Zetknięcie (4/5) - Zmora

Nie powinnam była tego robić. Nie powinnam była zakłócać jego życia po tylu latach. Zdążył przejść żałobę po swojej przyjaciółce, pogodzić się z jej śmiercią, zapomnieć, a przynajmniej nie wspominać. A ona teraz wparowała z butami do jego snu. Nie miałam pojęcia ile zapamiętał ze snu. Nie było sposobu, żebym to sprawdziła. Gdy jednak zobaczyłam jego twarz następnego dnia, o poranku i w dowolnej późniejszej chwili, czułam niewyobrażalne wyrzuty sumienia.

 

Jego szare po matce oczy, dawniej wesołe i roziskrzone, obecnie, a zwłaszcza po tym śnie, miały zupełnie odmienny wyraz. Był w nich jakiś głęboko skrywany ból, mrok, ale też z nieznanego mi powodu coś, co przypominało determinację. Zastanawiałam się ze smutkiem, czy jest zdeterminowany ostatecznie o mnie zapomnieć, wyprzeć z pamięci, zerwać wszelkie nici wspomnień, które łączyły go z moją osobą.

 

W pierwszej chwili, gdy tylko zobaczyłam go po przebudzeniu, chciałam odejść. Uciec jak najdalej z tego miasta, może znów wyruszyć w tułaczkę po świecie, szukać swojego miejsca, gdzie nie wzbudzałabym jedynie bólu. Coś jednak sprawiało, że nie mogłam. Nie wiem, czy było to przywiązanie, samotność, czy może niejasne przeczucie, że nie powinnam tego robić. Postanowiłam ulec temu, czymkolwiek to było i towarzyszyć Danielowi jeszcze ten jeden weekend. A następnie zniknąć z jego życia, w nadziei, że nigdy nie zda sobie sprawy, iż na moment na chwilę się w nim pojawiłam.

 

Raz jeszcze więc udałam się z nim do szkoły, czerpiąc z tego dnia ile tylko mogłam, bo było to coś, czego w moim życiu zabrakło. Jedna z tych wielu rzeczy, których nie dane mi zostało doświadczyć przed „śmiercią”. Przez jeden dzień żyłam życiem uczennicy liceum, którą nigdy naprawdę miałam nie być. Co prawda cichą i niezauważalną, ale nie trzeba być duchem, żeby być taką osobą w szkolnych salach.

 

Po powrocie z lekcji Daniel zjadł obiad, nakarmił kota i znów zajmował się jakimiś dziwnymi papierami i pracą przy komputerze. Kolejny identyczny dzień. Czy naprawdę ten nieznoszący nudy i żądny przygód chłopak popadł w taką szarą rutynę życia? Co sprawiło, że tak się zmienił. Dlaczego mieszkał sam? Czy jego rodzice również nie żyją? Czy został całkiem sam? Nie wiedziałam. Gdzieś tam, w głębi duszy chciałam się tego dowiedzieć, ale nie mogłam tego zrobić. To było jego życie, którego ja już nie byłam częścią i nic nie dawało mi prawa się w nie zagłębiać. Nie przyniosło by to nikomu pocieszenia, co najwyżej więcej bólu.

 

Po południu jednak Daniel przerwał pracę. Wyrzucił z plecaka podręczniki i zeszyty, a włożył do niego wszystkie dokumenty i książkę leżące na biurku, oprócz tego parę ubrań i prostokątną metalową skrzynkę, rozmiarów nieco większych niż kartka papieru. Zarzucił torbę na plecy, pożegnał się z kotem i wyszedł, a ja za nim.

 

W pociągu trzymałam się na uboczu, tak jak gdy podróżowałam sama. Stałam w wejściu, starając się z nikim nie zetknąć. On siedział w tłumie i ze słuchawkami w uszach spoglądał większą część drogi przez okno. Obserwowałam go, czując się niczym anioł stróż zwłaszcza, że złe przeczucie mnie nie opuszczało. W pewnym momencie ogarnął mnie wręcz prawdziwy strach. Wyraźnie czułam jakąś wrogą obecność. Myślami od razu wróciłam do tamtego dnia…

 

Byłam wówczas gdzieś w górach Ameryki Północnej. Moim przewodnikiem był starszy mężczyzna, który zmarł jednak dziesiątki lat temu. To on uświadomił mi właśnie, że w tej formie nadal się starzeję. Wędrując wśród tamtejszych lasów i ucząc się nowego życia, pierwszy raz doświadczyłam tego szczególnego uczucia trwogi. Obezwładniało ono w tak przejmujący sposób, że nie byłam w stanie się choćby poruszyć. Nawet oglądane w tajemnicy przed rodzicami horrory w wieku kilku lat nie wywoływały we mnie nigdy czegoś takiego. Sparaliżowana strachem, cudem zawołałam mojego towarzysza.

 

On również coś odczuł, jednak nie w tak wielkim stopniu jak ja. Pytał mnie, co się stało, dociekał, ale ja nie potrafiłam mu wytłumaczyć. Wpatrywałam się jedynie tępo pomiędzy potężne świerki, nie wiedząc, co mój umysł tam dostrzegł. Dopiero po chwili zrozumiałam, że to nie oczy coś uchwyciły, a raczej jakiś inny zmysł skierował tam mój wzrok, bo obraz pojawił się dopiero po kilku sekundach.

 

W miejscu, w które się wpatrywałam powietrze zaczęło silnie falować, jakby temperatura tam podniosła się o kilkaset stopni. Następnie cień drzew zaczął gęstnieć, aż całość przypominała wrzącą smołę. Wtedy zobaczyłam jak coś stamtąd wychodzi. Im większa część tego pojawiała się przed nami, tym bardziej czułam jak odchodzę od zmysłów. W końcu zamknęłam oczy i zaczęłam krzyczeć, bo mój rozum nie potrafił objąć tego żywego, przerażającego, a wręcz na swój sposób bluźnierczego koszmaru.

 

Niewidzialna blokada w końcu wyswobodziła moje mięśnie i zerwałam się do szaleńczego biegu w dół szlaku, samolubnie zostawiając za sobą mojego przewodnika, i płakałam, słysząc jego rozdzierające serce krzyki cierpienia.

 

Nie wróciłam już nigdy w te góry, ale również nigdy więcej nie czułam się bezpiecznie w tym świecie, który okazał się być jednak znacznie różnym od tego, w którym spędzamy pierwsze życie. Już wiedziałam, że jednak można tu umrzeć, lecz w wyjątkowo okropny sposób, którego z pewnością nie chciałam doświadczyć.

 

Tego dnia w pociągu czułam niemal to samo. Strach nieznanego pochodzenia, niby irracjonalny, ponieważ bez żadnego jasnego źródła, ale prawie namacalny. Tym razem jednak nie sparaliżował mnie. Znałam go już lepiej. Bardziej przestraszył mnie fakt, że twarz Daniela, który nadal wyglądał przez okno, zbladła. Czy mógł dostrzec tam coś, co próbowało przekroczyć światy? Czy to w ogóle możliwe, skoro przenikają się tylko światy duchowe, a nie materialne?

 

Podbiegłam jak najszybciej do najbliższego okna i również to zobaczyłam. Zmora z jednego z niezliczonych potwornych światów jechała wzdłuż pociągu na jakimś monstrum. Mogłabym przysiąc, że wpatruje się we mnie. Wie doskonale, że to mi może zagrozić, nikomu innemu. Ale czy na pewno?

 

Zaczęłam biec na przód pociągu, poświęcając energię na otwieranie drzwi i nie zważając na zaskoczonych tym zjawiskiem pasażerów. Przez okna widziałam, że jeździec mnie goni. W końcu dotarłam na sam początek. Zmora jechała już równo z przednią szybą pociągu. Zebrałam w sobie całą energię, jaka mi pozostała i stałam prawdziwym duchem.

 

Przeleciałam przez ściany pociągu, tuż przed nosem jeźdźca. Czułam jego palące spojrzenie na moich plecach. Reagowałam instynktownie i działałam bez żadnego planu. Po prostu chciałam odciągnąć go jak najdalej od mojego przyjaciela. Skoro on również go widział, był w potencjalnym niebezpieczeństwie.

 

Zakręciłam w powietrzu i znalazłam się przed czołem pociągu. Na powrót przeniknęłam przez przednią szybę, kabinę maszynisty i wylądowałam w korytarzu. Wtedy pociąg uderzył w zmorę.

 

Nie miałam pojęcia, jak doszło do zderzenia materialnego przedmiotu z niematerialną istotą. Zjawa musiałaby się jakimś cudem zmaterializować, ale jak miałaby to zrobić? Inne wytłumaczenie nie przychodziło mi do głowy. Faktem było, że pociąg podskoczył, bez wątpienia zabijając monstrum. Następnie światła zgasły i słyszałam, jak maszynista rozmawia głośno z konduktorem. Byłam jednak zbyt wyczerpana, żeby zrozumieć o czym.

 

Czułam się, jakbym przebiegła maraton, mimo że od ujrzenia jeźdźca minęła niespełna minuta. Ci, którzy uczyli mnie nowego życia ostrzegali, że takie zabawy mogą doprowadzić mnie do zguby, ale i tak podjęłam to ryzyko. Bezwiednie, bez zastanowienia. A teraz ledwo żyłam, jeśli mogę w ogóle użyć takiego określenia.

 

Z trudem zaczęłam wracać do przedziału Daniela. Teraz otwieranie drzwi wydawało się łatwe jak podnoszenie piórka, w porównaniu do dźwigania ciężarów. Gdy dotarłam na miejsce, stanęłam ponownie przy drzwiach i spojrzałam na mojego przyjaciela. W ciemności słabo go widziałam, ale blask telefonu mężczyzny siedzącego obok odbijał się w jego oczach. Mogłabym przysiąc, że patrzy na mnie.

 

***

 

Daniel spędził noc w pokoju akademiku dwójki studentów, włamując się do sieci tutejszej uczelni i korzystając z mocy obliczeniowej superkomputera w niej trzymanego. To było największe wyzwanie w jego hackerskiej karierze i niewiele brakowało, żeby mu nie podołał. Ku jego zdziwieniu, uratowało go kolejne déjà vu.

 

W pewnym momencie utknął i nie wiedział, co powinien dalej zrobić. Głowił się nad tym przez godzinę, aż doznał tego dziwnego wrażenia, że już się z tym męczył, co zdecydowanie nie było możliwe. Za tym odczuciem podążyło „wspomnienie” rozwiązania problemu, podobnie jak wtedy, gdy wiedział, co powie córka pana Potockiego. Daniel zrobił dokładnie to, co podsunęło mu déjà vu i wszystko zadziałało. Dalej poszło jak z płatka i przez kolejną dobę, program miał rozszyfrowywać tajemniczą księgę.

 

W tym czasie Daniel miał okazję, żeby wypytać swoich zleceniodawców-studentów o wszystko, co go dręczyło. Od pochodzenia dokumentów, po graffiti na ścianie. Po zakończeniu pracy programu, wyszedł z akademika, żeby zjeść jakiś obiad oraz przespacerować się i spróbować uporządkować bałagan w głowie i niedowierzanie, które wypełniało jego myśli.

 

Pogoda poprawiła się i słońce jasno świeciło na bezchmurnym niebie. Daniel odebrał już hojne, jak na studentów, wynagrodzenie i za kilka godzin miał wracać do domu. Powinien być zadowolony, ale jednak nadal coś blokowało jego radość.

 

Jakiś niepokój wkradł się w międzyczasie do jego głowy i nie opuszczał jej ani na chwilę, przyczajony gdzieś na granicy świadomości. Mogło to być związane z nielegalną działalnością, albo brakiem snu. Jednak Daniel nie sądził, żeby to te rzeczy były przyczyną. W końcu nie były one wcale nowością w jego życiu, a nie przypominał sobie, żeby wcześniej czuł coś takiego.

 

Może w takim razie wynikał on z tego, o czym opowiedzieli mu ci studenci. Gdyby świat usłyszał ich opowieść, popartą niepodważalnym dowodem, który, jak oni sądzą, jest „na wyciągnięcie wiertła”, to ludzie musieliby przepisać od nowa całą swoją historię i od tego momentu wszyscy żyliby ze stale im towarzyszącym z tyłu głowy niepokojem.

 

Daniel przystanął na środku jednego z dziesiątek mostów w mieście przerzuconych nad szerokimi wodami leniwie płynącej rzeki. Ta płynąca przez jego miasto była niczym strumyk w porównaniu do tej. Chłopak oparł się o barierkę i śledził wzrokiem białą reklamówkę płynącą z nurtem i zataczającą kręgi wokół wirów. Przez krótką chwilę miał kolejne déjà vu, sam nie wiedział, które już z kolei w ciągu ostatnich dwóch dni.

 

Był tak zajęty obserwacją foliówki, że nie zorientował się, kiedy hałas samochodów na moście ucichł, a dookoła zrobiło się ciemno. Dopiero nagły podmuch wiatru sprawił, że chłopak ocknął się, jak wybudzony z hipnozy i zobaczył, że świat wokół niego się zmienił.

 

W polu widzenia Daniela nie było żywej duszy. Żadnych ludzi ani zwierząt, żadnych samochodów, rowerów. Zupełna pustka, nie licząc jego samego. Niebo było ciemne jak atrament, mimo że słońce jasno świeciło. Ten nierealny i nielogiczny widok sprawił, że Daniel przetarł oczy i zastanowił się, czy nie ma halucynacji z niewyspania. Nic się jednak nie zmieniło. Rodzima gwiazda nadal jasno świeciła na tle mrocznego nieba. I to coraz mocniej.

 

Chłopak czuł się, jakby siedział w saunie i ktoś stopniowo podnosił temperaturę. Zaschło mu w ustach, a po plecach ciekł pot. W zaroślach na brzegu rzeki niespodziewanie wybuchł pożar i momentalnie zajął cały brzeg, jakby rośliny były podlane benzyną. W wodzie zaczęły pojawiać się ryby. Wypływały na powierzchnię brzuchami do góry, martwe. Daniel sięgnął po swój telefon, ale ten nie nadawał się do niczego. Ekran migotał różnymi barwami i szumiał, jak zepsuty telewizor starej daty. Do tego nagrzewał się do tego stopnia, że Daniel wypuścił go z rąk, żeby uniknąć oparzenia. Telefon upadł na chodnik i zaczęła wydobywać się z niego smużka dymu.

 

Chłopak wyciągnął z niego kartę pamięci, parząc sobie palce i zaczął biec, uznając że most nie jest bezpiecznym miejscem. Cały czas zastanawiał się, czy to wszystko jest tylko złym snem, czy zwariował, czy może, co najgorsze, to dzieje się naprawdę. Nie dane mu jednak było uciec na brzeg. Coś, co znajdowało się na końcu mostu, sprawiło, że zatrzymał się w pół kroku.

 

Stała tam jakaś postać i opierała o barierkę, zupełnie jak Daniel przed momentem. Odziana w dziwaczny strój przypominający brudne łachmany średniowiecznego zakonnika, wpatrywała się w niebo, jakby ten nadzwyczajny blask słońca jej nie oślepiał. Usłyszawszy kroki nastolatka, tajemniczy mężczyzna (a przynajmniej tak zdawało się Danielowi) obrócił twarz w jego stronę.

 

Jego oczy jarzyły się blaskiem niemal dorównującym temu padającemu z nieba. Tyle tylko, że był on nefrytowo zielony. Chłopak miał wrażenie, że właśnie odkrył źródło swojego niepokoju, który wcześniej odczuwał. Obecność tego mężczyzny na moście emanowała jakąś aurą irracjonalnego lęku i mroku. Jego twarz wykrzywiona była w gniewnym grymasie bezsilności, który sprawił, że Daniel cofnął się.

 

Niespodziewanie, postać ruszyła w jego stronę. Z każdym jej krokiem mrok wokół gęstniał, zupełnie jakby pochłaniała ona rażące światło słońca. Nastolatek miał się rzucić do ucieczki na drugi brzeg, kiedy po raz kolejny poczuł, że coś jest nie tak.

 

Most zaczął drżeć pod jego stopami. Zewsząd dochodził go narastający odgłos pękającego metalu. Cała konstrukcja sprawiała wrażenie, jakby miała się zaraz zawalić. Daniel usłyszał donośny plusk, najpierw jeden, ale po chwili zaczęły dołączać do niego kolejne, mniej lub bardziej głośne. Duże kawałki betonu odrywały się od budowli i wpadały jeden za drugim do rzeki.

 

Most znajdował się za wysoko, żeby w ogóle rozważyć skok do wody, a widok śniętych ryb również nie zachęcał do takiej próby ratunku. Gdy chłopak spojrzał za siebie, zobaczył niemożliwą do pokonania wyrwę. Został bez drogi ucieczki, podczas gdy zielonooka zjawa zbliżała się do niego niespiesznie.

Następne częściZetknięcie (5/5) - Spotkanie

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (4)

  • Clariosis 3 miesiące temu
    Wyśmienita część. Nie spodziewałam się, że turbulencje które napotkał Daniel we wcześniejszej części mogą być wywołane czymś takim. Pięknie i logicznie zostało wszystko ze sobą połączone. A końcówka jest iście intrygująca - co tak naprawdę go spotkało? Czyżby to, że dawna przyjaciółka zbytnio się zbliżyła miało naszego bohatera wprowadzić tam, gdzie nie powinien być?
    Jak już skończę całość, to zajrzę do "Łapacz Snów" jako że wspomniałeś, że są ze sobą połączone te tytuły. :)
    No i cóż, jak przeczytam ostatnią część to pozostanie mi wrócić z obszerną opinią, więc bądź przygotowany. :) Tutaj zostawiam pięć.
  • Fanifur 3 miesiące temu
    Ktoś kiedyś powiedział, że żadne zdanie w opowieści nie powinno być zbędne - czasami sobie o tym przypomnę i dlatego staram się wszystko ze sobą łączyć :) Co do obszernej opinii to "już się boję" na myśl o czekającej mnie miażdżącej krytyce :P Dzięki za kolejny komplet i pozdrawiam!
  • Clariosis 3 miesiące temu
    Fanifur Coś Ty, ja nie z tych, co wszystkiego się czepiają i o wszystko narzekają, którym brak jednego przecinka w tekście spędza sen z powiek. ;) Chodziło mi raczej o domniemaną obszerność mojej opinii, gdyż czasami sama się siebie boję, że stawiam tak długie komentarze. xD No ale cóż, lubię pisać obszerne opinie, gdyż wiem, że są budujące dla autora.
  • Fanifur 3 miesiące temu
    Clariosis Wiem, żartuję oczywiście :P Ale to prawda, wyczerpujący komentarz przynajmniej pokazuje, że ktoś naprawdę poświęcił swój czas na przeczytanie twoich wypocin i to prawda, że nie ma nic lepszego.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania