Bractwo-Rozdział 7

Chłodny wiatr od strony morza, delikatnie studził rozgrzane ciała naszych podróżników, po Jasmin nie było widać, by upał lejący się z nieba jakoś jej przeszkadzał, spokojnie przemierzała drogę na czarnym koniu, wyprostowana, wpatrzona w krajobraz przed sobą. Zupełnie inaczej przedstawiali się Rudolf z Ryszardem, nawet pod tymi lekkimi zbrojami ze skóry wzmocnionymi magią kamieni gotowali się, jak kurczak w garnku. Młodzieniec słaniał się na swoim wierzchowcu, by w końcu upaść na gorący piasek, jego towarzysz opuścił swój środek transportu i z zatroskaniem na twarzy, podbiegł do niego z bukłakiem wody. Przystawił do jego suchy warg, by go nawodnić. Beduinka podjechała do nich:

– Możemy jechać dalej?

– Młody musi odpocząć, w tym stanie dostanie udaru, już teraz jest mocno rozpalony – powiedział, kiwając głową na znak sprzeciwu.

– I wy chcecie stworzyć wielką organizację, a nie umiecie się przystosować do takich znośnych warunków?

– Słuchaj paniusiu, cenie sobie Dawida ponad życie, chociaż on robi maślane oczka do ciebie, ja nie zamierzam, więc natychmiast znajdujesz jakieś cieniste w miarę chłodne miejsce. Wykonam moje zadanie, ale nie kosztem zdrowia kogokolwiek z naszej drużyny. Zrozumiałaś?

– A jeśli nie to, co? – Zbliżyła się do niego, na twarzy Ryszarda po raz pierwszy zagościł gniew, podskoczył na kamieniu i z pół obrotu kopnął dziewczynę, zrzucając ją z konia, następnie położył jej swoje kolano na klatkę piersiową i wysunął ukryte ostrze, podsuwając jej pod gardło, z zaciśniętymi zębami odezwał się:

– Musisz zapamiętać jedno, dołączyłaś do naszej drużyny i masz współpracować, jeśli będę musiał, to zabiję cię dla dobra Bractwa, nikt tu nie struga samotnego wilka, dobro drużyny ponad wszystko. Teraz dosadnie się wyraziłem?

– Nawet przyjemnie leży się w tej pozycji, a może chcesz sobie ulżyć? Śmiało – W jej twardych i niezłomnych oczach nie odnalazł strachu.

– Nie mam zamiaru, w końcu jestem rycerzem i podrywaczem, ale nie gwałcicielem – Schował broń do karwasza i wrócił do młodego.

– Jesteście zupełnie inni od moich pobratymców – Wstała, masując obolały po kopnięciu policzek.

– Nie myl nas z romantycznymi rycerzami, o jakich śnią znudzone szlachcianki. Lubimy wypić, pobić się i spędzić noce z kobietami, jesteśmy po prostu ludźmi, tak samo, jak twoi rodacy, czy to muzułmanie, czy chrześcijanie, zawsze znajdą się szubrawcy i dranie, fanatycy, ateiści, naiwni i ciężko stąpający po ziemi. To, że w swoim życiu trafiłaś na najgorszy element, nie znaczy, że wszystkich można oceniać jedną miarą – Wyjął z juków obszerny kapelusz i przykrył nim głowę Rudolf, najpierw wsadzając go na konia.

– Mów co chcesz, dzięki mojej gorącej krwi, nie raz, nie dwa wychodziłam z tarapatów, a przeważnie wszyscy moi gwałciciele są pod ziemią, albo bez jaj.

– Każdego dzikiego ogiera można ujarzmić.

– Nie mnie, mój bułat splami się krwią każdego, kto śmie mnie zlekceważyć – Lekkim ruchem wskoczyła na wierzchowca.

– Widzę, że kłótnia z tobą nie ma sensu, gdzie możemy odpocząć?

– Nie dojedziemy tam, nadchodzi burza piaskowa... – rzekła, wpatrując się z uwagą w zaciemnione niebo na wschód od nich.

– Tutaj? Jesteśmy niedaleko wybrzeża, a według moich informacji, to zjawisko zachodzi głębiej lądu – lekceważąco spojrzał na arabkę.

– Wybieraj, nie słuchasz mnie, kontynuujemy, bądź znajdujemy jaskinie i przeczekujemy – Sięgnęła po bukłak wody i upiła trochę z zawartości.

– Gdybym był tylko z tobą, zaryzykowałbym, jednak mam pod opieką młodego i nawet wyimaginowane zagrożenie jestem w stanie przyjąć za niebezpieczne.

– Mamy godzinę na znalezienie schronienia – Starannie zlustrowała pustynie w poszukiwaniu góry.

– A co jeśli dookoła nas są same równiny?

– To módl się do swojego boga o łaskę, bo jest mała szansa, że przeżyjemy, taką wielką burzę – Nie dostała żadnej odpowiedzi od Ryszarda, po dłuższym czasie odnaleźli pieczarę, zabili węża, który tutaj przesiadywał i wprowadzili konie do środka, towarzysz Rudolfa, z niepokojem wpatrywał się w jego stan, chłopak całą twarz miał mokrą od potu i czerwoną od piekącego słońca, nie miał z nim kontaktu, prócz bełkotania. Sprawdził z pomocą pochodni, czy nie ma żadnego innego paskudztwa, po czym ułożył go na prowizorycznym posłaniu, zmoczył wodą czystą tkaninę i wytarł mu twarz. Jasmin przysiadła się do nich i za ciekawieniem spytała:

– Myślałam, że macie ulepszone ciała, dzięki temu waszemu eliksirowi.

– Prawda, ale młody nie doświadczył takiego upału, dlatego organizm się dopiero przystosowuje – Nim dostał kolejne pytanie, w grocie zrobiło się niesamowicie ciemno i cicho, a przed wyjściem było widać, jakby ktoś kijem mieszał piasek, ziarenka niczym padający śnieg, wiły się dookoła, tworząc ścianę piachu i ziemi. Konie zaczęły się płoszyć, a do jaskini wdzierać pył pustyni, niczym pełzający bezkształtny potwór, gdyby burza zaskoczyła ich w czasie drogi, ich oczy i usta byłyby pełne nieproszonej, pylnej substancji, oraz straciliby poczucie kierunku, kierując się głębiej na pustynie, co równałoby się ze śmiercią z odwodnienia. Jasmin patrzyła z tryumfem na towarzysza, jednak on siedział cicho, nie chcąc dać jej satysfakcji, czuł, że nie polubi jej. Dziewczyna, w końcu dała za wygraną i rozpalając ognisko, spytała:

– Co miałeś na myśli, mówiąc maślane oczka?

– Tak się u nas mówi, gdy komuś ktoś się podoba – odparł wymijająco.

– Więc twierdzisz, że mu się podobam – podparła rękoma podbródek i spoglądała w rozpalony płomień.

– Tak mnie się, wydaję – Widać, było po nim, że nie chce kontynuować tematu.

– Moje ciało wielu mężczyznom się podoba.

– Dawid taki nie jest – rzekł Ryszard, sprawdzając swój miecz.

– A jaki jest? – Z zainteresowaniem, przeniosła wzrok na swojego rozmówce.

– To przykładny typ szlachcica, odważny, mądry, lubiący pomagać innym, mający szacunek do każdego stworzenia, a w szczególności do kobiet, jest też człowiekiem wierzącym.

– Mówisz? Jakoś nie widziałam tego szacunku, gdy mordował strażników.

– I tu pojawia się jego druga natura, gdy ktoś zagrozi mu, bądź osobie bliskiej jego sercu, zrobi wszystko, co musi, by zapewnić bezpieczeństwo, nawet dopuści się zabójstwa. Biada temu, kto go zdenerwuję, bo gniew jego straszny – Schował miecz do pochwy i wysunął ręce na ognisko.

– Ciekawy człowiek, mówiłeś, że jest wierzącym, to dlaczego tak jak inni nie potępia mnie, jako muzułmanki?

– Zaproponował ci przejście na chrześcijaństwo, a zresztą ocenia ludzi przez pryzmat czynów, choć inna religia może mu nie co przeszkadzać.

– Czyli ma wady, myślałam, że przedstawisz go jako wzór cnót.

– Nie jest ideałem, ale dobrym przyjacielem, to mi wystarczy, Nie zanosi się, by miało przed zmrokiem przejść – Z niechęcią spojrzał na sytuacje rozgrywającą się za jaskinią.

– Chcesz się nałykać piachu, to proszę bardzo, możemy jechać.

– Dobra, zostajemy. Młody powinien dojść do siebie rano – Jego wzrok złagodniał na widok Rudolf, rzucającego się w gorączce i bełkoczącego z przewidzeń.

– To lepiej przygotuj dla siebie i niego ciepłą odzież, noce są tu, naprawdę chłodne... – powiedziała, dokładając do ogniska, a jej oczy jarzyły się smutnym blaskiem.

– Pamiętam o tym. Co za kraj... Jak nie gorąco i niebezpieczne zwierzęta, to jeszcze można rozchorować się z wahań temperatury... Dawidzie, gdzieś ty nas wysłał...

Następne częściBractwo-Rozdział 8  

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania