Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Złoto objąć, leć przez mrok - Rozdział 1 - Gdy kruszy się stara moneta #9
Tłumaczenie wykonane przez autora oryginalnej japońskiej powieści light novel pt. Ougon wo idaite ma tobe. Tekst źródłowy został opublikowany na japońskich platformach Kakuyomu oraz Tales.
Sora, Trinu i Coltrata przemierzają zapomniany szlak z miejsca napaści na Aurelię do ziem Velkrysów. Teren, niegdyś kwitnący dzięki kopalniom złota, dziś pokrywały tylko nędzne pola maku. Po przejęciu lekkiej ciężarówki od strażników Złotego Sojuszu, Sora pędzi przez miasto do biura kopalni, gdzie przebywa Aurelia.
Z wykrzywionej grobli łączącej pola maku, bawełny i czasem tytoniu, droga przeszła w ubity żwirowy trakt. Po drewnianym moście przerzuconym nad prostym kanałem nawadniającym, droga, którą poruszał się Subaru Sambar Truck, zmieniła się w nawierzchnię z niebieskiego kamienia. Rowki między kamieniami były zapchane piaskiem i szczególnie poczerniałe od tłuszczu.
Szare, przybrudzone sadzą płyty brukowe, pozbawione połysku, były wytarte i zaokrąglone, przez co droga stała się wyjątkowo wyboista.
Sora, siedząc prosto niczym słup i mocno trzymając kierownicę, poczuła niebezpieczeństwo wjeżdżając w ostrą krzywiznę ulic miasta, i gwałtownie nacisnęła hamulec. Wskutek nagłego hamowania obroty silnika gwałtownie spadły, wydając niski pomruk, więc w pośpiechu wcisnęła sprzęgło lewą nogą i wrzuciła bieg na dwójkę. Z powodu ubytków w brukowanej nawierzchni i tego, że napęd na cztery koła tracił przyczepność na jednym z kół, samochód zaczął gwałtownie drżeć, przez co Trinu na pace został solidnie wytrząśnięty – ale Sora zdołała odzyskać kontrolę.
Trinu podniósł się, chwytając się mocno za metalowy pałąk na pace i rozejrzał po oknach domów. Wszystkie zdawały się dopiero co zasłonięte żaluzjami lub zasłonami — nawet jeśli któreś było otwarte, mieszkańcy natychmiast je zamykali, gdy tylko zauważali ciężarówkę. Z rozbitego okna po stronie pasażera Coltrata również obserwował tę scenę. Można było sobie wyobrazić, że mieszkańcy byli wyraźnie przerażeni właścicielem tej ciężarówki.
– …Trzeba ich uratować – szepnął cicho Coltrata, siedząc obok Sory.
Gdy przejechali przez opuszczony plac z wyschniętą fontanną, przed popękanym barem zaparkowane były trzy takie same lekkie ciężarówki.
Pewnie tamta trójka dostała całą robotę, a reszta się obija – pomyślała.
To by było na rękę. Jeśli tak, wystarczy przejechać przez miasto i czym prędzej dotrzeć do biura kopalni.
Sora wcisnęła sprzęgło, w międzyczasie wrzuciła trzeci bieg i powoli docisnęła gaz.
Z fajki o zapachu końskiego łajna unosił się lekki dym, rozmywając się w powietrzu.
Na wyszczerbionych kamiennych schodach spróchniałego, drewnianego biura kopalni siedział młody mężczyzna, głęboko nasunięty na oczy znoszony brązowy kaszkiet z bawełnianego płótna. Pod podartą tuniką miał wsunięty w pas za spodnie naładowany pistolet Makarowa i nieruchomo obserwował górnicze miasteczko u stóp wzgórza.
– Telek.
– O, panie majstrze!
Grubym jak kamień palcem podniósł rondo wielkiego słomianego kapelusza. Wychudzony krasnolud, który właśnie wrócił z pracy na polu, przejechał dłonią po świeżo ogolonym, surowym policzku. Bez oznak zmęczenia spojrzał z góry na młodego chłopaka z fajką – Teleka.
– A co z panią Aurelią? Obudziła się?
– Tak jest, już się obudziła. Teraz odpoczywa.
– No to dobrze.
Telek podał mu fajkę, a ten przetarł ustnik i delikatnie go włożył do ust. Jednak musiał być wyjątkowo paskudny, bo natychmiast stwierdził:
– Ale śmierdzi!
i z niezadowoloną miną oddał ją chłopakowi.
Z pięknie zdobionej, pozłacanej piersiówki wziął łyk wody do przepłukania ust, a potem już porządnie przełknął kolejną porcję z wyraźnym bulgotem w gardle.
– No i co z tymi dziewczynami, co przywiozły panią Aurelię w trumnie? Kim one są?
– A kto to wie… ale chyba nie są stąd, nie wyglądają.
– Poszukiwaczki przygód?
– Na to wygląda. Jedna z bliźniaczek miała przypiętą złotą tabliczkę na pasie.
– Złoto, tak? …No cóż, dziś ci całi poszukiwacze to już nie to samo, co dawniej. Taki to teraz tani robotnik na zlecenie. Każdy może nim zostać, podróżować też łatwo… ale młoda dziewczyna, to jednak nie powinno być dla niej.
Krasnolud zostawił Teleka na warcie przy wejściu i przeszedł na tyły biura kopalni. Wszedł do kuchni i pochylił się nad dużym dzbanem wmurowanym częściowo w kamienną podłogę. Napełnił pustą piersiówkę wodą pitną i zakręcił korek.
W jadalni na tyłach, za zamkniętymi drzwiami, stara opiekunka rozmawiała z dziewczyną o zielonkawych włosach, która przedstawiła się jako Leene. Nie wiedząc dokładnie, o czym mowa, krasnolud dostrzegł tylko, jak Leene zajada się suchymi ciastkami, a opiekunka wygląda, jakby musiała podjąć jakąś trudną decyzję – i zrozumiawszy to, po prostu wyszedł tylnymi drzwiami.
Ale w tym samym momencie drzwi wejściowe z przodu zostały gwałtownie otwarte i Telek zawołał:
– Gwardia! Zapieprzają tu jak dziki!!!
Telek wrzasnął, wpadając przez frontowe drzwi.
Za zamkniętymi drzwiami jadalni stara opiekunka prawie się osunęła, ale Leene szybko ją podtrzymała.
– A widzi pani? Ani chwili do stracenia, no nie? Więc – oddajecie nam Aurelię, czy może dalej chcecie wszystko zwalać na nią? Proszę się określić… halo?
Nie mówiąc ani słowa, opiekunka zdecydowanie skinęła głową.
– Czy któraś z was, Sinis albo Dex, jest tu?
– Już idę!
Prawa z bliźniaczek – Dextrina Gardenica, dziewczyna o jasnoróżowych włosach w bezwstydnym stroju – znalazła najnowszy plan kopalni na półce w biurze. Rozwinęła go i, stukając czarnymi skórzanymi botkami na obcasie, podbiegła do Leene.
Lewa z bliźniaczek – Sinistra Gardenica, która wcześniej sprzątała po posiłku Aurelii – weszła do jadalni. Podczas gdy Leene i Dex analizowały rozłożony na stole plan wyłożony obrusem, opiekunka – jakby wreszcie gotowa – stanęła przed Sinis.
– Błagam… proszę… uratujcie pannę Aurelię… panią Aurelię…
– W imię mojej Pani – to już dawno zostało przyjęte do wiadomości.
Sinis spojrzała na nią chłodno, jakby cała ta pokuta była spóźniona. Pozostawiła dalsze badanie planu Leene i Dex. Sinis wyciągnęła z pasa PM-63 RAK i przesunęła dźwignię bezpiecznika nad spustem w dół. Przeciągnęła zamek po poręczy schodów aż do końca, ładując pierwszy nabój do komory.
Wskazała Aurelii, by się schowała przed uzbrojonymi mieszkańcami, którzy się do niej zbliżali.
Razem z Telekiem, który wyjął swój pistolet Makarowa, zatrzasnęła drzwi wejściowe. Ukryta za skrzydłem drzwi, Sinis trzymała Raka przy lekko odsłoniętej klatce piersiowej. Skierowała lufę pod kątem w górę, gotowa do strzału – palec wskazujący spoczywał nad spustem.
– Więc tak to wygląda, Aurelio. Uciekamy stąd, no nie?
– Nie chcę!!!
No cóż, to było do przewidzenia. Aurelia, której ciało nadal reagowało bólem na każdy ruch, próbowała się podnieść z czystej woli i gniewu. Na dole walka już trwała. Mieszkańcy dzielnie stawiali opór. Gwardia nie mogła się przedrzeć, ale posiłki… to tylko kwestia czasu.
– To moje ziemie… ziemie rodu Velkrys! Jeśli ja ich nie obronię, to kto ochroni moich poddanych!?
– Panno…
– No nie no, skoro już babcia podjęła decyzję, to nie możemy jej teraz utrudniać, prawda?
Czasu też raczej nie mamy, mhm!
Leene uniosła lewą rękę, odsłaniając ciężki zegarek Komandirskie, na którego tarczy widniał zarys czołgu. Pokazała go Aurelii bez słowa.
– Może przynajmniej raz w życiu posłuchasz dorosłych i pozwolisz się komuś ochronić?
– …
Po chwili zastanowienia Aurelia podjęła decyzję. Zasłoniła zasłony i zrzuciła szpitalną tunikę.
– Babciu, przynieś opium. Jeśli masz maść, będzie lepsza.
– Nie wolno, panienko!!
– To rozkaz!!!
Aurelia wyglądała, jakby wilczyca warczała, szczerząc kły na śmiertelnego wroga.
– Nie mogę się zgodzić!!
– Proszę bardzo.
Nie było sensu dalej dyskutować. Leene sięgnęła po słoiczek kremu z szafki na leki i zawołała Dex. Zignorowały krzyk opiekunki i we dwie, ostrożnie odmierzając ilość, szybko wsmarowały opium.
– Pani Leene!!
– Przecież sama podjęłaś decyzję, prawda? Ona też już się zdecydowała, więc rób, co trzeba.
Opiekunka zamilkła i nie powiedziała już ani słowa.
Ból ustąpił po około dwóch minutach od nałożenia maści. Aurelia, mimo silnego dyskomfortu, uznała, że może już chodzić. Sięgnęła po złożoną w szafie męską tunikę i zaczęła się przygotowywać.
– Raczej to nie Gwardia, ale lepiej się pospieszcie.
Leene uchyliła zasłonę i powiedziała to tonem, jakby miała złe przeczucia.
– To kto w takim razie?
– Kapłan z Kościoła Świętokrólewskiego i jakaś niezbyt ogarnięta dziewczyna, pewnie nowicjuszka wśród poszukiwaczy przygód. Pewnie przyszli w sprawie niepodpisanych monet z mithrilu.
Leene wyszła na korytarz z Aurelią, która właśnie się przebrała, w towarzystwie Dex. Chroniąc ją z przodu i z tyłu, zeszły po dobudowanych z tyłu schodach, a potem dalej – do piwnicy.
Gdy dołączyła do nich Sinis, we trzy z trudem przesunęły ciężką szafę, odsłaniając ukryte przejście. Sinis włączyła latarkę kątową, wojskowy model używany przez żołnierzy magin, którą miała przypiętą do pasa swojego obscenicznego stroju. Przez korytarz pokryty kurzem i pajęczynami ruszyły dalej.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania