Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
ZABIERACZ: KSIĘGA DRUGA: DOTYK PIEKŁA. (całe opowiadanie gore)
ZABIERACZ: KSIĘGA DRUGA: DOTYK PIEKŁA.
(całe opowiadanie gore)
PROLOG
Jako słup ognia, stanowiący bramę piekieł, istniał zaledwie jedną, z nieskończoności potępionych dusz. Zabieracz: bo o nim mowa, jest, tak naprawdę: przeciętnie wiejską Kobietą, której życie, zostało zesłane do świata Diabłów, wraz z nią samą: spowitą niewiedzą, iż, z tego powodu: zabierze im Zmarłych, których powrót: zamieni głoszone Bożym Słowem, życie śmiertelników: z Piekłem. Możesz mieć jej to za złe. Jak zresztą wszyscy... A jednocześnie: czy masz świadomość, z jakiego właściwie powodu?..
Jak na rok tysiąc osiemset osiemdziesiąty pierwszy: żyła nadwyraz skromnie, będąc mamą. Rudowłosy, sześcioletni chłopczyk, zdawał nie wyobrażać sobie poranka, bez nauki muchowego wędkarstwa, tkwiąc godzinami nad brzegiem pobliskiego strumienia. Jako pilny uczeń wiejskiej szkoły, otrzymał od matki nagrodę. Mógł być dorosłym: udając się na ryby, zawsze wówczas, gdy zechce: uznając to swym młodzieńczym umysłem, za zwyczajnie słuszne. Szanował więc ów przywilej, jak własną matkę, której równie często pomagał, w pełnieniu obowiązków Krawcowej: nie bardziej zafascynowany rytmem terkotu, napędzanej nożną dźwignią, szwalniczej maszyny, jak widokiem materiału, zmienianego ruchem dłoni Ludmiły, w szykowne kreacje, po które nie szczędzono delegowania służby, zwłaszcza z pobliskiego miasteczka. Wiedli spokojne życie, stanowiąc szczęśliwą, nie przesadnie zamożną rodzinę. Kolejne dni trwając, zbliżały sierpień ku brzmieniu odlanego w mosiądzu dzwonka, dzierżonego znaczoną słojami drewna rękojeścią, w dłoni żony kowala. W zamian za służbową garderobę, nie szczędzącą nauki gry na rozstrojonym pianinie, z powodu czego: rudy dzieciak bywał u niej równie często, jak nad strumieniem, a niekiedy nawet: we własnej, schludnie uprzątniętej przez matkę chałupie. Opuścił ją w piątek. Nie należąc do lękliwych, czasami nawet zaglądał do stodoły, przed zapukaniem w drzwi domostwa Pani Marii. Jak obecnie. W swym krótkim, młodzieńczym żywocie, mało zaznał widoku barczystego chłopa, z uporem tłukącego ciężkim młotem, gorejące żarem żelazo, wsparte na masywnym kowadle. Powielany dwukrotnie odgłos kutego metalu, napawał go tak hipnotycznym zdumieniem, iż zechciał zaznać go bliżej, skradając się na palcach, ukryty za kolejnymi, kryjącymi go swym płaszczem niewiedzy, gratliwymi potrzebnościami, piętrzącymi się niekiedy, w powodujące odczucie zapomnienia sterty. Wychodząc zza beczki, jak sądził po zapachu: zawierającej możliwe, że smar, lub coś mu podobnego, przyglądał się pracy pogrążonego we własnych dokonaniach rzemieślnika: zaledwie krok za jego plecami. Jego otwarte zachwytem, jasnozielone oczy, podziwiały majestat powstającej na stalowej powierzchni kowadła siekiery. Uznał ją za piękną. Bardziej z każdym dwukrotnionym własnym impetem siły młota, uderzeniem, spajającym powierzchnię w coraz bardziej idealną całość.
- Jeszcze tutaj... - rzekł chłopczyk, dotknąwszy mocnych, umięśnionych pleców kowala, w przyjacielskim geście.
Następna sekunda, okazała się dziwić ich obu. Barczysty chłop, wzdrygając się przeraźliwie, zamachnął się ogromną dłonią za plecy, wydając z siebie paniczny okrzyk zaskoczenia. Urodził się kowalem, a jako urodzony, by kuć żelazo: nie wypuszczał z dłoni narzędzia swojej pracy. Nawet wówczas. I tylko dlatego, obuch zatopił się w twarzy chłopczyka, z nabytą latami praktyki, topornie destrukcyjną doskonałością, tak tym idealną, iż po rękojeść, nie raczył jej urągać, nawet wówczas, gdy pierwszy raz w życiu chłopa, opuścił jego dłoń: zbyt ciężki zwłokami dziecka, aby tego nie dokonać. Pot, wraz z szokiem nie opuścił go, gdy małe zwłoki runęły w żar paleniska, niczym każda z uprzednich sztab metalu. Skwiercząc żarliwie, zniknęły... przysypane koksem, aby płomień, zabrał je wraz ze świadomością ich istnienia. Nie dotyczyło to jednak Ludmiły. Dlatego tej nocy, zakradła się do chałupy nauczycielki, zastając ją śpiącą, u boku kołysanego w śnie męża. Nie miała się nad czym zastanawiać. Postanowiła najpierw ich obudzić. Zamachnąwszy się siekierą, cały impet bólu matczynego serca, posłała w dół jej pierzyny, możliwe, iż owładnąwszy nim jedną z jej nóg, jakby w kolanie. Chociaż wrzask zbudził ich oboje, kolejny zamach skierowała w bark chłopa, który trzaskiem kości, oznajmił mu swoją obecność. Z tego powodu: poczuła ulgę, słysząc ich zwierzęce jęki. Nie była przecież morderczynią. Chciała sprawiedliwości, będącej światłem Słowa Bożego. I tylko z tego powodu, rozbijając przy ich małżeńskim łożu ozdobną lampę naftową, ustawioną na nocnej toaletce, usiadła w pobliskim, bujanym fotelu, wyciągając z kieszeni fartucha pudełko zapałek. Blask ognia jednej z nich, zanim wzniecił przed jej wzrokiem ścianę płomieni, tańczących kanonem krzyku, pozwolił jej zaznać spokoju... a przynajmniej: tak wówczas myślała.
Uznano ją za wcielenie zła. Zaniesiono w trumnie, wraz z ostrzem siekiery, znalezionym przy jej zwęglonych zwłokach, na cmentarz... przekraczając strumień, aby czeluść piekielna nie skalała kogokolwiek więcej. Postawiono ją i zakuto żelazną kratą, aby nie prześladowała żyjących. Następnego dnia, dla pewności, że tak będzie, ustawiono ponad wiekiem strzegący go obelisk, a samo trumienne drewno: utrzymano w święconej ziemi, stertą toczonych wiekami nurtem strumienia brymbulców. Nic ponadto, choć z czasem, zaczęto unikać tego miejsca. Szeptano, iż sami Diabli tam bytują: prawiąc czarcie modły, nad jej przeklętą mogiłą...
Obecnie?: masz już tego świadomość. Dlatego... zechciej pomóc mi zrozumieć: jak zdani na swoje towarzystwo... możemy tą okolicznością dożyć świtu.
ROZDZIAŁ I
Wykpiono go zupełnie. Okazało się, że nie tylko dlatego, iż oddał własne życie, za brak zrozumienia, powodujący kultywację typowo ludzkiej, knąbrnej natury, okazującej się w takim stopniu arogancką. Czy zwać to inaczej? Jeżeli uznając za ów " taki stopień ": najlżejszy przejaw dokonywanych morderstw, będący jedynie odzieraniem żywcem ze skóry, aby odsłonięte, krwawiące mięśnie mogły zostać oblane kwasem samochodowego akumulatora, często rozbijanego w tym celu z wygłuszonym nimi chrzęstem łamanych kości, na majaczącym katuszami człowieku, owszem: można to zwać także... zwyczajnym bestialstwem, czynionym w tak pieczołowicie groteskowy sposób, iż dumą napawało Najwyższego, niestety: w hierarchii Diabłów, każdego z Kręgów Piekła. Wykpiono go zatem równie, z powodu jego chciwości, gdy liczba śmiertelników, zmniejszając się z każdą sekundą, powodowała walki między Potępionymi: zarówno o przemysłowe dobrodziejstwa, jak i pożywienie. Z tego powodu: sporadycznie spotykani, uduchowieni czymkolwiek innym, niż litym złem, ludzie: coraz częściej wymieniali między sobą, płynące strumieniami kaźni, spostrzeżenia. Jak czterdziestego zaledwie dnia zstąpienia zła na ziemię, zauważono: każdy, mętnooko pozbawiony źrenic tkwiącym obłędem szaleństwa w świecie spojrzeniem: jest jednym z nich. Nie ma znaczenia cokolwiek ponadto. Dlatego: zrobi wszystko, aby pozyskać materiał do budowy broni, odzienia, przy czym: żywi się ciałem człowieka: jakby pomimo stojących otworem drzwi sklepów: nie akceptował niczego ponad. Coraz częściej spekulowano także nad samą, wyrafinowaną brutalnością tych istnień, zauważając z każdorazowym wyrazem malowanego na twarzy przerażenia, iż do samego " myśliwstwa ": potrzeba im zaledwie ułamka, stanowiącego rozpliskliwie szkarłatne, uliczne kałuże, mordu. Rzadko przechodziło to przez gardła, więżone w nich oschłym strachem, jednak: wielu zauważyło, iż Potępieni, zwyczajnie: poprostu nie chcą inaczej, uradowani, że nie musi tak być. Męka ich posiłków, sprawiała wrażenie... im smakować. Tylko tyle. A wygłodzeni Piekielną Czeluścią, jedli do syta stale. Odziani w przedziwne stroje, wykonane ze skór i kości, zawsze uzbrojeni w prymitywny, jednak kunsztowny pomysłowością rynsztunek. Znak drogowy? Kilof uwiązany na końcu grubego, stalowego łańcucha? Zdawało się być pozbawionym dla nich znaczenia, chociaż nawet w walce na pięści, okazywali się o wiele silniejsi od śmiertelnych. Z czasem, zrozumiano nawet dlaczego. Chcesz wiedzieć?..
Mianowicie. Zgodnie z obrazem Piekła: po obudzeniu się z łaski Bożej życia doczesnego, potępieni posiadają swoje ziemskie aparycje, będąc zupełnie nadzy, pozbawieni świadomości bieżącego stanu rzeczy: rozrywają spowijające ich łono porodne Piekieł, aby bardzo często: dosłownie runąć na jego powierzchnię. Wówczas: najczęściej trwonią cenne sekundy na przemyślenia: " Jezu Chryste!: co się właśnie odjebało?! ". Nie mają przecież obycia w codzienności zła, które nakazuje zabić pierwszą, przypadkiem spotkaną na ulicy osobę, możliwie także: nie dać się jej zabić. Dlatego większość nowoprzybyłych, zgodnie z nawykiem: prosi ich o pomoc, będąc, dosłownie: rozrywani z tego powodu na strzępy. Co najgorsze: życie w Piekle, po śmierci, nie odbiera im odczuwania bólu. A samo umieranie w Piekle: jest katuszami, rodzącymi się ponownie: przez wieczność. Nawykli ku temu Potępieni, przywdziewając cielesne powłoki, rozumieją, ponad istnienie wszystkiego wokół, iż muszą przetrwać. Za wszelką cenę, chcą zatem uzbroić się w cokolwiek, zwiększającego ich szanse w walce, odziać się i znaleźć schronienie. Zwłaszcza, zanim zrozumieją, iż na ziemskim padole: piekielny deszcz, nie przestający padać lepką ropą chorób: zupełnie im nie zagraża. Dopiero następnie... stają się głodni: nie przywykli do picia czegokolwiek więcej, od krwi. Widzisz? Jak już wiesz: w przypadku zapchania się kanalizacji: pójście do sąsiada, celem spytania o możliwość zrobienia przyjacielskiej kupy w jego toalecie: może być ostatnim, czego dokonasz w życiu... a zaproszenie seksownej sąsiadki na kawałek przepysznego sernika: może ponadto stanowić, na przykład: twoją rękę... którą nie przestanie się delektować, pomimo Twoich gorliwie trwających wrzasków, podaną do stołu, obok obojętnej blachy śmiertelnego przysmaku.
Bywają także międzyludzkie porozumienia, owszem. Jak wiesz: łączą one nawet zupełnie sobie obcych. Jednak... zrozum: jeden Potępiony, to poważny powód końca życia, natomiast spotkanie grupy kilku takowych... to powiedzmy: gwałt nogą wyrwaną przy miednicy, z Twojej własnej dupy. Możesz wówczas nie mieć szczęścia, chcąc przetrwać w samotności, stając się ofiarą. I jest to bardziej pewnym od Twojej woli życia. Zapewniam.
Jak powyżej zacząłem mówić:.. sami Potępieni, ich własną, rzekomą " brutalnością ": nie są dobrowolnie wyrafinowanym złem. Zwyczajnie: żyjąc codziennością Piekła: poza granicami jego kręgów, które zatarte w śmiertelnym świecie: zdają się dla nich zupełnie pozbawionymi znaczenia...
A jeżeli chcesz wykonać kolejny oddech:.. nie waż się o tym zapomnieć.
ROZDZIAŁ II
Całun diabelskiej nocy, postanowiwszy sprzeciwić się mechanizmom zegarów, zatrzymał się w najdoskonalszym jej biegu. Wiedziała o tym od dawna, jak obecnie: czując mimowolne łomotanie serca na myśl, że tykanie paraboli biegu wskazówek, może zaanonsować jej obecność w świadomości tych... no właściwie: czego? Bestii? Dziwactw? A może zbiorowej choroby psychicznej, której przejawianie objawiało się mordowaniem z gracją buldożera, spychającego sterty gruzu w dół uchylni skarpy, wszystkiego, co miało nieszczęście się napatoczyć? Postanowiła nie marnować czasu, aby znowu się nad tym zastanawiać. Ukryta za wrakiem rozbitego na ścianie budynku samochodu, postanowiła nawet nie krzyczeć, zamykając we własnych ustach wrzask szaleńczego sprzeciwu, wobec tego, co ją dotknęło. Biorąc kilka kolejnych, smakujących strumieniami przelanej krwi, wdechów, usiłowała uwierzyć własnym oczom. Na ulicy, jak i chodniku przed nią, leżało trzy, nie mniej zmasakrowane od poprzednio przez nią widzianych ciała. Chcąc moment odpocząć, mimowolnie zaczęła o nich myśleć. Możliwe nawet, że uprzednio stanowili rodzinę, a ponadto ukryła się za należącym do nich samochodem, jednak: inaczej, niż po objętości zszarganego mięsa, najeżonego sterczącymi kośćmi w coraz bardziej brązowiejących kałużach, jakby pod wpływem ekspresji łączonych siecią rozbryźniętych ścieżek: nie była w stanie tego jednoznacznie stwierdzić, ponieważ: największa sterta kaźni, zdawała się być zdeptaną: możliwe, że nawet kołem samochodu, które wraz z przykręconym do niego kawałkiem układu kierowniczego, tkwiło obecnie wbite, jakoś na wysokości, gdzie powinna być przecież głowa, co dziwne: na zastępującym ją, zamiast szyi, grubym, brązowym pręcie, utrzymującym ową ogumioną całość, jakby kpiną z procesów myślowych. Zaledwie kilka metrów dalej, siedziała nieco skromniejsza sterta takowości. Sądząc z obcisłych jeansów, gdyby nie wgniecenie na klatce piersiowej, umieszczające jej serce na cegłach muru, o który była wsparta, zapewne: mogłaby być uroczą panią domu... najbardziej zszokowała ją natomiast najniklejsza z nich. Zaledwie kilkuletnia dziewczynka, powtarzająca szlochem, kim są dla niej zwłoki wsparte o ścianę... poszarpująca usilnie to, co mogło być kiedyś, zanim przesiąkło krwią, twardniejąc w dotyku, wizytową bluzką jej mamy: zupełnie, jakby chciała ją obudzić, z bardzo ważnego w jej dziecięcym umyśle powodu. Przyglądając się przez łzy, rozmywające jej wzrok, upadła plecami na drzwi od strony pasażera, usiłując nie krzyknąć. Mętnobłękitne oczka dziewczynki, uroczo kontrastowały z jej groteskowym uśmiechem, gdy tnąc odłamkiem szklanej butelki zgniecioną klatkę piersiową jej mamy, sięgała po strzępy jej uczuciowego serca, krwistymi pasmami zasysając je w swoje niewielkie, dziecięce usteczka. Nie to było jednak najgorszym. Ponieważ, siorbliwie mlaszcząc, co przywodziło na myśl płacz: kpiła ze zwłok, nazywając je mamą, jakby napawało ją to radością, miło kontrastującą z posiłkiem.
Jedynym, na co się zdobyła, był stłumiony jęk, mimowolnie wbrew niej samej, wyrywający się podświadomie z wysuszonego gardła. Przyspieszony oddech spowodował, iż odczuwała mdłe zawroty głowy, napawające ją paskudnym uczuciem lekkości. Czując, iż za moment opróżni zawartość żołądka, zwiesiła bezradnie głowę. Chociaż tkwiła tu od dobrych kilku minut, dopiero teraz natrafiła wzrokiem na solidny odłam półosi napędowej, jednego z kół samochodu. Nie mając innej możliwości, niepewnie sięgnęła po niego drżącą przerażeniem dłonią. Półmetrowy kawał litego chłodem żelastwa, gruby na ponad jej dwa palce, jakby darząc ją całym mogącym ją spotkać szczęściem: złamał się, najprawdopodobniej siłą kolizji, jakby imitując przeciętną igłę do wykonywania medycznych zabiegów. Zważywszy go w dłoniach, uznała, iż ściskając oburącz, będzie w stanie się nim posłużyć. Tylko dlatego podniosła się, nie spuszczając wzroku z pochłoniętej spożywaniem wnętrzności własnej mamy, dziewczynki. Uważnie kierując ku niej kroki swoich czarnych baletek, zaczęła wykonywać możliwie jak najszerszy zamach. Nie miała szczęścia. Zaledwie krok za plecami poplamionej rozmazaną krwią, dziewczęcej sukienki, czując przenikliwy ból od wewnątrz stopy, przeklęła moment, gdy wydał on krystaliczne chrupnięcie: kierujące na nią wyraz obłędu mordu w pozbawionych źrenic, błękitnych, ogromnych oczkach.
Siarczysta parabola ciosu, wyrwała z buzi dziecka dolną szczęke, z szyderczym grymasem wijącego się pośmiertnie języka, posyłając w ramiona matki, jakby dla zaznania wiecznego spokoju ich wszystkich. Bliska katatonii Edyta, łapiąc się na tym, że o mało nie wyrzuciła pod własne nogi broniącego ją kawału stali, jakby chcąc wyzbyć się wraz z nim poczucia winy, posłała jej ostatnie, smutne spojrzenie, nie mogąc przestać przepraszać, w myślach własnego, skołatanego umysłu. A jedynym, co mogła zrobić, było szybkie kuśtykanie, pozbawioną życia ulicą.
ROZDZIAŁ III
Nie był im przychylny. Chociaż nie mógł okazywać nienawiści, zwawszy ich pomiotami diabła, ignorował własną modlitwą dobiegające zza okiennej szyby, nie tyle odgłosy uporczywej rzezi, co śmiech Piekła: prosto w twarz, wobec niego: będącemu Najwyższym. Własną oparł o złożone dłonie, jakby chciał go wesprzeć słowami pobożnej otuchy, podczas ponoszenia bolesnej męki. Odmawiawszy właśnie w Starołacińskim: Inskrypcję Odesłania Zła, złapał się na tym, iż jego wiara w działanie akurat obecnej z wszystkich znanych mu modlitw, jest wystawiona na próbę. Nie dlatego, że się ich bał. Doskonale przecież wiedział, iż nawet wzrok Diabelski, upadłością swą: łaski Pana nie dostąpi... a im bardziej usiłował uznać te słowa za fundamentalne, tym bardziej tracił wiarę. Był pewny, że nie są w stanie nawet zbliżyć się do świętości. Mimo wszystko, podświadomie oczekiwał Diabelnego łomotu kołatką, przykręconą do drzwi jego gabinetu. Nie chciał wieść spokoju, znosząc tacę wypełnioną monetami na plebanię. Chyba tylko dlatego: zostawszy Egzorcystą, postanowił trzymać zło w ryzach. Możliwe, iż to spowodowało, że obecnie, podczas nieprzerwanej nocy, liczonej w dniach jedynie posuwem wskazówek zegara po tarczy, aby być oznajmionymi kolejnymi echami wybijanych kurantów: czuł się, coraz bardziej: zwyczajnie niepotrzebny. Uczyniwszy wobec siebie znak krzyża, poprawił w kołnierzyku koszuli koloratkę, jakby sama modlitwa, dusząc w nim nadzieję, odbierała mu oddech. Zawiesiwszy bezuczuciowe spojrzenie w firance, schludnie przesłaniającej okno, nie miał wątpliwości. Niestety: po raz kolejny. Nie chciał przyjąć do świadomości, że już przywykł do znajomości wybrzmiewających pod oknem jego gabinetu, odgłosów czarciej działalności, dobiegających z ulicy, a jedynym, co mógł zrobić, było trwanie w Słowie Pana. Dlatego zapłakał.
Ponury, czarny kot, przyglądał się im uważnie. Uczony latami własnego życia: ucieczek przed zdziczałymi psami, wdrapał się z gracją na jeden z już nielicznych, drewniany słup, dzierżący ponad ulicą elektrycznie poszumiewające przewody. Wygiąwszy w puszysty pałąk zwinny grzbiet, zamachując ogonem, ułożył się na powierzchni jednego ze spękanych ramion. Przymykając przenikliwie zielone ślepka, otworzył pyszczek krótkim ziewnięciem, układawszy łepek na równie puszystych, jak on sam, łapkach. Przysypiając, utkwił matowe źrenice w rozgrywającej się pod jego brzuszkiem scenie.
Odziane w wysuszone, ludzkie skóry postacie, wyłoniwszy się z ukrycia, jakby od niechcenia lazły w kierunku wymachującej jakimś kawałkiem złomu, młodej kobiety. Była dla niego zbyt głupia, aby zrozumieć, iż ból jednej z kończyn, czyni ją jedynie zdolną do wylegiwania się na spieczonym słońcem chodniku. Ponadto: dała się zagonić przez jednego z piekielnych ogarów, w oczekujące wyżerki stado rzężącej głodem swory. Znał to doskonale, pamiętając, że z tego powodu: uroczy piesek z figlarnie fikuśną bródką, o mało brakujące: niemal odgryzł mu ogon. Jak na ironię, nie rozumiał, dlaczego zamiast syknąć i zjeżyć sierść na grzbiecie, groźnie okazując pazurki, zaczęła hałaśliwie tłuc w najbliższe jej drzwi, łomocząc panicznie: tym kawałkiem złomu, czymś złotym na nich samych, a następnie: jakkolwiek pozwalała jej na to panika. Poczekał jeszcze kilka sekund, uznając moment za odpowiedni, po czym zbiegł po drewnie wprost na chodnik, z łatwością, jakby było dla niego okiennym parapetem.
Szaleńczy zew serii uderzeń, skłonił Edwarda do wezwania imienia Pana. Zawahał się, jednak postanowiwszy, że skoro nie dane mu jest cokolwiek ponadto: przypieczętuje to własnym życiem. Nie przestając pokładać w tym myśli, dotknął kutego w zdobne wzory, żelaznego klucza, przekręcając go zgrzytem wieku tej czynności, po czym nacisnął mosiężną klamkę.
Impet trafiających w jego klatkę piersiową drzwi, cofnął go o kilka kroków. Przez bolesny szok, jego umysł zarejestrował jedynie postać, za którą szybkimi susami wbiegło coś znacznie od niej mniejszego. Otrząsając spojrzenie, odepchnął ją w głąb gabinetu, przekręcając we właściwą stronę szaleńczo oklepywany jej dłońmi klucz. Jedynym, o czym pomyślał, było okazanie jej kurczowo zaciśniętego w dłoni, srebrnego krzyża, który nosił na szyi, otrzymawszy uprzednio od samego Świętego, będącego jego Rodakiem. W ferworze doczesnym, szczerze zdziwił się, nie słysząc wyrażonego sykliwie strachu zła, przed Insygnium Pańskim. Także mniejsza z postaci, jakby zupełnie mu obojętna, skierowała swe bezgłośnie kroki przed płonący kominek, gdzie wydała z siebie miłe, krótkie miałknięcie.
Usiłując odnaleźć się w obecnej sytuacji, sędziwy Klecha postanowił stawić jej czoła, bez względu na oblicze, jakim drwi. Zdziwił się, gdy w przerażonych, szarych oczach, zamiast złowieszczego triumfu nad Sługą Bożym, zobaczył tylko i wyłącznie łzy. Dodało mu to otuchy. Ponieważ, nad losami Wiary, łzami Jezusowymi: płakał lamentem Maryjnym, nie tylko on sam.
ROZDZIAŁ IV
Ludzi, od zawsze fascynuje kontakt z Zaświatami. Dlatego uzbrojeni w misternie wyglądające deseczki, elektroniczne piszczydełka, wybujałe zwisalczyki, różczki i chuj wie, co jeszcze: twierdzą, że " są w stanie nawiązać kontakt ze swoją zmarłą babcią, która gra na harfie... gdzieś na chmurce ". Święcie o tym przekonani, sadzają dupska przy okrągłym stole, pomrukowując mistyczne mantry widniejące w jakimkolwiek bzdetnym źródle, jak oni sami, utkwieni w creepyblasku świecy z hipermarketu, ponieważ wyświadczają tym przysługę Piekłu, oferując mu w zamian za ten drobny przejaw z ich strony solidnego pierdolnięcia się w łeb, jakby nakazał im tego dokonać polnym kamieniem pogański bożek urodzaju: kolejne, świeże dusze, muszące się zmierzyć z jego codziennością. Może zechcieliby uznać inaczej, gdyby mieli świadomość, że w samym Piekle, ckliwe powody ich bezmyślności, są o wiele poważniejszymi, absurdalnie:.. wszyscy ich wręcz wyczekują.
Możesz nie mieć o tym pojęcia, dlatego... posłuchaj mnie. Dla śmiertelnych, może być to czymkolwiek: chuj zresztą wie, często razem z nimi samymi, co oni w tym widzą. W Piekle natomiast, każdy ten ich zajebiście misterny seans: powoduje otwarcie słupa ognia, od ziemi, aż ponad chmury. Zawsze, ze wszystkich zgromadzonych, może wznieść się nim tylko jeden. Powoduje to, że gdy tylko pojawi się takowy: całe Piekło pustoszeje, a przynajmniej: wszyscy zmierzają w jego kierunku. Wyobraź sobie: tysiące piętrzących się w jednym miejscu, usiłując ziścić, iż to właśnie oni będą tymi dostępującymi zaszczytu, choć na moment opuszczenia Piekła: przepychając się, gryząc, drapiąc... wspinając jeden na drugiego: aż nie zniknie. Tak w kółko, uwierz.
Więc zawsze, kiedy przyjdzie ci to do głowy, nie zapominaj, co Ci powiedziałem.
Nagrodzę Cię ponadto. Najczęściej: jest to powód do stwierdzenia, że " coś kogoś opętało, bo zamiast babci, wywołał coś złego, a to twierdziło, że to babcia i później wszyscy się wzajemnie pozabijali ". Owszem. Kolejnym pragnieniem Potępionego, oprócz wydostania się z Piekła, jest przecież posiadanie cielesnej powłoki, którą wypełnia natura mordu, łez i trudu. Zechcij zrozumieć, że najczęściej: nie może to być zbyt długo ukrywanym. A to, co te przygłupy zwą " demonem ", jest poprostu... jednym z Potępionych...
Skoro już o tym wiesz:.. życzę Ci owocnego składania w umyśle liter. I to zanim odczujesz, jakby " coś było bardzo zajebiście nie w porządku "..
A zawsze tak jest. Bez względu na to, co myślisz.
ROZDZIAŁ V
Skryty przed wzrokiem życia piekielnej czeluści, za lanym w żeliwie ekranem paleniska gotyckiego kominka, płomień i tak nie pozostał pozbawiony odzewu uwagi Potępionych, rzucając w mrok czarciej nocy blask, jakby akcentujący w niej obecność Stwórcy. Krystaliczne tafle zabytkowych szyb, tkwiące w rzeźbionych ramach okiennych parterowego gabinetu, zdawały się nie chcieć dochować tajemnicy, której wyjawienie, trawiąc kolejne, trzaskliwie ogarnięte nim polana, zdawało się przychylać ku zadawaniu katuszy żyjącym. A przynajmniej, tym, którzy we własnym życiu, posiadali jeszcze dusze, nie będącą czymkolwiek innym, jak czynionym przez nich samych, pochodem Śmierci. Nie śmiała wątpić, iż nawet falbany ciężkich, lnianych sztor, a co dopiero subtelne wzory tkanych w bawełnie firan, nie są w stanie tego zmienić. Uznała to za niedorzeczne, pomimo, iż zaledwie godzinę uprzednio przekonała się, że uliczny śmietnik, ciśnięty ponad parapetem parterowego okna gabinetu przez Potępionego, nie jest w stanie zagościć wewnątrz uświęconego klauzulami wiary miejsca, bezwiednie odbity, pomimo delikatności spowitego czarcią nocą blasku, z głuchym brzękiem lądując na chodniku pod nim. Niestety. Nie dotyczyło to czegokolwiek, nie stanowiącego bezpośredniej powierzchni dotkniętej nimi, co przekonało ją, iż w godzinę: może ujrzeć przez owe tafle: kilka przeszyć ludzkiego ciała prętami, pobicie na śmierć, patroszenie żywcem gołymi rękoma, bez użycia jakiejkolwiek powierzchni tnącej... nie zapominawszy o notorycznym wyłamywaniu kończyn w stawach, aby łatwiej było je oderwać od jeszcze wrzerszczących korpusów. Jakby stanowiąc urozmaicenie wyszarpywanych zębami kęsów śmiertelników, doszło w międzyczasie zaledwie do trzech gwałtów. Nie potrafiła sobie przypomnieć, kiedy właściwie ulica zaczęła wyglądać, jakby brukowana plątaniną okaleczonych makabrą zwłok, przybierając matowy odcień szkarłatu życia, przyozdobiony ludzkimi wnętrznościami. Rozróżniała już wśród nich jelita, których sznury plotły się gęściej, z każdym kolejnym ruchem paraboli zegarowego wahadła, jakby ono samo, przyzwalało śmierci na zbieranie swych żniw. Nawet krwawy rozbryzg, wygładzony szkłem tkwiącym w okiennej ramie, zdawał się temu nie przeczyć. Było jej szczerze obojętnym, czy naprawdę musi na to patrzeć, jakby smagająca szkło smuga, stanowiła ją samą. Możliwe, że dlatego Edward, jak zwany był Sędziwy Klecha, zapaliwszy chyba starszą od niego samego, naftową lampę, zniknął za jednymi z majestatycznych drzwi, niesiony w dół odgłosem kroków, jakby postanowił wyrazić sprzeciw wobec samego Szatana. Skrzyp kutych w żelazie zawiasów, następujący po sekwencji głucho wymówionych echem zgrzytnięć mechanizmu, nie pozwalającego na dostęp czegokolwiek, ze światłem dziennym włącznie... Nic ponadto. A mimo wszystko: aż tyle po nim zostało. Znowu ktoś lamentował, czemu nie mógł się przeciwstawić nawet kilkuwiekowy, ceglany mur. To bez znaczenia. I długo by wyliczać okropieństwa, temu równoznaczne. Widziała już nawet kobietę, która uniesiona ponad ziemię, będąc brutalnie nadzianą na wielkiego fiuta, została na nim obrócona niczym tarcza ruchomego celu: ciosem obucha siekiery w policzek, zatem: co mogłoby ją zdziwić?.. Nie wiedziała już sama, wyraźnie uznając, że tak długo, jak okaże się to możliwym: postara się nie musieć przekonać.
Edward przeklął tego miałczącego paskudę, nie raczącego z kocią ciekawością, otrzeć się o jego nogę. Drastycznie tajemniczy blask płomyka skrytego przed oddechem codzienności za okopconym abażurem, o mało nie owionął jego sutanny, będąc ciśniętym zaskoczeniem. Puszysta, czarna chmurka futerka, zatrzymała się jednak na granicy światła, co pozwoliło mu zdusić w ustach siarczyste przekleństwo, za które przeprosił szeptem Pana, chwytając dłonią kota pod przednimi łapkami, jakby chcąc osłonić się zwierzakiem przed obliczem widniejącego w Piśmie Sądu Ostatecznego, który drwiąc z fałszywych proroctw, miał obecnie miejsce. Nie jego jednak usiłował znaleźć. Nie tylko dlatego, że już zwyczajnie nie musiał. Oświetlając lampą kolejne skrzynie, szkatuły i pudełka, tkwiące na zakurzonym regale, odetchnąwszy z ulgą, odstawił kota na wieko pobliskiego kufra, o tak zapomnianej zawartości, że sam nie wiedział już, co właściwie stanowi. Gdy przemknęło to przez jego myśl, zbył ją lekceważącym machnięciem dłonią, zbierając w nią, zupełnie, jakby będącą pradawną: pajęczynę. Zawahawszy się moment, postanowił prosiwszy Stwórcę o wstawiennictwo, wyciągnąć dłoń w stronę jednej z pokrytych kurzem spoczynku pod całunem ceglanego mroku, szkatuły. Była dość ciężką, jak na swoją objętość: pokryta drzeworytami, kontrastującymi z kasztanowym odcieniem spajających ją okuć. One przerażały go najbardziej. Najmilszym było okalające dziurkę kluczyka, uwieczniające człekoidalną łapę z długimi, ostro zakończonymi pazurami.
- Archaniele... zstąp na padół ziemski i zbaw od złego nieustępliwością Pańską... - wyszeptał Klecha, kładąc dłoń na więżącym zawartość drewnie.
Słyszała, że wraca. Zupełnie jak Zaświaty. Spoglądając na stojące otworem drzwi piwnicy, odskoczyła z krzesła, słysząc uderzenie w okienną szybę. Spojrzała na nią dopiero wówczas, gdy ponawiając się, raz za razem, docierało do niej z chlupotliwym bełkotem. Po drugiej stronie szyby, stała kobieta, rzucająca gorączkowe spojrzenia za swoje plecy. Za każdym razem, gdy zwracała do niej wzrok, z jej rozerwanych ust dobiegał bulgotliwy bełkot, odsłaniając miejscami wybite zęby, jakby ku czci uśmiechu Antychrysta. Edyta przecząco skinęła głową, co ku jej zaskoczeniu, spowodowało jeszcze bardziej gorączkową serię uderzeń dłoni z połamanymi palcami w okienną szybę, pozostawiając ich krwawe odciski, anonsujące się kontrastem uderzeń o szkło wystających z nich miejscami kości. Nie musiała dlatego oczekiwać dłużej, niż nie spełna pół minuty, aby otrzymać tak mocne uderzenie w czubek głowy wyrwanym z chodnika hydrantem, iż wgniótł ją pod parapetem okna, po jego stronie. Wydając metaliczny odgłos runięcia, zamarł w kolejnym ze zmiażdzonych ciał. To wystarczyło. Możliwe, że nawet stanowiąc granicę, czego nie miała świadomości, po przekroczeniu której, wzrok Edyty, mimowolnie, rozmył się w lekkości pochłaniającego go mroku.
Nie przejmując się beżowymi smugami kurzu, krzyżującymi się przez klapę jego czarnej jak wieczna noc sutanny, Sędziwy Klecha, po raz kolejny, miał ochotę wyskórować to czarne paskudztwo. Jak na ironię, miałkliwy skurwiel nie raczył się ochoczo pofatygować, zerkając po kilku minutach oczekiwania ponad progiem otwartych drzwi, przywiedziony swymi pozbawionymi brzmienia cielesności krokami. Nie spieszyło mu się wcale, a pod ciężką komodę, ustawioną na masywnych, rzeźbionych w kilkuwiekowym, sękatym drewnie, nogach: czmychnął pospiesznie dopiero na dźwięk zamkniętych za nim, topornych drzwi piwnicy gabinetu Egzorcysty, jakby ujrzawszy w tym oblicze diabła, który zaczął go gonić, odgrażając się kijem. Odetchnąwszy z wyrazem zrezygnowanej ulgi Edward, nawet w panującym półmroku, nie chciał przestać strzec wzrokiem tulonego do srebrnego krzyża na jego piersi, okutego mosiądzem drewnianego tworu. Zmierzając z nim pospiesznie w stronę ostawionego zdobnymi krzesłami, nie ustępującego im stołu, odczuwał niepewność. Już nie zwątpienie wobec wiary w Słowo Boże, a zwyczajną niepewność: czy Słowo to, jest w stanie cokolwiek zmienić.
ROZDZIAŁ VI
Jeżeli dane Ci jest, aż jeszcze obecnie żyć... dokonuj tego ze świadomością, że czasami: zwyczajnie warto kogoś posłuchać. Faktycznie: wydaje się dziwnym Człowiekiem, jednak... wobec Ciebie, cóż: ujmijmy, że nie chcę, aby uważano jakkolwiek... zwłaszcza inaczej. Właściwie... pamiętasz, jak ostatnio mówiłem Ci, że czasami, z iście paranormalnych przyczyn, bywa tak, że komuś upierdoli się w głowie, że nie będzie żył... inaczej, od kontaktu z Zaświatami?.. jeżeli, rzecz jasna: " no coś mi świta, ale za chuja pana nie wiem ".. może nawet jest to doczesny przykład?:
Od kiedy jej pamięć stała przed świadomością otworem, nie wyobrażała sobie życia... widniejącego poza granicami Farmacji. Same specyfiki, były dla niej tylko zapotrzebowaniem na pracę: tak ściśle, precyzyjnie określonym, jak pozwalała na to szala wagi: równoważąc zdrowie wraz z życiem, wobec ich braku. Co więcej: tradycjonalizm, przejmując jej umysł, nakazał zupełne podporządkowanie całej procedury jej życia, pod ściśle określony schemat, polegający na wyzbyciu się czegokolwiek, nie spełniającego spowitych patyną wymogów. Z tego powodu: leczenie terapią dobytą z zabytków, myliło starsze, konsternacyjnie spodlądające w portfel, stając naprzeciwnej strony lady, panie, z młodymi, pełnymi sił Pacjentkami, których zamierzchłe wspomnienia, potrafiły pożerać całe godziny jej pracy, chociaż... widziała w niej bardziej powinność, niż obowiązek. Zwłaszcza z tego powodu. Ścisły manualizm, przeliczany pisemnie na łamach pożółkłych stron. Kolejne, posiadające określone, chemiczne właściwości specyfiki, zmieniające je, wedle wyznaczonego uznania. Słowem " elektronika ": zwała zatem jedynie zawartość spoczywającego pod jej dębowym biurkiem, pojemnika na odpady. Nie potrzebowała nawet wszechobecnie zjadającej tkankę mózgową na łamach " takich czasów ", całej tej Internetowej plątaniny, posiadając dość obszerną, Zawodową Bibliotekę, która z jednej książki, biegiem dekad zobszerniała niezauważenie do tego miana, zawierając przedziwne kombinacje kondygnacji kolejnego oddziaływania na siebie poszczególnych substancji, powodujące efekt uboczny: będąc zwyczajnym leczeniem. Nie tylko Pacjentów. Także duszy jej samej. Czując się bezpieczna za grubymi, stalowymi kratami, zatopionymi w elewacji okien jej apteki, znowu próbowała wykonać ścisły rachunek. Liczyła trupy. Dosłownie. Usiłowała określić zasadniczą liczbą, ile osób zostało zamordowanych na przestrzeni... pół kilometra?, a nawet jeżeli bliżej, to i tak zawsze myliła się między pięćdziesiąt sześć, a siedemdziesiąt. I nie było to bezpodstawnym. Powodowało to zaledwie dwa aspekty: nie miała innych butów, od wysokich, eleganckich szpilek, więc bieg boso po odłamkach czegokolwiek, swą ostrością tnącego jej stopy, uznała za bezcelowy. Jako wtóre: stąpanie butami na wysokim obcasie po powierzchni zwłok, a nawet usilne próby ich omijania, tupiąc zawzięcie jakby dla zwrócenia uwagi tych kreatur, uznała za równoznaczne z poczekaniem, aż się zbiegną, aby zacząć błagać, żeby ją pieprzyli, zanim zjedzą. Zastanowiło ją, ile osób spoczywających na ulicznej powierzchni, musiało tego dokonać. Uznała, że napewno nie wszyscy, tkwiąc wzrok w nikłym blasku, przebijającym przez najbardziej pobliskie, wyrażające nim życie, parterowe okna. Doskonale znała Księdza Edwarda. I była pewna, że jeżeli nawet tamte zezwierzęcone postacie są jakimkolwiek złem, nie odważyłoby się ono zmierzyć z Egzorcystą. Możliwe, że nie uznałoby się na tyle silne, aby po czterdziestu dniach żywienia ludźmi, móc tego dokonać, lub... zwyczajnie się bało. Taką miała właśnie nadzieję, jakby oczekiwała efektu kolejnej, przeprowadzanym w wiekowym szkle, uroczo niesfornej reakcji. Obecnie: ulica nie żyła, jak ścielące ją, wykręcone rwaniem zwłoki. Z czasem o tym wiedziała. Zawsze, gdy niebo przecinała pionowa, purpurowo pomarańczowa kolumna, zdająca się tworzoną z wirujących całą jej powierzchnią, płonących ścianą ognia, ludzkich postaci: wszyscy, dosłownie wszyscy, po utkwieniu w niej swych pozbawionych źrenic, mętnych spojrzeń, zostawiali wszystko, czym zajęta była ich uwaga, często z kęsami ludzkich tkanek zamarłymi w ich umazanych krwią mordach, po czym... zmierzali w jej kierunku. Jak obecnie. Ile ma zatem czasu?.. Niekiedy kwadrans, innymi razy... niespełna minutę, jakby czas, nie stanowił jakiegokolwiek wyznacznika. Nie pozostało jej zatem nic innego, jak zebrać niezbędność, wraz z nią własną odwagę, żeby ruszając w drogę: uzasadniać ją jedynie nadzieją. Nie miała do stracenia zarówno czasu, jak i okazji, mając świadomość częstotliwości zaciśnięć kościstego śródręcza Śmierci, na bijących sercach, których świadomość ilości, jakby machinalnie pchnęła ją w kierunku laboratoryjnej części Apteki. Mogąc zapakować jedynie niewielką, białej barwy, skórzaną torebkę, wewnątrz jej szykownej elegancji, upchnęła oprawną w czarną skórę księgę, tłoczoną tytularnie: " Farmakologia Substancji Codziennych ", po czym: wsypała sobie w usta końską dawkę krystalicznej postaci komponentów, mieszankę tramadolu z kofeiną i paracetamolem. Schludnie zamykając naturalnym korkiem szyjkę opróżnionej fiolki, odstawiła ją z cichym stukiem na blat biurka, odczuwając natychmiastowy efekt działania, będący otwieraniem kolejnych zamków w szaleńczym tempie poczynań zawodowca. Gdy stanęły przed nią otworem, walcząc z wrażeniem wywołanym nie izolowanym czymkolwiek widokiem, zaczęła mamrotać pod nosem, dla dodania sobie otuchy:
- Boga nie ma... Chryste... Boga nie ma... Chryste.. niech Szatan mi pomoże... skoro ty nie jesteś w stanie... Japierdolę... Jezuu...
Nie zdążyła zasięgnąć wiedzy, czy jej słowa zostały wysłuchane, a może... było to poprostu spowodowane wolą Piekła, zwanego bogobojnie " złą gwiazdą ". Gdy tylko jej chwiejne, stukotliwe kroki zwiodły ją z piętra schodów, prowadzących pod drzwi wejściowe Apteki, zaledwie kilka metrów od siebie, spostrzegła kałużę litego żaru, zdającą się spadać nieskończoną głębią, w porównaniu z którą ziejący krater wulkanu, chociaż plując wrzątkiem roztopionych skał, wydał jej się... zasadniczo dość płytkim. Z biegiem sekund, jego obwiednia zdawała się wirować, przybierając coraz wyraźniejsze kształty płomiennych upiorów.
- Kurwamać... - rzuciła zduszonym fascynacją półszeptem, zwracając się ponownie ku obranemu celowi.
Na widok za jej plecami: usiłowała krzyknąć, unosząc dłonie w obronnym geście. Nie zdążyła jednak, słysząc jedynie brzękliwie metaliczny świst, posyłający ją na plecy, impetem kontaktu z jej ciałem. Czuła go zdecydowanie mniej, lub tylko cierpienie kazało jej tak myśleć, gdy nawet ku zdziwieniu Potępionego, wykonującego nieprzerwanie kolisty zamach nad głową w hełmie z kawałków ludzkich czaszek, związanych między sobą drutem, przenizanym niezdarnie wykonanymi seriami perforacji, hakiem rzeźniczym, przytwierdzonym do końca kawału stalowego łańcucha, zerwała się na nogi, usiłując biec. Nie czuła rąk od przedramion w kierunku palców, a jedyna możliwość poruszania nimi, stanowiło bezwładne wprawianie ich w niezdarny ruch zbyt mocnym na bycie codziennym, poruszaniem barkami. Jej twarz, była odczuwaną jako bezwładnie zimną i wbrew jej woli, ociekającą falami stygnącej lepkości. Dobrnąwszy parterowego okna, zebrała się w sobie, jednocześnie usiłując zawołać widzianą przez szybę młodą, szarooką kobietę, jak i dla zwrócenia jej uwagi, boleśnie umieściła zbolałe dłonie na jej powierzchni, nie zwracając uwagi na jej własną krew, rozmazywaną tym na zapruszonej ulicznym pyłem, tafli szkła. Stała niema, niewzruszenie jej przecząc. Nawet wówczas, gdy wskazując na zawartość torebki, niechlujnie przesuniętej na tył jej pleców, chciała jej powiedzieć, że zgodnie z tymi recepturami: można zrobić leki ze wszystkiego, co znajdzie w najbliższych pomieszczeniach, dlatego: ma się jej nie bać. Każde słowo, było dla niej jak przełknięcie żartych rdzą odłamków granatu, połączone z nastawianiem bez znieczulenia złamanej kości... do momentu, aż poczuła ciężar, napełniający jej umysł ciemnością.
Teraz już masz pewność, jak każdy, nawet najdrobniejszy kontakt z Zaświatami: może być początkiem końca?..
EPILOG
Kiedy nawet niemożność trwania ludzkiego życia, stanowiąc poddaną w wątpliwość, powodując mimowolne uczucie odrętwiającego umysł lęku przed Śmiercią, stanowi pogłos ostatniego z dwunastu uderzeń kurantu zegara, nawet nadzieja odchodzi w ciemność izolującego ją niebytem pokoju. Wielu to odczuło, choć... należy ich raczej, zwłaszcza rzeczowo: nazwać... zwyczajnie nielicznymi: pozostałymi... w zdrowiu umysłu, nie poddającymi się obecnie suicydalnym praktykom, bądź prościej:.. Żywymi: mając świadomość czegokolwiek innego, poza Piekłem.
Dalsze ich losy, to już osobna, oprawna w mrok Twoich myśli, Księga... niby niniejszej opowieści, jednak: wszyscy już przecież znamy prawdę. Czytaj zatem dalej: nie udając.
Czarny kocina zasnął, wyciągając łapki przed ciepłem kominka.
Mający dusze, starali się nie musieć jej utracić.
Potępieni nie wracając do Piekła, żyli ze świadomością, że przez całą wieczność nie muszą.
A... Ty?..
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania