Zdziczała wiśnia
Zdziczała wiśnia
Trudno porzucić mi miejsce
gdzie z mamą
i śmiechem na twarzy
pierogi robiłam
dla siostry
i taty
Domu
co chlebem i solą
witał sąsiadów
a płomieniami krzyczał
gdy przyszli nocą
nie chcę zostawić
Nie mogę rozstać się z wiśnią zdziczałą
krwią naszą karmioną
gdy
wciąż przerażona
tuli mnie miękko w swoich korzeniach
i szepce w wołyńskim lesie
Nie odchodź
kto o mnie będzie pamiętał
Dzień kiedy Bóg spojrzał w drugą stronę
Rok pański 1946 był czasem wciąż otwartych ran i niewymownych cierpień dla Polaków na kresach wschodnich. Tam też, w niewielkiej wsi Jabłonka koło Wołynia, ojciec Jacek Brzóz od blisko dziesięciu lat pełnił posługę kapłańską. Obdarzona łaską od Boga kilkusetosobowa trzódka, którą się opiekował, pomijając mężczyzn wcielonych do armii we wrześniu tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiątego roku, którzy dotąd jeszcze nie powrócili, została niemal nietknięta przez minioną pożogę wojenną. Za wybawienie od Niemców oraz oszczędzenie od pogromów ukraińskich, które przetaczały się niczym krwawy walec po kresach wschodnich Rzeczypospolitej, dominikanin każdego ranka dziękował Bogu. Leżąc krzyżem odmawiał poranne litanie i zawierzał w ten sposób parafię oraz swoich najbliższych, dalszej opiece Mari i jej synowi, Jezusowi.
W pewnym momencie w półmroku, oświetlanej jedynie kilkoma świecami świątyni, rozległ się, dobiegający z zewnątrz pomruk podjeżdżającego auta. Po chwili o kamienną posadzkę szesnastowiecznego kościółka, zadudniły wojskowe buty. Mnich drgnął. Odruchowo chciał unieść głowę, aby zobaczyć któż to nadchodzi o tak wczesnej porze, jednak tylko mocniej przycisnął twarz do powierzchni wysysającej z ciała wszelkie ciepło i nie przerywając modłów wsłuchał się w złowrogie odgłosy marszowych kroków. Gdy kątem oka dostrzegł wypolerowane oficerki zrozumiał, że nadszedł znienawidzony przez niego Pułkowski. Major Pułkowski, dawny podoficer u Piłsudskiego. Ten sam, który zdradził kolegów ze służby i Polskę w zamian za karierę u Czerwonych. Zakonnika mdliło z odrazy na samą myśl o tym człowieku i ludziach mu podobnych. Dłuższą chwilę niemal czuł wbijany w siebie wzrok i słyszał nerwowy oddech oficera. Nie zamierzał jednak skracać modłów, a wręcz przeciwnie, postanowił odmówić dodatkową „koronkę różańca” o uwolnienie kraju od bolszewizmu.
– Obywatelu, musimy pilnie porozmawiać! Powstańcie! - Echo rozkazu odbijało się jakiś czas po kościele muskając święte obrazy i pozłacane figury apostołów.
Mnich nawet nie drgnął. Jego modlitwa z bezgłośnej przeszła w ledwo słyszalny szept.
– Grzegorzu Brzóz! Nakazuję wam powstać! To co mam wam do zakomunikowania jest bardzo ważne!
Grzegorz, to imię zakonnika jakie nadali mu rodzice podczas chrztu, które jednak zmienił po przystąpieniu do zakonu dominikanów. Oficjele komunistyczni nie respektowali nowego miana i uporczywie używali imienia poświadczonego jedynie świeckimi pieczęciami.
– Obywatelu proszę, musimy pilnie porozmawiać! - Ateista, widząc, że jego wezwania nie odnoszą skutku, zmienił ton na nieco łagodniejszy i zabarwiony nutą desperacji. – Ojcze Jacku, to sprawa jest niecierpiące zwłoki. Może chodzić o życie lub śmierć wielu ludzi, w tym wasze.
Zakonnik drgnął. Odbył już tysiące spowiedzi, usłyszał każdy grzech i każde kłamstwo. Nawykły do poszukiwania prawdy umysł mnicha, wyczuł jej ziarno w słowach komunisty. Kiedy się podnosił z namaszczeniem wykonał znak krzyża i wtedy przypomniały mu się brutalne aresztowania jego parafian, związanych, choćby najluźniej z przedwojennym ustrojem kraju. Ludzie wracali później do domów nadszarpnięci torturami stosowanymi w czasie przesłuchań przez nową władzę. Główny dowódca na tym terenie odpowiedzialnych za te działania stał właśnie przed Brzozem.
„I chroń nas Panie od pokus wszelakich...” – kapłan wyrecytował na samą myśl, że mógłby zaufać żołnierzowi i wzniósł wzrok na ukrzyżowanego Chrystusa.
– Czego pan chcesz, majorze?
– Przyszedłem... – oficer zamilkł, gdyż nagle drzwi kościoła zaskrzypiały i dało się słyszeć cichy szelest zbliżających się kroków.
– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. – W niewyraźnym świetle pojawiła się rozradowana twarz Wasylisy Jakubiec.
– Na wieki, wieków, amen! – odpowiedział zakonnik, któremu wyraźnie ulżyło, gdy w kościele rozległ się głos „Uśmiechniętej Wasylisy”, jak ludzie we wsi nazywali Jakubcową.
Drobnej budowy ciała kobieta, była nawet niższa od tęgawego i niewysokiego Brzoza. Wnosząc po gładkiej skórze wieśniaczki, nie mogła mieć więcej niż trzydzieści lat. Niewiasta odziana była w zwykłą szarą sukienkę i przepasana w pasie schodzonym fartuchem. Ubranie zbyt wyszukane na pracę w polu i nie dość dobre, aby uczestniczyć w niedzielnej mszy świętej, za to idealne do pracy w świątyni.
– Mówiłem żebyście nie przychodziła Wasyliso o tak wczesnej porze, przecież macie rodzinę i obowiązki.
– Ja obieściała... – Kobieta żachnęła się. – Obiecałam przecież, że w piątki będę sprzątać kościół.
– Ale nie musisz przecież...
– Ja nie wam obiecałam tylko Jemu. – Jakubcowa przeżegnała się pospiesznie trzy razy, na sposób jak robią to grekokatolicy. – I dlatego tak trzeba, ojcze plebanie.
– No jak uważasz córko. Tam znajdziesz wszystkie przybory. Brzóz wskazał wejście na zakrystię połączoną z dobudowaną do kościoła plebanią.
– Wiem, wiem ojcze. Dziękuję.
– To jest Ukrainka?! – Groźnie zapytał Pułkowski, gdy kobieta się oddaliła. – Co ona tak ciągle się cieszy?
– Wasylisa? Dlaczego wciąż się uśmiecha? Nie wiem, pewnego razu, jeszcze przed wojną, uśmiech przywarł do jej twarzy i tak zostało. Nawet jak chowaliśmy jej pierwsze dziecko, pomimo łez, ciągle się śmiała.
– Nie uważacie, że to dziwne? Przecież to nie jest normalne.
– Lekarze ją badali i niczego nie znaleźli jest zupełnie zdrowa, jedynie ten wyraz twarzy... – Kiedy Jakubcowa wyszła z zakrystii z wiadrem w ręku dodał przyciszonym głosem: – Stwierdzili, że to pewnie na tle nerwowym i samo przejdzie. To dobra kobieta, proszę nią sobie głowy nie troskać. Za godzinę mam poranną mszę świętą, proszę mówić co ma pan do powiedzenia i sobie iść.
– Musicie się jej pozbyć, nie możemy przy niej rozmawiać, to Ukrainka i może ...
– To komuniści tak odpłacają za dobroć! Nas, katolików, Pan uczył inaczej. Wasylisa, jest Ukrainką i grekokatoliczką...
– Dlatego mówię wam księże...
– Ale wyszła za Polaka, nauczyła się dobrze polskiego i dała ochrzcić swoje dzieci w moim kościele! – Nie pozwolił sobie przerwać zakonnik. – Nie uczęszcza na nasze msze, ale sprząta tę świątynię bożą z dobrej woli częściej niż inni wierzący, ci rzymsko-katolicy. Więc nie mów mi ateisto jeden, kogo mam się pozbywać!
– Proszę ojca, może wam dwajom trzeba porozmawiać? Mnie można poczekać na polu aż pan oficer skończy.
– Tak…
– Nie! – Brzóz przerwał majorowi, nie pozostawiając wątpliwości, kto rządzi w świątyni. – Chcesz mnie pan zamknąć, to proszę, ale i tak nie będę z tobą gadał!
Kapłan uznał, że bolszewicy uknuli podstęp, aby pozbyć się go z Jabłonki i jeśli miał zostać aresztowany, to nie zamierzał niczego ułatwiać czerwonym zdrajcom, wdając się w ich brudne gierki.
Gdy mężczyźni stali mierząc się wzrokiem, Wasylisa ze ścierką w dłoni, bez słowa ruszyła w stronę ołtarza.
– Nawet nie wiecie co mógłbym teraz zrobić! – Wściekłość naciągnęła każdy mięsień na twarzy nienawykłego do odmów oficera, a ręka automatycznie powędrowała do kabury z pistoletem.
– Zastrzelisz mnie czerwona glisto?! – Brzóz słyszał co spotkało kapłanów nawołujących do walki z komunistami. – Proszę! Strzelaj!
Do wnętrza kościoła, najwyraźniej słysząc podniesione głosy, zajrzał uzbrojony żołnierz w polskim mundurze. Na pytające spojrzenie podwładnego, major zapiął kaburę i skinieniem dał znak, żeby czekał na zewnątrz.
– Ja będę mówił, wy tylko słuchajcie. – W bladym świetle świec rozległ się grobowy głos Pułkowskiego. – Dostałem rozkaz, aby ruszyć i zamknąć w potrzasku odział banderowców…
– Kto wydał rozkaz? Ruscy? – Brzóz ciągle nie pozwalał wypowiedzieć się majorowi.
– Kurwa mać, posłuchaj mnie, w końcu klecho! – Oficer stracił już zupełnie cierpliwość. – Kiedy ostatnio nasze wojsko opuściło polską wieś w pogoni za bandytami, Ukraińcy wyrżnęli naszych! Obawiam się, że wzmożone działania OUN-owców są tylko dywersją i tu może być podobnie. W związku z tym mam dla was propozycję.
– Propozycję? – Ojciec Jacek wyraźnie nie wierzył w ani jedno słowo Pułkowskiego. – Jaką propozycję mogą mieć czerwoni, dla posranego klechy?
– Proszę, chociaż na chwilę, wyjść trochę poza ramy obecnej sytuacji. – Major przybrał bardziej przyjazny ton. – Obaj jesteśmy Polakami i powinniśmy myśleć o naszych rodakach. Moja propozycja jest taka: – Oficer odetchnął, jakby właśnie składał raport nieprzychylnemu dowódcy. – Zostawię tu w kościele kilka skrzyń broni i amunicji, a wy, szybko przeszkolicie kilkunastu miejscowych, jako taką milicję do samoobrony. Karabinów ludziom nie dawajcie do domów, trzymajcie je pod kluczem w bezpiecznym miejscu, na przykład tu. Niech wieśniacy zrobią sobie posterunki dookoła wioski i kilku zawsze niech stoi na straży. W razie konieczności rozdacie broń ludziom żebyście nie byli jak barany przeznaczone na rzeź.
– Major chce oddać nam karabiny swoich żołnierzy?
– Pożyczyć, tak to nazwijmy. Moja jednostka dostała nowe modele, ale ta stara broń jest aż nadto dobra na niedozbrojone, ukraińskie bandy, których niedobitki wciąż grasują po okolicy. Co wy na to? Moi ludzie mają rozładować skrzynie?
– Ja? Co ja, na to?
– Zgadzacie się?
– Oczywiście. – Głos Brzoza stał się mdły i wyzbyty z emocji. – Chcecie żebym ukrył broń w kościele? Dobrze rozumiem?
– Tak. Tak byłoby najlepiej. – Pułkowski aż westchnął z ulgą, kiedy sądził, że w końcu doszedł do porozumienia z dominikaninem.
– Dobrze więc. Ja ukryję broń w świątyni, zacznę szkolić ludzi do samoobrony, a pan później wyśle swoich siepaczy do walki z kontrrewolucją? Planujesz mnie zastrzelić na miejscu, czy wysłać łagrów?
– Ale…
– I pewnie spalicie kościół, żeby nie zaburzał wam komunistycznego porządku? Tak to ma wyglądać, prawda?
– Czyli odmawiacie? – Major wyczuł sarkazm ale wciąż niedowierzał w to co słyszy po tym co wcześniej powiedział mnichowi. – Przecież wyjaśniłem ojcu, że zostaniecie bez obrony. Nie rozumiecie…
– My, mój kościół bez obrony? – Zakonnik wskazał ukrzyżowanego Chrystusa. – On nigdy nas nie zostawi samych.
– Masz mnie za… – Major ledwo panował nad sobą, aby nie wybuchnąć. – …nie pomyślałeś głupcze, że twój Bóg posługuje się czasem diabłem, aby uczynić coś dobrego?!
Pułkowski machnął zniecierpliwiony ręką i wymaszerował z kościoła w akompaniamencie, własnych przekleństw.
***
Ten sen był najpotworniejszy jaki przytrafił się ojcu Jackowi odkąd sięgał pamięcią. W czasie gdy odprawiał mszę świętą, nagle zza pleców dobiegły go przeraźliwe wrzaski mordowanych ludzi. Wiedział, że to tylko sen i że musi dokończyć celebrację najświętszego sakramentu, ale głosy wyostrzały się z każdą chwilą i stawały coraz bardziej realne. W końcu poczuł szarpnięcie i gdy się odwrócił ujrzał przerażoną twarz kościelnego.
– Ojcze, musimy uciekać!
Ponad głową starca dostrzegł swój kościółek zasłany zmasakrowanymi trupami wiernych i tych nielicznych, pozostających przy życiu, którzy próbowali uciekać w stronę ołtarza.
– To nie jest prawda! To się nie dzieje! – uspokajał swojego zakrystiana. – Nie bój się!
– Oni nas mordują! – Starszy mężczyzna szarpnął kapłana za szaty liturgiczne, wytrącając mu z rąk kielich i hostię. – Wszyscy na plebanię i zabarykadować drzwi! – Rozkazał kościelny, kiedy zrozumiał, że nikt nie przejmie dowodzenia nad niedobitkami Polaków.
Otrzeźwieni wyraźnym poleceniem ludzie, zamarli wcześniej z niedowierzania i zgrozy, zamiast czekać bezradnie na śmierć, ruszyli do drzwi wskazanych przez starca.
– Ale ja muszę… Ciało Boże! – Brzóz wyrwał się z uchwytu, aby sięgnąć po porzuconą komunię.
– Boga tu dzisiaj nie ma! – Kiedy kościelny ponownie pochwycił kapłana i już miał go pociągnąć za sobą na plebanię, rozległ się kojący szept:
– To tylko sen. Proszę się uspokoić.
Brzóz otworzył oczy. Panował półmrok i zaduch, a na domiar złego cały świat wydawał się trząść w posadach.
– Ty jesteś… Stanisława… – Mówienie przychodziło mu z trudem. – Stanisława Świder. Gdzie jesteśmy, co się stało?
– Jedziemy ciężarówką na zachód, zaraz dojedziemy do Głubczyc.
– Ale co…? – Brzóz złapał się za pękającą z bólu głowę i wyczuł wilgotne bandaże. Spojrzał na rękę ubrudzoną własną krwią. – Ale jak…
– Był napad.
– Napad… Gdzie są wszyscy?
– To są wszyscy. – Stanisława wskazała na dwójkę dzieci i kilka osób upchanych pomiędzy resztkami dobytku. –Tych co byli w stanie jechać wysłali tą ciężarówką.
– Byli… w stanie? Ale… jak?
– Ukryłam się z dziećmi w zbożu.
– Co…? Jak… w zbożu? Dlaczego?
– Banderowcy napadli na Jabłonkę…
Chociaż Stanisława dalej mówiła, Jacek już nie słyszał. Zaczęły do niego docierać obrazy i krzyki ludzi zarzynanych, zarąbywanych jak zwierzęta. Mordowana była cała społeczność: ojcowie, matki i dzieci, którzy obdarowali zakonnika swoim zaufaniem, a których on zawiódł.
Im bardziej mózg Brzoza próbował wyprzeć ze świadomości to co zaszło, z tym większą siłą niedawna zbrodnia, której był częścią wrzynała się w jego mózg. Każda potworność, każdy krzyk i beznadziejne błaganie o miłosierdzie uzmysławiały kapłanowi coraz wyraźniej, że nie był tylko ofiarą, ale i pośrednią przyczyną tego wszystkiego.
Dominikaninowi pociemniało w oczach. Przez chwilę zdawało mu się, że oślepł, ale zaraz potem zrozumiał, że znajduje się w dusznym ciemnym tunelu. Daleko, na końcu, w w rozmazanym świetle zobaczył zaraz postaci oddalającej się od niego marszowym krokiem. Kamienna posadzka dudniła od uderzeń wojskowych butów jak ta w jego kościółku w Jabłonce. I w pewnym momencie wybrzmiały słowa:
„… twój Bóg posługuje się czasem diabłem, aby uczynić coś dobrego…” to zdanie dzwoniło mu w głowie, niczym dzwony zebrane ze wszystkich kościołów.
Komentarze (2)
/Daleko, na końcu, w w rozmazanym świetle zobaczył zaraz postaci/ – nadmiar /w/ – zarys
Zapewne mogło tak być...
Twgl. społeczność ukraińska, białoruska i litewska miała uzasadnione powody aby odczuwać nienawiść wobec Polaków – także o tym należy pamiętać 🚑🚒🍄
Ja tam nigdy nie uważałem, że Polacy byli święci, jeśli chodzi o państwo i naród pewnie też, ale z kolei, co było to było. Dziś można Ukrainę wspierać choćby tylko dlatego że walczy z ruskimi, ale pamiętać należy o naszej historii, tej tragicznej też.
Dzięki za wskazanie i w ogóle za komentarz.
Pozdrawiam!
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania