Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Złoto objąć, leć przez mrok - Rozdział 1 - Gdy kruszy się stara moneta #11

Tłumaczenie wykonane przez autora oryginalnej japońskiej powieści light novel pt. Ougon wo idaite ma tobe. Tekst źródłowy został opublikowany na japońskich platformach Kakuyomu oraz Tales.

 

Ludność Velkrysu, zniewolona przez Złoty Sojusz, w końcu się zbuntowała i otoczyła nadjeżdżający lekki samochód ciężarowy, obrzucając Sorę i Coltratę lawiną oskarżeń.

Młody inkwizytor Trinu Lant przypuścił atak na Aurelię i jej towarzyszki, które próbowały uciec przez dawno zamknięty szyb w ziemiach Velkrysu.

 

Trinu nie przegapił momentu, gdy kobieta o włosach koloru młodej wiosny wychyliła się zza zasłony na drugim piętrze.

– Idźcie przodem!

Wyskoczył z Sambar Trucka i natychmiast przeturlał się w zarośla. Aby nie zostać zauważonym przez uzbrojonych mieszkańców broniących się przy zaryglowanym wejściu, obszedł budynek od prawej strony.

– Już nie będę słuchać waszych rozkazów!!!

Rozległ się ryk ogolonego krasnoluda. Trinu pozostawił sprawy Coltracie i Sorze, którzy zapewne byli zaskoczeni sytuacją.

Korzystając z zamieszania, jakie wywołał Sambar Truck, Trinu zszedł do piwnic od tylnej strony budynku i odkrył otwarty korytarz ewakuacyjny.

Znalazł tam ślady stóp – cztery pary, wszystkie należące do kobiet i całkiem świeże. Mimo to, poczuł na policzku subtelny ruch powietrza, jakby ciągły i nienaturalny, co wystarczyło, by zrezygnował z dalszego pościgu.

Wyszedł z powrotem na powierzchnię i zaczął szukać wejścia do szybu gdzieś na zboczu wzgórza za budynkiem.

– Proszę, zachowajcie spokój!

Coltrata krzyknął w stronę rozwścieczonych mieszkańców, próbując ich powstrzymać.

Sora i on sami zostali na placu, tuż obok Sambar Trucka, który wył żałośnie pod gradem ciosów – jakby nie samochód, lecz przestraszony jeleń albo gnębiony wół wydawał te dźwięki.

Nie było sensu ingerować. Oni sobie jakoś poradzą. Gdyby teraz nie ruszył w pościg, ręka Wieszczki Katastrofy mogłaby zniknąć we mgle na zawsze.

Wkrótce, pośród zarośli, które już niemal wróciły w objęcia natury, Trinu dostrzegł spróchniałe, drewniane szyny.

Prowadziły one od porzuconej instalacji flotacyjnej, przysypanej kłaczkami bawełny, w stronę zbocza wzgórza.

Wspinając się ostrożnie po ich śladach, dotarł w końcu do zasypanego, wielkiego wejścia do szybu.

Na pokrytym mchem łuku widniała tablica z napisem: „Zachodni Szyb Velkrysu – rozpoczęcie wydobycia dnia 27 listopada roku 283 TSK”, gdzie TSK oznacza kalendarz liczony od wniebowstąpienia Pierwszego Świętego Króla.

Obok wejścia znajdowała się nowa, ale potężna kapliczka. Kamienna płyta z czarnego bazaltu nosiła wyryte imiona, choć większość zatarł czas – jednak łatwo było stwierdzić, że upamiętnia około 1500 dusz.

Trinu, kierowany odruchem, zdrapał mech z powierzchni i zdołał odczytać, że ostatnich 49 nazwisk dodano we wrześniu roku 462 TSK.

Na innej czarnej tablicy wykuto słowa: „Do tych, którzy spoczywają w Złotej Ziemi” – archaiczna fraza, brzmiąca niczym z dawnej liturgii.

Trinu szybko odegnał napływającą melancholię i uderzył pięścią w rękojeść swego krótkiego miecza – był bezużyteczny w tej sytuacji. Zrezygnowany Trinu rozejrzał się wokół i dostrzegł zawaloną szopę zarządcy. Wśród gruzu udało mu się wydobyć młot oburęczny. Sprawdził, czy dębowe trzonisko wciąż jest solidne – było. Chwycił je mocno obiema rękami.

Zamknięcie z betonu, naniesione na ceglaną strukturę, rozbijał najpierw od góry. Następnie, wykorzystując siłę odśrodkową, uderzał w środkowe i dolne partie, prowadząc ciosy jakby władał ogromnym mieczem.

W końcu jedna część runęła pod naporem. Trinu, który właśnie uzyskał dostęp do Zachodniego Szybu, dobył krótkiego miecza i w ciszy obserwował ciemność przed sobą. W miarę jak wzrok przyzwyczajał się do ciemności, Trinu dostrzegł w głębi delikatny poblask. Nie było widać, by przez wyłom dostawał się wiatr, a powietrze w szybie nie sprawiało wrażenia dusznego ani stojącego. To oznaczało, że gdzieś dalej musiało istnieć połączenie ze światem zewnętrznym.

Zsunął kaptur i nadstawił brązowe uszy, nasłuchując uważnie.

Z kierunku, z którego biło to blade światło, dało się rozróżnić cztery pary dość lekkich kroków. Wśród tych kroków jeden wyróżniał się nieco cięższym rytmem – ledwo uchwytnym, ale wyczuwalnym.

Nie była to osoba ranna... raczej nie. Prawdopodobnie prowadziła resztę grupy, ale jej chód zdradzał zmęczenie lub niepełną sprawność. Należał do kobiety.

Gdy Trinu, poruszając się bezszelestnie w głąb szybu, minął kolejne metry, jego obecność przyciągnęła małego śluzowca, który wysunął się ze żwiru. Zgniótł go podeszwą skórzanego buta. Westchnął cicho i otarł resztki o brzeg płaszcza.

W tym momencie kroki wszystkich czterech osób ustały – zatrzymali się tam, gdzie do szybu docierało światło z otwartego sklepienia.

Trinu, czując oślepiające światło, ukrył się za podporą numer cztery.

Bez najmniejszego poruszenia powietrza, w zwolnionym tempie, zaczął obserwować, co kryło się w blasku słońca.

– Silnik u góry jeszcze działa. Podłączę wentylator – podsadź mnie.

To była Aurelia, która wedle wszelkich doniesień powinna teraz czekać na sąd obywatelski po schwytaniu przez straż miejską w Świętym Mieście – a obok niej stała kobieta o włosach koloru młodej wiosny, ubrana w skrajnie prowokacyjny, czarnoskórzany strój typu bondage.

Obecność Aurelii wprawiła Trinu w osłupienie, ale prawdziwy problem stanowiła ta bezwstydna kobieta z zielonymi włosami.

Dlaczego recepcjonistka z gildii przygody miałaby tu być...?

Towarzyszyły jej dwie nieodróżnialne dziewczyny o włosach w kolorze bladego różu, przyciętych na krótko, ubrane równie bezwstydnie jak recepcjonistka. Obie pochylały się nad Aurelią, która siedziała przy barierce wielkiego otworu, ze spuszczoną głową. Jedna pocierała jej plecy, druga zdjęła rękawiczkę i przyłożyła dłoń do czoła.

Po chwili kobieta o zielonych włosach wyczarowała mały płomień na czubku prawego palca wskazującego, obserwowała go przez moment, po czym zapaliła nim lampę.

– Pani Leene.

– Pani Leene, coś słychać…

A więc jednak zostałem zauważony.

– Powierzam wam Aurelię. Idźcie przodem.

Kobieta o zielonych włosach przemówiła tym samym, lekko zachrypniętym i głębokim głosem, który Trinu rozpoznał jako należący do recepcjonistki, z którą spotkał się wcześniej Sora. Jej ton był spokojny, lecz niósł w sobie siłę wyćwiczonego wojownika.

Prowadziła Aurelię w dół po spiralnych schodach, biegnących wzdłuż szyn aż na dno otworu.

Potem sama cofnęła się głębiej w stronę szybu i przyjęła pozycję przypominającą sztuki walki. Zapadła cisza.

Nie mógł dłużej czekać – jeśli teraz nie zareaguje, kobieta ucieknie. Pozostało tylko jedno: zaatakować jako pierwszy.

Odepchnął się od ziemi przez podeszwę buta i z błyskawiczną szybkością rzucił się do przodu.

Jego krótki miecz, wycelowany jak grot strzały z niskiej pozycji, został zręcznie odbity w bok przez lewy tonfa kobiety. W tym samym czasie, prawy tonfa poszedł w kontratak, uderzając rękojeścią.

Była szybka – zaskakująco szybka.

Trinu uchylił się o włos, a dopiero wtedy zdołał rozpoznać broń przeciwniczki: tonfy. Natychmiast zwiększył dystans i cofnął się w stronę wejścia do szybu. Wziął głęboki oddech i obniżył ostrze swego krótkiego miecza, przygotowując je do precyzyjnego pchnięcia. Przykucnął, dotykając ziemi przez skórzany but.

Kobieta o zielonych włosach ponownie przyjęła postawę bojową z tonfami i cicho wypuściła powietrze. Nie spuszczając wzroku z Trinu, który patrzył na nią chłodnym, nieporuszonym spojrzeniem, zwęziła swoje ciemnozielone źrenice w skupieniu.

Trinu ruszył w atak dokładnie w chwili, gdy kobieta zamrugała.

Ziemia pękła pod jego krokiem – błyskawicznie znalazł się tuż przed nią, pchając miecz prosto przed siebie, idealnie poziomo. Ostrze musnęło czarną skórę jej uprzęży, zostawiając głęboki ślad. Tuż przy ścianie szybkim ruchem odbił się od niej nogą i zaatakował z góry, z powietrza.

Kobieta zdążyła się uchylić – ledwie. Trinu nie odpuścił. Lewą nogą wykonał kopnięcie obrotowe w jej biodro.

Tym razem trafił – ale zderzył się z odwróconym tonfa.

Przez pękający but przeszył go ból. Lewa goleń eksplodowała ogniem bólu – jakby pękła.

– Ojej... A to był mój jedyny komplet. Naprawdę, jak tak można?

Westchnęła kobieta o zielonych włosach, tamując magią krwawienie z głębokiego rozcięcia w skórzanym stroju.

Zamiast schowanego tonfa, oparła zamek lekkiego pistoletu maszynowego typu Rak o ścianę, z impetem go przeładowując, i wymierzyła prosto w czoło leżącego Trinu.

W lewej dłoni trzymała niedbale granat F1, a wyciągniętą zawleczkę obracała leniwie na małym palcu.

Ze swojej wysokiej sylwetki, wzmocnionej jeszcze obcasami, patrzyła na niego z góry.

– Muszę już iść. Może uznamy to za remis, co?

– ...Mogę zapytać o jedno?

– A nie, nie. Dojdziesz do tego sam.

Mówiąc to, nie opuściła broni, tylko ostrożnie ustawiła lampę tak, by światło nie znikło z pola widzenia Trinu. Pozostały olej rybi rozlała wokół ostrożnie, by przypadkiem się nie zapalił, i zaczęła schodzić po spiralnych schodach w dół.

Dawna, dostojna kamienna konstrukcja została brutalnie przekształcona przez nowego lorda – płyty gipsowe i tapety zamieniły wnętrze w jasne, niemal bezosobowe pomieszczenie. Na biurku w gabinecie rozbrzmiał dźwięk kanciastego, plastikowego telefonu stacjonarnego.

– Halo, słucham.

Starzec odebrał słuchawkę dopiero przy piątym sygnale.

Co powinienem teraz uczynić…?

Starzec w płaszczu z barwionego na beż lnianego materiału, służący w tym domu jeszcze od czasów książęcych, nie potrafił się jeszcze oswoić z tym cudownym urządzeniem z Magokratycznego Królestwa – dziwnym wynalazkiem nauki, który dzięki grubym miedzianym przewodom i błyskawicom pozwalał rozmawiać z kimś daleko stąd.

– Halo, panie zarządco? Tu Arobal z ochrony.

– Panie Arobalu. Co też się wydarzyło?

Nie był jeszcze przyzwyczajony do takich urządzeń, ale mimo wieku osiemdziesięciu lat zapytał donośnym, spokojnym głosem o sprawę.

– Naprawdę mamy problem. Mieszkańcy zgromadzili się w biurze kopalni, uzbroili się i wzięli strażników jako zakładników. Chciałbym zapytać właściciela o decyzję, co robić.

– Natychmiast go zawiadomię.

Stary zarządca skłonił się z szacunkiem i odłożył słuchawkę na biały haczyk. Gdy dzwonek znów zabrzmiał natarczywie, ruszył spokojnie korytarzem, by zawołać obecnego pana zamku, który odpoczywał w ogrodzie.

– Hej, tato, serio nie wskoczysz? Woda jest mega chłodna i czadowa!

Dziewczyna o pociągłej twarzy i długich, szarych włosach opadających równą linią, ubrana w ciemnoniebieski jednoczęściowy kostium, szła boso po rozgrzanych białych płytkach porcelanowego basenu, ociekając wodą.

– W tym wieku taki upał to już nawet przyjemność, moja droga Marfo. Ale i ty powinnaś nieco przystopować, bo jeszcze się utopisz, zanim zdążysz się nacieszyć.

Odpowiedział z uśmiechem starszy mężczyzna rasy magin, o płaskiej twarzy i białej, długiej brodzie jak u pustelnika, leżąc w cieniu parasola na leżaku.

– No to mnie uratujesz, prawda, tato?

– Oj, oj... stary już jestem, moja Marfo. Ty też przecież nie jesteś już dzieckiem.

Dziewczyna o prostych, siwych włosach przesunęła rattanowe krzesło i usiadła obok starca. Sięgnęła do chłodziarki przy nogach, wyjęła puszkę piwa zanurzoną w lodzie i z przyjemnością nacisnęła otwieracz, czując chłód na dłoni.

– No, no... przecież to moje piwo. Nie masz jeszcze osiemnastu lat, dziewczyno.

– Bo słodkie rzeczy są ble... A to lepiej szczypie w gardło, i to jest super uczucie!

W myślach starca kotłowały się uraza, wdzięczność i uporczywa irytacja wobec lekarza, który pozostał w Langii.

– Tato.

Gdy Marfa cieszyła się chłodem bezalkoholowego piwa, podszedł do nich chłopak o szarej, przyciętej na techno fryzurze, niosąc zeszyt i piórnik.

– Och, Roblecie. To już ta pora?

– Tak. Dokładnie ta.

– Możemy tutaj?

– Jeśli siostra Marfa nie będzie za głośna.

Chłopak o tej samej barwie włosów, w techno fryzurze, spojrzał z sympatią na długie pasma Marfy.

– Tak jest, nie hałasuj za bardzo.

Starzec dodał z lekkim naciskiem.

– No weź! Już nie jestem dzieciakiem, nie będę tu wrzeszczeć jak mała.

Roblet pomyślał cicho, że właśnie tak brzmi "wrzeszczenie", ale wiedział, że Marfa zawsze dotrzymuje słowa, więc rozłożył zeszyt na stole.

– To gdzie skończyliśmy ostatnio?

– Na różnicy w sposobie budowania wiarygodności między monetami z mithrilu wydawanymi przez Bank Bofa Tersestana a rublem z Zaświatów…

– Nie powinnam była obiecywać – powiedziała cicho, opróżniając bez słowa całą butelkę bezalkoholowego piwa.

Marfa ruszyła znów w stronę trampoliny.

Nie rozumiała polityki ani ekonomii, ani tego, co działo się na szczytach władzy.

Ale jeśli jej młodszy brat miałby uzupełniać to, czego jej brakowało, to ona mogła co najwyżej pilnować jego rozwoju. W tym celu mogła nawet znosić dziwactwa dziadka – mówiła to niegłośno, bardziej sobie niż komukolwiek innemu.

Kiedy sięgnęła dłonią do drabinki z metalowych rur, zarządca w białych rękawiczkach ukłonił się jej z godnością i klasą, nie tracąc nic ze swego dostojeństwa.

Poszedł dalej w kierunku stolika, gdzie odbywała się nauka. Zastanowiło ją to, ale nie zamierzała przeszkadzać mu w obowiązkach.

Marfa wspięła się na sam szczyt trampoliny.

Gdy starzec z rasy magin zadawał pytania z zapałem godnym nauczyciela, stary zarządca stanął z boku i skłonił się pokornie, nie chcąc przerywać.

– Proszę wybaczyć śmiałość. Przed chwilą zadzwonił Arobal z ochrony.

– Roblecie, przykro mi, ale na dzisiaj to już koniec.

– Tak jest, tato. Dziękuję za lekcję.

Roblet skłonił się głęboko, okazując szacunek. Choć jego notatki były niechlujne, potrafił je starannie uporządkować i w dobrym humorze wrócił do swojego pokoju w oficynie.

Stary magin narzucił szlafrok i ruszył z powrotem do głównej części zamku, ale wkrótce przegonił dostojnie kroczącego zarządcę, który miał go prowadzić. Dobiegł w pośpiechu do telefonu znajdującego się przy pomieszczeniach służby, chwycił słuchawkę i wystukał czterocyfrowy numer tawerny, gdzie powinien być Arobal.

– Strajk. Zabarykadowali się w biurze kopalni i wzięli strażników jako zakładników.

Głos Arobala brzmiał poważnie w słuchawce.

– Kto ich podjudza?

– Mistrz krasnoludów, panie.

W odpowiedzi na poruszenie wśród pokojówek, które przerwały właśnie przerwę, starzec dał im ręką znak, by natychmiast przygotowały jego garnitur.

– Hilrot, a jakże... W takim razie sam się tam pofatyguję. Nie podejmujcie żadnych działań, póki nie przybędę. A jeśli spróbują ucieczki – strzelać bez ostrzeżenia.

– Zrozumiano!

Starzec odłożył słuchawkę na miejsce.

Pozostając przy telefonie, wsunął ramiona w przygotowaną przez pokojówkę białą koszulę i zapiął mankiety, po czym samodzielnie zawiązał szeroki krawat w granatowo-białe paski.

Na zakończenie ubrał lekki, lniany garnitur na dwa rzędy guzików i włożył miękki kapelusz.

Młoda służąca uklękła przed nim bez słowa, chcąc zapiąć mu guziki marynarki, lecz starzec odmówił i pomógł jej się podnieść, widząc jej zakłopotanie.

Na końcu przełożona pokojówek z szacunkiem podała mu brelok do kluczy.

– Proszę uważać na siebie, panie.

– Tak jest, już ruszam.

Starzec wyszedł przez główne drzwi. Wsiadł do lśniącego, kanciastego sedana marki Nissan Gloria, zaparkowanego w garażu obok wejścia.

Przekręcił kluczyk w stacyjce, a uszy wypełnił mu kojący pomruk plazmowego silnika zasilanego gazem magicznym – jednostki V6 o pojemności 2960 centymetrów sześciennych.

Lewą ręką wrzucił bieg jazdy do przodu. Bez trudu skręcił w prawo ciężką kierownicą wspomaganą hydraulicznie.

Gdy najechał na brukowaną drogę prowadzącą do miasta, powoli nacisnął pedał gazu.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Fakepolicemoto pół roku temu
    Wpisz w YouTube hasła „1980s Japanese Trendy” albo „バブル時代 ファッション”, to zaraz się dowiesz, czym interesuje się ten dziadek.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania