Pokaż listęUkryj listę

Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

ZABIERACZ: KSIĘGA PIERWSZA. ROZDZIAŁ I ( opowiadanie gore )

ZABIERACZ: KSIĘGA PIERWSZA.

 

ROZDZIAŁ I

 

Stos poprzerastanych mchem kamieni, majacząc w migotliwym blasku ognia, sprawiał wrażenie nie tyle zapomnianego, co oczekiwania. W przeciwieństwie do otaczających go w nierównych odstępach, cienistych sylwetek, od dawna mógł znać zarówno swój los, jak i przeznaczenie. Choć do północy pozostała jeszcze godzina, sam wyraz zrozumienia tej sytuacji, zmroził każdą z postaci w niemym oczekiwaniu: nie tyle na dalszy rozwój wydarzeń, jak odwagę, mogącą stanowić co innego, poza zwykłym niebytem. Aśce, jak myślała: nie jako jedynej, wydało się to irytującą niepewnością, w stopniu pozwalającym jej zarówno na włączenie latarki w telefonie, jak i objęcie jej światłem niewzruszenie wznoszącego się nad grobem obelisku, choć nadszargniętego zębem czasu, mimo wszystko: w dalszym ciągu posiadającego swą zabytkową, jak zauważyła: przenikliwie upiorną, postać. Masywny, kuty w wapieniu krzyż, choć przechylony wielodekadowym zapadnięciem się w cmentarnej ziemi, powykruszaną z uwiecznionych zdobną, gotycką czcionką liter inskrypcją, nadal głosił swą treścią, jednoznacznie:.. Ludmiła. Nie mając zupełnie świadomości, z jakiego powodu wybór padł właśnie na nią, zdała sobie sprawę, iż jej grób... jest zaledwie kilka metrów od miejsca, gdzie jeszcze kilka kwadransów uprzednio: prowadziły miłe, kobiece, towarzyskie spotkanie... przez myśl przeszło jej, czy to nie głupie, iż własne, doczesne życie: postanowiła wieść wśród zmarłych, zwłaszcza:.. w takowej odsłonie. Pogrążona w momencie tych przemyśleń, o mało nie wypuściła z dłoni telefonu, niemal odskakując na dźwięk głuchego, ciężkiego stuku. Otrząsając się z dezorientacji, uświadomiła sobie, że jej kuzynka, wraz z trzema " wiejskimi dziewuchami ", nie chcąc tracić czasu na zbyteczny romantyzm, z uporem odrzuca na pobliską, stale zwiększającą swą objętość stertę: kolejne, nagrobne kamienie. Jak na osobę ważącą pięćdziesiąt kilogramów, przy niespełna metrze osiemdziesiąt wzrostu: uprzednie dwa mocne piwa, zdawały się jej w tym nie przeszkadzać. Kierując jasny snop światła w świeżo odsłoniętą powierzchnię, ściągnęła usta, przyglądając jej się ze szczerym zdumieniem. Od zawsze, jako grób: rozumiała głęboką dziurę w ziemi, którą wypełniała najpierw trumna, a następnie ona sama: co najmniej do poziomu gruntu cmentarza, na którym stała. Tym bardziej zdziwiło ją, że był grób: dokładnie ten, który zamiast podłużnej górki ziemi, miał na powierzchni kamienie... pod którymi, jak ustaliła skupiając wzrok w półmroku: spoczywała jakaś... tkanina? Wyglądając na mocną, jak żagiel statku, choć wyblakła plamami, zamiast zbutwieć: postanowiła pozostać tajemniczą w dawnej krasie. Choć, tak na prawdę: sama nie wiedziała, co o tym myśleć, postanowiła podjąć jedyną z możliwości, chowając telefon do kieszeni bluzy, a nie dostrzegała w tym nic innego, jak bezuczuciową konieczność ujrzenia, z czym właściwie dane jest jej się spotkać.

 

Niespełna trzy kwadranse. Tyle potrzebuje pięć niemal dwudziestolatek, na przerzucenie o kilka metrów, co szczerze wprawiło każdą z nich w osłupienie: solidnej, nie przekłamanej tony, zaokrąglonych nurtem pobliskiego strumienia, kamieni. Jak dane im było widzieć: sięgały one zaledwie, może dwadzieścia centymetrów w głąb grobu, spoczywając na pofalowanej niewiadomą płaszczyzną, płachcie. Świecąc na jej powierzchnię, ze wszelkich, możliwych stron, latarkami telefonów, wymieniały między sobą spostrzeżenia. Jakby na nią patrzyły: niechybnie sprawiała wrażenie usłanej na kracie... jakimś... ogrodzeniu... albo, jak padło z westchnieniem rezygnacji: " na kolejnej tonie tego dziadostwa, tylko: jakby cegieł... nie wiem ".. Chociaż sama tkanina, sprawiała wrażenie czarnej, w latach swojej świetności, tak obecnie: wyglądała, dosłownie jak całun nieśmiało rozpraszanego miejscami mroku... który wzbił w powietrze, od strony kamiennego krzyża, znaczącą chmurę drobnej, żwirowej ziemi, wydając przy tym furgotliwy, głuchy odgłos: powodujący krótką serię niskich, przepełnionych przerażeniem pisków, zmieniających się mimowolnie w popłochliwy jazgot przerywany wyścigiem o pierwszeństwo ku jedynej ścieżce, stanowiącą drogę ucieczki. Panika została przerwana gromkim wybuchem śmiechu, który osłupiałą Aśkę, jak mu za to podziękowała: zwrócił rzeczywistości. Drżącą dłonią namacując w kieszeni telefon, oprócz mienia do siebie pretensji, o bezsensowne rozładowywanie baterii nie wyłączeniem latarki, chciała jedynie poznać źródło owego, histerycznego chichotu. Kamila, obejmując obelisk, zanosiła się nim w najlepsze, z tego powodu, usiłując ustać na nogach: ponad płótnem, rzuconym u stóp zmarłego: śpiącym snem wiecznym: w zdobionej trumnie, spoczywającej wewnątrz przeżartej rdzą, nitowanej z grubych, żelaznych sztab... klatki. Nieregularne, półkuliste łby nitów, choć średnicy doczesnej pięciozłotowej monety, sprawiały wrażenie chcących rozsypać się w pył. Same sztaby klatki, choć niegdyś grube na centymetr i szerokie na " chłopskie dwa palce ", obecnie wyglądały na coś ogryzionego przez istotę, żywiącą się metalem. Czarna, matowa patyna, tkwiąca w tysiącach wżerów, kontrastowała z rudą całością. Nie to ją jednak zszokowało, ponieważ: sama trumna, sprawiała wrażenie bardziej " przyniesionej na cmentarz i zabezpieczonej klatką przez zmianą tego stanu rzeczy ", niż... zwyczajnego pochówku. Co więcej: od wewnątrz, mniej więcej w centralnym jej punkcie, spoczywała nad nią przywiązana zzieleniałym, grubym drutem do tej kraty... dziwna, nie ustępująca mu odcieniami zieleni, jakby... tuba. Wpatrywała się niemo w całokształt, uświadamiając sobie, że, tak na prawdę: kiedykolwiek nie widziała nieboszczyka, zwłaszcza... pochowanego, co najmniej... wiek uprzednio: w miejscu, które, obecnie: stało się realizacją jej doświadczeń. Odetchnęła głęboko, przekonując się w myślach, że... to tylko zbutwiałe drewno, które choć skrywa makabryczną zawartość, jako obecne... jest jedynie dziwne: tkwiąc wewnątrz kraty. Nic ponadto. Dlatego odrywając od niego wzrok, zdała sobie sprawę, iż wokół... panuje przenikliwa cisza. Nasłuchiwała jej, chcąc dostrzec jej przyczynę, gdy głośny, metaliczny brzęk, sprawił, że podświadomie robiąc krok w tył, upadła na plecy, powodując pogrążenie cmentarza jedynie w przygasającej łunie ogniska.

 

- Teraz... to nie ja... - wymamrotała z twarzą sparaliżowaną strachem, Kamila.

 

Pozostałe dziewczyny, zamarły w bezruchu. Aśka, przeklinając pod nosem, podparła się łokciami, usiłując odszukać swój telefon, co okazało się banalnym, skoro leżał latarką zwróconą w niebo, dosłownie: obok niej. Podnosząc się, ujęła go w dłoń, drugą usiłując otrzepać z ziemi tył swoich krótkich, jeansowych spodenek. Nie chcąc zobaczyć na nich efektu upadku, ponownie oświetliła tajemniczy grób. Jedyną różnicą, jaką dostrzegła, była jedna ze sztab, dokładnie ta, do której drutem przywiązana była owa, tajemnicza tuba. Może przy takiej erozji metalu nie powinno być to dziwnym, jednak: sztaba pękając, uniosła ją ponad wieko trumny, dzierżąc na zaostrzonym nieregularnym pęknięciem, odgiętym, przeżartym wiekowym milczeniem, solidnym odcinku. Widok ten, mimowolnie pogłębił jej oddech, gdy zdała sobie sprawę, iż do złamania takiego, żelaznego złomu... potrzeba siły, która... przewyższała je wszystkie, podsumowane. Usiłując nie zdradzać tego kamienną twarzą, skierowała latarkę na Kamilę, usiłując naśladować spokojny ton:

 

- Ty... Warren' owa... - zaczęła, dając sobie preludium żartu czas, na dobranie odpowiednich słów - po jeden: zobacz, czy ściągniesz tą, nie wiem:.. tubę?: pudełko?:.. z tego... szpicu, nie?.. a po dwa: my słit gotik czik: co tam dalej było z tym, no... rytuałem?.. czy tam... obrzędem.

 

Kamila potrzebowała kilkunastu sekund, aby się otrząsnąć, przytaknąć i w blasku ogniska, zacząć próbować poluźnić ciasno owinięty wokół przedmiotu drut, który jedynie: jakby usiłował doczyszczać się w jej dłoniach z długiego zapomnienia. Ciągnąc tubę w obie strony, usiłowała na tyle zluzować oplot, aby zwyczajnie ściągnąć przedmiot, jednak... po kilku minutach szarpaniny, co dziwne: bardziej odgięła samą żelazną sztabę, niż poluzowała zaśniedziały metal. Dopiero po niespełna kwadransie, dało się słyszeć ciche, metaliczne postukiwanie, przy każdym z szarpnięć. Co więcej: sam przedmiot, choć ze znacznym oporem, postanowił zacząć pozwalać się przesuwać, w kierunku zaostrzonego, żelaznego końca. Nie przerywając swych starań, Kamila lakonicznie zaczęła wyjaśniać kuzynce:

 

- No... teraz... już niewiele trzeba. Bo wystarczy... dotknąć wieka... I...uważać na siebie... zbierając fanty... Boo...

 

Nie zdążyła jednak dokończyć, ponieważ oplot zsuwając się niespodziewanie, zarówno uwolnił przedmiot, jak i wyrwał z jej ust sykliwie siarczyste przekleństwo, a następnie, krótki jęk bólu. Kurczowo zaciskając dłoń w pięść, przez zamknięte oczy, nie mogła widzieć, jak purpurowe krople jej krwi, skapują na zbutwiałe wieko, ze strużki brnącej coraz dalej w kierunku jej nadgarstka.

 

- Japierniczę... - wyszeptała Aśka, stając szybkim susem przy kuzynce - jeszcze cię będę musiała zszywać... bo tutaj, to raczej... niestety:.. pogotowie nie dojeżdza... - czym odgryzając się, klepnęła ją triumfalnie w plecy.

 

- No bardzo śmieszne, cipo... - odsyknęła jej Kamila - jednak... zrobię ci na złość... i jeszcze nie umrę. - co zauważając, udała, iż skaleczoną dłonią chce pogłaskać ją po policzku, w odpowiedzi na co, zobaczyła uroczo okazany jej przez Aśkę środkowy palec, dlatego... obie parsknęły śmiechem.

 

Chcąc zarówno zaznać odpoczynku, jak i spokojnie pomyśleć, ponownie zasiadły przy kałuży żaru, gorączkowo rozglądając się za pozostałym drewnem. Kolejne, żwawe strugi dymu, po krótkim momencie, ustąpiły miejsca płomieniowi, skąpującego je swym blaskiem. Jak zwykle, jedynym plecakiem na całej " imprezie ", był sportowy plecak Aśki, w którym, po krótkiej naradzie, spoczął boleśnie pozyskany, ciemnozielony przedmiot. Ponadto, nie chciały, aby ich trud pozostał daremny, dlatego kolejno odchodziły od ogniska, aby dotknąć wieka trumny, po czym: wracały na miejsce. Ostatnią, była Sylwia. Rudowłosa, błękitnooka, zawsze uśmiechnięta dziewusz, która pomimo figury modelki, postanowiła nie być zadufaną w sobie jędzą. Jako odwieczna pasjonatka kryminologii, dobrowolnie zobowiązała się " rzucić na to okiem ", ponieważ " jak to możliwe ".. przekraczało granice ich pojmowania, pomimo rozważeń kolejnych możliwości. Chcąc rozładować nieco napięcie, zaczęła udawać, że poprawia pospiesznie makijaż jak prezenterka przed wejściem na wizję, po czym, udała się w stronę majaczącego w ciemnościach obelisku. Spojrzenia pozostałych przestały być w niej utkwione, gdy zrozumiały, że od dobrych pięciu minut, przygląda się w blasku latarki, ze wszystkich stron, zaostrzonemu, będąc odgiętym, żelaznemu elementowi.

 

- E. Holmes'owa... - zawołała w jej kierunku Ania: chyba najbardziej jasnowłosa, zielonooka dwudziestolatka, jaką nosił świat - zmarłaś tam?!: czy jak... - co spowodowało zbiorowy, stonowany chichot.

 

- No. - zawołała w odpowiedzi Sylwia, nie przerywając oględzin - too... jest pęknięte, jednak... nie " tak normalnie ".. bo wygląda, jakby ktoś to złamał... tak odrazu: jeb!: żeby... było ostre... kuźwa... tylko... gdyby to mogło okazać się możliwe, to od energii... ten pierniczony złom musiałby zaświecić... jak to ognisko...

 

Natchnięta tą myślą Sylwia, wpadła na pomysł, aby dla pewności... wykluczyć takową ewentualność. Zbliżając dłoń do obu z ostro złamanych powierzchni, uznała, że... są zasadniczo chłodne. Chropowate pęknięcie, choć sprawiające wrażenie dematerializacji solidnego metalu, własną temperaturą, nie odbiegało od reszty. Ujęła zatem w dłoń zarówno odstający pod kątem koniec, jak i jego poziomą kontynuację, zauważając, iż własną siłą... nie jest nawet w stanie wprawić ich w drgania, ani nawet odgiąć, a co dopiero... wyłamać, z nitowanej przez kowala całości. Nie chcąc zrobić sobie krzywdy, stabilnie oparła dłoń na poziomym, zaostrzonym kawale żelaza. Od kiedy tutaj przyszła, usilnie ignorowała uczucie, że nie tyle jakby " ktoś ją obserwuje... i to wcale nie jej przyjaciółki ".. bardziej martwiło ją, jakby przeczucie, iż... stanie się coś złego. Z tego powodu postanowiła osłonić dłonią ową ostrą krawędź, a nad powyższą, bardziej pionową: nie nachylać się ponad nią, nauczona kinematografią grozy, iż wówczas utrata równowagi... kończy się makabrą. Wykonując głęboki wydech, prawą dłonią, jako ostatnia: dotknęła wilgotnego, zbutwiałego wieka, ani na moment nie przestając trzymać się kraty. Sama nie wiedziała, czego się spodziewała, ponieważ wbrew jej spekulacjom:.. nie stało się cokolwiek nadzwyczajnego, pomimo wstrzymanego nerwowo w płucach oddechu. Przeciągle wypuszczając powietrze, cofnęła dłoń z powierzchni drewna, otwierając usta, aby poinformować o tym przyjaciółki. Niestety, uniemożliwił jej to krótki, metaliczny trzask, wybrzmiewający wibrującym pośród spowijającej ją czerni ciszy echem, w akompaniamencie mokrego chrupnięcia, od czego... zrobiło jej się ciemno przed oczami. Szok, jaki to spowodowało, postawił ją na równe nogi, chociaż... doskonale czuła, że aby się odwrócić... wbrew sobie: zupełnie nie ma siły, a jedynym, na co może się zdobyć, jest chwiejne stanie w miejscu, pośród narastających mdłości, gdy wirujący wokół niej świat, zdawał się pogrążać w ciemności, napawającej ją pogłębiającą się obojętnością.

 

- Yyy... co ona tam tak stoi?.. modli się, nie wiem:.. lunatykuje... tylko zasnęła?.. czy jak? - spytała rzeczowo Aśka, skupiając wzrok w ciemność - ponadto... co tak dziwnie jebło?: jak wtedy, tylko... jakby coś, kuźwa... rozpaprało się na asfalcie... nie?..

 

Te słowa spowodowały, że pozostałe dziewczyny utkwiły w niej nieme spojrzenia, machinalnie, niczym marionetki, przenosząc je na stojącą przy grobie, spowitą mrokiem Sylwię, uświadamiając sobie, iż każda z nich, słyszała to dostatecznie realnie, aby nie uznać za traumatyczne echo brzmiące jedynie w ich umysłach. Jako pierwsza, Ania podjęła niepewnym tonem:

 

- Ho... Holmes' owa... azymut na piekło... - co pozostało zupełnie bez odzewu, powodując serię kolejnych nawołań.

 

Wszystkie, zaczęły ją kolejno wołać, nie wiedząc kiedy: jedna przez drugą... aż zamilkły uciszone gestem dłoni Ani, aby mogły usłyszeć nieregularne, jakby stawiane w wybiórczych odstępach czasu, lekkie kroki, łamiące swoją delikatnością sporadyczne, suche gałązki na drodze, nierówno szurając, stawiane jakby nazbyt ciężko, po ubitej, porośniętej cmentarną trawą i chwastami ziemi. Każda z nich, skupiona, wpatrywała się w kierunek, z którego dochodziły ich uszu, przy czym Kamila zaczęła się zastanawiać: czemu, do jasnej cholery, tam jest tak ciemno, skoro wcześniej... blask ogniska oświetlał tamto miejsce, a ponadto... jak to możliwe, że... ona tam poszła w niespełna pół minuty, a po kilku minutach drogi powrotnej... zaszła tak daleko, jakby wlekła za sobą ten upiorny, kamienny krzyż... nawet już zaczęła na oślep chcieć zwrócić uwagę Aśki klepnięciem, aby ją o to zapytać, jednak... chociaż wierzch jej dłoni trafił akurat na sporą, usytuowaną koronkowym stanikiem w miejscu, pierś kuzynki, przestało to być koniecznym, ponieważ z mroku, stawiając powolne, nierówne, jakby uwiecznione poklatkowo kroki, chwiejnie wyłoniła się szczupła, wysoka sylwetka, a im bardziej się zbliżała, zostawiając za sobą nieregularnie nakapany ślad, tworzący sporadyczne, krwawe linie, tym bliższe krzyku były one wszystkie. Wykonując zaledwie trzy, rozsiane w obie strony kroki, nareszcie dane jej było stanąć w blasku płomieni, przy czym... każda z nich, wolałaby, aby uprzednio to ognisko zgasło, ponieważ oprócz bladości nie ustępującej Kostusze i podkrążonych oczu, nadających w blasku ognia jej niegdyś uroczej, uśmiechniętej buzi wyraz nie ustępujący pustym oczodołą ludzkiej czaszki... było o wiele gorzej. Musiała mieć tego jakąkolwiek świadomość, ponieważ zanim bezwładnie runęła do przodu, wyciągnęła w stronę przyjaciółek ociekającą krwią dłoń, z ziejącą raną, jak dostrzegły w panice: przebiegającą poziomo przez połowę jej śródręcza, zwieszając mały i serdeczny palec jako mętnożółte odłamki kości, tkwiące w poszarpanych mięśniach, pośród pasm przeciętej skóry. Sylwia, choć nie przytomna z powodu utraty krwi, nie słyszała przenikliwego akompaniamentu piskliwego krzyku jej przyjaciółek, niosącego się przez chłodną, sierpniową, nie dla wszystkich spokojną noc.

Średnia ocena: 1.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • SwanSong

    To AI pisało? Ilość błędów wyklucza lekturę.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania