Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
ZABIERACZ: KSIĘGA PIERWSZA ROZDZIAŁ II ( opowiadanie gore )
ZABIERACZ: KSIĘGA PIERWSZA
ROZDZIAŁ II
Płomień, choć kojąc blaskiem strach przed nieznanym w mroku, zdawał się nie tyle być bliskim sercu ciepłem, jak wręcz namacalnym uczuciem obecności, które, aby móc zaistnieć, było zmuszone trawić kolejne, nic nie znaczące aspekty codzienności. Chociaż, pozornie przejawiając tym uprzejmość, fakt ten pozwalał bardziej odczuć, że mimo wszystko, chyli się ona ku końcowi, a wraz z nią, jedyna możliwość dostrzeżenia w tym czegokolwiek. Co gorsze: nie wiedziały nawet, co to takiego, więc gdyby mogły się tym nie przejmować, zapewne tak właśnie byłoby. Niestety: jeżeli nawet, to zdecydowanie nie teraz. Sam doczesny fakt, skłonił każdą z nich do nie tyle walki z lękiem, jak zrobienia czegokolwiek: pomimo jego przenikliwej natarczywości. Czymkolwiek zatem było, w prymitywny sposób spajając w całość, możliwe, że pasujące do siebie strzępy, wraz z co większymi, mniej lub bardziej jednolitymi kawałkami: zdawało się tworzyć całość, uwiązaną pasmami garderoby ku kilku prostopadłym do sobie wzajemnie patykom, jako opatrunek, przesiąknięty krwią w takim stopniu, iż postanowił zatrzymać ją dla siebie, nie pozwalając ujrzeć światła płomieni, wydostając się na zewnątrz. Co zdawało im się zdumiewającym: z oczu Sylwii, choć skrytych pod powiekami, strugi łez, nieprzerwanie, postanowiły nie przestać dawać otuchy spierzchniętej, cmentarnej ziemi. Mogło jej to przynosić jakąkolwiek ulgę, owszem. A jeżeli tak było: okazywała to jedynie przechodzącym przez jej twarz grymasem bólu, któremu towarzyszyło ciche, bezwolne pojękiwanie. Zimna, blada cera, jakby złośliwie, nie pozwalała zapomnieć o powadze sytuacji. Pamięć ta, choć pragnąca zaznać świtu, obecnie: przejawiała się jako pukle rudych włosów, przytulonych łzami do wyraźnie zarysowanych kości policzkowych, a co będąc najbardziej bolesnym:.. nic ponadto.
Mrok przed jej oczami, zdawał się ustępować, a jako zaledwie cienista mgła, pozwolił jej na zrozumienie, że jedynie ból, jest w stanie trzymać ją przy życiu, utwierdzając w przekonaniu, iż uczucie ciężkiej duszności w klatce piersiowej, jakkolwiek tego nie zmieni. Co więcej: nie mogła ponadto, zasadniczo nic. W miarę odzyskiwania świadomości, rozumiała coraz bardziej, że właściwie:.. to chyba szpital. Mogło tak nie być, owszem. I gdyby metaliczne, przenikliwe uczucie zimna nie przylgnęło do całej powierzchni tyłu jej ciała, zapewne: żyłaby właśnie... tą świadomością. Usiłując ją zrozumieć, uznała, że palcami prawej dłoni, może poruszać normalnie, gdy jej lewe ramie, nie pozostając zbyt oddalone od jej wzroku, spoczywając na pobliskim, srebrnego blasku stoliku, było wyznaczoną skomplikowanym układem stelaży chirurgicznych plątaniną nierównych pasm tkanek, dających jej do zrozumienia dotkliwie kłującymi falami tępego, przenikliwego bólu, że kolejność ich wzajemnego zszycia ze sobą, nie może być przypadkową. Z tej odległości, zdziwiło ją, że tam, gdzie kości śródręcza powinny wieść ku opuszkom palców, w nie same: wpleciony był złoto błyszczący, na tyle gruby, aby go ujrzeć, zwyczajny drut. Przyjęła tą świadomość zaledwie jednym, bezsilnym szlochem szczerego przerażenia, rozumiejąc jednocześnie, że ciężkie uczucie duszności w jej klatce piersiowej, to nic innego, jak medyczne pasy bezpieczeństwa. Nie chciała tego rozumieć inaczej, jak strugami łez, spływającymi po wierzchu jej kości policzkowych, aby na wysokości uszu, przeradzać się w kolejne, mokre stuknięcia o metalową powierzchnię. Czując w ustach metaliczny smak, chciała zetrzeć go z powierzchni podniebienia językiem, czując jedynie obcy jej kształt, zupełnie to uniemożliwiający. Rzędy jej równych, białych zębów, zaczęły go rytmicznie przygryzać, jakby powołane ku temu drżącym przerażeniem, a choć zdawał się nieznacznie ustępować pod ich naporem, ponadto: pozostał niewzruszonym. Mimo wszystko, postanowiła się opanować, a w jej umyśle widniał obraz: postaci, stanowiącej mrok, jednak: o zgrozo:.. nie bezpodstawnie. Dziesięciocalowy, kolejowy gwóźdź, obracając się wokół własnej osi w czarnej materii, zawisł nad konstrukcją, stanowiącą jej lewe śródręcze. Na jej szczęście, jego przeszycie na wylot zardzewiałą stalą, nie okazało się dla niej bardziej potwornym, wobec uprzedniego wypadku. A zanim garść grubych kryształków soli kamiennej wysypując się na całokształt, dała jej odczuć, iż ból postanowił spalać ją żywcem, zdołała aż wyrwać z własnych płuc wrzask najszczerszego przerażenia, przesyconego cierpieniem: zdecydowanym, aby jej nie opuszczać.
Krzyknęły obie. Sylwia wtulając się kurczowo, z szeroko otwartymi przerażeniem oczami, w Aśkę, ona sama natomiast: jako wyraz zaskoczenia, że jej przyjaciółka, odzyskując przytomność, jednocześnie usiadła z pozycji leżącej, jak i przylgnęła do niej stanowczo, kurczowo obejmując, podczas wypłakiwania fali własnego przerażenia, mamrocząc przy tym niezrozumiale. Było to dla niej szokujące, zwłaszcza wówczas, gdy Sylwia odsuwając się od niej, możliwe, że nieświadomie, ściskała w zdrowej dłoni spory, zardzewiały, kuty gwóźdź, ponadto: nieznacznie otwierając usta w blasku ogniska, wypchnęła z nich językiem monetę, która bezwiednie szurnowszy o jej zęby, odbiła się bezwładnie od jej dekoltu, co spowodowało, że kakafonia krzyków, tym razem: wcale nie należała do którejkolwiek z nich obu. I dlatego, tylko je obie przeraziła świadomość, że pozostały same, podczas nie poddanej ich świadomości ucieczce, której, możliwe, że jedynie tylko z tego powodu: nie zaznały wspólnie.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania