Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Złoto objąć, leć przez mrok - Rozdział 1 - Gdy kruszy się stara moneta #8

Tłumaczenie wykonane przez autora oryginalnej japońskiej powieści light novel pt. Ougon wo idaite ma tobe. Tekst źródłowy został opublikowany na japońskich platformach Kakuyomu oraz Tales.

 

Po brutalnych torturach Aurelia zemdlała, lecz przebudzona w posiadłości Velkrysów, odrzuciła rozpacz z gniewem. Pod opieką znajomej niani, pojawiła się Leen Escald w bezwstydnym stroju i zwróciła jej starożytny złoty medalion.

To właśnie moja dusza — pomyślała Aurelia, chowając go do piersi.

 

Zostawili konia przy rozwidleniu, gdzie osuwisko odcięło główny trakt i zaczynała się zrujnowana, górska droga. Na granicy księstwa Velkrys stali Sora, Trinu i Coltrata. Z polecenia Bencanta przybyli, by sprawdzić miejsce napaści na Aurelię. Przy drodze natknęli się na wywróżony karawan, który ktoś już uprzątnął z traktu, ale nie znaleźli żadnych śladów. Zgodnie z przypuszczeniami, Złota Księżniczka Aurelia i jej grupa Aureearum prawdopodobnie ukrywali się w zamkniętej kopalni złota, która znajdowała się dalej w górach. Coltrata obserwował okolicę, licząc, że znajdzie tam jakiekolwiek pozostałości. Z porośniętego mchem kamienia milowego roztaczał się widok na niegdysiejszy zamek książęcy, który wyglądał, jakby zatrzymał się w czasie wśród gęstwiny sosen. Stąd prowadziła łagodnie opadająca ścieżka, schodząca w dół przez porośnięte wisterią i eukaliptusem zwały hałd pogórniczych. Zgodnie z mapą, dolinę tę przecinała rzeka wypływająca z jaskini, do której dopływało morze wewnętrzne Świętego Miasta. Na jej końcu znajdowało się niegdyś duże górnicze miasteczko. Sora, z trudem stawiając kroki po zboczu pełnym rumowisk, podtrzymywana była przez Trinu. Na czele szedł Coltrata, który rzucił na Sorę spojrzenie jak na przeszkodę. Dziewczyna skuliła się pod tym wzrokiem, lecz wtedy Trinu, spod kaptura, posłał Coltracie ostre spojrzenie. Ten bez słowa odwrócił twarz z powrotem w stronę ścieżki.

– Czy naprawdę ktoś jeszcze tam mieszka?

Buty Sory, nowe loafersy, wciąż były sztywne i niedopasowane. Już zaczynają mnie obcierać...

– O ile Złoty Sojusz w ogóle ją wywiózł. Choć sam też w to średnio wierzę…

Słońce stało wysoko jak na zimę. Nawet przez cień drzew i kaptur światło przedzierało się wyraźnie.

– Ej, Coltrata. Tu naprawdę ktoś ma mieszkać? Przecież to jedyna ścieżka, nie?

Sora musiała przyznać, że Trinu miał rację. To nie była ścieżka – to była zwierzęca dróżka.

– Od strony Świętego Miasta prowadzi tutaj tylko ta jedna ścieżka. Ale rudy z tej kopalni spławiane są na bezzałogowych tratwach w dół rzeki – do portów w Tiebart i Atarakt. Dla mieszkańców Velkrys to nie stanowi żadnego problemu.

– No dobra, ale w drugą stronę jak to działa? Skoro to naprawdę takie duże miasto, jak mówisz, to ta ścieżka nie wystarczy…

– Wzdłuż rzeki ciągnie się kolej linowa dla barek płynących pod prąd – aż do Atarakt. Dopóki ta linia działa i transport wciąż dociera w górę rzeki, to znaczy, że ktoś tam musi nadal mieszkać.

Coltrata również nie był całkiem przekonany. Z jednej strony istniała możliwość, że Złoty Sojusz celowo blokował dostęp do ziem księstwa, by dalej osłabiać wpływy Kościoła Świętego Króla. Z drugiej jednak strony, z Tiebartu transportowane w górę rzeki materiały ograniczały się niemal wyłącznie do zbóż – brakowało innych podstawowych towarów potrzebnych do życia. Dodatkowo Coltracie nie dawało spokoju to, że mimo jej pozycji, nie miała żadnych informacji o zawartości tratw spławianych w dół rzeki z terenów Velkrys – co mogło oznaczać, że Złoty Sojusz pilnuje tej kwestii z wyjątkową dokładnością.

Wreszcie dostrzegli oznaki ludzkiej obecności. Być może nawet dało się domyślić, co znajduje się na tratwach. Ścieżka nagle stała się nieco bardziej przejezdna. Po obu stronach zwały pogórnicze ustąpiły miejsca zadbanym polom, na których wycięto wszystkie drzewa i usunięto chwasty. Ziemia była starannie uprawiona – rosły na niej jasnozielone lub żółtawe rośliny o średnicy od 6 do 14 centymetrów. Liście miały ząbkowane brzegi i były lekko zawinięte do środka, osiągając długość do sześciu centymetrów. Krótkie łodygi nie były w stanie unieść się pionowo i promieniście przylegały do pokrytej białym nalotem gleby. W niektórych miejscach pola wyglądały na zniszczone – jakby stare rośliny zgniły, a powierzchnię gleby pokrywały srebrzyste, popękane ślady, jak po rozsypanym proszku.

– Wygląda na mak.

Coltrata przyjrzał się roślinom uważnie przez krótką chwilę.

– Mak... czyli to znaczy, że do produkcji opium?

Złowroga fala niepokoju przeszyła Sorę na myśl o działaniach Złotego Sojuszu.

– Tak. To młode rośliny, mają może miesiąc. Choć nie wyglądają najlepiej, z nich i tak da się wyprodukować drogi narkotyk.

– Ten sam, który krąży po slumsach w Świętym Mieście i Tiebart?

– Wydaje się, że to by się zgadzało.

– Cholera...

Trinu splunął z gniewem na pole makowe. Chwycił za rękojeść miecza, gotów dobyć go w przypływie złości. Zatrzymał go Coltrata. Jego wzrok padł na stojący przy drodze wóz – na miedziany zbiornik z rozpylaczem, przypięty pasami naramiennymi, oraz kilka sierpów i motyk.

– Nie możemy dać się zauważyć mieszkańcom.

– Ale nie możemy też dopuścić, żeby byli w to zamieszani...

– Rozumiem. Ale teraz – opanuj się.

– …

Sora zauważyła, że coś szybko nadjeżdża z głośnym turkotem. Trinu dostrzegł to pierwszy i bez wahania wciągnął ich oboje w zarośla przy nieuprawionym skrawku ziemi.

– Co to takiego?

To był pojazd maginów... A raczej coś, co w Zjednoczonym Królestwie Magii nazywano małą ciężarówką. Biała karoseria i czarny zderzak z wypłowiałymi, białawymi plamami. Wąskie, podłużne latarnie elektryczne patrzyły przed siebie niczym podwójne źrenice. Spod zardzewiałej skrzyni ładunkowej z wygiętej blachy dobiegał łagodny rytm oddechu – dźwięk żelaznego serca. Suchy syk sprężonego powietrza, z domieszką metalicznego drżenia, pulsował cicho i lekko, jakby to coś drżało niczym oswojony pies. Sora wpatrywała się w żółtą tablicę rejestracyjną z wygrawerowanym napisem w nowomowie Langów, usiłując doszukać się w niej znaczenia. Ale Trinu, zauważywszy jej wystającą z krzaków błękitną głowę, szybko wepchnął ją z powrotem w zarośla.

W kabinie z przodu pojazdu siedział mężczyzna w tunice. Przez otwarte okno obserwował pola uprawne przez lornetkę. Na skrzyni ładunkowej, manewrując PKM-em, drugi magin w słomkowym kapeluszu rozglądał się, używając małej lornetki schowanej w kieszeni. Wokół małej ciężarówki kręciła się zadbana elfka, która miała przewieszony przez ramię pas z zawieszonym AK-74, lekko się z nim bawiąc.

Elfka zapaliła papierosa z liści Wschodnich Stepów, który śmierdział jak koński nawóz, używając do tego magii. Coltrata zmrużył oczy, patrząc w jej stronę z oddali, ale nie wyglądała na lekkoduchowatą elfkę, o jakich dotąd słyszała.

– To żołnierze maginów?

Sora szepnęła to niemal bezgłośnie.

– Raczej najemnicy wynajęci przez Złoty Sojusz.

Coltrata odpowiedział równie cicho. Trinu tymczasem już dobył krótkiego miecza, podczas gdy tamci dwoje wciąż tylko obserwowali.

– Mają psa. Coltrata, postaw barierę.

Trinu mówił chłodno i stanowczo.

– Zrozumiano.

Coltrata natychmiast otworzył świętą księgę i rozpoczęł stawianie bariery mającej odizolować przestrzeń. Sora, czując, jak napięcie ściska jej pierś, sięgnęła po krótki kij przy pasie. Wcisnęła przycisk, a broń rozsunęła się z kliknięciem, przekształcając w smukłą włócznię przeznaczoną do pchnięć. Po raz pierwszy od pięciu lat zacisnęła na niej dłonie i wypuściła z płuc ciepłe, drżące powietrze.

Wypuszczony luzem kundel średniej wielkości, z noskiem przy ziemi, zbliżał się do zarośli, węsząc zawzięcie. Trinu, ukryty wśród liści, wyciągnął suszone mięso z awaryjnego zestawu żywnościowego i rzucił je daleko przed siebie. Głupiutki piesek – jak to bywa z takimi – natychmiast dał się skusić i pognał za kąskiem. Elfka ruszyła w panice za nim, by go zatrzymać, lecz nim zdążyła ocenić sytuację, Trinu pociągnął ją z tyłu w zarośla i obezwładnił, zanim zdołała zareagować.

I najwyraźniej głupota nie ograniczała się do psa – dwóch pozostałych mężczyzn też nie grzeszyło rozumem.

– Czyżby panna Eibera była na skraju mimowolnego oddania moczu?

Magin rzucił to z przekąsem.

– No nie? Może ją jakaś sukuba capnęła, co nie. Jak się tego nie ogarnia, to serio ogon wyrasta, bez kitu.

– Ty stary… o ja pierdzielę.

Obaj ryknęli śmiechem – prostackim, bezwstydnym i głośnym.

Z radia zamontowanego na desce rozdzielczej rozległ się głos:

– Gepei, jeszcze nie zgłosiłeś się zgodnie z harmonogramem?

Mężczyzna sięgnął po mikrofon i odpowiedział:

– Tu Grupa Gepei, jesteśmy przy wjeździe na trakt. Nic podejrzanego nie zauważyliśmy. Tylko Eibera… poszła za potrzebą.

Głos z radia kontynuował:

– Biuro kopalni zezwoliło mieszkańcom na wejście. Jesteście najbliżej – sprawdźcie to.

– Zrozumiano, chwilkę nam to zajmie. Koniec transmisji. – zakończył człowiek, po czym odłożył mikrofon na uchwyt.

Stuknął klaksonem, po czym odwrócił się do magina siedzącego na pace.

– Niewolnicy coś tam kombinują. Zabierz Eiberę i swojego Reksa.

– Jasne, rozumiem.

Magin, były żołnierz, zeskoczył lekko z paki. Zsunął selektor w swoim AK-74 na najniższą pozycję. Ruszył w stronę, w którą wcześniej pobiegła elfka za psem.

Trinu zdecydował, że najpierw unieszkodliwi człowieka. Gdy Sora zorientowała się, co się dzieje, Trinu już okrążył ciężarówkę, wbił krótkim mieczem przez okno pasażera i rzucił się na uciekającego w panice mężczyznę, który biegł w stronę makowego pola. Uderzył rękojeścią miecza i ogłuszył go tak, że zapadł się w świeżo spulchnionej ziemi, gdzie właśnie wyrwano rośliny.

Magin, który został, był jeszcze łatwiejszy. Po usłyszeniu dźwięku tłuczonego szkła odruchowo rzucił się w bok do pozycji leżącej i wycelował AK-74 w gotowości do ostrzału. Rozejrzał się po ciężarówce, polu i zauważył psa, który skończył coś jeść i beztrosko skakał z powrotem. Zorientował się, że są intruzi. W tym momencie Sora podeszła od tyłu i uderzyła go w plecy zaostrzoną włócznią z ładunkiem słabego pioruna. Mężczyzna stracił przytomność natychmiast.

Trinu i Coltrata wspólnie przywiązali trzech mężczyzn i jednego psa do grubego drzewa akacji głęboko w zaroślach. Gdy wyszli z powrotem, Sora siedziała już za kierownicą otwartej ciężarówki i sprawdzała stan wskaźników. – Aha, to powinno zadziałać – skinęła głową i zawołała ich do siebie.

– Trinu, wejdź na tył. Panie Coltrato, proszę zająć miejsce obok i zapiąć pas bezpieczeństwa.

– Umiesz to prowadzić?

– Trochę się znam. Jak dojechać do tego biura kopalni?

Sora omiotła podłogę i zrzuciła kawałki szkła na zewnątrz za pomocą miotły przymocowanej do słupka na pace, po czym zapięła pas kierowcy. Następnie wyregulowała boczne i wsteczne lusterka z białego, przetartego plastiku.

– To chyba tam, gdzie widać odsłoniętą skałę.

Coltrata, zerkając na starą, dwustuletnią mapę przechowywaną w Świętym Mieście, wskazał zbocze za górniczym miasteczkiem, gdzie na tyłach ciężarówki widniała naga ściana skalna.

Sora, lewą ręką, na której środkowym palcu miała pierścień wzmacniający magię, sięgnęła po hamulec ręczny i zwolniła go po omacku. Przesunęła dźwignię zmiany biegów z gałką przypominającą kulę bilardową na bieg wsteczny. Ciężarówka wydała z siebie zniekształcony, elektroniczny dźwięk – jakby brakowało jej napięcia. Sora zacisnęła dłonie na kierownicy i powoli zaczęła zawracać pojazd.

– Lepiej przejechać przez środek miasteczka – mniej podejrzanie to wygląda. Zwiększam prędkość. Trinu, trzymaj się mocno!

Po sprawdzeniu oznaczenia na gałce, wrzuciła pierwszy bieg i nacisnęła pedał gazu przez skórzane mokasyny. Czteronapędowe, dwunastocalowe opony wyrzuciły żwir z polnej drogi, niemal strącając Trinu, który kurczowo trzymał się pałąka na pace.

Z rykiem zmodyfikowanego silnika – rzędowego czterocylindrowca o pojemności 660 cm³ z doładowaniem, przerobionego na zasilanie magicznym gazem – lekki pojazd terenowy, stary model Subaru Sambar, ruszył w stronę miasta o ołowianych i okopconych barwach.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania