Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Złoto objąć, leć przez mrok - Rozdział 1 - Gdy kruszy się stara moneta #1
Tłumaczenie wykonane przez autora oryginalnej japońskiej powieści light novel pt. Ougon wo idaite ma tobe. Tekst źródłowy został opublikowany na japońskich platformach Kakuyomu oraz Tales.
Wiatr z doliny poruszał włosy dziewczyny, która niosła na sobie brzemię dawno utraconego dziedzictwa.
Spokojnie i nieuchronnie realizowała plan zbudowany na liczbie trupów.
Aurelia Velkrys była niegdyś córką rodu Velkrysów, który posiadał kopalnie złota w górach otaczających Święte Miasto. Jednak podczas długiej wojny z rasą demonów straciła rodzinę, a sabotaż sprawił, że złoto straciło wartość. W rezultacie, jako pozostałość po upadłej szlachcie, jej ziemie zostały przejęte niemal za darmo.
Zebrała wokół siebie dawnych służących i zbiegłych chłopów, tworząc bandę napadającą na karawany podróżujące wąską górską drogą łączącą Święte Miasto z Teabartem. Jako bezwzględna zbójniczka zyskała złą sławę w całym Państwie Kościelnym.
W tej misji opuściła wszystkich swoich towarzyszy, którzy próbowali ją przekonać z czystej lojalności – ostatecznie wyrzuciła ich i podjęła się zadania samotnie jako ich przywódczyni.
Taka robota to czyste szaleństwo. W końcu chodzi o przejęcie potajemnie przewożonych monet mithrilowych... Nie mogła ryzykować, że w razie porażki jej ludzie zostaną powieszeni za współudział.
Spojrzała na dolinę, otrzepała pył z ulubionego crack-hammera i kontynuowała wiązanie lontów. Sprawdziła po raz ostatni ładunki i lonty rozmieszczone na górskiej ścieżce, po czym ucałowała z czcią wisiorek z dawną monetą opatrzoną pieczęcią Świętego Króla. Dziewczyna obserwowała dolinę przez składaną lornetkę teatralną. Cel – uzbrojony konwój Towarzystwa Thule, przewożący rudę mithrilu – zdążył już wkroczyć na wąską ścieżkę w dolinie. Mimo to dziewczyna postanowiła działać. Dla zdobycia monet mithrilowych zdecydowała się złamać nawet dotąd nienaruszoną przysięgę nieskazania śmierci. Materiały wybuchowe zostały rozmieszczone z precyzyjnym obliczeniem, by uzyskać maksymalny efekt przy minimalnej ilości. Lonty sięgały aż do dłoni Aurelii. Potarła krzesiwo i zapaliła lont. Po krótkim syknięciu żarzącego się prochu ogień błyskawicznie przebiegł przez linię i zdetonował ładunki.
Dolina, jeszcze przed chwilą skąpana w słońcu, została nagle spowita gęstym tumanem pyłu po gwałtownym osunięciu się zbocza. Ciężki wóz przewrócił się pod naporem ziemi, a cztery konie zaprzęgowe padły bez możliwości dalszego użytku. Pozostali najemnicy i magowie zniknęli z pola widzenia.
– Niezła rozwałka…
Czarny rycerz Sevas, który wyszedł z tego tylko z wyrzuceniem z wozu, odgrzebał woźnicę jęczącego pod zwałami ziemi i pomógł mu wstać.
– To sprawka tej miejscowej bandy Aureaearum, co? Jak na nich, wygląda to, jakby naprawdę chcieli nas zabić...
Wkrótce obaj natknęli się na fragment czarnej szaty wystającej spod zwałów ziemi i zaczęli go odkopywać. Z jego ust wysypywała się ziemia, którą wypluwał, kaszląc – był to bladoskóry mężczyzna rasy demonów w średnim wieku.
– Atak?
– Na to wygląda.
– Ilu ich jest?
– Nie wiem.
– Kto nas eskortuje?
– Tylko woźnica i ja.
Mężczyzna rasy magin odruchowo poprawił swoje okulary typu browline, po czym wyciągnął spod czarnej szaty ukrytego Makarowa i odciągnął zamek. Woźnica także chwycił Makarowa niepewną, drżącą dłonią. Sevas rozejrzał się, po czym dobył przypasanego do biodra srebrnego miecza typu bastard i przygotował się na atak z ukrycia w tumanie kurzu. Oczami nic nie zobaczy. Liczyły się uszy i nos, drżenie gruntu pod stopami, strumień powietrza muskający policzek... Wśród unoszącego się zapachu suchej ziemi Sevas na moment wyczuł mieszaninę jaśminu, róż i prochu – i natychmiast się odwrócił.
– Długie rzęsy i wąskie, złociste oczy.
To właśnie one uderzyły z martwego pola czarnej szaty – crack-hammer przemknął bokiem i zadał brutalny cios w plecy.
– To ty jesteś tą, która za tym stoi?!
Woźnica krzyknął. To była jeszcze dziewczyna. Skromna skórzana zbroja i tunika okrywające jej smukłe, pełne wdzięku ciało były tanie, lecz zadbane i nie nosiły śladów zużycia. Długie, złote włosy były wysoko upięte, by nie opadały na kark, a w jej wąskich oczach lśniły bursztynowe źrenice niczym czyste złoto. Nie oglądając się nawet na czarną szatę, która jęczała z bólu po uderzeniu w skalną ścianę, dziewczyna wzięła głęboki oddech, skupiła ducha i ustawiła crack-hammer w dolnej pozycji bojowej. Zamachnęła się młynkiem, wykorzystując siłę odśrodkową, celując w boki Sevasa.
– Aurelia, Złota Księżniczka!!
Pociski woźnicy nie trafiają dziewczyny. Trzymany w dłoni pistolet drży i chwieje się – zbyt mocno zacisnął go ze strachu, co uniemożliwia celny strzał.
– Nie strzelaj! Trzymaj broń w gotowości!!
Podczas gdy Aurelia nacierała z całym zapałem, Sevas pozostał chłodny i opanowany. Rzeczywiście, taki wyszczerbiony miecz nie miałby szans przeciwko potężnemu uderzeniu młota – rozpadłby się w drobny mak. Jednak sposób walki tej drobnej dziewczyny – zapewne wyuczony samodzielnie – choć szybki, był zbyt chaotyczny, przesadnie szeroki i pełen śmiertelnych luk. Sevas unikał ciosów ze spokojem, wybierając spośród licznych luk momenty, w których mógłby zareagować z minimalnym ryzykiem dla Aurelii.
– Ty chciwy, pieprzony rycerzu! Drwisz sobie ze mnie?! No to chodź, śmiało!!
Jej gniewny głos, ostry jak pęknięty kryształ, brzmiał donośnie, ale z każdą chwilą jej ciosy traciły impet – zmęczenie wynikające z przeciągającej się walki dawało o sobie znać. Jej chaotyczna, impulsywna szybkość również wyraźnie słabła. Sevas wciąż unikał ataków z chłodną twarzą, jakby uspokajał kapryśne dziecko. Gdy spocona i wyczerpana dziewczyna uniosła młot wysoko nad głowę, szykując cios z samej złości, Sevas celnie wymierzył cięcie w trzonek broni. Walka została rozstrzygnięta. Aurelia, z ostrzem wyszczerbionego miecza typu bastard przy gardle, wypuściła z rąk przecięty dębowy trzonek, który z brzękiem upadł na ziemię. Człowiek w czarnej szacie, wcześniej wijący się z bólu, podniósł się chwiejnie i – sycząc z bólu – uniósł pistolet, celując w Aurelię z palcem na spuście. U pasa Aurelii wciąż tkwił nóż, ale została tak przyciśnięta do muru, że nie miała nawet okazji, by po niego sięgnąć.
– Zwiąż ją.
Sevas wydał rozkaz, nie odrywając wzroku od ostrza wymierzonego w gardło Aurelii. Woźnica, otrząsnąwszy się, sięgnął do bagażnika przewróconego wozu i wyciągnął zapasowe lejce, by związać Aurelii ręce i nogi.
– A ta dziewczyna?
Sevas rozejrzał się, upewniając się, że okolica jest bezpieczna, po czym schował miecz typu bastard do pochwy. Zapytał woźnicę, który – zmęczony po udzieleniu pomocy ocalałym ochroniarzom – włożył sobie do ust papierosa otrzymanego w ramach podziękowania.
– „Złota Księżniczka Aurelia”... Aurelia Velclis. Przywódczyni bandy rozbójników, którzy mają swoją kryjówkę w pobliskich opuszczonych kopalniach złota. Córka księcia Velclisa, dawnego władcy tych terenów.
– A co z księciem Velclisem? Skoro uciekła z domu, powinniśmy ją oddać ojcu, nie?
– Po katastrofie z Złotymi Monetami Śmierci trzy lata temu, jego ród został rozwiązany. Ona jest, o ile wiadomo, jedyną ocalałą...
– Rozumiem...
Skuta Aurelia zmarszczyła brwi i spojrzała wilczym wzrokiem spod swojej szlachetnej twarzy – woźnica aż się cofnął, zaskoczony i speszony.
– Panie Nakamura, co z tą dziewczyną? Konie padły, a z takim składem nie damy rady odkopać wozu. Oddanie jej straży miejskiej ujawniłoby tajemnicę transportu.
Czarny płaszcz zdjął kaptur i usiadł na zwalonym głazie. Mężczyzna rasy magin, który pocierał biodro przez opancerzoną kamizelkę i palił papierosa, spojrzał na Aurelię – już pogodzoną z losem – i bez wahania powiedział:
– Porzućmy wszystko. Zostawmy wóz i ładunek. Zabierzmy rannych i ruszajmy do Tiebartu.
Aurelia otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia.
– Klucze też dla tej dziewczyny.
Sevas, który złapał rzucony pęk kluczy, spojrzał na Nakamurę z wyraźnym zdziwieniem. Sevas nie miał pojęcia, co tak naprawdę planuje ten magin.W wozie rzeczywiście znajdowały się monety z mithrilu.
Transport miał odbywać się w największej tajemnicy – z Świętego Miasta do oddziału Towarzystwa Thule w Tiebart, na ich zlecenie.Po samym ładunku można było się spodziewać, że szykuje się jakaś wielka transakcja.
Jedna taka moneta była warta tyle co trzydzieści dawnych królewskich – czyli półtora miesiąca pracy rzemieślnika. A ich było zapewne milion.
Teraz dopiero rozumiałem, że chodzi nie tylko o handel.
Ale po co jeszcze...?Nawet gdybym zapytał, i tak by mi nie powiedział. A poza tym, ja...
– Niech to twoi ludzie rozwiążą ci te liny.
Położył pęk kluczy przed Aurelią, która patrzyła na niego jak demon. Potem Sevas odwrócił się, rezygnując z dalszych rozmyślań. Woźnica i Nakamura już czekali, niosąc na plecach niezdolnych do chodzenia maga i najemnika. Zebrali AK-74 i spakowali tylko najpotrzebniejsze rzeczy, po czym razem z pozostałymi ochroniarzami spojrzeli na Sevasa. Konwój porzucił wóz towarowy i ruszył w dół zbocza prowadzącego do Tiebartu, aż zniknął z pola widzenia.
– Pani Aurelio!
Rozbójnicy, z którymi miała się niedawno rozstać, podbiegli do skrępowanej Aurelii, która ze spuszczoną głową płakała w milczeniu. Dla niej było to upokorzenie największego sortu. A jednak miała szczęście – cel został osiągnięty. Ale Aurelia już nie wierzyła, że to opatrzność boska.
Ten świat został przez bogów porzucony.
Ludzie nie pragną już błogosławieństwa, tylko stabilnego zadowolenia, które daje materialna obfitość.
Tak, właśnie tak. Jeśli nie zdołam nakarmić moich ludzi, moje czyny nie mają żadnego znaczenia. Otworzyła solidną kłódkę.
Błękitny blask mithrilowych monet wypełniających skrzynię był lodowaty jak lód i przerażający, jakby wysysał duszę...
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania