Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Złoto objąć, leć przez mrok - Rozdział 1 - Gdy kruszy się stara moneta #6

Tłumaczenie wykonane przez autora oryginalnej japońskiej powieści light novel pt. Ougon wo idaite ma tobe. Tekst źródłowy został opublikowany na japońskich platformach Kakuyomu oraz Tales.

 

Aurelia, wisząca w celi, poznaje od piegowatej elfki Bandrelne mechanizm zaufania oparty na zapisach transakcji i podpisie właściciela w monetach mithrilowych. Gdy dyskutują o upadku złotego standardu i upadku jej domeny, Bandrelne zostaje zwolniona – i przekazuje Leene Escard rozkaz: uratować Aurelię, po czym znika w cieniu.

 

Gdy biała kareta dotarła do siedziby handlowej Thule, położonej na północnym zboczu półwyspu, barokowa rezydencja nie dymiła, lecz paliła się bezgłośnie, jakby topniała w bieli. Dwa niemal zasapane konie zarżały z przerażenia od iskier, które unosiły się z ognia — woźnica i Trinu próbowali je opanować, a Sora, z wyrazem osłupienia, szedł w milczeniu za Bencantem, który wyglądał, jakby właśnie połknął żuka.

– Proszę o wybaczenie…

Święty rycerz w topniejącej srebrnej zbroi osunął się na kolana przed Bencantem, po czym upadł bez życia. Gdy Bencant pochylił się, by go podnieść, zbroja wciąż emanowała nienaturalnym ciepłem. Coltrata i Trinu wspólnie odciągnęli Bencanta, który mimo wszystko wyciągał rękę.

Sora, poruszony nagłym impulsem, rzucał zaklęcia wodne na nieprzytomnego rycerza aż do granic swoich sił. Jednak czary nie przyniosły żadnego skutku – zbroja tylko parowała, a rycerz wyzionął ducha.

Żar bijący z budynku kupieckiego doprowadził do parowania wody, co stworzyło prąd wstępujący. Katastrofalne gorąco nadeszło znad morza wewnętrznego, rozszalało się i tylko pogłębiło pożar. Trąba powietrzna wciągała słupy ognia, zniekształcając dźwięk wiatru. Sora, stojąc w bezruchu, poczuł piekący ból na bladej ręce i lekką mgiełkę deszczu — było jednak oczywiste, że coś takiego nie ugasi tego ognia. Nawet w górach Velkrys dostrzegalne były te topniejące płomienie. Ze Świętego Miasta wyrastał biały, boski słup światła, który rodził miraże; na powierzchni jeziora odbijał się jak zwierciadło ogień życia z samego piekła.

Pożoga zniknęła w przeciągu jednej godziny. Ale pochłonęła wszystko, co napotkała. Trinu, krocząc przez miejsce wyparowania, wpatrywała się w wypalone ślady, bez nawet jednego dymiącego kawałka. Przez azbestowe rękawice dotknęła kryształowej kuli, która stopiła się jak preparat ze szlamu, próbując wyobrazić sobie dawny przepych tego miejsca. Ale luksusowe marmury, które niegdyś wspierały cały budynek, eksplodowały w pył i teraz zalegały u jej stóp jako gruba warstwa kurzu.

– Najprawdopodobniej mamy tu do czynienia z reakcją termitową.

Karzeł–inkwizytor, dźwigający napięty worek popiołu, wyprostował się płynnie i rzucił tę uwagę w kierunku młodego Trinu.

– Termitowa...?

– Technika rasy magin. Wykorzystywana nie tylko w strzałach zapalających, lecz również do łączenia stali czy wytwarzania stopów. Według przekazów, dawni bogowie kowalstwa używali jej do obróbki rudy mithrilu.

Dwarf rozejrzał się po terenie, jakby rekonstruował układ wnętrza budynku, po czym odszedł kilka kroków, stawiając ciężkie, dudniące kroki, i ponownie się przykucnął.

– Co trzeba zrobić, żeby coś takiego się stało...?

Karzeł podrapał się po ogolonym policzku grubym, lewym palcem wskazującym i odpowiedział, jakby wyciskał z siebie słowa.

– Jeśli dobrze wymiesza się rdzawy pył żelazny z proszkiem z lekkiego metalu i podpali, powstaje płomień przekraczający zwykłe temperatury spalania. Dodanie białej magnezji oraz azotanów sprawia, że ogień trwa dłużej.

Wilgotny wiatr znad morza wewnętrznego z sykiem zerwał kaptur z głowy Trinu. Spod kaptura wyłonił się ciemnoskóry chłopiec o srebrnych włosach przyciętych równo do ramion i z prostą grzywką, który błękitnymi oczami spoglądał na kurz poniżej. Kopnął pył butem i zacisnął miękkie usta, przygryzając je mocno.

Oczyścił się w publicznej łaźni w dzielnicy rzemieślników, która była otwarta bez przerwy. Otrzepał dokładnie kaptur z kurzu, naciągnął go głęboko na głowę i wskoczył na dorożkę jadącą w stronę świątyni. Powóz konny toczył się rytmicznie po ciemnych torach, a jego dzwonek brzmiał: szań, szań, szań. Tłum już się rozrzedził i wewnątrz było tylko kilku pasażerów. Stary woźnica, ziewający konduktor, młoda matka z niemowlęciem, dwaj uczniowie rozprawiający o sprawach państwowych i robotnik w skórzanej kamizelce, który szeleszcząc otworzył świeży numer tygodnika. Głaszcząc cesarskie wąsy, robotnik spojrzał w górę na stojącego Trinu.

– Czytasz?

– Nie, przepraszam.

Trinu naciągnął kaptur jeszcze głębiej na oczy.

– A tam, nie przejmuj się. Cieszę się, że ktoś taki jak ty w ogóle się mną zainteresował, no wiesz... miło mi jak diabli.

– Czemu to cię cieszy?

Nie rozumiejąc, co dokładnie miał na myśli ten mężczyzna, i mając w oczach jeszcze obraz tumanu kurzu sprzed chwili, Trinu podniósł głos.

– Taki mamy teraz czas, nie? To, że młodzi aż się palą z oburzenia, to przecież całkiem normalne. Zgłoszeń do wojska pełno, aż człowiekowi serce rośnie – tak tu piszą, że to właśnie prawdziwe oblicze naszego Świętego Królestwa.

Pokazując Trinuowi gazetę z papieru czerpanego, robotnik z lekka się rozmarzył.

– Tylko ciekawe, ilu z tych bohaterów rzucających się w bój z rasami magin to zwykli młokosi bez krztyny rozsądku, co? Jak sądzisz, panie młody inkwizytorze?

Trinu sięgnął pod płaszcz do rękojeści krótkiego miecza. Jego spojrzenie, lodowate jak śmierć i zdolne wysysać duszę, zdawało się przeszywać robotnika – lecz ten nie drgnął nawet i spokojnie wrócił wzrokiem do artykułu w tygodniku.

– Imię... jak się zwiesz?

– A kto to wie. I tak, jak się przedstawię, to dla inkwizytora to będzie tylko cyferka, co nie?

Machnął ręką w stronę spiętego konduktora i rzucił kilka miedzianych monet, po czym wysiadł z powozu. To tylko prowokacja z frustracji. Nie ma nic wspólnego z tym, co działo się w Ture. Nie warto się angażować.

Bencant działał szybko po pożarze w Ture, ale Phiria była już w ruchu.

– Czy Jego Świątobliwość jest świadom, że postępuje poza zakresem swych uprawnień?

– Dla Świątyni to może heretyczka najwyższego stopnia, lecz dla zwykłych ludzi – zwykła złodziejka. Jeśli ma być złożony wniosek nadzwyczajny, uprasza się, Wasza Eminencjo, o przestrzeganie obowiązujących procedur.

– Nie z tobą będę rozmawiać! Żądam odpowiedzialnego oficera!

Bencant ryknął niczym rozwścieczony niedźwiedź.

– To ja ponoszę za to odpowiedzialność. Moje słowa wyrażają stanowisko straży miejskiej, administracji Świętego Miasta oraz rady obywatelskiej.

– Chcesz trafić do Zanadinii, psie?!

Pięść niedźwiedzia pękła blat stołu.

 

– Proszę bardzo. Tylko że to właśnie Święty Kościół Królewski, który głosi szacunek dla człowieka – na czele z Waszą Świątobliwością i Radą Świętego Króla – sam ustanowił te zasady. A teraz łaskawie je łamie? Zuchwałość złodzieja. Gorsze to niż czyny demonów, które przecież honorują umowy.

– Co ty powiedziałeś, ty gnojuuuuu~?!

Gdy wygiął stalowy trzonek srebrnej buławy, Bencant przemienił się w wygłodniałego niedźwiedzia.

– Wasza Świątobliwość! Proszę, przestańcie!

Sora objęła niedźwiedzi tors całym ramieniem, próbując go zatrzymać.

– Puśćcie mnie, Sora, Coltrata!

– Jak Wasza Świątobliwość to teraz pogorszy, będzie naprawdę niedobrze!

Coltrata też chwycił za twarz rozjuszonego niedźwiedzia i próbował go obezwładnić.

– Eminencjo Benkancie, uprasza się o niezwłoczne opuszczenie budynku. Proszę pomyśleć chociaż przez chwilę o strażnikach, którzy na górze próbują wreszcie zdrzemnąć się po ciężkiej służbie.

Ponieważ zignorował rozkaz opuszczenia miejsca, wykrzywioną buławę mu odebrano, zakneblowano go i zamknięto w białym powozie.

Gdy znów próbował skupić wzrok na dokumentach, zza rozszarpanego czerwonego obicia i dźwięku tłuczonego szkła dobiegających z zewnątrz, zauważył, że została tylko jedna osoba – młoda kobieta o niebieskich włosach i dziecięcej twarzy.

– Hę? Zostajesz, dziewczyno?

– Tak, zostaję.

– Skądś cię chyba kojarzę…

Sora miała na sobie ten sam mundurek recepcjonistki Gildii Poszukiwaczy Przygód z przypiętą plakietką imienną, co w chwili zatrzymania.

– Nazywam się Sora Estifarl, poszukiwaczka przygód klasy brązowej, zatrudniona przez Jego Świątobliwość w celu pojmania Phirii. Z panem dowódcą miałam przyjemność przeprowadzać formalności w recepcji Gildii Poszukiwaczy.

– Aha, to co ta recepcjonistka tutaj chce?

Odwrócił fajkę i stuknął jej denkiem o kant stołu.

– Dowódca wezwał Jego Świątobliwość i innych do opuszczenia budynku, lecz ja zostałam oddelegowana przez Gildię i nie należę do wyznawców. W związku z tym, nie uznaję, by mnie to wezwanie dotyczyło.

– Rozumiem… Więc, Soro Estifarl, czego chcesz się dowiedzieć?

– W sprawie uwolnienia elfki Bandrenne Regis podejrzewam wpływ jakiegoś ośrodka władzy. Czy chodzi o siłę spoza kraju?

– Nie podam nazwiska, ale nie – to siła krajowa.

– To nie Kościół, prawda?

– Oczywiście, że nie. To raczej ci, którzy są aż za bardzo elastyczni. I to przeraża.

Sora sięgnęła po ołówek z niedbale przyciętą gumką i spokojnie zanotowała coś w swoim prywatnym notesie.

– Czy pożar w okolicach bramy miejskiej ma z tym związek?

– To ich własna robota. Ta elfka nie miała z tym nic wspólnego.

Ołówek zatrzymał się na papierze.

– Skąd taka pewność? Straż jeszcze nie wkroczyła, prawda?

– Nie trzeba wchodzić, wystarczy rzucić okiem.

– Na co pan spojrzał, by dojść do takiego wniosku?

Sora wbiła wzrok, a granat w jej oczach pociemniał.

– Za dokładne jak na zwykłe zacieranie śladów. Plugawce nie pracują w takiej organizacji. A jeśli to była magia… to na poziomie, którego nawet sobie nie wyobrażam.

Dowódca przetarł fajkę suchą szmatką i schował ją do etui.

– Przerwa się kończy, wracaj już.

– Dziękuję za poświęcony czas, bardzo to doceniam.

– No, no, przekaż temu kardynałowi, że wolę śliczne dziewczyny od starych niedźwiedzi, ot co!

 

– Oczywiście. Życzę miłego dnia i do zobaczenia.

Wyszła z gabinetu, podążając za młodym strażnikiem o chłopięcej sylwetce. W mijającej ich trójce w czarnych płaszczach, prowadzonej przez średniowiecznego inkwizytora, Sora nagle wyczuła zapach pieczonego ciasta i przypalonego karmelu – i odruchowo odwróciła głowę. Jedna z postaci w płaszczu, choć zakryta, wydawała się kobietą. Z obszernie naciągniętego kaptura wymykały się delikatne pasma jasnozielonych włosów, a sylwetka miała łagodnie zaokrąglone kształty.

– Kto to?

– Starszy kat z Zanadinii. Szybko się zjawili.

Młody strażnik skinął głową i poprowadził Sorę na zewnątrz posterunku. Białego powozu, który zmienił się w niedźwiedzią klatkę, już tam nie było.

– A ci z Zanadinii… kogo mają na celowniku?

– Aurelię, zwaną Złotą Księżniczką. Udało się ją schwytać dwa dni temu.

Słyszała tylko, że wniosła do Świętego Miasta niepodpisany mithril, nieświadoma jego znaczenia…

– Jaki zarzut? Nawet jeśli jest sławna ze złych powodów, to przecież tylko zwykła bandytka. Naprawdę planują inkwizycję?

– Jak powiem za dużo, starszy da mi burę…

Młody strażnik był prosty i sumienny – nieobyty z kobietami.

– Rozumiem…

Zapach pieczonego ciasta… jasnozielone włosy… chyba kobieta. Sora była niemal pewna, że zna tę osobę, ale teraz nie miała wyboru – musiała się wycofać.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania