Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Złoto objąć, leć przez mrok - Rozdział 1 - Gdy kruszy się stara moneta #3

Tłumaczenie wykonane przez autora oryginalnej japońskiej powieści light novel pt. Ougon wo idaite ma tobe. Tekst źródłowy został opublikowany na japońskich platformach Kakuyomu oraz Tales.

 

Czarny Rycerz Sevas, który towarzyszył konwojowi gotówkowemu, otrzymał należną zapłatę i ruszył przez zmieniające się miasto Tiebart, pełne goryczy i niepokoju. Stary mistrz miecznik Waltz, którego odwiedził w nadziei na naprawę swego bastarda, okazał się być tylko wrakiem krasnoluda, zagubionym w oparach heroiny.

 

Wielka rozbójniczka zwana „Złotą Księżniczką”, Aurelia Velkrys, była skute za nadgarstki i kostki, zawieszona na ścianie i bez końca wykrzykiwała przez zakratowane, wilgotne od kondensacji kraty.

– Zamknij się, nie da się spać!

Elfka o piegowatej twarzy, która wcześniej spała naburmuszona na pryczy w tej samej celi, podniosła się niechętnie, zirytowana krzykami Aurelii.

Ale wyglądało na to, że słowa elfki do niej nie dotarły – Aurelia wciąż krzyczała w stronę krat.

– Jak cię ktoś potraktuje jak zabawkę, nie miej potem pretensji.

…Nagle ucichła. A więc jednak słyszy.

W głębi duszy nadal jest tylko szlachecką panienką. Elfka, przygotowana do swojego fachu, wcześniej już oczarowała i przekupiła strażników więziennych. Dzięki temu miała dość swobody, by rozmawiać z innymi osadzonymi. Nie podobało jej się, że pocieszanie tych typów również było częścią łapówki, ale jako że od ludzi i tak prawie nie zachodziło się w ciążę – jak na szlachetną elfkę, miała zaskakująco pragmatyczne podejście.

– To ty jesteś tą „Złotą Księżniczką”, Aurelią? Wiedziałam, że masz nagrodę wyznaczoną przez kupców i Gildię Złodziei, ale żeby jeszcze zadrzeć z Kościołem...?

– Zamknij się.

– Mimo wszystko jesteś córką księcia rodu Velkrysów, potomkinią Cesarstwa Auria. Nawet po jego upadku i przejęciu władzy przez Kościół, a potem gdy spadłaś do poziomu zwykłej rozbójniczki, ludzie cię i tak lubili. Przymykali oczy. A ty co? Zabiłaś kogoś niewinnego? Aleś głupia…

– Zamknij się!

– Utną ci głowę? Powieszą? A może na północy wsadzą na krzesło elektryczne albo rozstrzelają. ...Coś ty właściwie odwaliła?

– ...

– Milczysz, co? No dobra, jak tam chcesz. Ja mam zaraz zabawę, więc nie drzyj się za bardzo, dobra?

Zabrzmiał tępy szczęk obijających się kluczy. To pewnie zmiana straży – elfka wygładziła zanikające piegi, przywracając im wyraźniejszy odcień, i przeczesała palcami kasztanowe włosy. Zamek do celi z trudem otwierał młody strażnik – najbardziej uroczy z tych, których wcześniej przekupiła. Ledwie co osiągnął dorosłość, prostoduszny i nieporadny. Aż do wymiany świec w korytarzu, na drewnianej pryczy rozgrywało się dla Aurelii całkowicie niezrozumiałe, gwałtowne zapasy.

Zatrzymanie „Złotej Księżniczki” Aurelii – uroczej rozbójniczki, przywódczyni ludu, a zarazem byłej dziedziczki z upadłego rodu – samo w sobie można było uznać za sukces. Jednak fakt, że przyniosła do kantoru skrzynię pełną monet z mithrilu, oznaczał coś znacznie poważniejszego niż sam akt grabieży – sygnał zagrożenia dla samego istnienia Państwa Kościelnego. Niepodpisane – bez właściciela, bez pochodzenia – monety z mithrilu wypełniające całą skrzynię, błyszczące chłodnym błękitem, wywołały u kardynała Dominikus Bencant gwałtowny dreszcz. Już niedługo poznamy prawdziwość tych monet. Bencant modlił się, by były fałszywe – gorączkowo, bez ustanku – ale Bóg nie spełnia próśb tak przyziemnych i wygodnych. Cud nie miał prawa się wydarzyć.

– Eminencjo. Według naszej ekspertyzy to autentyczna moneta. Brakuje jedynie podpisu, ale zaklęcie identyfikujące zostało na niej osadzone.

– Rozumiem... Cholera.

Na suchy, rzeczowy raport kapłana Coltrata Bengartona, Bencant osunął się na sofę, jakby nogi odmówiły mu posłuszeństwa.

Kazałem sprawdzić miejsce napaści wskazane przez Złotą Księżniczkę, ale raportu wciąż brak. Nie sądzę, by znaleziono tam jakieś znaczące ślady. Jeśli ktoś miałby z tego największy zysk... Nie, czekaj... a może to robota magów...?

Patrząc nieruchomo w żyrandol na suficie, Bencant wypowiedział myśli półgłosem, jakby próbował je uporządkować.

– Dzisiejszy świat demonów nie posługuje się magią.

– Nawet jeśli sami nie mogą, mogliby to zrobić, gdyby sprzymierzyli się z ludźmi – przynajmniej z niektórymi.

Coltrata jednak nie ustępował i podjął kontrargument.

– Złoty Sojusz nienawidzi gospodarki świata demonów nawet bardziej niż my. Pragną ją rozbić i wchłonąć cały obszar do własnej strefy wpływów. Bez wspólnych interesów – nie wierzę w jakikolwiek sojusz z ich strony.

– Cholera... Pazerne psy chciwego porządku.

– A jednak to niepojęte. Jeśli stoi za tym Złoty Sojusz, to dlaczego mieliby sięgnąć właśnie po pomoc ras magin?

– Bo są wygodni w użyciu. Dzisiejsze rasy magin, choć nie posługują się magią, potrafią więcej niż my. A przez zamieszki polityczne i dezercje wojskowe w świecie demonów, fala uchodźców zalewa nas z każdej strony.

– Ale Eminencjo... to przecież święte Państwo Kościelne, a nawet stolica, w której przebywa sam Święty Król. Jak mogłyby rasy magin przeniknąć tak głęboko?

– Ocknij się, Coltrata. W dzisiejszym świecie, jeśli masz legitymację od gildii kupieckiej albo gildii poszukiwaczy przygód, to nawet inkub albo ork może przekroczyć granice bez problemu. Rasy magin, elastyczne i wszechstronne, mają aż nadto sposobności, by wkroczyć do Świętego Miasta.

Bencant uciskał palcami powieki, jakby chciał zatrzeć obraz, który właśnie sobie wyobraził.

– Powóz, o który Eminencja prosił, już stoi. No dalej, rusz się i ładuj się do środka.

Zanim Coltrata stojący przy drzwiach zdołał to zauważyć, przed siedzącym na ziemi Bencantem stanęła drobna postać Trinu Rant, inkwizytora specjalnego.

– Trinu... pomóż mi wstać.

– Nie rób z siebie starucha. Sam się podnieś, kudłaty dziadzie.

Zobaczywszy pod głębokim kapturem ciemną skórę i miękkie, różowe usta, Bencant i Coltrata wsiedli do białej karety zaprzężonej w dwa konie, czekającej na barwnym podjeździe pałacu.

 

– Na postaci pewnego poszukiwacza przygód – magina imieniem Nakamura – ciążą poważne zarzuty. Proszę o natychmiastowe udostępnienie wszelkich informacji na jego temat.

Na ladzie w holu gildii poszukiwaczy przygód – schludnym, lecz pełnym zaduchu i potu – stanął bez cienia zawahania. Starzec, mający co najmniej osiemdziesiąt lat i wyraźnie przy kości, ubrany w szaty wysokiego duchownego, prezentował się tu tak nie na miejscu, że aż przyciągał spojrzenia.Mimo to, jego sylwetka – potężna niczym niedźwiedź – nie ustępowała surowością żadnemu z brutalnych awanturników obecnych w sali. Wzrokiem drapieżnika, jakby sam miał na koncie dziesiątki wypraw, zmusił do cofnięcia się nawet zdezorientowanego, przypominającego goryla wojownika z wielkim mieczem. Dopiero wtedy z zaplecza wyszedł spokojnym krokiem mistrz gildii – Skoskot.

– Eminencjo... dlaczego sam pofatygował się Wasza Dostojność do takiego miejsca...? Czy coś się wydarzyło?

– Przekazałem już cel wizyty jej osobie. Wpuść mnie do biura i podaj wreszcie herbatę.

Młody kapłan, niemal chowając się za plecami kardynała, poruszał się cicho i niepewnie.

 

Na środku holu stał inkwizytor – Trinu Rant – z kapturem głęboko naciągniętym na głowę, omiatając wzrokiem całą salę. Na zewnątrz czterech świętych rycerzy obstawiało wejście, ale nawet oni nie widzieli potrzeby chronić kogoś takiego jak Bencant.

– Nakamura, Nakamura... Och, mam! Jest!

Recepcjonistka o niebieskich włosach, która obsługiwała Bencanta, wyciągnęła z archiwum pergamin z kontraktem i podała go do wglądu.

– Towarzystwo Handlowe Thule…

Było to zlecenie eskorty wystawione przez Towarzystwo Handlowe Thule – średniej wielkości firmę, działającą na zamówienie w zakresie mikstur leczniczych. Ładunek oznaczono jako utajniony. Po złożeniu faktów wszystko wskazywało na to, że chodziło o ten sam wóz, który próbował przetransportować niepodpisane monety mithrilowe ze Świętego Miasta do Teabartu.

– Przyjmujecie zlecenia nawet bez wiedzy o zawartości ładunku?

– Tak. W takich przypadkach, gdy ładunek jest utajniony, pobieramy dodatkową opłatę z racji podwyższonego ryzyka. Ale wielu klientów tak właśnie woli.

Stało się to wyraźną pożywką dla przemytu... a jednak Gildia Poszukiwaczy nie może sobie pozwolić na odmowę takich zleceń, gdy ma ogień na plecach.

– Mamy dane. Kaoru Nakamura, lat czterdzieści sześć, mężczyzna – rasa magin, pochodzenia typu shurawi, obywatelstwo: Zjednoczone Królestwo Lang.

W zatłoczonym biurze, pełnym papierów i drobiazgów, Bencant przyglądał się projekcji twarzy i danych fizycznych mężczyzny, wyświetlonej na płaskim krysztale. Na jego twarzy pojawił się wyraz konsternacji. Miał bladą cerę z żółtawym odcieniem. Oczy – ciemnoczerwone, niemal czarne. Krótkie czarne włosy i grube oprawki okularów przypominały gęste brwi. Uszy były wydłużone – typowe dla rasy magin, lecz różniły się kształtem od elfich. Twarz płaska, typowa dla barbarzyńców ze Wschodnich Terytoriów, ale bez zarostu i schludna. Gdyby był człowiekiem, mógłby łatwo wmieszać się w tłum niewolników czy chłopów. Okulary mogłyby sugerować przynależność do warstwy intelektualnej – ale nie miał w sobie ani krzty charyzmy, jakiej wymagałoby popełnienie tak śmiałego czynu. Recepcjonistka sprawdziła kopię dokumentacji działań Nakamury oraz potwierdzenie realizacji ostatniego zlecenia, po czym przekazała je Bencantowi i jego towarzyszom.

– Klasa brązowa. Jego baza operacyjna to Teabart, przyjmuje zlecenia na eliminację niskopoziomowych potworów, czasem też roboty ziemne. Oceny od zleceniodawców ma bardzo dobre. Jeśli chodzi o przeszłość… podano, że był kiedyś żołnierzem, więc powinien mieć pewne doświadczenie.

Stworzony przy użyciu dusz zza wymiaru – „shurawi”, sztuczny magin bez mocy magicznej i zdolności rozrodczych, powołany do życia jako narzędzie służące wojnie i niewolnictwu, w celu uzupełnienia wyczerpanych sił maginów. Dziś czystokrwiści magini zostali niemal wytępieni przez rozrastającą się populację shurawi, a w ich świecie, pozbawionym już magii, rozkwita cywilizacja oparta na maszynach.

...A jednak – nawet jeśli był shurawi, to jak to możliwe, że taki przeciętny, niczym się niewyróżniający mężczyzna z ludu miałby...?!

– Niezależnie od tego, czy to Maginów, czy Langa – to i tak szpieg mający na celu zniszczyć Króla Świętości…

Z głębi kaptura Trinu przygryzał paznokieć kciuka.

– A-ależ... Nie ma mowy o fałszerstwie! Dane statusowe zarejestrowanych poszukiwaczy są absolutnie niezmienialne! Tablice statusowe to cud, który Gildia otrzymała niegdyś od samego Boga – żadna ludzka istota nie mogłaby tak po prostu…

– Kiedy dokonano rejestracji tego magina? I jakie są dane o jego przekroczeniach granicy?

– Rejestracja nastąpiła po ostatnim Festiwalu Zstąpienia, dwa lata temu. W Świętym Mieście przebywa od około trzech miesięcy – jako ochroniarz karawany Towarzystwa Handlowego Thule.

Recepcjonistka spokojnie operowała kryształem, jakby nie dotyczyło jej całe zamieszanie. Bencant wiedział, że musi wydawać polecenia na bieżąco, by nie pozwolić żadnemu złu się wymknąć.

– Niech Święci Rycerze przed wejściem zajmą się Towarzystwem Handlowym Thule. Później do nich dołączę.

– Tak jest!

Coltrata udał się natychmiast na ulicę, by przekazać rozkazy oczekującym tam Świętym Rycerzom.

– Eminencjo… Czcigodny Kardynale Dominikusie Bencant… błagam o łaskawe potraktowanie tej sprawy…

– Zostaliście sprytnie oszukani. Nie sądzę, by Gildia działała z premedytacją. Jednak za niedopatrzenie odpowiedzialność musicie ponieść. Bądź co bądź – okażę łaskę.

– Będę dozgonnie wdzięczny…

– Ale…

Szacuje się, że całkowita liczba maginów typu shurawi wynosi około 1,7 miliarda, z czego około 600 milionów – z różnych powodów wygnanych z wymiaru macierzystego – skoncentrowało się w północnej i centralnej części kontynentu. Zarejestrowani w gildiach maginowie to w większości właśnie tacy „wyklęci”. Położone w północno-wschodnim regionie kontynentu Zjednoczone Królestwo Lang nawiązało intensywny handel już sto lat temu, w okresie wybuchu wojen. Dzięki tajnym działaniom Złotego Sojuszu Kupców, Lang zdołał zintegrować tych maginów z własnym systemem. Tak narodziło się państwo, w którym magia i maszyny zlały się w jedno – państwo, które w ciągu zaledwie dwudziestu lat osiągnęło przerażający poziom rozwoju.

Ziemia Środkowa została zniszczona przez klątwę śmierci, którą rozrzucił król maginów, a złote monety, które posłużyły za medium, zostały porzucone. W ich miejsce Złoty Sojusz Kupców wprowadził monety z mithrilu. Dziś największą potęgą nie jest ani Królestwo Świętości, ani Świat Maginów – lecz właśnie Złoty Sojusz. Tenże Złoty Sojusz zdołał uzależnić Kościół Świętego Króla – dawniej emitenta złotych monet – od mithrilu. Można powiedzieć, że został niemal całkowicie unieszkodliwiony. Czy naprawdę ktoś jeszcze uważa ich za zagrożenie, które należy unicestwić...?

– Nie... Oni mają tylko jedno w głowie: „Wyżej sięgać, więcej zarabiać, mocniej wyzyskiwać, szerzej rozsiewać, i mocniej betonować podstawy.”

Nie mają żadnych innych myśli – a resztki gorliwych wierzeń w Świętego Króla są dla nich wyłącznie przeszkodą.

– Sora, Sora, chwileczkę.

Recepcjonistka z jasnozielonymi warkoczami, przesuwając się obok z wyczuciem, ale bez ceremonii, zwróciła się do niebieskowłosej operującej kryształem.

– Mogę zabrać te akta z elfkami z twojego biurka?

– Nie ma problemu. Co się stało, starsza koleżanko Leen?

– Podobno zatrzymali jakąś elfkę-poszukiwaczkę za kradzież. Strażnicy chcą potwierdzić dane – więc proszą o informację z rejestru.

– Rozumiem. A jak już ustalicie, która to była, proszę przyklej karteczkę i odłóż akta z powrotem na moje biurko, dobrze? Sprawdzę wtedy, czy nie ma podwójnej rejestracji.

Bencant, czując jak głowa mu się przegrzewa, odruchowo spojrzał na segregator, który miał zostać zabrany. Zajrzał przelotnie do środka – i zobaczył znajome mu z dawnych czasów szczegóły: precyzyjne portrety, dane tożsamości, cechy fizyczne, nabyte umiejętności oraz przybliżone wartości statusów. Wszystko jak sześćdziesiąt lat temu, gdy sam był poszukiwaczem.

Coś wzbudziło we mnie niepokój. Ale chciałem wierzyć, że to tylko nic nieznaczące przeczucie.

Stosy akt spiętrzone przed oczami Bencanta nagle się zachwiały i runęły, a spośród rozsypanych dokumentów wyłoniły się szeregi danych dotyczących zarejestrowanych elfek-poszukiwaczek. Liczby wyglądały podejrzanie podobnie – i choć początkowo uznał to za zbieg okoliczności, jeden konkretny parametr uderzył go z całą mocą, przywodząc na myśl możliwość powrotu katastrofy.

– Spadło coś.

– Ach, przepraszam!

Trinu, czując unoszący się od jasnozielonych warkoczy zapach pieczonych ciastek, poczuł głód i przykucnął, by posortować akta w kolejności alfabetycznej. Ale Bencant wyrwał teczkę z rąk Trinu, a zaraz potem sięgnął po kolejne akta z rąk zaskoczonej recepcjonistki o zielonych włosach. Następnie porównał dane statusowe należące do różnych osób. Przeczucie przerodziło się w pewność. A kiedy zestawiłem to z kwestią mithrilu, przeszły mnie dreszcze tak silne, że aż zapragnąłem zniknąć – mimo że nadal nie znałem pełnej skali możliwej katastrofy.

Co najmniej trzynaście zarejestrowanych elfek-poszukiwaczek miało wartość Szczęścia równą zeru. Poza faktem, że wszystkie były kobietami i elfkami, ich pochodzenie, wiek, rysy twarzy, postura, a nawet przynależność do podras elfa – wszystko się różniło.

Na pierwszy rzut oka wszystkie miały typowy zestaw atrybutów dla trzeciorzędnych poszukiwaczek, Sama wartość Szczęścia – równa zeru – podważała cały ten obraz.

– Wieszczka Katastrofy… Phiria!?

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania