Zapach Jaśminu część 4. ostatnia.
Styczeń przyniósł mordercze tempo, które dla obojga stało się prawdziwym testem wytrzymałości. Artur i Jaśmina stali się skrajnie zajęci, przez co ich pełne bliskości wieczory musiały na jakiś czas ustąpić miejsca obowiązkom zawodowym.
Artur, jako oddany nauczyciel matematyki, prowadził po godzinach dodatkowe, zajęcia przygotowujące uczniów do zbliżającej się matury. Z kolei Jaśmina wkraczała w decydującą fazę semestru – kończyła ze swoimi sześcioma wybranymi studentami pisanie prac magisterskich, co oznaczało godziny spędzone na poprawianiu przypisów, recenzowaniu kolejnych rozdziałów i dopracowywaniu bibliografii.
Rzadziej spotykali się w swoich mieszkaniach. Ich codzienność skurczyła się do pospiesznych, kradzionych pocałunków w ciemniejszych zaułkach uczelnianych korytarzy, między jedną lekcją w liceum a kolejnym seminarium z prawa karnego. Choć te krótkie chwile dawały im paliwo do działania, sytuacja stawała się coraz bardziej napięta.
Wadliwe serce Jaśminy, pozbawione wsparcia nowych, silnych leków, coraz głośniej domagało się uwagi. Zimowe, mroźne powietrze, stres i niedosypianie sprawiały, że młoda profesorka słabła z dnia na dzień. Pojawiły się duszności i nagłe uderzenia gorąca, a jej skóra stała się papierowo blada.
Mimo to, robiła absolutnie wszystko, by zamaskować przed Arturem to, jak dramatycznie gorzej się czuje. Za każdym razem, gdy widziała jego sylwetkę wyłaniającą się z tłumu studentów, zmuszała się do szerokiego uśmiechu, poprawiała na szyi ciepły szal od rodziców i chowała drżące, lodowate dłonie głęboko do kieszeni płaszcza. Nie chciała dopuścić do siebie myśli, że mgła nowych tabletek albo ryzykowna operacja to jedyne, co jej pozostało. Chciała walczyć o każdą minutę swojej niezależności, nawet jeśli cena za tę iluzję normalności stawała się niebezpiecznie wysoka.
Nadejście dwutygodniowej przerwy zimowej było dla Jaśminy jak zbawienie. Jej organizm znajdował się już na skraju wycieńczenia, a serce kaprysiło bolesnym, nierównym kołataniem. Młoda profesorka wiedziała, że dłużej nie oszuka przeznaczenia. Skoro studenci rozjechali się na ferie, a uniwersyteckie korytarze opustoszały, podjęła ostateczną decyzję: przez te dwa tygodnie przerwy zimowej będzie regularnie brała nowe, otępiające leki.
Plan wydawał się z pewnego punktu widzenia idealny. Do pracy nie musiała chodzić, więc otępienie czy też spowolnione myślenie nie przeszkodzą jej w prowadzeniu wykładów ani w sprawdzaniu prac magisterskich. Mogła wreszcie zaszyć się w swojej małej kawalerce odziedziczonej po cioci, otulić wełnianym szalem od rodziców i pozwolić silnej chemii działać.Zabezpieczyła się również na najgorsze. W razie wystąpienia ciężkich skutków ubocznych, postanowiła, że po prostu zadzwoni do Artura i powie mu, żeby nie przyjeżdżał, bo złapała silną grypę lub przeziębienie i musi to wyleżeć w łóżku. Nie chciała, aby widział ją bezradną i oszołomioną działaniem silnych substancji. Pierwszego dnia ferii, tuż po przebudzeniu, Jaśmina podeszła do okna, przy którym stała wielka, produkująca tlen roślina od matki Artura. Spojrzała na padający za oknem śnieg, a potem wyciągnęła z torebki nietknięte dotąd pudełko. Drżącymi palcami wyjęła pierwszą tabletkę. Wiedziała, że wchodzi w nieznany i trudny etap, ale determinacja, by przetrwać tę zimę i doczekać kolejnych wspólnych chwil z Arturem, była teraz silniejsza niż jakikolwiek strach przed utratą jasności umysłu.Pierwsza tabletka z nowego opakowania okazała się początkiem koszmaru. Silny lek w połączeniu z wycieńczeniem i osłabionym po Wigilii sercem, uderzył w organizm Jaśminy z niszczycielską mocą. Brak tolerancji wywołał gwałtowny, drastyczny spadek ciśnienia i zaburzenia rytmu serca.Jaśmina poczuła, jak pokój wiruje, a w uszach pojawia się nieznośny szum. Chciała podejść do okna, by zaczerpnąć świeżego powietrza, ale jej nogi nagle stały się jak z waty. Straciła równowagę i bezwładnie upadła na twardą podłogę. Była tak potwornie słaba, że nie potrafiła nawet unieść głowy. Leżała bezradnie, ledwo oddychając – każdy haust mroźnego powietrza przenikającego przez nieszczelne okno starej kamienicy wydawał się walką o przetrwanie.W tym samym czasie na drugim końcu miasta Artur czuł narastający, paraliżujący niepokój. Dzwonił do niej bez przerwy, ale telefon leżał na kuchennym stole, a Jaśmina – pogrążona w otępieniu i walcząca o oddech – zupełnie go nie słyszała. Przeczucie, które rzadko myliło Artura, kazało mu rzucić wszystko. Wsiadł w samochód i na złamanie karku popędził w stronę jej dzielnicy.
Gdy dotarł na miejsce, trzeszcząca winda wydała mu się zbyt wolna, więc wbiegł po schodach kamienicy na drugie piętro, potykając się na stopniach. Otworzył drzwi zapasowym kluczem, który dała mu po ich pierwszej nocy.W mieszkaniu panował półmrok. Artur zamarł, gdy jego wzrok padł na zimne, drewniane deski podłogi – Jaśmina leżała tam bez ruchu, blada jak kreda, z sinymi wargami, a jej klatka piersiowa poruszała się z ogromnym trudem.
– Jaśmina! – wykrztusił, dopadając do niej w jednym skoku.
Osunął się na kolana, delikatnie unosząc jej głowę. Jej ciało było przerażająco wiotkie i chłodne. Przerażony chwycił za telefon i natychmiast zadzwonił po pogotowie, drżącym głosem podając adres kamienicy i błagając o natychmiastową pomoc. W oczekiwaniu na ratowników medycznych, trzymał ją mocno w ramionach, ogrzewając własnym ciałem i zaklinając jej słabe serce, by nie przestało bić. Prawda o ukrywanych wynikach badań i nowych tabletkach, które wciąż leżały porozrzucane obok torby, stała się dla niego jasna w najgorszy możliwy sposób.
Lekarze na oddziale intensywnej terapii szybko ustabilizowali funkcje życiowe Jaśminy, ale pełna diagnoza okazała się dla Artura potężnym ciosem. Jaśmina drastycznie oszczędzała na jedzeniu, ponieważ tuż przed Nowym Rokiem całkowicie skończyły się jej darmowe zapasy z ciotecznej piwnicy, a wszystkie skromne fundusze oddała na zamówienie kolejnego zastrzyku i prezenty dla chrześniaków.
Siedząc na szpitalnym korytarzu z jej torebką na kolanach, Artur znalazł w telefonie dziewczyny numer do jej rodziców i drżącym głosem powiadomił ich o całej sytuacji. Poznał rodziców Jaśminy po raz pierwszy właśnie tam, na sterylnym, szpitalnym korytarzu. Zapłakana matka i blady z przejęcia ojciec, mimo ogromnego szoku, ze łzami w oczach dziękowali mu za czujność i uratowanie życia ich córki. Gdyby nie jego instynkt i zapasowy klucz, pomoc przyszłaby za późno.W głębi duszy Artur czuł jednak potężne rozgoryczenie. Był potwornie zły na Jaśminę, że ukryła przed nim prawdę o swoim pogarszającym się zdrowiu, nowych tabletkach i tak dramatycznych problemach z finansami. Czuł, że jego miłość i opieka zostały przez jej dumę odepchnięte na boczny tor. Wiedział jednak, że absolutnie nie może jej tego teraz powiedzieć ani okazywać złości, aby jej nie zdenerwować i nie obciążać dodatkowo kruchych sercowych parametrów. Gdy wszedł do jej sali, po prostu mocno chwycił jej chłodną dłoń, tłumiąc w sobie żal.
Po kilku godzinach z gabinetu wyszedł ordynator w towarzystwie brata Jaśminy, Adama. Ich miny były śmiertelnie poważne. Lekarze kategorycznie oświadczyli, że czas półśrodków i oszukiwania przeznaczenia dobiegł końca – stan serca zmusza ich do natychmiastowego wpisania Jaśminy na oficjalną, pilną listę do przeszczepu.
Aby dać jej organizmowi szansę na doczekanie dawcy bez ponownego zagrożenia życia, lekarze zmienili całą dotychczasową kurację i dali jej zupełnie inne, znacznie łagodniejsze leki. Nowe preparaty miały skutecznie podtrzymywać pracę serca, nie wywołując przy tym paraliżującego otępienia ani nagłych spadków ciśnienia.
Leżąc na szpitalnym łóżku, otoczona aparaturą, Jaśmina spojrzała na zmęczone twarze najbliższych. W jej oczach pojawiły się łzy, a głos lekko drżał, gdy cicho przeprosiła rodziców i Artura. Czuła ogromne poczucie winy za strach, który im zafundowała, ale z głębi piersi wyrwało jej się jedno, najważniejsze usprawiedliwienie: ona chciała po prostu normalnie żyć, bez wiecznego bycia pacjentką, bez litości i ze sprawnym umysłem.
Dzięki nowym, łagodniejszym lekom i profesjonalnej opiece lekarskiej jej stan szybko się polepszył. Gdy parametry się ustabilizowały, lekarze wyrazili zgodę na wypisanie Jaśminy ze szpitala. Dziewczyna musiała jednak pójść na kompromis – przez pierwsze dwa tygodnie po wyjściu mieszkała u swoich rodziców, którzy podawali jej pełnowartościowe posiłki i pilnowali każdej porcji jedzenia. Dopiero po kolejnych dwóch tygodniach, gdy w pełni odzyskała siły, pozwolili jej wrócić do własnego mieszkania w starej kamienicy.Artur, choć wciąż nosił w sobie wspomnienie tamtego strachu, nie zamierzał jej ograniczać. Obiecał, że będzie ją codziennie odwiedzał po swoich lekcjach matematyki w liceum, by wspólnie spędzać wieczory, dbać o porządek i upewniać się, że lodówka już nigdy nie będzie pusta.
W trakcie nowego semestru Jaśmina wróciła też do pracy na uniwersytecie. Choć kochała wykłady i swoich sześciu ambitnych magistrantów, powrót na uczelnię przyniósł nowe, frustrujące wyzwanie. Po tym, co się stało, wieści o jej zasłabnięciu szybko rozeszły się wśród kadry. Jaśmina szczerze nie znosiła tego, że wszyscy wokół – od rektora, przez kolegów z wydziału, aż po samych studentów – zaczęli traktować ją niezwykle ostrożnie, jakby była zrobiona z najcieńszego szkła. Każde podanie teczki, każde pytanie o samopoczucie i badawcze spojrzenia na korytarzach przypominały jej o wpisaniu na listę do przeszczepu. Ona jednak, mając u boku oddanego Artura, zamierzała udowodnić wszystkim, że jej duch pozostaje silniejszy niż kapryśne serce.Mimo że powrót do rutyny dawał Jaśminie iluzję kontroli, wieczorami, gdy zostawała sama w swojej kawalerce, w jej głowie zaczęły narastać bolesne, paraliżujące wątpliwości, czy nie powinna zerwać z Arturem. Analizowała sytuację z bezwzględną, prawniczą logiką: on był zdrowy, silny, miał przed sobą całe życie, być morze karierę i marzenia, podczas gdy ona – wpisana na listę biorców – wciąż nosiła w sobie statystykę, według której szansa na jej przeżycie wynosiła zaledwie dwadzieścia procent. Zbyt mocno go pokochała, by po prostu odejść bez słowa, ale jednocześnie za bardzo go kochała, żeby skazywać go na bolesne czekanie u boku dziewczyny, która w każdej chwili mogła zniknąć.
Pewnego wieczoru, gdy Artur jak zwykle przyjechał do niej po lekcjach, Jaśmina nie wytrzymała ciężaru tej tajemnicy. Usiedli przy kuchennym stole, obok wielkiej, zielonej rośliny i odbyli długą, spokojną, choć pełną łez rozmowę.
Jaśmina wyłożyła wszystkie swoje obawy, ale Artur nawet nie chciał słyszeć o rozstaniu. Matematyk ujął jej drżące dłonie i spokojnie wytłumaczył, że miłość to nie jest równanie, z którego ucieka się, gdy wynik staje się ryzykowny. Aby jednak odciążyć jej kruche zdrowie i nie prowokować niebezpiecznych skoków pulsu, podjęli wspólną, dojrzałą decyzję. Postanowili, że ich miłosne uniesienia i intymna bliskość fizyczna muszą poczekać na czas po przeszczepie.Ta decyzja przyniosła im obojgu ogromną ulgę. Przestali się spieszyć i walczyć z czasem. Od tamtego dnia ich wieczory stały się symfonią czystej, duchowej bliskości – Artur czytał jej na głos fragmenty książek, ona pomagała mu sprawdzać klasówki z matematyki, a zasypiając na materacu, po prostu trzymali się mocno za ręce. Nowe, łagodne leki działały stabilnie, a oni wspólnie, jako partnerzy, czekali na ten jeden, najważniejszy telefon ze szpitala, który miał dać Jaśminie całkowicie nowe, zdrowe serce.
Nadeszła upragniona wiosna, a wraz z nią stopniały śniegi paraliżujące miasto. Ustąpiły też najcięższe mrozy. Jaśmina, napędzana nowymi, znacznie łagodniejszymi lekami, poczuła przypływ niewiarygodnej energii. Wbrew całemu światu, zaleceniom lekarzy i kategorycznym zakazom rodziców, sprowadziła z piwnicy swój stary rower i wróciła do regularnej jazdy. Czuła się dobrze. Wręcz za dobrze. Ta pozorna, zdradliwa lekkość w klatce piersiowej uśpiła jej czujność.
Pewnego ciepłego, majowego dnia, gdy słońce przedzierało się przez gęste korony drzew, Jaśmina jak zwykle jechała rowerem na uczelnię, by poprowadzić poranny wykład z prawa karnego. Nagle, tuż przed głównym gmachem uniwersytetu, świat wokół niej gwałtownie zawirował. Z sekundy na sekundę całkowicie straciła oddech, a ciemność przed oczami odebrała jej przytomność. Osunęła się z roweru wprost na chodnik. Ktoś z pracowników uniwersytetu z okna gabinetu widział dramatyczną scenę i to, jak chwile później nieprzytomną dziewczynę zabiera na sygnale karetka pogotowia.
W tym samym czasie w sali wykładowej na zajęcia czekali już wszyscy studenci, w tym siedzący w pierwszej ławce Artur. Zamiast pani profesor, w drzwiach stanął jednak blady świadek zdarzenia. Gdy przerażony mężczyzna poinformował zebranych w sali studentów o wypadku i o tym, że karetka zabrała Jaśminę, Artur nie czekał ani sekundy. Rzucił torbę, wybiegł z uniwersytetu i na złamanie karku pobiegł w stronę pobliskiego szpitala.
Karetka zawiozła Jaśminę do izby przyjęć, skąd natychmiast, bez zbędnych procedur, przetransportowano ją prosto na blok operacyjny. Sytuacja była krytyczna. Lekarze musieli natychmiast otworzyć jej klatkę piersiową, by podtrzymać gasnące funkcje życiowe. Wtedy wydarzył się prawdziwy, medyczny cud. Tego samego dnia, w tym samym szpitalu, znalazło się serce od dawcy – młodego mężczyzny, który zginął tragicznie, potrącony przez ciężarówkę. Zespół kardiochirurgów natychmiast przystąpił do wielogodzinnej, skomplikowanej operacji. Jaśminie przeszczepiono serce.
Obudziła się parę dni później, powoli odzyskując świadomość po głębokiej śpiączce farmakologicznej. Była skrajnie słaba, a każdy ruch powiek wydawał się ogromnym wysiłkiem. Przez mgłę usłyszała spokojny głos stojącego nad nią ordynatora, który z uśmiechem przekazał jej, że na razie wszystko wygląda dobrze, a nowe serce podjęło samodzielną pracę. Wyjaśnił, jak niesamowite miała szczęście z natychmiastową dostępnością dawcy w tym samym budynku.
Zgodnie z procedurami sterylnej izolacji na oddziale transplantacji, lekarz pozwolił wejść na krótką chwilę jej rodzicom. Mama i tata stanęli przy łóżku całkowicie zapłakani, przepełnieni mieszanką niewyobrażalnego strachu i ulgi. Rozdzierająco pragnęli przytulić i pocałować swoją córkę, ale rygorystyczne przepisy kategorycznie zabraniały im jakiegokolwiek dotyku, by nie narazić osłabionego organizmu na najmniejszą infekcję. Wpatrywali się w nią tylko przez sterylne maski i łzy.
Jaśmina, poruszając delikatnie wargami, z wielką ledwością wykrztusiła jedno, kluczowe dla niej pytanie:
– Mamo... zawołaj Artura... Gdzie on jest?
W sali zapadła głęboka, przepełniona wzruszeniem cisza. Jej mama spojrzała na córkę z bezgraniczną miłością, powoli uniosła dłoń, wskazała na klatkę piersiową Jaśminy i drżącym głosem powiedziała: „Tu jest”.
W sali zapadła gwałtowna, przerażająca cisza, w której słychać było jedynie miarowy, sterylny piiip-piiip elektronicznego kardiomonitora. Słowa matki zawisły w powietrzu, lodowate i ciężkie, całkowicie zniekształcając rzeczywistość Jaśminy.
Dziewczyna wodziła wzrokiem po zapłakanej twarzy matki, rozpaczliwie szukając w jej oczach zaprzeczenia, jakiegoś błędu w sztuce, pomyłki sądowej. Ale tam była tylko bezbrzeżna, czarna rozpacz. Spojrzała na szklane drzwi izolatki – korytarz na oddziale transplantologii był całkowicie pusty. Nikt tam nie stał. Nie było zielonego fartucha, nie było bystrych, matematycznych oczu, które tak dobrze znała.
To serce należało do Artura. To on zginął pod kołami ciężarówki.
Majowy poranek, który dla niej miał być kolejnym dniem walki z systemem, dla niego okazał się tragicznym końcem. Artur usłyszał tylko jedno: karetka zabrała Jaśminę. Wybiegł z gmachu na oślep, zszokowany, sparaliżowany strachem o jej życie. Przebiegał przez ulicę tuż przy szpitalu, myśląc tylko o niej. Nie zauważył pędzącej ciężarówki. Matematyczny wzór jego życia zamknął się w ułamku sekundy na rozgrzanym asfalcie.
Zginął na miejscu, zaledwie kilkadziesiąt metrów od bloku operacyjnego, na którym lekarze rozcinali klatkę piersiową Jaśminy. Kiedy kardiochirurdzy zdali sobie sprawę, że nauczyciel matematyki, który nosił w portfelu oświadczenie woli o oddaniu narządów, ma idealną zgodność tkankową ze swoją młodą profesorką, los dopisał do ich historii najbardziej bezwzględny aneks.
Jaśmina leżała nieruchomo na szpitalnym łóżku, a w jej piersi – silnie, potężnie i bez żadnego błędu – biło serce mężczyzny, który oddałby dla niej wszystko. W uderzeniach tego nowego organu nie było już kapryśnego rytmu choroby. Było tam czyste, miarowe poświadczenie prawdy.
Artur dotrzymał słowa. Nie zostawił jej. Został przy niej na zawsze, spleciony z jej ciałem w najbardziej intymny, nierozerwalny sposób, o jakim kiedykolwiek mogliby pomyśleć. Z jej oczu spłynęła jedna, gorąca łza, rozmazując biel szpitalnej sali. Jaśmina położyła drżącą, słabą dłoń na swojej klatce piersiowej, czując pod palcami gruby szew i miarowe, mocne uderzenia. Zamknęła oczy, wsłuchując się w ten dźwięk. To nie był koniec ich opowieści. Dopóki to serce biło, Artur żył w niej, a ona miała przed sobą całe życie, by nieść sprawiedliwość tym, którzy nie mieli za nią czym zapłacić.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania