Życie po śmierci — Bohaterowie z przypadku

— Chcę żyć wiecznie z drinkiem w dłoni. Aby móc nigdy nie umierać wylizałbym samemu Lucyferowi kopyta lub Jezusowi zębami wyskrobał pięty — zapewniał Jacek kumpla, przekrzykując klubową sieczkę, lejącą się tłustym strumieniem z głośników. — Jak cycki kocham. — dodał.

Po słowach Jacka bezczelnie gapiło się na niego dwóch typków z równoległej loży. Dyskutowali, jakby obmyślali strategię podrywu. Ich do pozazdroszczenia szczęki à la Supermen chodziły jak nakręcone. Byli ubrani w białe garnitury, obu złociste loki zakrywały pół twarzy. Jacek wziął mężczyzn za gejów, którzy pozwalają sobie na zbyt wiele.

— W takim razi twoje zdrówko Jacuś! — zawołał Zbychu licząc, że cytrynówka wykrzywi mordę kolegi w precla, oszczędzając tym samym jego uszom pijackich tyrad.

— Ci dwaj liczą chyba na mały sparing. — stwierdził Jacek przekrzywiając głowę Zbycha w kierunku mężczyzn w garniturach o maści ptasich odchodów.

— Daj spokój, nie jesteśmy już gówniakami. Czterdziestka kilofem każdego dnia mnie naparza w krzyż, bo zawsze burdy wszczynałeś. — Zbychu polał kolejny raz, chwytając pokrytą zimnym potem butelkę cytrynówki. Podsunął kieliszek pod nos Jackowi, aby ostudzić mu buzującą krew. Znał Jacka całe życie, wiedział, że jest bardziej łatwopalny niż brykiet.

Para loczków dalej dyskutowała żarliwie, widząc jak Jacek woła ich do siebie, następnie grozi pięścią, a na koniec wyrywa się Zbyszkowi, który powstrzymywał go przed rzuceniem się na nich niczym czołg skompresowany do ludzkich rozmiarów. Nie zareagowali. Potraktowali go jak rozwydrzone dziecko domagające się uwagi rodziców, które najlepiej zignorować.

— Zamiast mnie trzymać, popilnuj mi telefonu.

— Wrzuć na luz i choć na spacerek białą ścieżką. — Zbychu urokliwie jak kociak podrapał się po nosie ciągnąc Jacka w stronę toalet.

Grupka przechodzących obok nastolatków zatarasowało drogę Jackowi do mężczyzn. Małolata idąca z boku, ubrana jakby pomyliła wyjście do klubo z wyjściem na basen przykuła wzrok Jacka nieco spuszczając z niego zgromadzony gniew.

— To lecimy na wężyka? — dopytał Zbychu również śliniący się na widok skąpo ubranej dziewczyny. W przeciwieństwie do przyjaciele z większą dyskrecją. Zerkając kątem oka.

Jacek nic nie mówiąc ruszył w kierunku męskiego WC, Zbychu uznał to za aprobatę jego pomysłu i zaczął się przedzierać przez tłum ludzi tańczący na parkiecie. Nad głowami ludzi kołyszących się jak boje w rytm muzyki, która wyciskała z wszystkich smutki razem z ostatnimi zaskórniakami. Lewitowała zbłąkana tragedia. Szukała swego dzisiejszego wybranka bądź wybrankę. Pomimo gąszczu potencjalnych kandydatów była wybredna, jak wychowanka królewskiego dworu.

Wchodząc do łazienki minęli w wejściu gościa śmierdzącego gorzej od góry przepoconych skarpet. Pomieszczenie należało do średniej klasy toalety; ściany były tylko lekko odrapane, żarówki sprawne w przeciwieństwie do spłuczek działających, w co drugiej kabinie.

Z czterech kabin ktoś w ostatniej, po lewej, zabawiał się bez cienia zażenowania. Brzmiało to jakby zamknięto w nich dwa goryle próbujące się wydostać. Zbychu chciał natychmiast wychodzić, ale Jacek zatrzymał go przytykając palec do ust. — Zbyszek po wciągnięciu śnieżnego naboju zwiniętą stówką zakaszlał głośno.

Kaszel zadział jak zaklęcie. Z kabiny wyszedł wytatuowany facet o posturze worka z cementem, miał do kolan spuszczone dresy oraz przyśpieszony oddech. Jego zachodzące krwią oczy lokalizowały cel do wysadzenia.

— Wypierdalać w podskokach. — krzyknął

Jacek naelektryzowany dwoma wciągniętymi kreskami poczuł wybuchające beczki prochu w mięśniach. Nim Zbyszkowi rzeczywistość przestała przypominać miksujące się ciasto. Jacek skoczył na faceta połowę większego. Uwiesił się na przeciwniku. Wsadził wielkoludowi zbrudzone kciuki do oczu. Wtedy wściekły mężczyzna złapał Jacak pod pachami, odrywając go od siebie jak strupa z kolan. Rzucił nim w kąt, aż Jackowi strzyknęły kości. Gdy facet podciągał spodnie i szukał wyjścia na oślep. Kopniakiem wyprowadził go Zbyszek, który zaczął odróżniać od siebie dwie ludzkie figury. Wcześniej dla niego ulepione z tej samej plasteliny. Zasapał się, po swoim wyczynie przykucnął przy Jacku. Dwoiło mu się w oczach.

— Zwracam ci honor za to, że nazywałem cię narzekającego na kręgosłup frajerem. — powiedział Jacek postawiony na nogi przez przyjaciela.

Rozchodząc ból, zajrzał do środka kabiny, z której wyszedł wielkolud, za nim zrobił to Zbyszek.

W niej znaleźli opartą o sedes dziewczynę. Mogącą mieć równie dobrze dwadzieścia lub piętnaście lat. Oszacowanie wieku utrudniał nałożony łopatą makijaż. Nie miała przy sobie żadnej torebki. Porwana granatowa sukienna w prążki odsłaniała jej nagie ciało do okolic pępka. Była ledwo przytomna. Jej były źrenice wielkości krążka hokejowego. Od czasu do czasu coś mamrotało marsjańskim dialektem. Zbyszek zrozumiał tylko, że dziewczyna podróżuje na płatku Cini Minis wielkości lotniskowca przez Drogę Mleczną. — Jacek sprawdził, czy dziewczyna oddycha. Po czym przykrył ją swoją kurtką.

— Co z tym mamy zrobić do cholery? — odezwał się pierwszy Zbyszek gryząc wskazującego palca jak Snickersa. Nieustanie poprawiał dziewczynie suwającą się z niej lotniczą kurtkę.

— Zostawmy ją tutaj. Wychodząc zadzwonimy na pogotowie anonimowo i po sprawie. — wymyślił Jacek blokujący drzwi, przed nieproszonymi natrętami.

Nagle ktoś od drugiej strony pociągnął za klamkę. Jacek przybłędę spławiał, ale natręt nie odpuszczał. Kopnął w drzwi chcąc je sforsować. Jacek zaparł się jak tylko mógł, przybłęda w końcu odpuściła, lecz oboje byli świadomi z Zbyszkiem, że czym prędzej należy się ulatniać.

— Powaliło cię do reszty, może ją kolejny zbok dorwie. Wynieśmy ją, będziemy mówić, że to nasza koleżanka.

Jacek nie słuchał Zbyszka, odszedł od stalowych drzwi. Zaczął ciągnąc kumpla, który zrósł się z podłogą za rękę.

— Straciłeś rozum, jak wezwą policję, to co? Na warunkowym nie mogę ryzykować….

W tym czasie do męskiej toalety wparowała wyglądająca już na swój wiek szesnastko latka, z tak samo przesadzonym makijażem jak dziewczyna z kabiny. Nieświadoma, że ślad za nią frunęła tragedia poszukującego tego, kto ją tej nocy posiądzie.

— Jula, gdzie ty byłaś i dlaczego głupia cipo telefonów nie odbierasz? — krzyknęła głosem świadczącym, że tej nocy tankowała do pełna. Na widok koleżanki, którą najwidoczniej Jula poznała zaczęła niezdarnie stawać, opierając się o boki kabiny. Otwierała usta, by coś powiedzieć, ale wylatywała z nich tylko opróżnione w rozwoju słowa.

— To nieźle z dwoma pohulałaś. — rzekła dziewczyna mierząc wzrokiem Jacka i Zbyszka. — Wstawaj prędzej, Mati czeka na nas.

Zbyszek pomógł Juli wstać, przewiązał jej kurtkę Jacka w pasie, by nie było widać zanadto porwanej sukienki. Jacek przypatrywał się z boku, dziękując niebiosom, że nie ma dzieci, o które musiałby się martwić. Nie cierpiał być pouczanym i nigdy nie wywyższał się wobec innych, udzielając rad, ale widząc te dwie kompletnie zwęglone przez alkohol i narkotyki młode dusze. Włączył się w nim instynkt ojcowski. Zapraną ich rodzicom rozbić na głowie butelkę Stocka, by zabrali się do wychowywania dzieci, a nie tylko ich hodowania.

Koleżankę wzięła po rękę ledwo idącą Julę. Kiedy wychodziły, Jula zrobiła tył zwrot. Doskoczyła do Jacka stojącego najbliżej. Pocałowała go namiętnie w policzek, jakby wysyła z niego krew. Doprowadzając tym koleżankę do granic cierpliwości. Dziewczyna szarpnęła Julę za włosy, aby odkleiła się od Jacka i pociągnęła za sobą ku wyjściu. Nie zwracając uwagi, że Juli plątały się nogi.

Pocałunek zostawił na policzku Jacka fioletowy odcisk warg Juli, wyglądający jak stempel. Jacka w tym miejscu zapiekła skóra, jakby ściśnięto go rozżarzonymi obcęgami. Podbiegł do kranu. Włożył pod silnie chlorowany strumień wody pół twarzy. Zbychu poklepywał go po plecach.

— Spokojnie, w ten sposób HIV nie złapiesz. — rzekł, chcąc uspokoić kumpla.

Średnia ocena: 4.5  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (6)

  • Narrator 4 miesiące temu
    Całkiem ciekawa i przewrotna historia. Wróg mojego wroga, jest moim przyjacielem. Ale ty pokazałeś nam więcej: Ofiara mego wroga, zasługuje na pomoc i współczucie. Niepowtarzalny styl Vincenta Vegi: „cytrynówka wykrzywi mordę kolegi w precla” — znakomita przenośnia. Pozdrawiam :)
  • Vincent Vega 4 miesiące temu
    Dziękuję bardzo za przeczytanie, pozdrawaim serdecznie. :)
  • Garść 4 miesiące temu
    "— Chcę żyć wiecznie razem z drinkiem w dłoni. Aby móc nigdy nie umierać wylizałbym samemu Lucyferowi kopyta lub Jezusowi zębami wyskrobał pięty. — Zapewniał Jacek kumpla przekrzykując klubową sieczkę lejącą się tłustym strumieniem z głośników. — Jak cycki kocham. — spuentował".

    Chropawo tu, w pierwszym akapicie.
    Popatrz.

    1. Chcę żyć wiecznie z drinkiem w dłoni. (razem wiadomo z kontekstu)
    2. (...)wyskrobał pięty. — zapewniał... (mała litera)
    3. (...) zapewniał Jacek kumpla, przekrzykując klubową sieczkę, lejącą się tłustym strumieniem z głośników. (przecinki) a na duży plus: tłusty strumień - bardzo udane określenie.
    4. "spuentował" - nie widzę puenty, jedynie wzmocnienie pociągu do alkoholu.

    "Dwóch typków siedzących w równoległej loży mających identyczne złote loki opadające na oczy, szczęki, których pozazdrościłby im sam Supermen oraz białe garnitury.

    1. Siedzących, mających - drażnią dwa imiesłowy z identyczną końcówką, w dodatku tak blisko siebie, styl tu pada na pysk, tym bardziej że kolejny imiesłów: "opadające" postawiłeś zaraz tuż obok.
    Nagromadzenie imiesłowów z reguły naznacza styl nieporadnością.
    2. Brak przecinka po Superman, bo to wtrącenie.
    3. Wypowiedzenie jest niedokończone, popatrz uważnie, no i co ma wynikać z wymienionych przez Ciebie przymiotów postaci?

    "Po słowach Jacka bezczelnie gapili się na niego, jakby obmyślali strategię podrywu". - i tu mamy dokończenie, tu, dopiero w następnym zdaniu, łapiemy sens.
    Trzeba te dwa zdania uczynić jednym, wielokrotnie złożonym, lub inaczej podzielić.
    Edytujesz?

    Styl jest ważny, zachęca lub odrzuca do kontynuowania lektury.
    Pozdrawiam z nadzieją :D
  • Vincent Vega 4 miesiące temu
    Dziękuję bardzo za wnikliwy komentarz, właśnie zabieram się do poprawy tekstu. Pozdrawiam serdecznie. :)
  • Garść 4 miesiące temu
    Vincent, gęsta ta proza i duszna, ale warto przeczytać do końca prolog do zapewne jeszcze 'cięższej' wersji mordowni. Bardzo udane niektóre frazy, ale korekta tu i ówdzie by się przydała.
    Pierwszy i drugi akapit teraz naprawdę spoko. Tylko jeszcze do wywalenia kropka po słowie: pięty.
    Pozdrawiam :D
  • Vincent Vega 4 miesiące temu
    Garść Dziękuję bardzo, również pozdrawiam.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania