Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Złoto objąć, leć przez mrok - Rozdział 1 - Gdy kruszy się stara moneta #7
Tłumaczenie wykonane przez autora oryginalnej japońskiej powieści light novel pt. Ougon wo idaite ma tobe. Tekst źródłowy został opublikowany na japońskich platformach Kakuyomu oraz Tales.
Dowody spłonęły w piekle, a reakcja władz coraz bardziej się opóźnia. Młody inkwizytor Trinu Rant odkrywa rosnące niezadowolenie w Świętym Mieście, a Sora Estifar, po przesłuchaniu komendanta straży, rozpoznaje znajomy cień – torturanta z Zanadinia.
Kapitan straży uniósł brwi, widząc oficjalny nakaz z podpisem kardynała Dominikusa Bencanta, lecz po potwierdzeniu braku uchybień formalnych, przybił pieczęć odbioru. Do lochów podziemnych wprowadzono cztery osoby – inkwizytora i trzech wyższych egzekutorów. Starszy strażnik prowadził ich korytarzem, a inkwizytor w podobnym wieku uśmiechnął się pod nosem.
– To, że Strażnicy Zanadinii zgadzają się uczestniczyć w przesłuchaniu „Złotej Księżniczki”, to może wstyd dla Świętego Miasta, ale dla mnie... to zaszczyt.
– Tak.
Wyższa egzekutorka o włosach w kolorze młodych liści skrywała swój wygląd pod głębokim czarnym płaszczem, ale już na pierwszy rzut oka było jasne, że to młoda kobieta. Towarzyszące jej dwie egzekutorki również wydawały się być młodymi dziewczętami. To przerażające, dawać takim niewinnym istotom jedynie ślepą wiarę i włócznię... – pomyślał z niesmakiem inkwizytor w średnim wieku.
– A tak przy okazji, pani Wyższa Egzekutorko... w jaki sposób zamierza pani potraktować „Złotą Księżniczkę”?
– I tak czeka ją kara śmierci. Dlatego odcięcie kończyn to minimum.
W szacie kapłańskiej coś się skurczyło – dokładnie między udami.
– Przepraszam…
Strażnik w średnim wieku wskazał celę, w której znajdowała się tylko Aurelia, i przekazał inkwizytorowi pęk kluczy.
– Ja już dziękuję… Proszę robić, co trzeba.
Najwyraźniej jego też to przeraziło – szybko zamknął drzwi celi i zniknął. W celi Aurelia, zawieszona w pozycji wygiętej jak krewetka, warczała – niczym kot, wilk albo lew... trudno powiedzieć, co dokładnie, ale na pewno groźnie.
– Dawna księżniczka, niegdyś lśniąca chwałą i splendorem... dziś odwróciła się od Boga i stała się plugawą bandytką, spadła do rangi samego zwierzęcia.
Inkwizytor miał jednak pewne wątpliwości. A jednak czuł, że grzechy muszą zostać odpokutowane proporcjonalnie. Gdy trzy egzekutorki weszły do celi, inkwizytor – zgodnie z poleceniem – sam zamknął kratę. Za jego plecami rozległ się krzyk czystości – delikatny jak rozdzierany jedwab. Czekał z bólem duszy, aż wszystko się skończy. Aurelia, raz po raz smagana biczem, traciła kolejne warstwy – jej policzki i pierś pękały, aż w końcu złamano jej prawą nogę i lewy nadgarstek. Na końcu otrzymała uderzenie jakby piorunem – wstrząs, który zakończył wszystko.
Co ja zrobiłam. Aurelia czuła nienawiść. Czuła gniew. To bez sensu. Nikt już nie przyjdzie mi na pomoc, choćbym krzyczała. Dotknęłam czegoś, czego dotknąć nie wolno było.
Koniec. Koniec. koń… c…
...Nie żartuj. Nie chcę, żeby to się tak skończyło!!!!!!
Aurelia zerwała się nagle z czystobiałego prześcieradła i z impetem zerwała grubą maskę, która była mocno zaciśnięta wokół jej ust.
– Pani Aurelio...!
– B-babciu...? …Babciu!!
Maska z wężem odpadła z głuchym stukiem na drewnianą podłogę. Gdy Aurelia wtuliła się w wychudzoną staruszkę i łzy przestały płynąć, dopiero wtedy zaczęła dostrzegać, co się wokół niej dzieje.
– To... czy to są góry Velkrys?
Miękko… ale drapie – pomyślała Aurelia, gdy spojrzała na maskę, zrywając się z prostego łóżka wyłożonego watą i przykrytego prześcieradłem. Maska była wykonana z grubej końskiej skóry, a w miejscach oczu osadzono soczewki pokryte tłuszczem. Z maski wychodził skórzany wąż, który prowadził do dużej, miedzianej puszki z zaworem i szelkami do noszenia na plecach. Nie była to żadna ekstrawagancja ani fetyszystyczna fantazja – to był górniczy aparat tlenowy. Coś jednak było nie tak – pomyślała Aurelia, odrywając guziki od nowiutkiej tuniki i przyglądając się uważnie swojemu ciału. Po złamanych żebrach ani śladu, kolana jak nowe, nawet głęboka rana od bicza pod piersiami zniknęła. Choć ból wciąż przeszywał ciało, zrozumiała, że została siłą wyleczona – zapewne magią albo czymś podobnym.
– …Naprawdę zapłacili okup…? I za leczenie też?
– Najpierw, panienko, niech się panienka porządnie wyśpi. A ja tymczasem pójdę powiadomić wszystkich, że nasza Aurelia już się obudziła. Teraz wszyscy będą panią chronić.
– …
– Dobrze, panienko?
– Dobrze, zrozumiałam.
Drzwi – choć proste i skromne – były starannie przetarte i właśnie się zamknęły... tylko po to, by zaraz znów się otworzyć.
– Ooo, już się panienka obudziła?
Do środka weszła młoda kobieta o jasnej cerze, której policzki wypchane były ciastkiem pokrytym melasą z trzciny. Na ramionach spoczywały jasnawozielone warkocze, a pod białą, bawełnianą tuniką miała obcisły, prowokacyjny, wręcz niedorzeczny strój z czarnej skóry. Zbliżała się do Aurelii stanowczym, pewnym krokiem, jakby wcale nie przejmowała się sytuacją.
– …Lekarka?
– Nie do końca, ale mam pewne pojęcie o sztuce medycznej, wie panienka?
Aurelia uznała, że skoro może się ruszać, to przynajmniej nie ma poważniejszych problemów. Jeśli zaś ta kobieta zażądałaby absurdalnej zapłaty za leczenie – wtedy po prostu należałoby ją zmiażdżyć.
– Proszę tak groźnie nie patrzeć. Ja przecież jestem słaba, naprawdę.
Za prowokacyjnym strojem miała zatknięty przy pasie przedmiot w kształcie litery „T”.
Były to dwie pałki osadzone przeciwsobnie – zapewne tonfy, broń pochodząca od wschodnich barbarzyńców. Najprawdopodobniej zrobione z palisandru, grubo ciosane i surowo wykończone. Drugą bronią była… zbyt masywna jak na bumerang. Kiedy zielonowłosa kobieta skręciła biodrami, by dokładniej przyjrzeć się Aurelii, ta zorientowała się, że to prawdopodobnie jakaś kusza ras magin. Gdy kobieta poczuła na sobie spojrzenie skierowane ku jej broni przy pasie, odskoczyła nerwowo od Aurelii i szybko położyła oręż razem z paskiem na komodzie tuż przy drzwiach. Aurelia, widząc, jak ta kobieta z ostentacyjnym wdziękiem kręci biodrami, poczuła, jak wraca do niej pamięć... i wściekłość.
– A więc to ty! W tej celi znęcałaś się nade mną z takim rozbawieniem, jakby to był jakiś kabaret! Ty paskudna sadystko!!!
Aurelia, pod wpływem nagłego wyrzutu adrenaliny, odrzuciła ból i chwyciła za ciśnieniomierz stojący obok, rzucając się do ataku. Jednak kiedy przeszywający ból przeszył jej kolano, zatoczyła się – i zderzyła się z przezroczystą barierą, która musiała być tam postawiona wcześniej. Z ust wyrwał się jej dźwięk przypominający charkot zdechłego psa, po czym znów opadła w objęcia bólu.
Rozbity ciśnieniomierz rozsypał się na kawałki, a czarna rtęć utworzyła szereg błyszczących kuleczek na drewnianej podłodze. Zielonowłosa dziewczyna zręcznie zebrała je srebrną łyżeczką i wsunęła w kilka warstw papieru.
– Czy panienka wie, że takie ciśnieniomierze są tak precyzyjne, że tylko ludzcy rzemieślnicy – nie krasnoludy – potrafią je wykonać? Kosztują majątek! Przynajmniej dwa srebrniki z mithrilu!
– Zamknij się!
Prosty, przesuwny rygiel przy drzwiach przesunął się z cichym stuknięciem. Wciąż leżała na podłodze jak rozjechana ropucha, dokładnie tak samo jak wtedy, gdy zderzyła się z przezroczystą barierą. Do pomieszczenia weszły dwie dziewczynki o jasnoróżowych włosach – bliźniaczki w wieku zbliżonym do Aurelii, również ubrane w zawstydzająco skąpe stroje. Jedna niosła wiadro z wodą i ręcznik, druga – tacę z posiłkiem. Aurelia poczerwieniała jeszcze bardziej – nie z wściekłości, lecz z głębokiego zawstydzenia. Z powrotem położona na łóżku, pozwoliła jednej z dziewczynek zająć się sobą, nie mając już siły się opierać. Z błyszczącej srebrnej łyżki powoli podawano jej kremowy gulasz z kaszy, fasoli mung, banana, jarmużu i odrobiny mięsa koziego.
– Smakuje?
Lewa z bliźniaczek spojrzała na Aurelię wzrokiem ostrym jak grot włóczni, lecz kryjącym w sobie nutę zatroskania. W tym spojrzeniu było coś, co pozwalało poczuć się choć trochę bezpieczniej.
– Słabe…
To pewnie domowa kuchnia niani. Jak zwykle za mało soli. Mężczyźni z kopalni zawsze na to narzekali, ale niania uważała, że to sekret długowieczności.
– To znak, że twoje zmysły jeszcze się nie unormowały. Odpoczywaj w spokoju.
– ...Tak.
...To nie do końca prawda, ale niech już tak będzie.
– Och, racja, racja. Zupełnie mi to wyleciało z głowy – powiedziała zielonowłosa kobieta, podając Aurelii jej czarne, skórzane szpilki.
Następnie wyjęła spod swojego dekoltu zawieszkę z pierwszą złotą monetą Świętego Króla i ostrożnie zawiesiła ją z powrotem na szyi Aurelii.
– Znalazłaś to?
– Dostałam od pana dowódcy straży. Powiedział, że to pewnie pamiątka i że należy ją dołączyć do pochówku... Choć technicznie nie wolno – skazani nie powinni stawać przed sądem boskim z żadnymi przedmiotami przy sobie.
– ...Rozumiem.
Aurelia spuściła głowę. Z czułością spojrzała na wisiorek, przetarła go ostrożnie rękawem i tchnieniem, usuwając zabrudzenia i ślady zniszczeń. Potem schowała go z powrotem pod tunikę, blisko serca.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania