Droga Wojownika-Rozdział 6 (ostatni)

Oczekując na mistrza, z nudów zacząłem przyglądać się komnacie. Zapaloną latarką powoli omiatałem nieznane symbole i rysunki, zapewne jakieś mądrości Jedi lub inne pierdoły. Wzrok jednak przyciągał jeden ryt, przedstawiający małą grupkę osób, otoczonych przez innych podobnych osobników, wszyscy uzbrojeni byli w broń, z wyglądu przypominającą miecze świetlne. Zapewne historia z przeszłości, opowiadająca o wspaniałym zwycięstwie nad Sithami. Szkoda, że nie wspomnieli, ilu zginęło, wtedy heroizm nie byłby taki wspaniały.

— Sierżancie, sierżancie! — Usłyszałem wołanie straży przedniej.

Dłonią wskazałem reszcie, by pozostała na swoich miejscach, a sam skierowałem się w stronę wołającego.

— O co chodzi żołnierzu? — Niemal piekielny żar nie zmalał ani trochę, a suchy piach dostawał się w każdy otwór zbroi.

— Niech pan spojrzy sir, tuż pod horyzontem widać kogoś podążającego do nas.

Odebrałem lornetkę z rąk szeregowego, rzeczywiście, w znacznej odległości ujrzałem szybko poruszającą się postać, z daleka przypominał członka Zakonu. Musiałem zastanowić się nad następnymi krokami, na moich barkach spoczywało ochranianie tego miejsca, a planeta mimo naszej okupacji nadal pozostaje przeciwieństwem bezpieczeństwa. Jednak za zastrzelenie rycerzyka groziło rozstrzelanie albo – co gorsza – sekcja na Kamino.

— Nie strzelajcie, ale miotacze w pogotowiu. W razie czego przybędziemy z pomocą. — Oddałem sprzęt żołnierzowi i wróciłem do komnaty. Mistrz Qudan nadal przebywał w środku, nie dając znaku życia. Zaczynałem się lekko obawiać, ale rozkaz brzmiał czekać i ochraniać.

Mijały minuty, a czas jakby stanął w miejscu, zapętlając się. Zapamiętałem każde z tych malowideł, przeczyściłem swój karabin, sprawdziłem amunicję, pozbyłem się piasku z hełmu, po Jedi ani śladu. Poczekam do zmierzchu, jeśli nie wróci do tego czasu, sprawdzimy co z nim. W dupie mam ich zasady, mamy być żołnierzami, a nie niańkami.

Nagle cała jaskinia zabrzmiała echem wystrzałów i jakiegoś buczenia. Założywszy nakrycie głowy, pobiegłem wraz z dwójką, by zobaczyć, o co chodzi. Przed wejściem stała zakapturzona postać, jej czerwony miecz pokrywał się z zachodzącym słońcem, a dookoła leżeli moi bracia. Ślady na ich napierśnikach jasno wskazywał, że już się nie podnoszą.

— Kolejne marne klony jak miło. Mistrz miał rację, wysyłając mnie na tę ognistą równinę. — Odwrócił się do nas, zdejmując kaptur. Jego twarz była cała czarna, z mnóstwem nieznanych białych symboli. Przygotowaliśmy się do strzału, powoli domyślając się z kim mamy do czynienia. W bibliotekach klonerów szkarłatny miecz pasował tylko do jednej grupy, Sithów, po których tylko najgorszego można się spodziewać.

— Strzelać! Zabić skurwiela — krzyknąłem, naciskając spust. Nieprzyjaciel nie spieszył się, ze spokojem odbijał nasze ataki swoją potężną bronią. W pewnym momencie nagle wypchnął rękę do przodu. Poczułem, jakbym dostał ścianą energii, poszybowałem aż do komnaty. Tylko hełm uratował mnie od roztrzaskania czaszki na skale. Uderzenie zrobiło swoje, wszystko było zamazane i chwiało się. Jak przez mgłę widziałem rzeźnie swoich ludzi, nasze potężne karabiny bez problemu niszczące puszki, teraz były bezradne, a klony niczym bydło padało od miecza.

Oparłem dłoń o pas, sprawdzając, czy nie mam jakiegoś opatrunku, znalazłem tylko granat jonowy. Może go nie zabije, ale była duża szansa na ogłuszenie. Zdobywszy się na daleki rzut, posłałem go w kierunku wroga, jednocześnie pożałowałem tego, gdy spazm bólu przeszedł po całym ciele. Niestety włożyły w to za mało siły, tylko drasnąłem nieprzyjaciela. Krzyknął rażony prądem, z wściekłością w oczach spojrzał na mnie, ponownie wyciągnął dłoń do przodu, wysyłając mnie w przestworza, tym razem hełm nie wytrzymał, przy kolejnej ścianie pęknięty spadł z głowy. Przeleciałem przez zrobiony przez siebie otwór, do sali obok tej, do której udał się mistrz.

To cud, że trafiłem na wgłębienie wypełnione dziwną, mętną wodą, skutecznie stłumiła impet uderzenia. Zaciskając zęby z bólu, powoli wynurzyłem się na powierzchnie, głośno wciągając upragnione powietrze. Czułem całe ciało, mimo to powoli czołgałem się w kierunku wroga. Rozkaz niczym straszny ciężar ciążył mi na duszy, nie mogłem się mu sprzeciwić, tak nam wbijano do głów od wyjścia ze zbiornika. Ledwo widząc, zauważyłem dwie postacie, walczące miedzy sobą. Ciepła zieleń zderzała się z lodowatą czerwienią, iskrząc na wszelkie strony.

Był to pokaz wspaniałej szermierki, przynajmniej tak mi się wydawało, choć nie znałem się na tej broni. Uniki, kontrowanie, odskakiwanie, ataki mocą, takiego pojedynku rzadko można spotkać na polu bitwy, gdzie pocisk nadchodzi z każdej strony. Po chwili widać było, jak napastnik ma przewagę nad mistrzem Jedi i powoli przejmuje kontrole nad walką.

— Piękna sztuka, nieprawdaż? — usłyszałem nieznany głos, jakby ktoś stał nade mną. Z ogromnym wysiłkiem odwróciłem głowę. Przybysz był lekko przezroczysty, nosił szaty Zakonu i miał długą szyję z czarnymi jak noc oczyma.

— Kim ty do cholery jesteś? — wychrypiałem.

— Reliktem przeszłości, zapomnianą historią, zatartymi przez czas wydarzeniami, wybierz sobie. Jednak to nie jest ważne. — Skrzyżował ręce i spojrzał na mnie. — Powiedz mi liczne dziecię, nie pragniesz wygrać z tym nędznym Sithem? Czy raczej już się poddałeś?

— Klon... walczy... do... końca... za... Republikę — wysapałem, z trudnością podnosząc się.

— Czy jednak nadal nim jesteś?

Nie zrozumiałem pytania dziwoląga.

— Jeszcze w pełni tego nie pojąłeś, ale moc skierowała cię na dziką drogę, biedny numerze. Skazany na wieczne balansowanie między dwoma stronami, puste naczynie napełnione dla starych idei.

Stwór bredził gorzej od nie jednego mistrza Zakonu, kątem oka zauważyłem, jak mistrz Qudan zostaje przebity ostrzem, a potężny wróg powoli kieruje się w moją stronę, szyderczo spoglądając w moją stronę, zupełnie nie interesował go ten ktoś obok mnie. Tak jakby dla niego nie istniał albo go nie widział.

— Wybieraj liczne dziecię, zgiń tutaj, jako jedna z licznych ofiar tego konfliktu, albo wyciągnij dłoń i zabij wroga.

Myśli plątały się w głowie, do takiej sytuacji żadne szkolenie nie przygotowuje. Rozkaz. Rozkaz. To słowo drążyło dziurę w czaszce. Podniosłem dłoń do góry, czując, jakby przez cała ciało przebiegał prąd. W wyobraźni pojawił się obraz kuli energii, wychodzącej z palców, nim zdążył pojąć, co się dzieje, świetlisty pocisk wyleciał, uderzając w zaskoczonego Sitha. Z dziurą w ciele runął z łoskotem na podłogę. Smród palonego mięsa rozszedł się po jaskini, rozejrzałem się za tym dziwnym kimś, lecz nikogo nie było.

Pokuśtykałem do rycerzyka, sprawdzając, czy mogę mu jeszcze pomóc, w końcu to on był tu najważniejszy. Jeszcze dychał, choć nie długo. Trzęsąc się, złapał mnie za rękę.

— Gdzie jest Darth Moon? — zapytał, a strużka krwi popłynęła z jego ust.

— Uciekł sir. Uratowałem się tylko dlatego, że posłał mnie daleko w głąb skał. — Skłamałem, ja skłamałem. Niemożliwe, skłamałem dowódcy.

— Przekroczyłeś próg świątyni? — Jednak zaraz zmienił temat, jakby zapomniał o pytaniu. — Weź ten holokron, nie może wpaść w ręce mrocznej strony.

Podał mi błękitny sześcian, noszący upływ czasu, kilka sekund później skonał. Rozejrzałem się dookoła, wszędzie trupy. Właśnie, co zrobić z tym martwym Darhem Moonem? Jak go zobaczą, zaczną pytać. Wybór mógł być tylko jeden, kłamać i oszukiwać dalej. Zaciągnąłem ciało do urwiska i zrzuciłem je w przepaść, licząc, że to wystarczy. Skąd w ogóle ona się wzięła wraz z kamiennym mostem, prowadzącym na drogą stronę? Eh ci Jedi, z tymi ich tajemnicami.

Zmęczony usiadłem pod ścianą, mój ekwipunek znów był w fatalnym stanie, hełm nie nadawał się do włożenia, a zbroje ledwo się trzymała, a o miotaczy nie wspomnę, nawet nie wiem, gdzie jest. Dobrze, że komunikator działał, nowy gadżet, a już wyglądał, jak po wieloletnim używaniu. Połączyłem się z dowództwem i poinformowałem o sytuacji. Teraz wystarczyło czekać na ratunek...

Zaraz, zaraz jest jeszcze ten cholerny ścigacz. Ponownie dźwignąłem się na nogi, wytężając mięśnie do wysiłku ponad miarę. Dotarłem do pojazdu, ustawiłem dźwignie gazu na automat i poszybował w przeciwną do bazy stronę, przy większym szczęściu zagrzebie go burza piaskowa.

Wyczerpany ległem w chłodnym wejściu pod ścianą, sen dopadł me obolałe ciało.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Ogonisko 2 miesiące temu
    I o to chodzi.
  • krajew34 2 miesiące temu
    Wprawdzie zbytnio nie rozumiem komentarza, ale dziękuje za odwiedziny.
  • Ogonisko 2 miesiące temu
    krajew34 znaczy, że mi się podoba.
  • krajew34 2 miesiące temu
    Ogonisko skoro tak, to miło mi, że moje bazgroły spodobały ci się.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania