mi go chwaliłeś, ale warto było go poznać osobiście.
Giżycko, nazywane często wakacyjną stolicą Mazur, oczarowało nas tak piękną zabudową centrum, jak i atrakcyjnymi terenami nad wodą. Podziwialiśmy miasto, chodząc ulicami, trzymając się za ręce i co pewien czas wstępując do kolejnej kawiarni. Byliśmy oboje namiętnymi kawoszami i żadna ilość tego napoju nie wydawała nam się przesadna. Udało nam się zobaczyć marinę, zamoczyć nogi w jeziorze, podziwiać obrotowy most, a także zwiedzić pobieżnie giżyckie zabytki. Spodobały nam się cudownie zagospodarowane miejskie parki, w których spędziliśmy sporo czasu, przesiadując na ławkach i rozmawiając o naszych planach na najbliższą przyszłość. Nie padło ani jedno słowo o porannych wydarzeniach w hotelu, temat został nieodwracalnie zamknięty.
Po powrocie natknęliśmy się w hotelowym holu na Bogdana. Uśmiechnął się szeroko na nasz widok, wskazał ręką na drzwi sali konferencyjnej, po czym przyłożył palec do ust. Zrozumieliśmy, że zajęcia jeszcze trwały - prezes spełnił swoją groźbę. Spojrzałem na zegarek, było po piętnastej. Nie wypadało mi z tego żartować, zdobyłem się jedynie na skromny, nieszczery uśmiech. Teraz to nasze wesołe trio będzie miało przechlapane w firmie, bo prezes niewątpliwie poinformował wszystkich, komu zawdzięczają zmianę planów i dlaczego. Nosił wilk razy kilka...
Szef uniósł rękę przed sobą, co znaczyło, że chce coś nam powiedzieć.
- Jarek, przepraszam, że teraz i na szybko - zaczął. - Nie pogadaliśmy o najważniejszym, o zamianie stanowisk między tobą a Robertem. Obiecałem ci to i powiem, co wymyśliłem.
- Tak, szefie? – miałem nieco obaw, że moja sytuacja raczej się nie zmieni, skoro szef chciał mnie o tym poinformować „na szybko”.
- Widzę takie rozwiązanie: musicie podzielić między siebie wyjazdy do klientów. Wiesz przecież, że Robert z racji tuszy i temperamentu nie udźwignie całości. Zatem on wziąłby mniej więcej dwie trzecie wyjazdów, tobie zostałaby reszta. Może tak być? - Zawiesił na mnie wzrok.
- Jasne, że może! – prawie odkrzyknąłem z entuzjazmem. - Rozmawiałem już z Robertem. Ucieszył się, że mógłby wyrwać się zza biurka. Liczy na pozytywną decyzję szefa.
- Super, to szczegóły omówimy na miejscu w firmie - zmienił temat. - Czy pamiętasz, Jarek, że w hotelu jest strefa SPA, z której można korzystać do woli? Może zaprosisz małżonkę?
Spojrzałem na nią i zobaczyłem, że jej oczy się rozszerzyły.
- Ale czad! - pisnęła.
- Bawcie się dobrze! – prezes pomachał nam ręką i oddalił się, zanim zdążyłem coś powiedzieć.
- Chyba się zakochałam w twoim szefie – zaskoczyła mnie Jola.
- Uważaj! - pogroziłem jej palcem. – On bardzo poważnie traktuje wszelkie związki.
- To chyba dobrze, co? - zrobiła filuterną minę.
- Zależy, kogo mogłoby to dotyczyć – powiedziałem zupełnie poważnie.
- Spokojnie, żartowałam – roześmiała się.
Ten żart mi się wcale nie spodobał. Czyżbym był chorobliwie zazdrosny? A co, nie mam prawa być zazdrosny? Chciałem rzucić jakimś niezbyt miłym komentarzem. Spokój, nie trzeba. „Odetchnij, Jarek, nie przeginaj” – pomyślałem. Trzeba było odejść od tego tematu.
- Czyli do sauny? Co ty na to? - zapytałem małżonkę, starając się nie dać niczego po sobie poznać.
- Jasne! I to biegiem! - wykrztusiła jednym tchem.
Pobiegliśmy do pokoju, nie zważając na mijane na korytarzach osoby. Zrzuciliśmy z siebie ciuchy, byle jak i byle gdzie, włożyliśmy białe szlafroki, pod pachę ręczniki i już po kilku minutach siedzieliśmy nadzy w saunie. Oprócz nas nikogo tam nie było!
Pierwsza sesja trwała około kwadransa. Spłukaliśmy się pod prysznicami i położyliśmy na leżakach na zewnątrz obiektu, na szczelnie ogrodzonym tarasie. Podczas ponownego pobytu w saunie poczułem w pewnej chwili, że Jola próbuje zacząć mnie pieścić tam, gdzie faceci lubią najbardziej. Delikatnie chwyciłem jej dłoń:
- Zostawmy to na później, dobrze? - wyszeptałem z żalem, że decyduję się jeszcze na to czekać, zamiast poddać się urokowi chwili.
- No pewnie – odszepnęła z uśmiechem – zbieraj siły, przydadzą ci się.
Po saunie postanowiliśmy jeszcze popływać w basenie. Siłownia nas nie pociągała, a na masaże nie chcieliśmy tracić czasu. Gdy wróciliśmy do pokoju, zdecydowaliśmy się jeszcze raz skorzystać z prysznica. Owszem, udało się nam spłukać ciała, ale przy okazji wiele było pieszczot i pocałunków. Wytarci do sucha, bez ubierania się w cokolwiek, weszliśmy pod moją kołdrę. Byłem przekonany, że Jola nie zechce położyć się po tej stronie, po której spało dziewczę będące niezbyt udanym prezentem od dowcipnego trio. Zatem będziemy spać blisko siebie - tym lepiej. Ale jeszcze nie teraz, do wieczora pozostało nieco czasu.
Chwyciłem mocno żonę i wciągnąłem ją na siebie. Nasze usta przywarły do siebie i nie zamierzały się rozstać. Leżeliśmy na razie bez ruchu, ale poczułem, jak wzbiera we mnie podniecenie. Z pewnością moja ukochana również to poczuła, bo przywarła do mnie jeszcze mocniej i chwyciła mnie obiema rękami za głowę, tak jakby się bała, że mogę ją zabrać. Całowaliśmy się bez mała kwadrans, po czym oderwaliśmy się od siebie i Jola rozpoczęła to, z czego zrezygnowaliśmy w saunie. Najpierw ręką, później ustami. Bałem się, że te pieszczoty mogą za szybko doprowadzić mnie do finału i postanowiłem nie być dłużny. Pochyliłem się nad nią i zacząłem centymetr po centymetrze całować jej ciało, niczego nie pomijając, a zatrzymując się na długo w tym najbardziej rozkosznym miejscu. Trzeba dodać, że żona nie wypuszczała z ręki mojego członka, kiedy tylko była w stanie go dosięgnąć. Doprowadziliśmy się nawzajem do takiej rozkoszy, że do zakończenia uniesienia potrzebowaliśmy już tylko kilku ruchów po przyjęciu najbardziej pospolitej pozycji miłosnej. Opadłem na Jolę, podpierając się nieznacznie łokciami, aby jej zbyt mocno nie przydusić. Jednak to nie był koniec łóżkowych szaleństw. Nasz erotyczny maraton skończyliśmy sporo godzin później, pozostając niemal bez tchu. Na dworze lekko już pojaśniało, zapowiadając niedaleki świt.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania