Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Złoto objąć, leć przez mrok - Rozdział 1 - Gdy kruszy się stara moneta #10

Tłumaczenie wykonane przez autora oryginalnej japońskiej powieści light novel pt. Ougon wo idaite ma tobe. Tekst źródłowy został opublikowany na japońskich platformach Kakuyomu oraz Tales.

 

Wielkie miasteczko górnicze Velkrysów pod rządami Złotego Sojuszu popadło w ruinę. Mimo determinacji Coltraty, lekka ciężarówka prowadzona przez Sorę dotarła do biura kopalni. Aurelia, tłumiąc ból za pomocą opium, ruszyła w podziemny korytarz ewakuacyjny wraz z Leene i resztą.

 

Sora zrobiła białą flagę z chusteczki nasączonej lawendowymi perfumami i uniosła ją w górę.

– Proszę, przestańcie!

Zawołała do zebranych mieszkańców, nawołując do zawieszenia broni.

Gdy Sambar Truck wreszcie się zatrzymał, Sora i Coltrata wysiedli z jego zdezelowanej kabiny, tylko po to, by zostać zmierzonym wzrokiem przez brodatego krasnoluda – zapewne ich przywódcę.

– Nie wyglądacie na Gwardię… kim jesteście?

– Jestem Coltrata Bengarton, działam z ramienia kardynała Bencanta. Prowadzimy pewne śledztwo.

– Śledztwo, powiadasz…

Uczucie, jakby wskoczyli nadzy w stado wilków, przeszyło Sorę na wskroś.

– Jeśli szukacie pani Aurelii, to się spóźniliście. Już jej tu nie ma.

Krasnolud splunął niemal słownie w stronę Coltraty, rzucając słowa jak kamienie.

– To również... ale chcielibyśmy porozmawiać także o was.

– Aha. No jasne. Teraz to nagle was interesujemy. Kapłani ze Świętokrólewskiego Kościoła – ci wysoce uduchowieni, wyniośli jakby z samego nieba zesłani – przypomnieli sobie o nas, brudnych kopaczach z doliny?

– Tak… ma pan rację. I za to wszystko… naprawdę przepraszam.

Coltrata poczuł, jak coś w nim pęka. Nie – to już było pęknięte. Ale nie mógł sobie pozwolić na niewiedzę. Nie w tej sprawie.

– Co robi Złoty Sojusz na ziemiach Velkrysa?

Jego głos był aż nienaturalnie spokojny – pozbawiony gniewu, rozpaczy, czy jakiegokolwiek żalu. Jakby mówił z miejsca, gdzie emocje już dawno zamarły.

Przejście w głąb podziemi było prymitywnie zatarasowane deskami. Trzy kobiety w bezwstydnych strojach kopnęły je butami z czarnej skóry, ostrymi niczym kolce – deski z łatwością się połamały. Dex przygotowała kilka map tuneli kopalni, uporządkowanych według poziomów i epok. Zaglądająca przez ramię Aurelia szybko coś zauważyła, przewróciła stronę i wskazała palcem.

– Biorąc pod uwagę, ile przeszłyśmy od biura... to powinno być zachodnie nachylenie z numerem osiem, wydrążone jakieś osiemdziesiąt lat temu. Główna odnoga numer osiem.

– Nie zawiodłaś nas, córko kopalni.

– Pożycz światło.

Aurelia wyrwała latarkę z rąk Dex i otworzyła dużą, drewnianą skrzynię pod zawieszoną na słupie klatką dla ptaków. Zajrzała do środka, aby sprawdzić stan zawartości.

– Wygląda na to, że da się tego użyć.

Aurelia rozerwała papier olejowany i wyciągnęła skórzaną maskę oraz miedzianą puszkę z paskami do noszenia na plecach. Do kompletu należał też wąż.

Leene uznała, że to wygląda dziwnie znajomo. Zmarszczyła brwi i przez moment próbowała sobie przypomnieć – może to jakaś nowa moda wśród szczególnie perwersyjnych alchemików? A potem w końcu skojarzyła, że to nie żaden sprzęt do tortur, tylko butla z tlenem, którą babka wręczyła Aurelii, gdy ta ledwo dyszała po przesłuchaniu.

– W takich starych korytarzach gaz zbiera się szybciej niż w zwykłych lochach. Nawet jeśli nie jest łatwopalny, zbyt duże stężenie może spowodować zatrucie.

Aurelia rozdarła uszczelnioną torebkę z papieru olejowanego i wsypała jej zawartość – biały proszek – po równo do trzech miedzianych puszek. Na koniec dolała wody z butelki po winie do każdej z nich i natychmiast je zamknęła. Odczekała minutę, po czym lekko odkręciła zawory i połączyła węże z maskami, obracając kurek przy lewym uchu każdej z nich. W powietrzu uniósł się zapach przypalonego mydła.

– Mamy najwyżej trzydzieści minut. Jeśli nie dotrzemy do szybu przed upływem czasu, udusimy się. Chodźcie za mną.

Po tych słowach z godnością zarzuciła puszkę na plecy i założyła maskę. Nie oddając latarki, ruszyła pewnym krokiem przed siebie, prowadząc Leene bez słowa.

Po dwudziestu siedmiu minutach dotarły do szybu głównego. Nad nimi nie było już stropu – tylko przechylone ku zachodowi niebo. Kiedy Aurelia zamknęła zawór i zaczęła zdejmować maskę, trzy pozostałe również zdjęły swoje. Sinis i Dex natychmiast wzięły głębokie oddechy. Aurelia również zaczerpnęła powietrza, choć czuła jeszcze tępe ukłucie w piersiach. Leene zerknęła w otchłań szybu, po czym rozłożyła mapę przed Aurelią.

– Zejdziemy stąd jakieś dwieście metrów niżej. Jeśli przejdziemy przez kanał odpływowy, powinniśmy wyjść na wąwóz pod drogą przez przełęcz.

– Tak.

– A nie możemy po prostu wyjść górą, tym chodnikiem...?

Leene była już wyraźnie zmęczona. Ale to nie samo zmęczenie ją niepokoiło – miała poważne obawy. Aurelia też wcześniej nerwowo rozglądała się za kolejnym workiem z proszkiem tlenowym. Najwyraźniej pozostałe zapasy zostały zabrane przy zamknięciu kopalni. W tej sytuacji nie były w stanie ruszyć dalej.

– Poczekajcie chwilę.

Przyciskając żebra, Aurelia ruszyła w stronę wyjścia z chodnika, idąc wzdłuż spróchniałych, drewnianych szyn. Latarka omiatała ściany w poszukiwaniu czegoś, co mogło tam być.

Zatrzymała się i uniosła głowę, nasłuchując – przypadek czy cud, błagała w duchu. Usłyszała chrobotanie, jakby coś się obracało.

Jej prośba została spełniona. Sięgnęła po długi łom wiszący na ścianie.

– Co ty wyprawiasz?

– Silnik u góry jeszcze działa. Podłączę wentylator – podsadź mnie.

Aurelia wspięła się na ramiona Leene. Uderzała łomem w przekładnię wentylatora, starając się dopasować ją do obracającego się wału napędowego.

– To... zaskakująco ciężkie…

Leene wydawała z siebie dziwne jęki, jakby była w ekstazie, a bliźniaczki wpatrywały się w nią z wyraźną zazdrością. Zdegustowana Aurelia przyspieszyła pracę i zaczęła walić łomem bez opamiętania.

W końcu rozległ się głuchy stuk i szum – wentylator zaczął się obracać.

– Poczekajmy chwilę, zanim zaczniemy schodzić. Wtedy powietrze zdąży dotrzeć na dół.

Nad szybem świergotało kilka dzikich kanarków. Aurelia poczuła się nieswojo. Nie minęły jeszcze nawet cztery minuty. Potrzeba przynajmniej piętnastu minut, by wentylacja zaczęła działać skutecznie.

– Co się dzieje, Aurelio?

– Czy nie lubi pani ptaków?

Bliźniaczki zaniepokoiły się bladością Aurelii.

– To przez kanarki. Nie przepadam za nimi…

Przypomniało jej się coś nieprzyjemnego. Gdy była mała, z paniką wbiegli mężczyźni, każdy z klatką – a w każdej z nich martwy kanarek. Wtedy udało się zapobiec wyrzutowi gazu. Ojciec, cierpliwie i ze spokojem, tłumaczył jej wtedy, dlaczego kanarki muszą umrzeć. Skoro zostały udomowione, muszą oddać życie za ludzi. Tak samo mówiła guwernantka.

Aurelia poczuła, jak coś w niej zadrżało. Ale jednak. Nie mogłam tego zaakceptować. Wiedziałam, że jeśli ich nie użyjemy, to umrzemy.

Nienawidzę kanarków. Nienawidzę zwierząt, które istnieją tylko po to, by być używane. Dlatego wszystkich w mojej ziemi... tak bardzo ich kocham, że aż ich nienawidzę. Nienawidzę ich tak bardzo, że ta nienawiść ustępuje przed jeszcze większą miłością.

Tak właśnie jest. Nam pozostało tylko jedno – dalej kopać złoto. Nawet teraz, gdy jego blask całkowicie utracił wartość.

Nawet w samym środku piekła, trzydzieści metrów nad szybem wciąż rozciąga się niezmienne niebo.Wieje wiatr, rosną zioła, jelenie skaczą, a wilki przychodzą je pożreć. To wszystko trwa, niezmienione.

Leene zauważyła, że magiczny płomień, który dotąd był wciągany w dół szybu, wreszcie się ustabilizował. Z tej okazji zapaliła lampę i skinęła na pozostałych, by ruszali dalej.

– Pani Leene…

– Pani Leene, coś słychać…

Sinis i Dex podtrzymywały Aurelię, która na nowo zapadła się w traumatyczne wspomnienia, i zgłosiły niepokojący dźwięk.

– Sinis, Dex. Powierzam wam Aurelię. Idźcie przodem.

– Tak jest. – – Zrozumiano.

Zeszła w cień głównego chodnika, który rozciągał się dalej za szybem. Sięgnęła po tonfy u pasa – lewą i prawą – i powoli je dobyła. Wzięła głęboki oddech, jej obfity biust jeszcze bardziej się uniósł. Odór wypełnił nozdrza, lecz nie miało to znaczenia. Lewa ręka do obrony, prawa do uderzenia. Przyjęła pozycję podwójnej gardy w pozycji środkowej – i weszła w stan absolutnego skupienia, by pokonać wroga, który jeszcze się nie ukazał.

Kobieta o młodowiosennych włosach w bezwstydnym stroju z czarnej skóry, wplatała w swoją postawę zabójczy czar – doskonaląc sztukę walki do granic perfekcji.

Minęły trzy minuty w całkowitej ciszy. Wśród kapiącej wody, ziemia lekko zadrżała – płomień lampy zadrżał wraz z nią.

W tym samym momencie Trinu, który pojawił się niemal przy jej twarzy, wystrzelił swój krótki miecz niczym bełt z kuszy. Leene odbiła ostrze w bok lewą tonfą, jednocześnie kontratakując rękojeścią prawej. Jednak Trinu uchylił się o cal. Zauważywszy jej broń, Trinu natychmiast zwiększył dystans i cofnął się w stronę wyjścia z chodnika.

Zaczerpnął tchu i wycelował ostrze nisko do pchnięcia, przyklękając i chwytając ziemię przez podeszwę skórzanego buta. Leene również poprawiła uchwyt na tonfach i wypuściła powietrze pachnące pieczonymi ciastkami. Nie odrywając wzroku od zimnych oczu Trinu, zwęziła swoje ciemnozielone źrenice w skupieniu.

Latarka przypięta do bezwstydnego pasa na ramieniu Sinis rozświetlała boczne odgałęzienie tunelu białym, niemal boskim światłem żarówki. Kopnęła zardzewiałą pompę – rozległ się głuchy dźwięk, a woda zaczęła kapać jeszcze intensywniej.

Wyglądało na to, że przed nimi rozciąga się kanał odpływowy.

Dex zatrzymała się, usłyszawszy echo w oddali, i oświetliła Aurelię swoją latarką w lewej dłoni, gdy ta odwróciła się, zaniepokojona.

– Proszę zostawić to pani Leene. Chodź, Aurelio – idziemy dalej.

Plan sprzed pięćdziesięciu lat okazał się zgodny ze stanem faktycznym – nie było żadnych zapadlisk. W oddali pojawiła się mała kropka światła – światło dzienne.

Bliźniaczki wyłączyły latarki. Sinis ruszyła przodem, prowadząc Aurelię za sobą.

Wyszły przez kamienny odpływ pokryty błotem i rdzą. Poniżej drogi przez przełęcz rozciągał się kamienisty wąwóz, przez który płynął płytki, wartki nurt.

Trzy dziewczyny – bliźniaczki i Aurelia – wypełniły płuca świeżym powietrzem, wymieniając zatrzymany oddech na ten z zewnątrz. Wspierając się nawzajem, zaczęły schodzić po stromym zboczu.

Kiedy stanęły na jednej z ogromnych skał, Aurelia zobaczyła to.

To musiało być po jednej z inwazji tej żelaznej dziczy, jeszcze z czasów, gdy ojciec był rycerzem.

Kilka metalowych bestii – żelaznych słoni – leżało przewróconych wśród zwałów błota, zakłócając bieg rzeki i zmuszając ją do wijącego się nurtu.

– Co się stało? Przecież to nic niezwykłego.

Aurelia uniosła rękę, powstrzymując ją bez słowa. Odwróciła się i spojrzała w górę, na drogę, którą właśnie zeszła.

Na skorodowanej, brunatnoczerwonej wieży działa – przypominającej odwróconą miskę – widniały resztki białych cyfr „442”, naniesionych szablonem, częściowo zatartych przez mech i pęknięcia. Na powierzchni przyspawano fragmenty dodatkowego opancerzenia i zdeformowane segmenty gąsienic.

Cylindryczne przystawki po bokach wieży – być może kiedyś służące do oświetlenia podczerwienią lub do pomiarów laserowych – ledwie trzymały się na uchwytach. Stołowa lufa kalibru 100 mm, część starego układu ogniowego, wystawała teraz bezwładnie w stronę cienia górskiego zmierzchu, niczym wydłużony nos martwego zwierzęcia.

Bez zasilania, system kierowania ogniem i przymglony celownik optyczny nie były już zdolne trafić nawet między brwi najpotężniejszego z bogów.

Minęły czterolufowy zestaw przeciwlotniczy z porzuconym, zardzewiałym podwoziem –

kolczasty jak pułapka na smoka, zapomniany po dawnej akcji przeciwko skrzydlatym bestiom.

Za nim rozciągała się równina, z której widać było mur miejski Tiebartu, ciągnący się wzdłuż rzeki.

Dex wskazała palcem. Zawalone odcinki murów były już wyraźnie widoczne nawet dla Aurelii.

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Fakepolicemoto pół roku temu
    |巴・ω・)Sprawdzone. (Nie bardzo)
    Japońscy autorzy umierają bez reakcji.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania