Droga wojownika (Star Wars)-Rozdział 1

Na podstawie Star Wars, wiele postaci i innych rzeczy zaczerpnięte z tej sagi. Jest to moja swobodna opowieść oparta na tym, co stworzył G. Lucas. Wszelkich fanów uprzedzam, że nie wszystko będzie tak, jak w oryginale. Dlatego nie bijcie :)

 

Przeszklony zbiornik z nieznaną substancją i moi bracia unoszący się w podobnych. To pierwsze moje wspomnienie, od kiedy powstałem. Nie czułem niczego, po prostu istniałem. Dopiero później wraz z szybszym wzrostem i rozwojem, nabrałem logicznego myślenia. Posiłek, nauka, spanie, te rzeczy, niczym natrętny automat przewijały się przez życie kadetów.

Mogliśmy tylko obserwować ćwiczenia starszych. Nie było łatwo, jeśli wykryli u ciebie wady, kończyłeś, jako nieudany obiekt testowy, a klonerzy godzinami sprawdzali, co poszło nie tak. Nikt o tym nie mówił, ale każdy to wiedział. Klon musiał być idealny, by mógł wykonać zadanie.

Gdy światła gasły i szykowałem się do snu w kapsule, myślałem, kim jestem? Człowiekiem? Marionetką, a może zwitkiem genów? Traktowano nas niczym skałę, którą trzeba oszlifować, bez możliwości wyboru, czy też zaprotestowania. Inni godzili się z tym, zainteresowani tylko nadchodzącym zadaniem. Mieliśmy tylko służyć Republice, być jej narzędziami. Czułem się inny, mimo tego samego wyglądu.

Wreszcie kilka lat później po szkoleniu teoretycznym i fizycznym, przenieśli nas do ćwiczeń z bronią laserową. Ustawieni w kolejce odbieraliśmy swój sprzęt.

— Numer? — spytał klon z niebieskimi oznaczeniami.

— CCC- 3310. — rzuciłem, przyjmując wyprostowaną pozycję. Porucznik zaznaczył coś w swym notatniku, a sierżant podał karabin blasterowy i białą zbroję. Następnie udaliśmy się do sali treningowej, gdzie czekał instruktor, wygląd podobnie jak my, ale nie był wyhodowany.

— Jestem kapitan Raven, od teraz jestem waszym ojcem, bratem, diabłem, wyzyskiwaczem, czy innym utrapieniem. Od dziś blaster DC-15A stanie się waszą trzecią ręką, będziecie potrafili złożyć go w kilka sekund, obsługiwać nawet ledwo stojąc na nogach. Nawet w kiblu będziecie się musieli bronić, jak puszka wparuję wam z E-5. Najważniejsze jest wykonanie wszelkich rozkazów, nie macie nad nimi myśleć, od tego są mądrzejsi. Jesteście żywymi narzędziami, a ja zadbam, byście nie odstrzelili sobie tyłków. Sformujcie się w pięcioosobowe drużyny i zobaczymy, czego nauczyliście się, gapiąc tępo w holokrony. Jazda panienki, nie mamy czasu — darł się, jakbyśmy stali kilometr dalej. Pierwszy team został przerzucony na pole ćwiczeń, test miał sprawdzić, czy poradzą sobie z prostymi B1. W międzyczasie mogłem poznać swoich kolegów, którzy prócz imion niczym się nie różnili, klonerzy nadawali je, by w czasie walki usprawnić komunikację. Rex, Albion, Duke, Jack i ja Cody. Nie byli zbyt rozmowni, spokojni i opanowani. Czym więc różnili się od droidów?

— Drużyna Echo, wasza kolej. — rzucił do nas kapitan. Ścisnąłem mocniej swoją broń i weszliśmy przez otwarte drzwi. Kilka skał, betonowych zapór i zaimprowizowany posterunek wroga. Zadanie proste, unieszkodliwić nieprzyjaciela i zająć przyczółek. Nic nie zapowiadało nadchodzącej katastrofy.

Ukryliśmy się za osłonami, gotowi na sygnał oznaczający początek ćwiczenia, B1 używali ogłuszających karabinów, my zaś mieliśmy obcować z ostrą amunicją. Przeciągły dźwięk wypełnił sale, a na nasze pozycje poleciał deszcz ognia. Co robić? Atakować szarżą, czy działać taktycznie? Dla moich kolegów było to chyba jasne, skoro wybiegli, strzelając do droidów. Dopiero teraz zauważyłem, że to czyste samobójstwo, Albion i Duke po zabiciu pięciu nieprzyjaciół i dobiegnięciu do celu, zostali unieszkodliwieni przez obsadę bunkra, który miał być pusty. Taka niemiła niespodzianka od instruktora. Rex wbiegł pod lufę Jacka i runął śmiertelnie ranny. Sprawca tego też długo nie ustał, trafiony w plecy, przez jeszcze działającego wroga. Musiałem działać szybko, zastrzeliłem najbliższych trzech, przerabiając ich na śrubki i doskoczyłem do rannego. Próbowałem dociągnąć go do osłony, lecz ja również padłem. Zabrzmiał alarm kończący, zdezaktywowano pozostałe maszyny, przynajmniej tak to wyobrażałem sobie, po wybudzeniu przez medyka.

Cała nasza czwórka została wezwana przez kapitana.

— Większych głąbów nie widziałem, Urządzilibyście niemały cyrk dla swojego potencjalnego generała. Czy wiecie, że przez was jedno z ogniw przestałoby funkcjonować? Czy dociera do waszych pustych głów, że nawet od małego trybika, zależy powodzenie planu? Wasze życia są nic nie warte, póki nie służycie Republice, jednak nie ważcie się ginąć bez wykonania zadania. Jestem zawiedziony waszą piątką, daliście się zabić, niczym żółtodzioby. Według klonerów jesteście idealni, czyż więc mam was uznać za wadliwy towar? — Specjalnie zaakcentował ostatni wyraz, wiadomo co dzieje się z osobnikami niespełniającymi wymagań. — Na małe uznanie zasługuje kadet Cody, choć gdyby miał więcej rozumu, ostrzegłby kolegów. Dodatkowo twoja celność też wymaga poprawy, mógłbyś ze spokojem uratować kolegę i załatwić o wiele więcej blaszaków. Niniejszym pierwszy test oddziału Echo zostaje zakończony niepowodzeniem, nie zostajecie dopuszczeni do trudniejszego etapu. Odmaszerować.

Każdy z nas odczuwał niesmak, wiem, bo jesteśmy tacy sami. Tu nie było taryfy ulgowej, byliśmy specjalne stworzonymi żołnierzami o znacznie zmodyfikowanych parametrach bojowych, to zadanie powinniśmy przejść z palcem w dupie, jak to mawia nasz kapitan. A może rzeczywiście to błąd w genach? Czyżby czekała nas "kasacja"? Następny dzień mógł być naszym ostatnim.

Średnia ocena: 4.5  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Ario 2 miesiące temu
    Jestem mega fanem star wars i jako fan mam zdanie iż jest nawet spoko
  • krajew34 2 miesiące temu
    Dzięki. Jak na razie to taki krótki wstęp, by zobaczyć odbiór.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania