Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Złoto objąć, leć przez mrok - Rozdział 1 - Gdy kruszy się stara moneta #12

Tłumaczenie wykonane przez autora oryginalnej japońskiej powieści light novel pt. Ougon wo idaite ma tobe. Tekst źródłowy został opublikowany na japońskich platformach Kakuyomu oraz Tales.

 

Gdy Trinu został pokonany przez tajemniczą Leene, a Sora i Coltrata wpadli w wir buntu, pan Velkrysu – starszy magin – wypoczywał spokojnie przy zamkowym basenie z adoptowanym rodzeństwem.

Wtedy kamerdyner przekazał mu pilną depeszę od Arobala, odpowiedzialnego za ochronę.

 

Czarny sedan marki Gloria zjechał z zamku przez kotlinę i przejechał przez miasteczko górnicze.

Gdy dotarł pod budynek biura kopalni, na miejscu byli już zgromadzeni uzbrojeni strażnicy – również ci, którzy tego dnia nie pełnili służby.

– Szefie, przepraszam za kłopot!

Arobal rzucił te słowa, podchodząc do pojazdu.

– Jak wygląda sytuacja?

Obecny zarządca ziem Velkrysu, starszy magin imieniem Toyokawa, zapytał przez opuszczone elektryczne okno, nie zmieniając tonu głosu.

– Zgodnie z tym, co mówiłem przez telefon. Zabarykadowali się w budynku biura kopalni, przejęli pojazd patrolowy i tam się zaszyli. Uwięzieni strażnicy też są w środku.

– To Hillrot ich podburzył?

– Bez wątpienia.

Toyokawa uznał raport za wiarygodny.

Otworzył schowek z drewnianym wykończeniem i wyjął uniwersalną kaburę z pistoletem.

Wsunął ją za pasek spodni i zakrył poły beżowego, dwurzędowego garnituru.

Następnie ruszył pod górę w stronę biura kopalni, mając na sobie czarne, skórzane buty męskie.

– Szefie, zwariował pan?! Zabrali jeden z naszych wozów patrolowych! Jak zaczną walić z karabinu maszynowego, to po nas, no nie?!

– Gdyby chcieli strzelać, to już byście leżeli z dziurami jak sito. Dobra, najpierw niech się Hillrot odezwie.

Toyokawa wyrwał Arobalowi megafon – stożkowy, cynowany model bez wzmacniacza – wiszący mu na szyi.

I ruszył dalej pod górę, wzdłuż świeżych śladów wąskich opon, po nowo udeptanej ścieżce.

Ludność tych ziem, choć nie miała tu nic do załatwienia, troskliwie dbała o drogę prowadzącą do biura kopalni.

Jakby za wszelką cenę chcieli ocalić tę pamiątkę – by jej nie zapomnieć, nigdy.

Toyokawa w końcu dotarł na szczyt wzniesienia. Rozejrzał się.

Na rondzie przed wejściem stał zniszczony samochód ciężarowy Subaru Sambar. Nikt się do niego nie zbliżał, a w oknach budynku zaciągnięto zasłony.

Na dach z ołowianą blachą nie wspięli się żadni krasnoludzi – tylko młody kapłan Świętokrólewskiego Kościoła spoglądał z góry na całą scenę.

– A któż to taki?

Rozległo się przez megafon, donośnie, niemal teatralnie.

W tym samym czasie, zupełnie jakby od niechcenia, Toyokawa splecionymi za plecami dłońmi odpiął zatrzask kabury. Palce, nieco zbyt wolno jak na zwykły gest, przesunęły się po rękojeści broni i spoczęły na niej pewnie.

Jego pomarszczone powieki zamrugały leniwie – a za każdym razem, gdy to robił, czerwono-czarne oczy błyszczały i omiatały otoczenie niczym ostrzeżenie.

Arobal bywa niefrasobliwy, ale jeśli już dostaje zadanie, wykonuje je rzetelnie. Skoro mówił, że teren jest obstawiony, to musiał mówić prawdę. W takim razie zagrożenie stanowi tylko ten kapłan.

Był to wysoki, postawny mężczyzna po trzydziestce, o łagodnym wyrazie twarzy. W prawej dłoni trzymał zamkniętą świętą księgę, ubrany w czarny strój liturgiczny z uniesionym białym kołnierzem.

Toyokawa uniósł głowę i wpatrzył się w niego uważnie. Choć dzieliła ich pewna odległość, nawet jego stare oczy mogły jeszcze coś rozpoznać.

Wyraz twarzy kapłana mieszał gniew z żalem. Stał z godnością, spoglądając z góry na Toyokawę – z litością.

– A któż to taki? – zapytał donośnie przez megafon.

Nie mam zamiaru rozmawiać z kimś, kto nawet się nie przedstawi.

– Nazywam się Coltrata Bengarton. Jestem kapłanem-sekretarzem podległym bezpośrednio kardynałowi finansowemu Świętokrólewskiego Kościoła.

Bencanton często porównywany był do niedźwiedzia. Jeśli tak, to ten stary magin byłby krokodylem.

Gdyby nie podał swojego imienia, zostałby po prostu rozszarpany.

Starzec najpierw wbiłby zębiska, potem cisnąłby ofiarę o ziemię i utopił ją w najbliższym bajorku, aż kości i mięso się rozpadną.

Zaczął się jąkać i zbladł, czując wyraźnie, jak blisko był tego losu.

– Rozumiem. Miło mi pana poznać, ojcze. Nazywam się Namiyuki Toyokawa i to ja obecnie zarządzam tutejszymi ziemiami – Velcrys.

Starzec miał ze siedemdziesiąt pięć, może sześć lat. Twarz miał płaską, pooraną zmarszczkami, z białą brodą jak u pustelnika.

Ubrany był w prosty, beżowy garnitur – bez ozdób, taki sam, jakie ostatnio nosili wysłannicy Złotego Sojuszu i Królestwa Magii.

Był to magin, starzec z wyglądu, ale z pewnością ktoś więcej niż tylko starzec.

– A tak przy okazji… – odezwał się Toyokawa, zanim kapłan zdążył się odezwać.

– To nie uchodzi, ojcze. Tak sobie stać i patrzeć z góry… Ja jestem niski człowiek. Jeśli mamy rozmawiać, proszę zejść na mój poziom.

Przechylił kapelusz, skrywając twarz w cieniu.

– Czyżby ojciec był z tych, co wolą przemawiać z ambony do tłumu wiernych, zamiast zejść między nich?

– …!

Kapłan Coltrata Bengarton zadrżał z gniewu. Słowa Toyokawy były niczym ostrze – pełne szyderstwa i pogardy. Zacisnął usta i ruszył w dół po dachu, nie odpowiadając.

Toyokawa ruszył w stronę zniszczonego Subaru Sambara, a Coltrata, udając opanowanie, podążył za nim i stanął naprzeciw.

Klamka przy drzwiach wejściowych opadła.

Część mieszkańców, która wcześniej zabarykadowała się w środku, zaczęła otaczać dwójkę – starego i młodego – skupionych wokół Sambar Trucka.

Telek, który już uniósł pistolet Makarowa i odciągnął kurek, gotów urządzić rzeź, ryknął głośno. Powstrzymał go wybuchowy wrzask krasnoluda.

Toyokawa przemówił, spokojnie, ale z nieukrywaną ironią w głosie:

– Hillrot, powiedz mi... Ten kapłan to twój pomysł? Nie sądziłem, że ktoś taki jak ty, który razem z Księżniczką Złota wypiął się na Świętokrólewski Kościół, nagle będzie się oglądał za takim młokosem.

Hillrot, krasnolud o twarzy pooranej goryczą, splunął w żwir i odpowiedział, twardym tonem warszawskiego robotnika:

– Tak jest. To ja wysłałem pismo do świątyni w Świętym Mieście, żeby ktoś przyszedł i pomógł zażegnać ten konflikt. On przyjechał na moją prośbę.

Toyokawa rozpoznał w tej natychmiastowej odpowiedzi fałsz.

Ale uznał, że skoro już przybył ktoś z zewnątrz jako mediator, może to tylko ułatwić sprawę.

– No cóż… niech będzie. Panie Coltrato, zgadzam się, by pan pełnił funkcję mediatora w tej sprawie. Możemy kontynuować rozmowę, prawda?

Otoczony przez przepełnionych wrogością mieszkańców, Toyokawa nie okazał ani cienia zdenerwowania. Odstawił na ziemię duży megafon, otworzył burtę Sambara i usiadł na pace.

Z paczki Seven Stars, ozdobionej kratką z drobnymi gwiazdkami na białym tle, wyjął papierosa z kunsztownie dobraną mieszanką tytoniu i wsunął go do ust.

W ręku miał przezroczystą, tanią zapalniczkę, którą kilkakrotnie przetarł, próbując wzniecić iskrę.

– Proszę pana... – odezwała się Sora, unosząc nieśmiało rękę.

Toyokawa rzucił na nią przelotne spojrzenie – i całkowicie ją zignorował.

– Kierownictwo uznaje wszystkie działania w tej sprawie za wstępny etap ujawnienia sytuacji w kontekście sporu pracowniczego. Jako zarządca tego miejsca nie udzieliłem wam prawa do strajku ani do negocjacji. Czy to jest dla was jasne?

– Gówno mnie to obchodzi! Nie przyjmuję tego do wiadomości, nie zgadzam się i nigdy nie zaakceptuję! To są ziemie należące do rodu książąt Velkrysu, nasza ojczyzna! Nie mam nic przeciwko maginom – nie dyskryminuję, nie szydzę – ale taki chciwy dupek jak ty nie ma prawa przejąć naszego zamku ani odebrać nam kopalni!

Tłum rozgrzał się jeszcze bardziej. Zgromadzeni wokół mieszkańcy zaczęli skandować:

– Tak jest!

– Masz rację!

– Nie damy się!

Ich wiara w sprawiedliwość tej sprawy kipiała w każdym okrzyku.

Coltrata Bengarton uniósł głowę, wzruszony.

W oczach stanęły mu łzy. Ścisnął mocniej świętą księgę w prawej dłoni i skinął głową z powagą, jakby sam Bóg przemówił przez tłum.

Ale Sora... czuła to inaczej.

Coś w niej krzyczało, że sytuacja wymyka się spod kontroli.

Wysunęła się na bok, z dala od skupiska, i zerknęła w dół zbocza.

Na szczęście strażnicy nie ruszyli się ze swoich pozycji. Ukryci za kilkoma zaparkowanymi małymi ciężarówkami – różnych marek, najwyraźniej zarekwirowanych z lokalnego użytku – tylko obserwowali rozwój wydarzeń.

Dowódca, skulony przy jednej z małych ciężarówek, wydawał się nasłuchiwać. Zapewne wykorzystywał karoserię pojazdu, na którym siedział Toyokawa, jako rezonator, by lepiej usłyszeć każde słowo.

– Ten cały Złoty Sojusz czy tam Złoty Widelec – nie obchodzi mnie, jak się zwą! Chciwcy mają natychmiast się wynosić! Oddajcie nam kopalnię, a wszystko wróci do normy!

Tłum ponownie zawrzał okrzykami. Sora poczuła, jak coś w niej zamarza.

W tym wrzącym kotle emocji była jak odłamek lodu – obca, oddalona.

Dreszcz przebiegł jej po ramionach, a skóra pokryła się gęsią skórką.

– To wszystko, co masz do powiedzenia?

Toyokawa zapytał cicho i chłodno. Strząsnął popiół z papierosa, pozwalając, by uniósł go wiatr.

Hilrot, mając za sobą okrzyki tłumu, wyprostował się z dumą, jakby podnosił sztandar sprawiedliwości.

– A zatem, panie Bengartonie... co sądzi pan o tych słowach?

Toyokawa wypuścił długi strumień dymu i w milczeniu utkwił wzrok w Coltracie. W jego oczach nie było gniewu – tylko głęboko skrywane, lodowate potępienie.

Coltrata Bengarton wierzył w swoją sprawiedliwość.

I właśnie dlatego jego wyrok był zimny. Im silniejsza była jego wiara, tym chłodniejsze brzmiały jego słowa wobec starszego magina.

– Słowa pana Hilrota uznaję za najbardziej godne w tej chwili – ludzkie i uczciwe.

Sora w końcu zamarzła.

– W związku z tym pan Toyokawa winien niezwłocznie opuścić te ziemie i powrócić do krainy maginów.

I tak negocjacje dobiegły końca.

Po chwili Toyokawa zgasił niedopałek, miażdżąc go podeszwą skórzanego buta, i wreszcie podniósł się, by sięgnąć po megafon. Wszyscy czekali z zapartym tchem – może stary magin uzna porażkę i wygłosi coś w rodzaju skowytu pokonanego psa.

Ale Sora już to rozumiała.

To nie były żadne „negocjacje”, jak powiedział na początku ten starzec.

To był „sąd”. I ona właśnie to pojęła.

– Proszę, przestań!!!

Zamiast przyznać się do porażki przez megafon, Toyokawa strzelił Hilrotowi w goleń.

Nie tylko w goleń – w prawą udo, w lewe ramię. A gdy ten, wkładając całą wolę i siły, próbował się odczołgać – przebił mu lewą dłoń.

Beretta 84 w dłoni Toyokawy oddawała kolejne strzały. Celowo unikał ciosów śmiertelnych. Strzelał spokojnie, raz po raz.

Z przekonania o zwycięstwie wyrwał wszystkich niespodziewany akt przemocy – między brwiami Tereka, który w przypływie furii sięgał po pistolet Makarowa, eksplodowała kula. Został trafiony z daleka.

Sora natychmiast spojrzała na zbocze po lewej stronie biura kopalni. Snajper już jednak zmienił pozycję.

Z kąta, pod jakim padały kolejne trafienia w uzbrojonych ludzi, jasno wynikało, że działały co najmniej trzy zespoły.

Strzały nie ustawały.

Każdy, kto nosił przy sobie jakąkolwiek broń – bez względu na wiek czy płeć – padał pod ogniem. Ucieczka ani opór nie miały znaczenia.

Ciała zalegały w kałużach krwi, przesyconych zapachem żelaza i tłuszczu.

Na miejscu pozostawało tylko ośmiu, którzy w porę porzucili broń – oraz Hilrot, leżący na plecach.

Coltrata wpadł w furię.

Już nie mówił – wrzeszczał, wykrzykiwał potoki oskarżeń i przekleństw, które dawno przestały układać się w sensowne zdania. Chwycił za świętą księgę i zaczął ją półgłosem recytować, gromadząc światło do oczyszczającej kuli.

Toyokawa jednak zrozumiał wszystko.

Z pozoru szaleńczy czyn miał dla niego jasne, jedyne możliwe uzasadnienie – i to właśnie, przez megafon, ogłosił Hilrotowi i Coltracie:

– Strajk Hilrota nie posiadał podstaw prawnych ani uprawnień negocjacyjnych!

– Dlatego też jego słowa są pozbawione sprawiedliwości!

– Zgodnie z warunkami umowy, działania te kwalifikują się jako podstawa do represji!

I nim Coltrata zdołał wypowiedzieć pełnię zaklęcia "Seratron" w imię Boga przeciwko diabłu, pocisk z karabinu 7,62 mm przeszył jego prawą dłoń wraz ze stronami świętej księgi.

W końcu Toyokawa zwrócił wzrok ku Sorze. Przyglądał się jej twarzy – zszarzałej, z oczami zwężonymi w skupieniu – jakby próbował ją przeniknąć.

Dziewczyna o dziecięcej buzi i niebieskich włosach... w wieku zbliżonym do Marfy.

I tylko ona naprawdę zrozumiała, jak bardzo miałem rację.

Nie to co Coltrata – niedojrzały, nieopanowany, skompromitowany. Ta młoda przynajmniej potrafi słuchać.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania