Droga Wojownika-Rozdział 4

Genosis, planeta leżąca na Zewnętrznych Rubieżach Galaktyki, położona niedaleko Tatooine. Pustynna, zamieszkała przez owadzią rasę, słynną ze swych umiejętności budowania statków. Tak brzmiał opis z bazy danych, który musieliśmy zapamiętać, wiedza o zamieszkałych planetach jest obowiązkowa dla każdego klona.

Ten wielki kamulec, wypełniony piachem był naszym celem, co mieliśmy na niej robić? Mogłem się tylko domyślać, rozkazy brzmiały: Wspomóc Jedi i czekać na następne polecenia. Jak zwykle ogólnikowo bez żadnych szczegółów, równie dobrze mogła to być misja pokojowa, a my mieliśmy odegrać rolę straszaka, albo pokazu siły. Tak przynajmniej sądziła większość, ufna niemal bezrozumnie w to, co mówili wyżsi dowódcy. Rutynowe zadanie, obejdzie się bez strat, tak powtarzali, doglądając sprzętu każdej drużyny i kompani. Czy tylko mi wydawało się dziwne, że mówiąc to, spoglądali na stan broni, ilość amunicji i czy wszyscy są zdrowi? Dało się wręcz odczuć małe poddenerwowanie, jakie zwykle klon nie przejawia, tym bardziej klon dowódca. Coś było nie tak.

— Poruczniku, sir. Kiedy wylądujemy i jakie są dalsze rozkazy. Moi ludzie się niecierpliwią — spytałem, salutując.

— Niebawem sierżancie, niebawem. Czyżbyś nie ufał dowódcom, żołnierzu? — Przyjrzał mi się dokładnie, wypatrując odstępstw od normy.

— Nie sir, zwykła ciekawość, wynikająca z bezczynności.

Skinął tylko głową i wrócił do poprzednich obowiązków. Dalsze przepytywanie nie miało sensu, mogłem się tylko narazić. Skierowałem więc swe kroki w stronę oddziału, ogłaszając krótki trening. Wprawdzie oni byli spokojni, jednak niewesołe myśli ciągle dręczyły głowę, musiałem się tego pozbyć, nim zacznę dowodzić oddziałem na Genosis. Zabrzmiał alarm, ogłaszający czas nocny, pora wrócić do pomieszczenia sypialnego. Przed oczyma wciąż miałem różnorakie wizje śmierci, nawet zasypiając, wyobraźnia nie przestawała złowrogo pracować.

Po kilku dniach dotarliśmy na orbitę planety, nie wiedziałem, czy natknęliśmy się na wroga, czy okolica była pusta, zwykli sierżanci i szeregowi mieli ograniczony dostęp, mogli tylko przebywać na kwaterach i innych pomieszczeniach socjalnych. Tak, jakby trzymali nas z dala od pewnych spraw, innym to nie przeszkadzało, wiedzieli, co mają robić. Ja jednak wszędzie węszyłem jakiś postęp, może rzeczywiście miałem jakąś wadę genetyczną? Może stanowiłem zagrożenie dla siebie i braci?

Wycie alarmu rozbrzmiało w całym okręcie, znak, że nadszedł czas walki. Bez trudu odnalazłem swych ludzi i udałem się z nimi na lądowisko.

Wszystko to, podobne było do załadunku żołnierzy na Kamino, z tą różnicą, że „ładowanie” kanonierek odbywało się szybciej, w o wiele większym chaosie. Tak, jakby czas odgrywał tu kluczową rolę. Skupiając się tylko na wskazanym pojeździe, wsiedliśmy do środka tuż obok dwudziestu innych klonów. W tym czasie zauważyłem wybuch, w tym hałasie trudniej było usłyszeć własne myśli, a co dopiero coś innego. Jakiś idiota, bawiąc się detonatorem termicznym, przełączył go przez przypadek w "trupi przełącznik". Cała jego drużyna przestała istnieć. Nawet wśród klonów, zdarzają się "mądrzy inaczej".

Nasza kanonierka uniosła się w powietrze, zamykając oba wejścia. Byłem zadowolony, że opuszczam to miejsce. Kto wie, ile jeszcze takich wypadków wydarzyło się w wyniku zbytniego pośpiechu i głupoty. Wnętrze zalało blade niebieskie światło, trzymając się za uchwyty, czekaliśmy na lądowanie. Miałem tylko nadzieję, że ten trzeszczący, metalowy złom dowiezie nas do celu i nie rozpadnie się w mrocznym kosmosie. Tam nawet nasze hełmy nie pomogą.

Zaczęły się turbulencję, a materiał statku zaczął wyć dziwnym dźwiękiem. Chyba weszliśmy w atmosferę Genosis, mogłem tylko wnioskować, skoro nie mieliśmy poglądu na zewnątrz. Kilka minut później poczuliśmy uderzenia o kadłub, a ze sterówki wyskoczył strzelec.

— Ty i ty pomóżcie mi. — Wskazał na żołnierzy blisko drzwi. — Jeśli zaraz ich nie otworzymy, to się ugotujemy. Dostaliśmy w silnik i w mechanizm otwierający. Chłodzenie ledwo działa.

Gdy zardzewiałe wrota uchyliły się, ukazały katastrofalny scenariusz. Dookoła nas spadały zestrzelone kanonierki, a błyski laserowe przecinały niebo. Jeden z pocisków wleciał do środka, przebijając klatkę piersiową Exo. Nie miał szans na przeżycie i przy pierwszym uniku wyleciał z pojazdu. Nie było czasu myśleć o nim, a przecież był to pierwszy zabity z mojej drużyny, a ja nawet nie odczułem w stosunku do niego żadnej empatii. Trzymając się mocno, zawieszonych u góry uchwytów, próbowaliśmy zostać w środku. Było to trudne, zważywszy na gwałtowne manewry wymijające. W końcu powoli zdążaliśmy do ogromnego budynku z placem na środku, tam również trwała już walka.

Kolorowe błyski mieczy świetlnych mieszały się z pociskami wystrzelonymi przez droidy B-1 i B-2. Liczba ciał i natężenie ognia świadczyło, że rycerzyki przegrywają. Ustawiliśmy się przy wyjściach, ostrzeliwując wroga, blastery o dziwo, były naprawdę celne i blaszaki padały od naszego ognia. Chwile pokrążyliśmy, osłaniając lądujących braci, w międzyczasie na podłodze LAAT legły kolejne martwe klony, tym razem nie z mojej drużyny. Smród palonego metalu, hałas wystrzałów i palce pracujące na spuście, wszystko to, sprawiało, że krew szybciej płynęła w żyłach. Niemal automatycznie kierowałem swym miotaczem, przechodząc z celu na kolejny. Gdy sytuacja na dole unormowała się, polecieliśmy w dalszą drogę w kierunku powoli startujących, ogromnych statków wroga. Im bliżej nich byliśmy, tym ostrzał stawał się gęstszy i traciliśmy kolejne kanonierki.

Zaczęliśmy zniżać się w stronę najbliższego lądowiska, już widzieliśmy ziemię. Eksplozja wyrwała mnie z pojazdu, na całe szczęście piach złagodził upadek z nie dużej wysokości. Szybko rozejrzałem się za transportowcem, jednak pozostał tylko wrak i około dziesięciu ludzi lekko rannych. Z mojej drużyny pozostali tylko Albion i Rex, pozostałych nie znałem. Nie mogliśmy tutaj zostać, przejąłem dowództwo i ruszyliśmy w stronę naszych wojsk. Nagle od strony wraku usłyszeliśmy krzyki, to pilot i jeden ze strzelców palili się żywcem. Postępując według szkolenia, pozostawiliśmy ich. Nie mieliśmy sprzętu, by pomóc nieszczęśnikom. Te krzyki będą prześladować mnie do końca marnego życia. Szaleńczo biegnąc, zbliżaliśmy się do AT-TE. Te wielkie, kroczące kolosy skutecznie prowadziły ogień w kierunku nieprzyjaciela. Była szansa, że tam znajdziemy wyższego oficera, który nami pokieruje.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Wrotycz 2 miesiące temu
    Przeczytałam. Interesujący opis walki, na tyle obrazowy, że poczułam się w środku zdarzeń.
    Czyli myślenie zbiorowe nie jest cechą klonów, no tak, to oczywiste.

    Masz tam kilka niedoróbek językowych. Interpunkcja i nie tylko. Warto przejrzeć.
  • krajew34 2 miesiące temu
    Sorki za błędy, ale jestem beznadziejny w korekcie. :( Dzięki, że wpadłaś.
  • Trening Wyobraźni 2 miesiące temu
    krajew34, oto Twój zestaw:
    Postać: Czarnoskóry plenipotent
    Zdarzenie: Biwak z baribalem

    Gatunek (do wyboru): Kryminał lub Bajka/baśń/legenda/przypowieść lub Horror i pochodne
    Czas na pisanie: 12 maja (niedziela) godz. 19.00

    Powodzenia :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania