Zetknięcie (1/5) - Przegapione urodziny

Z początku niczego nie rozumiałam. Myślałam, że może to kolejny z tych dziwacznych snów, które zdarzało mi się mieć. Świadomych, jak się z czasem dowiedziałam. Ale dlaczego miałabym usnąć na ulicy w środku dnia? Wydawało mi się to zupełnie bez sensu. Zawsze te moje sny zaczynały się od widoku mojego ciała. Zwiniętego w kłębek, albo w innej, wyjątkowo nieładnej pozie. Szczelnie przykrytego pościelą, albo z kołdrą zrzuconą z łóżka. Ale zawsze pogrążonego we śnie. I zawsze mogłam od razu przerwać ów sen i wrócić do swojego ciała. Ale tym razem nie potrafiłam. Leżałam tam na chodniku, a prezent urodzinowy który niosłam, mókł w kałuży obok. Jednocześnie stałam i obserwowałam, jak kolejni ludzie zbiegają się wokół.

 

„Nie oddycha!” — zawołał ktoś.

 

„Zadzwońcie na pogotowie.” — powiedział ktoś inny.

 

„Przecież ja tylko śpię!” — krzyczałam do nich, ale mnie nie słyszeli.

 

Oczywiście, w końcu to sen.

 

Skoro nie mogłam zrobić nic innego, obserwowałem, co się dzieje. Czekałam. Najpierw z tymi ludźmi na karetkę. Potem z ratownikami, podczas nieudanej reanimacji. Zaczynało do mnie docierać, co się stało, chociaż jakaś część mnie nie chciała dopuścić do siebie tej myśli.

 

Myśli, że nie żyję. Że umarłam w drodze na urodziny przyjaciela. Że ta nieszczęsna wada serca jednak była czymś więcej, niż zwolnieniem z zajęć sportowych.

 

Czas, który minął do dnia mojego pogrzebu był chyba najgorszym, jaki przyszło mi „przeżyć”. Pogrążając się w otępieniu i szukając odpowiedzi na pytania, które nigdy wcześniej nie przychodziły mi na myśl. Wcześniej — to znaczy za życia.

 

Co będzie dalej? Czy pójdę do nieba? Do piekła? Odrodzę się jako ktoś inny? Będę tego świadoma, czy zapomnę o wszystkim? No i oczywiście — dlaczego mnie to spotkało?

 

Na pogrzeb nie poszłam z prostego powodu — nie wiedziałam, gdzie i kiedy się odbędzie. Prawda jest taka, że cały ten czas spędziłam na dachu pobliskiej kamienicy.

 

Powoli odkrywałam, jakie są prawa po tej stronie, czy jak to się mówi za życia, po tamtej stronie. Nie mogłam przenikać przez ściany. Nie mogłam latać. Nie mogłam też ingerować w rzeczywistość, na przykład poruszać przedmiotami. Po prostu zaczekałam, aż ktoś będzie wchodził do kamienicy i weszłam z tą osobą. Potem z inną wyszłam na strych i z jeszcze inną na dach. Dlaczego tam? Nie mam pojęcia.

 

Siedziałam i czekałam. I płakałam. Dni i noce mijały, ale nic się nie zmieniało. Nikt się nie pojawił. Nikt mnie nigdzie nie zabrał. Nie doznałam reinkarnacji. Jedynie przechodziłam przez żałobę po samej sobie.

 

Nie mogłam znieść faktu, że to zwyczajnie koniec. Przecież moje życie się jeszcze na dobre nie zaczęło, a już skończyło. Nie zdążyłam nawet go zasmakować. Do tego dochodziła myśl, co muszą przeżywać moi bliscy. Moi rodzice. Ich żałowałam bardziej niż siebie. Być może dlatego nadal nie poszłam ich zobaczyć. Nie mogłabym znieść ich bólu.

 

W końcu szala smutku i żalu się we mnie przelała i w przypływie sama nie wiem, czego, skoczyłam z dachu. Oczywiście nic mi się nie stało. Co nie oznacza, że później wiele razy i na wiele różnych sposobów nie próbowałam zakończyć swojego życia po życiu. Próbowałam. Za każdym razem bezskutecznie.

 

Przez kolejne dnie, a może tygodnie snułam się po mieście. Przeszłam chyba każdą ulicę, oprócz dwóch. Tej, na której mieszkali moi rodzice. I tej, na której mieszkał Daniel, do którego to szłam wtedy na urodziny. Zdecydowanie jego widok wcale nie polepszył by mojego nastroju.

 

Z czasem oswoiłam się z tym, że jestem duchem. Zastanawiałem się, czy oszaleję i stanę się mściwym poltergeistem, jak w filmach, czy może zachowam rozum i będę się kręcić po świecie do jego końca. Co nasunęło mi pewien pomysł…

 

Postanowiłam ruszyć dalej, niż moje rodzinne miasteczko. Skoro nic mnie nie zatrzymywało, czemu nie miałabym skorzystać ze swojego stanu i zwiedzić świata. Żyjąc mogłabym o tym jedynie pomarzyć. A będąc martwą, mogłam to zrobić dość swobodnie. Wystarczyło wejść do pociągu, na pokład samolotu czy statku. Z początku podróżowałam na ślepo, albo za konkretnymi ludźmi. Potem planowałam całe podróże, nasłuchując pod punktami informacyjnymi na dworcach. I jakoś to leciało.

 

Okrążyłam cały świat. Byłam wszędzie tam, gdzie chciałam być. Widziałam wszystko to, co chciałam zobaczyć. Ale nie pozbyłam się tej jednej rzeczy, która ciągnęła się za mną od początku. Samotności. I nie znaczy to, że nie spotkałam innych dusz. Wręcz przeciwnie. Szybko okazało się, że nie jestem wyjątkowa pod tym względem. Było takich jak ja na świecie całkiem sporo, ale każdy był zamknięty w sobie. Większość prawie w ogóle nie reagowała na moją osobę, do tego stopnia, że sądziłam, że to żywi ludzie. Ale czasem widziałam, że patrzą w moją stronę i widzą mnie, a nie coś za mną. Po prostu nie byli zainteresowani zawieraniem pośmiertnych znajomości.

 

Spotkałam również ludzi, którzy mnie widzieli, ale wcale nie byli martwi. Poruszali się poza swoimi ciałami zupełnie swobodnie. Od nich nauczyłam się tego, co jako zbłąkana dusza mogę robić. Okazało się, że jednak nie jestem bezradna i bezbronna. Z początku nie wiedziałam, przed czym miałabym się bronić. Ale i o tym się przekonałam.

 

W czasie tych podróży poczułam, że zmieniam się. Mimo że byłam martwa, to dojrzewałam. Mimo że moje ciało już zapewne ulegało rozkładowi, to dorastałam. To z kolei kazało mi się zastanowić, czy rzeczywiście moja tułaczka będzie wieczna. Bo wiedziałam już, że jednak jest sposób bym ją zakończyła. Ale na tym etapie już tego nie pragnęłam. Nawet martwi mogą się zmienić.

 

Kiedy powróciłam w rodzinne strony, nie wiedziałam, ile czasu dokładnie minęło, dopóki nie natrafiłam na kalendarz w witrynie sklepowej. Był październik dwa tysiące osiemnastego roku. Minęły cztery lata. Niemal równe. Zbliżała się czwarta rocznica mojej śmierci. A to oznaczało również osiemnaste urodziny Daniela.

 

Przemogłam się w sobie i poszłam do niego. Stanęłam przed blokiem, w którym mieszkał. Weszłam na trzecie piętro. Już chciałam wejść do mieszkania, kiedy wyszedł z niego obcy mi mężczyzna. Z kobietą i dwójką małych dzieci. Nikt z nich nie należał do rodziny Daniela. Najwyraźniej mój przyjaciel już wcale tutaj nie mieszkał…

 

***

 

Znak zapytania. Najpierw jeden. Potem dwa. Trzy. Cztery. Coraz więcej jednakowych symboli wyrastało jeden za drugim, wijąc się wokół jednego punktu na tylnej okładce zeszytu, aż wypełniły ją w całości, tworząc fantazyjną spiralę pytajników.

 

Daniel uniósł głowę znad swojego nowo powstałego dzieła. Spojrzał na zegarek wiszący na bocznej ścianie sali lekcyjnej, nad głową tego chłopaka, którego imienia nie pamiętał, mimo że drugi rok chodzą razem do klasy. Marek? Jarek? Nie był pewien. Dowiedział się za to, że do końca lekcji wciąż było dwadzieścia minut. A to oznaczało, że pytajnikowa spirala zajęła mu tylko pięć. A zdawało się, że minęła cała wieczność.

 

Otworzył zeszyt na stronie z zapisanym tematem zajęć i analizą wiersza, nad którą wszyscy wciąż pracowali, a którą on skończył tuż przed powstaniem spirali. Chłopak przeciągle ziewnął, zakrywając usta dłonią. Powoli przeniósł wzrok na podręcznik otwarty na treści omawianego na lekcji utworu.

 

Dotychczas omawianie wierszy na zajęciach języka polskiego polegało na tym, że własnoręcznie mieli przygotować jego interpretację, a następnie słuchać tyrady nauczycielki, w jak dużym błędzie są. Czy miała racje? Daniel zastanawiał się, co powiedziałby Baczyński, gdyby usłyszał współczesne interpretacje jego wierszy. Zgodziłby się? A może wręcz przeciwnie?

 

Taki schemat panował do tej pory, gdy uczyła ich Irena Tryl — polonistka bardzo starej daty. Dziś bowiem nastąpiła nieoczekiwana odmiana.

 

Gdy klasa czekała mniej lub bardziej potulnie na pojawienie się niezbyt lubianej belferki, ku ich zaskoczeniu, do sali wkroczył przystojny mężczyzna, z pewnością przed czterdziestką. Ubrany w dżinsy, czarny t-shirt oraz szarą marynarkę, wzbudził zainteresowanie i szum szeptów wśród zgromadzonych uczniów. Oparł ręce o biurko, przez chwilę przyglądając się nastolatkom, a następnie przekazał im wesołą nowinę.

 

— Z przykrością zawiadamiam was, że pani Tryl zmuszona była szybciej przejść na emeryturę. Ja nazywam się Adam Potocki i do końca roku, a być może nawet do końca waszej nauki tutaj, będę próbował uczyć was polskiego.

 

Potem przez połowę lekcji starał się zaangażować klasę w dyskusję na temat wiersza, co nawet częściowo mu się udało. Na koniec powiedział tylko, że mają sobie przygotować krótką jego interpretację na podstawie tej rozmowy i usiadł za biurkiem, notując coś w skórzanym kajecie, który był jedyną rzeczą, jaką przyniósł ze sobą na zajęcia.

 

Daniel przyglądał mu się z cieniem zainteresowania i nieodpartym wrażeniem, że skądś go zna. Gdy mężczyzna prowadził dysputę, sprawiał wrażenie wesołego, otwartego, pełnego pasji. Teraz, pogrążony w sobie znanym tylko zajęciu, na jego twarzy pojawiła się swojego rodzaju melancholia, a może nawet smutek. Kim był? Co robił? Co przeżył? Chłopak nie znał odpowiedzi, więc wrócił do wiersza.

 

„Już dawno zimna noc, a bez gwiazd” — głosił drugi wers. Sama prawda, pomyślał chłopak. Nie widziałem na niebie ani jednej gwiazdy od dłuższego czasu.

 

Początek listopada w tym roku nie należał do najpogodniejszych. Prawdę mówiąc, nigdy nie należał. Polski listopad to zawsze chmury, deszcz, czasem nawet śnieg i świąteczne reklamy na każdym kroku, doprowadzające chyba wszystkich do szaleństwa. Typowa złota polska jesień.

 

Daniel spojrzał przez okno, pomiędzy ławkami samozwańczego geniusza matematyki, który nie znał tabliczki mnożenia, a wiceprzewodniczącej klasy, która, jeśli wierzyć plotkom powtarzanym za jej plecami, nie do końca nadawała się na wzór do naśladowania.

 

Okno wychodziło na boisko do siatkówki i dalej, na zaniedbany plac zieleni, który kiedyś mógł pełnić rolę małego osiedlowego skweru, jednak dziś był wyłącznie jego zdziczałą namiastką.

 

Nagie drzewa rosły w nieładzie: stare wyrastały wysoko lub chyliły się ku upadkowi; młode, skarłowaciałe, ledwie sięgały ponad prostą siatkę, która odgradzała ten zapomniany przez ludzi skrawek ziemi od terenu liceum. Na zewnątrz nikogo nie było, bo i po co ktokolwiek miałby wychodzić w taką pogodę. Deszcz siąpił miarowo i gęsto, choć ostatecznie i tak niewiele go było, bo nie tworzyły się nawet najmniejsze kałuże. Przepiękna pogoda, pomyślał Daniel z typową dla siebie ironią.

 

Czasami zaprzątała mu głowę myśl, skąd się ona wzięła. Doszukiwał się jej źródła długie godziny (głównie lekcyjne lub bezsenne). Zazwyczaj jednak dochodził do wniosku, że jest ona częścią jego charakteru, a jej pochodzenie jest nieistotne. Potencjalne przyczyny, które czasem się pojawiały, spychał na margines, nie poświęcając im więcej czasu, niżby chciał.

 

W końcu dzwonek obwieścił koniec lekcji. Daniel wrzucił do torby zeszyt i podręcznik, schował długopis do kieszeni spodni i wraz z tłumem wylał się na korytarz, gdy w ostatniej chwili obejrzał się przez ramię, zobaczył, że pan Potocki nadal siedział pochylony nad swoim notesem, jakby zupełnie nie zwrócił uwagi na dzwonek.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (6)

  • Clariosis 4 miesiące temu
    Dlaczego tutaj nie ma komentarzy?! Dlaczego tu nie ma ocen?! Jak można zignorować coś tak ciekawego?! ):<
    No, już zakasam rękawki i to poprawiam, bo to się nie godzi na mojej warcie! ):<

    *Odkasłuje*
    No dobrze, już żarciki na bok, trzeba komentarz napisać. Historia przedstawiona zarówno od strony zmarłej, czyli ducha, jak i żywego, który niegdyś ją znał. Podoba mi się koncepcja z tym, że duch robi dokładnie to samo co za życia, tylko nikt go nie widzi. Nie lata, nie nawiedza przedmiotów, tylko chodzi jak żywy człowiek i nie jest nawet w stanie przez ścianę przejść. Ja to bym się trochę smutno poczuła, jakbym umarła a nadal musiała czekać na otwarcie drzwi. I jeszcze brak latania? ): Do kitu z takim życiem pośmiertnym, kiedy nawet inne duszki cię ignorują, a można by było razem się na przygodę życia zabrać. Zero strachu z lotu np. takim samolotem, bo jak się rozbije to i tak już nie umrzesz. I wszystko za darmo! No ale tyle dobrze, że sama bohaterka coś pozwiedzała, ale ostatecznie wróciła na miejsce swojej śmierci. Ciekawi mnie naprawdę jaki tor teraz to obierze, bo w sumie nadal nie wiadomo, gdzie historia zmierza - nie jest to błąd, powiem nawet że pasuje to do historii w której bohaterka, ani tak naprawdę bohater nie wiedzą co dalej. Ona nie wie, bo umarła i nikt nie przyszedł, nie odrodziła się, więc zostaje się jej tylko zastanawiać, czy będzie tułać się po ziemi zawsze. A on nie wie, że gdzieś tam w postaci ducha dawna przyjaciółka błądzi. Moje uczucia są więc adekwatne do przedstawionej fabuły i problemu, za co daję duży plus.
    Sam styl opowiadania też bardzo fajny, czytało się płynnie i przyjemnie. Będę czytać dalej i pewnie zajrzę do reszty publikacji, to jeszcze możesz się mnie spodziewać. Zostawiam piąteczkę.
    Pozdrowionka. :)
  • Fanifur 4 miesiące temu
    O proszę, a już myślałem, że nikt tutaj nie zajrzy :P Bardzo się cieszę, że się spodobało i dziękuję za tak wyczerpującą opinię :D Pozdrawiam również :)
  • Clariosis 4 miesiące temu
    Fanifur Do usług. :) Jutro wrócę z kolejnym komentarzem, bo na razie jestem zbyt zmęczona. Obszernych wypowiedzi możesz się spodziewać, jak przeczytam całość to może nawet i o jakąś recenzję się pokuszę. =w=
  • Fanifur 4 miesiące temu
    Clariosis Zorientowałem się trochę w twoim profilu i byłbym zaszczycony :P
  • Johnny2x4 4 miesiące temu
    Zajrzałem tu dzięki Clariosis. I było warto. Zacnie poprowadzona część, dobrze rozpisani bohaterowie i akcja. Chcę więcej :)

    Pozdrowienia!
  • Fanifur 4 miesiące temu
    Dzięki za wizytę! Jeśli chodzi o ilość, to jest co czytać, ocenę jakości pozostawiam Tobie ;) Pozdrawiam :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania