Życie po śmierci — Mamusia

Postawił jedną nogę na podłodze i zgniótł pustą paczkę po Doritosach. Z drugą kończyną było trudniej. Jacek musiał ją zepchnąć, bo całkowicie ignorowała rozkazy płynące z neuroprzekaźników.

Chwiejnym krokiem szedł ku drzwiom. Głowa Jacka przez noc zamieniła się w bąbel, po użądleniu szerszenia. Jego krew była jak gorący budyń. Przepływając przez mózg, ścinała go niczym białko na patelni. Ktoś nieustanie drażnił paluchem dzwonek. Normalnie przedostanie się z tapczanu pod drzwi, zajęłoby Jackowi parę sekund, ale wówczas każdy krok był walką o zachowanie równowagi. Ktoś za drzwiami zirytowany brakiem odzewu na dzwonek zaczął walić w nie pięścią. Jacek chciał, coś powiedzieć. Wyszedł z jego ust jedynie alkoholowy opar. Aparat mowy dziś również, jak noga postanowił zachować autonomie.

Już ręka była w locie, aby przekręcić klucz w zamku, gdy umysł Jacka się odkorkował.

— Cholera jasna, a jeżeli to psy? — zapytał sam siebie cicho.

Odzyskał kontrolę nad całym ciałem, wycofał się w głąb kawalerki. Wyjrzał dyskretnie za okno. W miejscu, w którym wczoraj zaparkował pożyczoną od Zbyszka Skodę.

Nie było śladu po aucie. Jednak w jego miejscu stał niski facet, w ciemnej marynarce, pół twarzy zasłaniały mu przeciwsłoneczne okulary. Facet jadł rogala i chodził w kółko. Co jakiś czas rzucał spojrzenia w stronę balkonu Jacka.

Od stóp do głów ogarnął Jacka strach. W odruchu wziął z komody obok nożyczki. Wbił je sobie centymetr w dłoń. Nagły ból trochę go uspokoił. Odświeżył umysł.

— Musiała być tam kamera lub cholerny świadek. Obsrał gacie na początku i dopiero gdy odjechałem, wyskoczył za krzaków, wzywając pomoc, do… kurwa, Ani, Baśki? Do głupiej małolaty. Naćpała się i była sama sobie winna. Fura na bank jest już podawana obdukcji. — pomyślał.

Ostatecznie otworzył drzwi, bo lepszego wyjścia z sytuacji nie widział. Zaczął układać sobie w głowie historyjkę, tłumaczącą ewentualne ślady na Skodzie, ale każda bajda wydawała się Jackowi durniejsza od poprzedniczki. Co dopiero funkcjonariuszom. Zaczął się pocić z nerwów, poczuł zapach olejnej farby, który zapamiętał z pokoju odwiedzin. Silna wola powstrzymywała Jacka przed wbiciem nożyczek w brzuch i ślepa wiara, że tym razem mu się upiecze.

Rygiel odskoczył. Klamka gryzła Jacka w zdrową dłoń, jakby przez noc wyrosły jej tygrysie zęby.

— Wiesz co to hamulec ręczny? — wypalił stojący w drzwiach sąsiad.

— W czym problem? — zapytał Jacek, odpychając dłonią mężczyznę, który postawił stopę za próg kawalerki. — O co chodzi z tym hamulcem ręcznym?

— Nie zaciągnąłeś, zaczynam zmianę za dwadzieścia minut, a twój grat stoczył się z parkingu i blokuje moją Audi. Trzeba myśleć nad tym, co się robi, zamiast marzyć o niebieskich migdałach. —Facet wrzeszczał na Jacka. Ochlapywał go przy tym śliną, jakby zamiast języka miał spryskiwacze. Fakt, że Jacek się rozluźnił, bo nikt nie zaświecił mu przed oczami odznakę. Uratował facetowi życie.

— Masz pan ogromne szczęście, żeś otworzył. — Gdyby nie był postury szympansa z nadwagą, który całe życie musiał dźwigać kartony w Tesco. Skoczyłby Jackowi do gardła. Powstrzymywały go również pewne plotki. Teściowa sąsiada Dagmara znała się doskonale z matką Jacka Sylwią.

Wspólnie pod rękę chodziły na wieczorne msze. Jedna modliła się o pracę dla syna nieroba, druga o nowego zięcia, nie kretyna. Kiedy umarła matka Jacka przez rok przepasała ramię czarną wstążką i w piątki odwiedzała grób zmarłej przyjaciółki. Podczas topienia z zięciem topora wojennego w nalewce. Dagmara zwierzyła się mu ze swoich podejrzeń. Uważała, że śmierci Sylwii i aresztowanie jej syna tego samego dnia nie jest przypadkowe. Sąsiad uznał oskarżenia teściowej za starcze urojenia, mimo to wolał uważać.

— Ogromne szczęście. — powtórzył Jacek.

W tym samym momencie mdły zapach klatki wydał się Jackowi równie czarujący, jak Dior za parę stówek.

— Zrobisz coś, czy będziesz tak stał? — rzekł sąsiad.

Jacek zniknął w kawalerce. Ściągnął z haczyka kluczyk i rzucił sąsiadowi, który im się przyglądał, marszcząc brwi.

— Słyszałem, że śpieszno ci do roboty, więc nie stój, tylko leć przedstawić moją Sodę. Każda ryska będzie kosztować cię zęba. — zagroził owiniętą w ścierkę pięścią. — Pamiętaj.

Mężczyzna pokazał środkowego palca Jackowi, po tym zbiegł schodami. Zgubił prawie trampka.

Jacek usiadł na tapczanie. W jego orbicie znalazł otwartą paczkę kabanosów, którą napełnił żołądek. Pulsujący ból w ręce, którą Jacek wbił sobie nożyczki, przestawał go odprężać.

Potem wygrzebał z szafki nad zlewem ciastka i potraktował je jako deser. Zorientował się, że intensywniej krwawi z dłoni. Nie miał na stanie apteczki ani bandaży. Polał wódką ranę oraz opatrzył ścierką. Wrócił na tapczan. Żałował sposobu postąpienia z sąsiadem, ponieważ mógł zauważyć ślady po potrąceniu małolaty, których osobiście nie zauważył we wczorajszym szoku.

Zadzwonił do przyjaciela. Nie zdzierżyłby dalej milczących czterech ścian. Był pewien, że lód pod nim lada moment pęknie. Otworzą się drzwi kawalerki, wbiegnie jego matka i go spałuje. Osobiście, ciągnąc Jacka za włosy, zamknię go w celi więziennej.

Zbyszek wpierw odrzucił połączenie. Wtedy Jacek odniósł wrażenie, że matka go obserwuje. Był na jej pogrzebie. Wiedział, że to irracjonalne, ale w tamtej chwili był pewien, że jest w pobliżu. Ukryta pod tapczanem lub lewitująca jako duch nad nim. Zapach syropu matki trepanował mu czaszkę. Bolesne rozmyślania przerwał telefon od Zbyszka.

— Sorki, że nie odebrałem. — Zbyszek mówił zaspanym głosem.

— Daj spokój, to ja cię budzę nad ranem. Nie musiałeś oddzwaniać. — zamilkł, nie wiedząc, od czego zacząć. — Co tam? — rzekł banalnie.

Z głośnika Jacek usłyszał szelest kołdry i przełykanie wody przez Zbyszka.

— Bez jaj, od ciebie odebrałbym od razu. Myślałem, że taka jedna pochwa dzwoni, wczoraj nie miałem ochoty o tym opowiadać. Chce mnie wrobić w dzieciaka.

— Kiepsko, jest jakaś szansa, że to twoje?

— Jakbym cokolwiek pamiętał, to może miałbym coś na swoją obronę. Zaczekam, aż urodzi i zrobię testy na DNA. Najgorsze, że już wariatka domaga się szmalu na prywatnych lekarzy. Kazałem jej…

— Jestem w dupie. — przerwał Jacek. Mierziła go każda sekunda milczenia. Streścił Zbyszkowi wczorajsze wydarzenia.

Zbyszek zaniemówił na dłuższy czas, poprosił Jacka, aby zaczekał. Było słuchać, że stuka palcami w klawiaturę laptopa. Literował niezrozumiale dziwnie brzmiące słowa.

— Bracie, możesz jedynie dać nogę. — W końcu się odezwał.

— Wszędzie mnie znajdą, a nie księżyc nie polecę. — odparł wątło, liczył na więcej. Widział w wyobraźni potężny wyrok za zabójstwo. Skulił się na tapczanie. W gotowy kłębek do rozjechania walcem, który poprowadzi Temida.

Sąsiad zadzwonił ponownie do drzwi. Jacek znalazł na wycierce kluczy od Skody wymazany psim kałem. Podniósł go razem z wycieraczką i wrzucił do wanny w łazience. Zalał wodą.

— Na księżyc raczej nie, a do Rosji już tak. Skończyłeś mechanika, nie?

— Sto lat temu, a co? Mógłbyś jaśniej, dostaje udaru.

— Mam partnerów w interesach w Rosji. Mogliby cię przygarnąć, byś rozbierał kradzione fury na części. Bezpieczna robota. Wózki zazwyczaj się z Niemiec lub innych krajów. Zarobisz spoko szmal. Język jest prosty, reszta przyjdzie z czasem.

Raz jeszcze rozbrzmiał dzwonek, Jacek obawiał się, że za późno już na wyprowadzkę. Połykając z nerwów własny język, otworzył drzwi. Nikogo za nimi nie było.

— Zeschizowałem totalnie do kurwy nędzy. — wyznał i przycisnął telefon do skroni. Robiąc, prawie w głowie dziurę. Podszedł go okna, samochód stał tam, gdzie powinien. Facet, który tam się kręcił, wyparował.

— Napij się na nerwy. Pamiętaj u nas kundle, są leniwe. Poszedłbyś na komisariat, przyznając się do winny, a kazali by ci stanąć w kolejce. — Przerwał, ktoś dzwonił do Zbyszka na Skype. — Opanuj się, załatwię wszystko. Trzymaj telefon przy dupsku.

Gdy Zbyszek się rozłączył, Jacka kompletnie dobiła myśl o ucieczce. Nie wiedział szans dla sobie za granicą. Odnalazł jakąś walizkę i spakował do niej skąpy dobytek; kilka T-shirtów, dwie pary spodni, bieliznę oraz niekompletne skarpetki.

Składając koszulkę, chciał pozwolić sobie na łzę. Wyłącznie jedną, ale bardziej słoną, niż Morze Martwe. Której gorycz zmarszczyłaby skórę policzka. Jackowi zaszkliły się oczy, już miała popłynąć drobna kropelka…

Nie pozwoliła mu na to dłoń, która musnęła ramię Jacka.

— Co za chuj? — krzyknął wystraszony

Za nim, na wyciągnięcie ręki stał jeden loczek, którego zapamiętał z klubu. Towarzyszył mu gość, który z miejsca parkingowego obserwował jego okno. Jacek złapał za krzesło. Rzucił nim w loczka. Jackowi zagotowały się soki trawienne, a jelita wyprostowały, gdy mebel przefrunął przez jegomościa.

— Pauza — powiedział mężczyzna w przeciwsłonecznych okularach.

Jacek nie mógł się poruszyć, był sztywny, jak sopel lodu. Loczek odgarnął włosy z czoła i pstryknął palcami. Nie wiadomo skąd z żyrandola wyrosła linia. Niczym wąż boa owinęła się wokół szyi Jacka. Podźwignęła go. Moment później Jacek był już martwy. Porwał go mrok.

Wypluty przez ciemności, odzyskał świadomość, lecz pozbawiony był ciężaru ciała. Jako duch wciąż nie mógł wykonać żadnego ruchu. Loczek podszedł do Jacka, włożył mu obśliniony paluch do ucha.

Tym sposobem połączył Jacka ze strumieniem świadomości. Przypominało to włożenie głowy do wirującej pralki. Po zażyciu kilograma LSD. Tonął w feerii barw jak zanurzony w tęczowym slashi. Oblepiając wszystko sobą, co materialne i nie we wszechświecie

W Jacku pojawiła się wiedza, że od dnia śmierci będzie świadkiem setek brutalnych rozstań, krwawych wypadków. Aby ból skończoności wypalił mu się na siatkówkach. Opętał duszę. Pomyślną rekrutację zawdzięczał przede wszystkim modlitwą matki.

— Masz już niezłe doświadczenie Jacuś. — rzekł loczek, odrywając Jacka od strumienia. — Za życia zabiłeś matkę, Julię, będziesz pierwsza klasa kostuchą. Chcesz rękojeść w jakimś konkretnym wzorku? — zapytał ze szczerą serdecznością.

Kolega loczka przeobraził się w jego bliźniaka. Zostawił sobie na nosie z poprzedniego wcielenia przeciwsłoneczne okulary. Stał przy ścianie, nic nie mówiąc. Wyglądał na znudzonego robotą.

— To były wypadki, same wypadki, gdyby mamusia nie była kurwą, by żyła. Jakby głupia małolata nie upiła się, też by żyła. Nie zasłużyłem sobie na to. — wyjęczał Jacek. Wolał na dożywocie wrócić do więzienia lub rozpłynąć się w próżni.

Typ w przeciwsłonecznych okularach zaklaskał leniwie. Kawalerka zmieniła nieco wystrój, pojawiły się w niej paprotki, dywan z frędzlami. Matka Jacka popijała z miarki syrop. Trzymała na wieży z poduszek zagipsowaną nogę. Skakała po kanałach. W tym czasie sobowtór Jacka w drugim pokoju pakował plecak. Szukał w pokoiku latarki.

— Zostawiasz mnie, jak twój ojciec. — mówiła pełna żalu do syna.

— Nigdy mamusi nie zostawię, wychodzę zarobić. — odrzekł z drugiego pokoju. Starał się trzymać nerwy na wodzy. Oddychać głęboko, jak radzili na zebraniach AA. Piekł go język. Domagał się wódki, a głos w głowie podpowiadał, aby rozbić pustą butelkę na głowię matki.

Sylwię zainteresowała reklama nowego środka do mycia nauczyć. Bardzo rozbawił się żart gadającej piany.

— Zastanawiam się, co jest gorszę. — mówiła rozbawiona. — Czy to, że twój ojciec wyszedł i nigdy nie wrócił. Czy to, że ty kuźwa zawsze wracasz? Robiąc mi wstyd, żyjąc z kradzieży. Żałuję, że cię nie wyskrobałam, kiedy mogłam. — nalała do miarki resztkę syropu. — Masz zepsutą krew po nim. — W geście bezbronności wychyliła miarkę.

Jacek obserwował przywołane wspomnienie, płacząc. Nie płakał zwyczajnie, łzy wyciskał z sobie z trudem.

Jego sobowtór wściekłym krokiem podszedł do matki. Dyszał ciężko, czerwony na twarzy, niczym, oblany wrzątkiem.

— Nie kradłbym, gdybyś mi szmato nie zabroniła iść do techników. — krzyczał.

Sylwia podparła się na rękach. Mocno chrypiącym głosem. Brzmiącym, jakby ktoś szlifierką rozcinał blachę, ryknęła na syna.

— Nie tym tonem śmieciu do matki. Chciałeś do technikum, a ledwo zawodówkę skończyłeś. Dzięki mnie masz jakiekolwiek wykształcenie.

Sobowtór Jacka poderwał Sylwię z tapczanu. Sylwia darła się wniebogłosy. Jacek wrzucił matkę i zamknął ją w łazience. Porwał z wieszaka kurtkę i wyszedł.

— Zmarła z przedawkowania syropu, ale jakbyś jej Jacek nie zamknął, wezwałaby pomoc. — przemówił loczek w przeciwsłonecznych okularach. Tonem, jakby żuł gumę i już chciał iść.

— Zaświaty, to nie ziemia, tu nie ma wyroku za nieumyślne spowodowanie śmierci. — dopowiedział drugi loczek. — Chcesz klasyczny strój, czy… dobra szczegóły omówimy innym razem. — uznał po spojrzeniu na Jacka.

Duch Jacka zrobił się prawie przezroczysty i wątły. Nic nie powiedział, bo wiedział, że jego los jest przesądzony. Próbował gryźć język, wargi, ale kojący ból się nie pojawiał. Odczuwał wyłącznie chłód.

Jeden z loczków splunął na podłogę. W tym miejscu pojawił się portal do zaświatów.

— Już czas. — powiedzieli jednocześnie.

Kiedy opuszczał kawalerkę, Jacek miał wrażenie, że żegna go śmiech matki. Chichrał się tapczan, ściany płakały ze śmiechu, wszystkie meble były rozdygotane wesoło.

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 6

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (9)

  • Narrator 2 miesiące temu
    Jaskrawe, intensywne, irracjonalne. Postaciami są jacyś anty-bohaterowie, obrzępały, przedstawiciele lumpenproletariatu. Aż dziw, że wytrzymują takie tempo życia. Czyżby to był post-socjalistyczny realizm? Fabuła moim zdanie nieco rozmyta (może celowo), ale poszczególne sceny bardzo wyraziste, wywołujące wrażenie, aż do bólu. Do tego wiele oryginalnych, zabawnych opisów, n.p. „Chichrał się tapczan, ściany płakały ze śmiechu, wszystkie meble były rozdygotane wesoło.”

    W dwóch chyba miejscach niepotrzebnie rozdzieliłeś zdanie, ale to drobiazg. Przy takiej objętości często się zdarza. Podziwiam ogrom natchnienia oraz tempo w jakim robisz z niego użytek. 5.
  • Vincent Vega 2 miesiące temu
    Dziękuję bardzo za przeczytanie :)
  • Tjeri 2 miesiące temu
    Pomysł żywy, migotliwy. Sceny dynamiczne i czyta się dobrze, mimo minusów tekstu.
    To teraz te minusy: nie wiem, czy wynika to z pośpiechu w pisaniu, ale jest widoczna pewna niechlujność, która sprawia, że momentami zaciera się co kto powiedział, pomyślał. Sporej części trzeba się domyślić.
    No i błędy, które być może wynikają z punktu wyżej. W każdym razie interpunkcja jest dramatyczna, gdzieś tam ort mignął.
    Mimo to, jak napisałam wyżej, czytało się dobrze, na pewno czytelnik nie może się nudzić.
  • Vincent Vega 2 miesiące temu
    Dziękuję za przeczytanie i uwagi. Odnośnie uwag, myślałem, że jest to logiczne, pomyliłem się i postaram się to naprawić. :)
  • Tjeri 2 miesiące temu
    Vincent Vega
    A może jest to logiczne, a ja jakoś niedostatecznie sformatowałam się pod tekst. Czasem tak bywa. Przydałoby się zdanie kogoś jeszcze.
  • Vincent Vega 2 miesiące temu
    Tjeri Każda opinia jest cenna, dziękuję za poświęcony czas. :)
  • Literkowa Bitwa na Prozę 2 miesiące temu
    Zapraszamy do wzięcia udziału w Bitwie na Prozę!
    Tematy to:
    1) Ucieczka na inną planetę
    2) Pokochałam(em) wroga
    więcej znajdziesz:
    https://www.opowi.pl/profil/literkowa-bitwa-na-proze/
    Piszemy do 31 października!!!
    Liczymy na Ciebie!
    Literkowa
  • Baba Szora 6 dni temu
    Bardzo ciekawy, żywy tekst - podoba mi się okrutnie Twój sposob narracji :-)
    Lekko odniosłam wrażenie, że akcja po pojawieniu się Loczka zbytnio przyspiesza tzn ze opisujesz mniej, a wiecej sie dzieje.
    Jakbys sie spieszyl do konca ;-)
    Pozdrawiam,
  • Vincent Vega 6 dni temu
    Pozdrawiam serdecznie i dziękuję bardzo. To prawda trochę się spieszyłem, bo straciłem wiarę w tę historię i chciałem ją szybko zakończyć.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania