Życie po śmierci — Ponowne spotkanie

Gdy piekący ból policzka ustał, Jacek uznał, że czas kończyć balet na dziś. Zbyszek odprowadził Jacka do auta. Chciał wezwać mu taksówkę, ale Jacek uparł się, że po kokainie wytrzeźwiał i sobie poradzi.

Tragedia odjechała razem z Jackiem, zaczynając swoje podchody. Wybrała go na swojego kochanka. Jej wybór jak często to w życiu bywa, nie był przemyślaną inwestycją uczuć, a spontanicznym kaprysem.

Tej nocy fotele Skody Jacka były wyjątkowo wygodne. Ogrzewanie nastawił na idealną temperaturę. Czuł się jak drzewko przesadzone z za ciasnej donicy do ogrodu. W końcu mógł, pozwolić sobie wypuści dłuższe korzenie.

Za szybami miejskie ławki, kosze na śmieci i drogę dotknęła językiem zima. Zostawiała na wszystkim szron. Połykane przez kryształki lodu promienie reflektorów, wytaczały Jackowi złotą linię trasy, którą mknął.

Również nią jednostajnie poruszał się za Jackiem inny samochód. Jacka nawiedziła myśl, że jest śledzony, ale uznał ją za paranoje. Od dziś był wolnym człowiekiem. Nie było nikogo, kto miałby powody go śledzić.

Poza tym ruch był zerowy. Jacek docisnął pedał gazu, by poczuć siłę wgniatającą go w miętki fotel. Zanurzony w nim jak w cieplicy, dopiero oswoił myśl, że jest na wolności. Natychmiast wyłapywał różnice pomiędzy nią, a więzieniem. W kryminale dni szybko powszechnieją. Smakiem przypominają mydło w kostce. Z dnia na dzień głowa się kurczy, razem z nią wspomnienia z czasów przed wyrokiem skazującym. Teraz odnosił wrażenie, że z każdym oddechem w zakamarkach pamięci wykluwa mu się nowe wspomnienie. Które dotychczas departament hipokampu uznawał za zaginione lub martwe. Cieszyło go to, jak dziecka odkrywanie słodkich tajemnic kalendarza adwentowego.

Zapomniał się, znacznie przekraczając dopuszczalną prędkość. Spojrzał w tylne lusterko. Zobaczył znów nieoznakowany samochód. Tym razem wewnątrz niego migotał policyjny kogut. Nagle serce Jackowi skurczyło się do rozmiarów, w którym jedna kropa krwi mogłaby je rozsadzić.

Wszystkie nieprzespane noce w celi weszły Jackowi pod paznokcie. Uwierały go jak drzazgi.

Spanikowany nie zdążył zahamować, gdy światła reflektorów obrysowały kontur postaci przed maską samochodu. Giętkie ciało odbiło się od twardej karoserii. Jacek zaciągnął ręczny. Wyskoczył z auta. Wóz jadący za nim okazał się fałszywym alarmem. Przejechał obok, wymijając Jacka, który w pasażerach rozpoznał parę loczków z klubu. Dalej pogrążonych w kłótni. Po niebieskim świetle nic nie pozostało.

Podszedł do potrąconej osoby, klęknął przy niej. Głowa Juli była wykrzywiona tak, że mogłaby polizać łokieć ręki, gdyby urwana nie leżała metr od niej. Krew na zamrożonym asfalcie przypominała rozlany kompot śliwkowy.

— Jebane fatum — powiedział do siebie Jacek, gdy odkrył, że potrącona dziewczyna to Jula. Wciąż miała przepasane biodra jego lotniczą kurtką. Śmierdziało od niej wódką gorzej, niż od kogoś, kto wpadł do cysterny Żubrówki.

W pierwszym odruchu wydobył z dna kieszeni telefon, pięć razy pomylił kod, blokując ekran. Ciepła krew pociekła mu kącikiem ust z przegryzionej wargi. Ból pomagał Jackowi zapanować nad nerwami.

Rozejrzał się wokoło. W niewielu domach wzdłuż chodnika światła były pogaszone. Kamer monitorujących małą uliczkę również nie dostrzegł. Żaden kolejny samochód nie nadjeżdżał. Świadkował mu wyłącznie wiatr, pogwizdując, wdzierał się pod jego spraną koszulę. Był tym samym wiatrem, w którego wsłuchiwał się w wietrzne dni owinięty kocem na pryczy.

Ściągnął z Juli kurtkę, która nasiąkła krwią. Jacek zaniósł ją do bagażnika, schował ją w znalezionej torbie. Rzucił okiem na przedni zderzak, był pozbawionych jakikolwiek śladów. Wsiadł do auta, zawrócił we wjeździe i odjechał.

— Głupia dziewucha, głupie smarkule, gdzie jej koleżaneczka, gdzie podziali się jej jebnięci w dekiel rodzice??? — w zapętleniu przewiały się Jackowi tę słowa, szatkując mózg.

Zanim wrócił do kawalerki odziedziczonej w spadku po matce, zajechał do lasu. Odnalazł zapamiętany z dzieciństwa staw. Znalezionym kamieniem zrobił wyrwę w tafli lodu. Wrzucił do niej torbę z zakrwawioną kurtką.

Szedł przez zarośla po ciemku, bo wciąż nie mógł przypomnieć sobie kodu do telefonu. Przewrócił się o korzeń, lądując w błocie. Umorusany i z liśćmi na twarzy wyglądał jak potwór z bagien. Wstał, spojrzał w kierunku stawu. Przywidziało mu się, że widzi ducha matki stojącego w miejscu, w którym utopił torbę. Nie poznał, by jej, gdyby nie zawołała głosem brzmiącym, jakby przeżuwała łańcuch rowerowy: „Jacuś ty zbóju, mówiłam, nie oglądaj tyle Janosika, inaczej wyrośniesz na podobnego oprycha”.

Podniósł z ziemi coś, co w dotyku przypominało gałąź. Objętością porównywalną do nogi od krzesła. Przyrżnął nią sobie w czoło, aż brzozy, sosny dookoła rozbłysły na krótki czas biało-szarym światłem – jakby cały świat zamienił się w zdjęcie rentgenowskie – po tym widmo matki zniknęło, a Jacek z zawrotami głowy, trochę błądząc, wrócił do samochodu.

W mieszkaniu nie miał siły nawet na szybki prysznic. Depcząc rozrzucone rzeczy na podłodze, położył się na tapczanie.

Pachniał odświeżaczem powietrza i syropem matki Jacka na kaszel. Piła go często bezpotrzebny, a wykręconymi przez reumatyzm dłońmi, zdarzało się jej rozlać go na łóżku.

Jacek odczuwał łomotanie w klatce, jakby krwinki białe z czerwonymi urządzały wobec siebie nawzajem rasowe czystki za pomocom armat.

Przed tapczanem na stoliku leżały tabletki na ból głowy. Wziął ich kilka, bo zawsze po nich robił się senny. Popił je zgodnie z zaleceniem w ulotce, stojącą pod stolikiem burbonem.

Wlepiał oczy w sufit. Na nim śmiało pomieszkiwał grzyb.

Myśli Jacka przypominały zwiędniętą paprykę, nafaszerowaną przegotowanym ryżem. Rozchodziły się na wszystkie strony, były ciaplaste, nie dało się wyłuskać z nich pojedynczego ziarenka.

— Aniele Boży, stróżu mój ty zawsze przy mnie stój... — recytował, mamrocząc modlitwę nauczaną przez mamę. Nie liczył na odkupienie. Pragnął zasnąć, ale sen wypełniał go powoli, jak kapiący kran ogromną wannę.

We śnie siedział w pędzącym pociągu, oglądając za okna szybko zmieniające się na przemian krajobrazy. Raz była to pustynia, drugi raz Antarktyda. Puste przestrzenie, gdzie słońce lub mróz tępiły, jak umiały każde próbujące zaaklimatyzować się tam życie.

Wysiadł z pociągu wprost do celi. Nie była, to jednak więzienie, w którym przyszło mu spędzić ostatnie pięć lat. Leżał na słomie, ściany były z kamienia, wilgotne. Szczury obgryzały szkielet przykuty łańcuchami do ściany naprzeciw Jacka. Rzucił się na kraty.

— Jestem już wolny, pomyłka, wypuszczono mnie! — zdzierał gardło do krwi. — Mnie już wypuszczono, ludzie…

Zjawił się strażnik, bogato zdobiony pas ściskał jego bebech wielkości bojlera, miętosił drewnianą pałkę. Przywalił Jackowi w paluchy. Jacek odskoczył od krat. Strażnik wszedł do środka, przewrócił Jacka na kupę słomy. Splunął na niego.

— Prysznic — zakpił.

Przybyli następni strażnicy, którzy skuli w łańcuchy Jacka oraz założyli worek na głowę. Maszerował za tłustym strażnikiem, krętymi schodami w górę, potem w dół. Co jakiś czas, ktoś go kopnął w łydkę lub w zad. Brakowało mu powietrza, po karku spływały krople deszczu.

— Chyba mnie prowadzą na przesłuchanie — pomyślał.

Gdy strażnicy kazali mu wejść na jakiś podest i Jacek poczuł szorstki sznur na szyi. Zrozumiał, dokąd był odprowadzany…

Zdarto Jackowi z głowy worek. Stał na szafocie, pod nim tłum bez zębnych wieśniaków i ubranych w łachmany parobków. Zanurzeni byli w szerokiej kałuży do kostek. Porzucili na czas egzekucji skubanie gęsi, ciosanie kołków, by wykorzystać okazje, do wyżymania z siebie zakamuflowanej pobożnością nienawiści. Słodkiej jak plaster miodu, a jednak surowo zakazanej, niczym zajmowanie pierwszych ławek w kościele przez biedotę.

Gromada jednogłośnie krzyczała:

— Śmierć nasieniu szatana! — Rzucając w Jacka zgniłymi jajami.

Wszystko Jackowi przed oczami pędziło, jak posłaniec mający donieść królowi o kochankach królowej.

Deszcz przestał padać, wiatr był łagodny. Chmury odgrodziły Ziemie od słońca.

Kat wszedł na szafot, głośno waląc glanami o schodki. Był wciśnięty w lateksowy strój, z maską na oczach. Błyszczał wymazany wazeliną. Śpieszył się, bo chciał najszybciej wracać na orgię, z której za chabety go wyciągnięto.

Audytorium przywitało go z oklaskami, godnymi gwiazdora rocka. Kat się ukłonił, poprosił Jacka o przebaczenie. Zatarł ręce. Chwila później, sprawnie, szybkim ruchem, pociągnął za wihajster.

Wzruszony tłum zapiał z podziwu dla Kata, ów się grzał w blasku pochwał. Podładowany energią tryskającą od zgromadzonych, wskoczył im na ręce. Paru rosłych chłopów porzucało kata w górę, po wiwatach zaniosło go na barkach tam, gdzie sobie zażyczył.

Zamiast turbiny do piekła, ruchomych schodów do nieba lub ścieżki do czyśćca. Jacek nadal widział pod sobą wyschniętego wieśniaka, który z emocji zeszczał się w spodnie. Sam też poczuł smród własnych fekaliów. Całego Jacka ogarniał ból skręconego karku, ale był wypełni świadomy. Wręcz nad świadomy, zmysły mu się wyostrzyły. Słyszał rwący dźwięk dzielących się komórek w ciele. Telepał się na boki jak ryba złapana na haczyk. Oczy miał żywe i wytrzeszczone.

— Diabła, trza spalić, by nas nie opętał! — Któryś z wieśniaków ryknął, reszta przytaknęła.

— Biegiem, po proboszcza.

— Drewna dajcie.

Pod szubienice chłopi kładli przyniesiony z chlewków chrust. Baby wtykał między niego siano. W gronie gapiów nieustanie tkwiących w kałuży Jacek ujrzał widmo matki, bijącej dzwonkiem zawieszonym na kiju od miotły.

— Sancte Michael Archangele, defende nos in praelio, contra nequitiam et insidias diaboli esto praesidium… — Wezwany ksiądz szedł z gromnicą, szepcząc łacińskie egzorcyzmy.

Widmo matki Jacka machało dzwonkiem zajadlej, im kapłan zbliżał się do przygotowanego stosu. Dzwonek wdrapywał się w uszy Jacka, dopiero jego dźwięk pozwalał mu umrzeć. Wraz z kolejnymi uderzeniami jego płuca wyzbywały się tlenu, serce zmniejszało obroty. Ból karku zanikał.

Jacek zerwał się z tapczanu, paliło go w przełyku, jakby wczorajszej nocy jeden z loczków spuścił mu się żarem do gardła. Ból głowy utrudniał Jackowi przypomnienie sobie jak korzystać z dolnych kończyn. Na domiar złego, ktoś gwałcił paluchem przycisk dzwonka do drzwi…

Następne częściŻycie po śmierci — Mamusia

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Narrator 4 miesiące temu
    Przeczytałem z przyjemnością.

    Ciekawa i momentami zaskakująca historia, w której ucieczka od rzeczywistości kończy się koszmarnym snem. Elementy fantastyczne komplikują, jednocześnie wzbogacają fabułę opowiadania.
  • Vincent Vega 4 miesiące temu
    Dziękuję bardzo za śledzenie historii, zdradzę tylko, że w ostatniej, następnej części elementy fantastyczne okażą się kluczowe i wyjaśniające wiele. Pozdrawiam serdecznie:)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania