Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Złoto objąć, leć przez mrok - Rozdział 1 - Gdy kruszy się stara moneta #2
Tłumaczenie wykonane przez autora oryginalnej japońskiej powieści light novel pt. Ougon wo idaite ma tobe. Tekst źródłowy został opublikowany na japońskich platformach Kakuyomu oraz Tales.
Atak na konwój gotówkowy przez zbuntowaną arystokratkę, znaną jako Złota Księżniczka Aurelia, zakończył się porażką. Mimo to dowodzący przedstawiciel rasy magin, Nakamura, niespodziewanie porzucił wóz i się wycofał – a nowa waluta, mithril, lśniła przed nią przerażającym, niebieskim blaskiem.
Ranny oddział transportowy przekroczył bramę miejską Tiebartu, a po zostawieniu rannych z podróży w lecznicy, Czarny Rycerz Sevas rozstał się ze zleceniodawcą. Z podpisanym dowodem wykonania zadania, zapisanym nieznanym pismem rasy magin, udał się do gildii poszukiwaczy przygód.
– Dziękujemy za trud. Oto wynagrodzenie za dotychczasowe zadanie.
Młoda recepcjonistka spojrzała w górę na Sevasza z przesadnie uprzejmym uśmiechem.Na ladzie leżała taca z banknotami Tiebartu – dokładna suma należnego wynagrodzenia.
– Przy okazji, panie Sevas, nadszedł miesiąc aktualizacji, więc poprosimy o jeden złoty banknot. Musimy również zaktualizować zapisane dane o statusie, więc proszę chwilę poczekać.
– Aha.
To tylko dodatkowe koszty. I jeszcze trzeba poświęcić czas. Dobrze, że się nigdzie nie śpieszy… Ale wciąż nie mogę się przyzwyczaić do tych papierowych pieniędzy do drobnych transakcji, które pojawiły się po wprowadzeniu monet mithrilowych. Każdy bank emituje własne banknoty, które nie są uniwersalne – przy wymianie zawsze coś się traci na prowizji. Kursy wymiany różnią się zależnie od banknotu – raz się zyska, raz się straci. A do tego dochodzi jeszcze zmienność samych monet mithrilowych. Trudno nadążyć za tym wszystkim. Dla mnie te papierki są po prostu zbyt lekkie. Zbyt lekkie, by naprawdę coś znaczyły. Ale suma była całkiem przyzwoita. Wystarczy, by w tym mieście zaopatrzyć się w podstawowy ekwipunek. Z ciepłą sakiewką Sevas ruszył na poszukiwanie warsztatu zbrojmistrza o imieniu Waltz, mieszczącego się w dzielnicy rzemieślniczej. Jednak okolica była niemal całkowicie opustoszała, a sam warsztat okazał się opuszczoną ruiną. Sevas westchnął i skierował się do dobrze znanej Kompanii Lary – jednej z większych firm, zlokalizowanej w pobliżu fontanny na głównym placu miasta. Powinni tam jeszcze handlować tanim uzbrojeniem pochodzenia maginów…
– To było trzy lata temu, panie rycerzu. Obecnie nie oferujemy już taniego uzbrojenia pochodzenia maginów – u nas znajdzie pan wyłącznie autentyczne, najwyższej jakości egzemplarze.
Uśmiech młodego sprzedawcy, skierowany do nieco brudnego Sevasa, był lodowato uprzejmy.
– Wystarczy coś, co da się zużyć na potworach przy drodze. Nie mam zbyt wiele przy sobie.
– Ależ panie rycerzu! Wojownik o pańskich umiejętnościach nie musi zadowalać się byle czym. Jeśli brakuje środków, oferujemy możliwość zakupu na raty.
– Jestem kapłanem. Długi są mi zakazane...
Sprzedawca nie wykazywał najmniejszego zrozumienia.
– A co pan powie na ten miecz typu bastard? To najnowsze osiągnięcie alchemii – dzięki zaawansowanemu zaklinaniu oferuje wyjątkową trwałość i nigdy się nie wyszczerbi. Prawdziwy majstersztyk!
– Przepraszam, ale proszę uznać, że nic nie powiedziałem.
To było obrzydliwie przesadnie zdobione ostrze. Absolutnie nie miałem ochoty go nawet dotknąć. Gdy Sevas wychodził ze sklepu z płóciennym workiem pełnym drobnych akcesoriów do konserwacji broni, sprzedawca prychnął z irytacją za jego plecami. Spojrzenie, którym go obrzucił, mówiło jasno: „Biedak.” Sevas próbował przypomnieć sobie, jak wyglądała Kompania Lary cztery lata temu… ale zrezygnował.
– Panie Sevas, proszę zaczekać!
Zabrzmiał głos – głęboki i znajomy, niczym ryk wołu. Kiedy Sevas się odwrócił, ujrzał starszego mężczyznę o potężnej posturze, szerokiego przynajmniej na dwa razy tyle co ten sprzedawca od pogardliwego uśmiechu. Stał tam ociężale, ale pewnie. Tak, to on obsługiwał mnie cztery lata temu.
– Przejmę to. Możesz się oddalić.
– T-tak jest, szefie...
Sevas został zaproszony do pokoju przyjęć na zapleczu sklepu. Młody pomocnik przygotowywał herbatę w widocznie spięty sposób.
– Myślałem już, że nie ma nadziei, gdy usłyszałem o zagładzie Świętego Zakonu w wielkiej bitwie sprzed dwóch lat… A tu proszę – pan Sevas przeżył. To musiało być prowadzenie Boże.
– Pewnie tak.
Sevas podejrzliwie spojrzał na czarną herbatę, którą mu podano, dolał mleka i upił łyk powoli.
Osobliwa gorycz i prażony aromat rozlały się po jego ustach.
– To się nazywa kawa. Poszliśmy za modą i otworzyliśmy kawiarnię. Wśród młodych cieszy się dużą popularnością.
– Osobliwy zapach. Uzależniający.
– Cóż, zamiast spokojnie delektować się napojem, większość tylko wykrzykuje swoje racje.
– Same pobożne intencje nie wystarczą, by poskromić młodzieńczy zapał.
– Pan Sevas zawsze był człowiekiem wielkiej wyrozumiałości. A czym się pan ostatnio zajmował?
– Uciekłem do Świętego Miasta, a potem, gdy front się zatrzymał... cóż, byłem wędrownym kaznodzieją.
Sącząc gorącą kawę, stary kupiec nie odrywał wzroku od oczu Sevasa.
– Dawniej mawiano, że kupiec ma gorszy charakter niż pchli potwór – chciwiec, sługa złota, nic więcej. Ale nawet jeśli teraz role się odwróciły, to nie daje nam prawa, byśmy patrzyli z góry na klientów. To było nie w porządku.
– Proszę się nie przejmować. To ja byłem zbyt wymagający.
Gdy pomocnik zamknął drzwi, stary kupiec pochylił się nad stolikiem do herbaty i zmrużył oczy, wpatrując się w Sevasa z uwagą.
– Hm... Pan Sevas musiał wiele wycierpieć.
Pewnie zauważył cienie pod oczami... albo brak koloru na skórze. Nie sądziłem, że wyglądam aż tak źle.
– A mimo to, i tak żyję lepiej niż zwykli ludzie.
W czasie tułaczki, jako kapłan, nigdy nie musiałem się martwić o jedzenie.
Zdarzało się nawet, że ludzie chcieli dzielić się resztkami w imię wiary – trudniej było nauczyć się odmawiać niż przyjmować.
– Nie wolno pocieszać się cudzym nieszczęściem. W końcu ciężar z góry przygniecie i nas, a wtedy wszyscy spadniemy na samo dno.
Dlatego żyję poniżej oczekiwanej ascezy – świadomie, ale też z konieczności. Powoli czuję, jak coś mnie wyciera i zużywa od środka.
– Panie Sevas...
Stary kupiec wyprostował się z powagą.
– Nazywam się Doba Lára i jestem kupcem starej daty, dla którego szczerość i uczciwość to zasady nadrzędne. Dlatego proszę, niech to, co zaraz powiem, pozostanie między nami.
Sevas również wstrzymał oddech i przybrał poważniejszą postawę.
– Produktów pochodzenia maginów nie da się już zdobyć na rynku. Proszę sobie wyobrazić, że kupcy Złotego Sojuszu wykupują je natychmiast, płacąc stosy monet mithrilowych – za ceny kompletnie oderwane od rzeczywistości. W wyniku tego zniknęły z obiegu. Co więcej, przez ten napływ wiele warsztatów na całym kontynencie upadło. Proszę zrozumieć, jak poważna to sytuacja.
– Rozumiem...
Podczas mojej wędrówki przeczuwałem, że coś takiego się dzieje. Ale nie przypuszczałem, że to właśnie Złoty Sojusz skupuje wszystko w ten sposób.
– W ramach rekompensaty chciałbym zaoferować panu lepszy środek antykorozyjny niż ten, który pan wcześniej zakupił. To produkt armii demonów, który nie został przejęty przez skupujących – doskonały specyfik, zamieniający rdzę czerwoną w czarną.
– To mi pomoże. Mimo że moja broń nosi błogosławieństwo Boże, to wiek robi swoje i ostatnio korozja nie chce ustąpić...
– Rasa maginów posiada cywilizację znacznie bardziej zaawansowaną niż nasza. Choć nie mają boskiego błogosławieństwa, potrafią – samą alchemią, bez jakiejkolwiek mocy piekielnej – rzucać klątwy śmierci na całe stosy złotych monet. Na samą wiarę i miecz nie da się już z nimi wygrać.
– To trudna prawda.
– Tak, smutna prawda... i dla mnie.
Doba Lára wstał, podszedł do okna i spojrzał na świat z goryczą na twarzy.
– Tak właśnie wygląda nowa epoka, którą przynosi mithril. Być może przemiany są niezbędne, by człowiek mógł sięgnąć wyżej... ale czy Bóg rzeczywiście jest jeszcze z nami, tutaj?
– Sam tego nie wiem.
To nie tak, że moja wiara słabnie. Wiem, że Bóg istnieje. Ale nie da się zaprzeczyć – cuda ustały.
– Właśnie. Jeśli nawet ktoś taki jak pan Sevas czuje się zagubiony... nic dziwnego, że wszyscy chwytają się tej nowej, błękitnej poświaty. W epoce, w której Bóg i demon porzucili świat, to jedyne, czego mogą się uchwycić – człowiek, magin, świecki, duchowny, a nawet łotr. To błękitne światło oświetla każdego po równo, ale nigdy nikogo nie potraktuje sprawiedliwie.
– A jednak epoka złotych monet była znacznie bardziej okrutna. Prawdziwe i fałszywe nie do odróżnienia, ludzie oszukiwali się nawzajem, czasem zabijali. Dziś świat przynajmniej jest bardziej stabilny.
– Mimo wszystko... przynajmniej w złotej monecie Świętego Króla mieszkała dusza. Była nośnikiem nauki, uczuć, wspomnień. Właśnie dlatego nie mogę wybaczyć królowi maginów, który ją zbezcześcił – a już szczególnie nie mogę znieść tego, co niesie ze sobą mithril.
– …
– Ale niech pan uzna to po prostu za żałosne narzekania starego człowieka, którego zostawiła epoka.
Stary kupiec spojrzał smutno przez okno. Miasto powinno wyglądać piękniej niż dawniej... a jednak wydaje się bardziej ponure.
– Czy mogę zapytać o jedno? W dzielnicy rzemieślników powinien być warsztat miecznika o imieniu Waltz. Nie mogłem go znaleźć.
– Ach, ten stary, zbłąkany krasnolud? Zamknął warsztat dwa lata temu. Teraz żyje na emeryturze w dzielnicy biedoty. Jeśli pan chce, mogę posłać chłopca, żeby pana zaprowadził.
– Nie trzeba. Dziękuję.
Po powrocie do gospody Sevas zdjął z siebie pancerz Czarnego Rycerza, rozsypując przy tym odrobinę rdzy. Swoją bastardową broń zapakował w lichy worek zgrzebny i zarzucił na plecy.
Ubrany jedynie w bawełnianą tunikę, z ukrytym przy boku stiletto, ruszył na wschód – do dzielnicy nędzy. Ubóstwo przerosło jego wyobrażenia – slumsy rozrosły się i gęsto zaludniły. Po drodze musiał pytać o drogę, a raz nawet otoczyła go banda opryszków. Zanim dotarł pod wskazany adres Waltza, słońce już zdążyło zajść.
– Panie Waltz, to ja. Święty Rycerz Sevastian Eidrys.
Zawiasy spróchniałych drzwi zaskrzypiały głośno, gdy Sevas je otworzył. Chmura kurzu i pajęczyn uderzyła go prosto w twarz. W ciemnym, zdewastowanym wnętrzu unosił się zapach octu – nie był to jednak zapach zepsutego jedzenia, lecz coś bardziej chemicznego, drażniącego.
– Kto tam?
Z kąta podniósł się zniszczony, obdarty stary krasnolud, który właśnie opalał bezpośrednio srebrne naczynie, z którego kapał brązowawy płyn, trzymając w ustach trzcinową rurkę. W pomieszczeniu oświetlonym jedynie blaskiem świecy na stole, jego mętne oczy zwróciły się ku Sevasowi.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania