Poprzednie częściKrąg - Prolog  

Krąg - Rozdział 1 - Kukła

Pierwsze co zrobiłem po wejściu do domu, to zapaliłem parę świec. Na zewnątrz robiło się powoli chłodno a słońce, prawie całkowicie zaszło. Ściągnąłem z siebie swoje ubranie i powiesiłem je na wieszaku obok drzwi. Książkę położyłem na łóżku, które znajdowało się naprzeciwko wejścia. Przeszedłem parę kroków po skrzypiącej podłodze i położyłem się na łożu. Podniosłem książkę, która leżała obok mnie i zacząłem czytać.

Pierwszy rozdział opowiadał o genezie oraz historii magii do roku tysiąc dwieście dziewięćdziesiątego. Wydawałoby się, że będzie to w miarę ciekawe, jednak pozory mylą. Każde kolejne słowo czytało się coraz trudniej, a sama historia poznawania tajnik magii, była w najlepszym przypadku usypiająca. Nigdy nie czytałem tak nużącego początku książki, a miałem już przyjemność literować słownik. Jednak trzeba doceniać to co się ma, a ja miałem jak na razie nudną lekturę.

Rozdział drugi był o niebo lepszy. Opisywane w nim były podstawowe lekcje do kontroli magii. Mogłoby się wydawać, że wkuwanie regułek będzie nudne, jednak dla mnie było to o wiele przyjemniejsze, z jakiegoś powodu. Przedstawione było kilka technik rozluźnienia ciała, co miało powodować lepsze przyswojenie technik magii. Postanowiłem wykonać technikę zwaną „Przebudzeniem”. Nim skończyłem czytać drugi rozdział zauważyłem, że na zewnątrz rozpętała się burza, byłem zmuszony zamknąć okiennice, żeby nie trzaskały o drewniane ściany budynku. Na chwilę wystąpiłem na zewnątrz, żeby zbadać sytuację. Na dworze rozpętała się niezła wichura, rozglądałem się za potencjalnymi zagubionymi, takowych na szczęście nie znalazłem. Przy takim obrocie zdarzeń, po prostu zamknąłem drzwi i położyłem się spać.

***

Obudził mnie kobiecy krzyk. Wyskoczyłem z łóżka, ubrałem się w mgnieniu oka i wyszedłem na zewnątrz.

Na dworze, było spokojnie, burza uspokoiła się około dwie godziny temu ponieważ błoto powoli zasychało. Szukałem źródła dźwięku, ale w takiej ciemności, ciężko było cokolwiek zauważyć. Wszedłem znowu do środka i wyposażyłem się w świecę. Zapaliłem ją jednak zauważyłem, że ilość światła, którą emituje jest stosunkowo za mała, żeby dalsze jej spalanie było opłacalne. Co mnie jednak zdziwiło to fakt, że chyba nikt inny nie usłyszał tego krzyku, w centrum wioski byłem kompletnie sam. Czułem się zagubiony. Krzyk, który wybudził mnie ze snu, wydawał się być jedynie wytworem mojej wyobraźni. Wróciłem szybko do domu i położyłem się spać.

***

Rano obudziła mnie kakofonia zrodzona przez połączenie piania koguta oraz dźwięków wykuwania metalu. Niewyspany oraz ledwo żywy po wydarzeniach z poprzedniej nocy, poszedłem w stronę potoku, żeby się umyć. Przechodząc przez las pozostawałem obojętny na niewątpliwie piękno tego skansenu przyrody. Wyraźnie było słychać ćwierkające ptaszki, oraz okrzyk mew. Zdjąłem swoje szare łachmany na kamieniu obok akwenu i zacząłem się przemywać, uprzednio upewniając się, czy nikomu nie przeszkadzam w myciu się. Na szczęście byłem kompletnie sam.

Zimna woda z potoku szybko mnie wybudziła, moje opadające powieki nagle się schowały, czułem jakby zaraz miały wyjść z drugiej strony moich oczu. Po krótkim przemyciu się, sięgnąłem po mydło, które robiliśmy lokalnie w Svalbred. Mieszanina kilku kwiatów połączona z utwardzonym tłuszczem zwierzęcym, dawała poczucie odświeżenia o jakim się nam nie śniło. Gdy już wtarłem w siebie środek czyszczący szybko go wypłukałem. Wytarłem się ręcznik, który był w rzeczywistości moją koszulką z dzieciństwa. Po mozolnej czynności wycierania się, założyłem swoje codzienne ubranie i udałem się w kierunku wioski.

Dzisiaj była niedziela, więc tak naprawdę miałem niewiele do roboty, każdy wypoczywał.

***

Wszedłem do domu, wziąłem książkę. Ustawiłem krzesło przed wejściem do budynku i kontynuowałem czytanie podręcznika magii.

Rozdział trzeci opowiadał o podstawowych zaklęciach oraz o błędach jakich warto unikać. Książka sama w sobie składała się z pięciu rozdziałów więc była krótką lekturą, nawet jak na podręcznik. Czwarty rozdział mówił o wielkiej roli skupienia, podczas rzucania uroków, natomiast piąty rozdział opowiadał o tym jak strach zmniejsza nasze szanse na powodzenie podczas wykonywania zaklęć. Książka napisana była językiem do bólu prostym, przynajmniej od drugiego rozdziału. Kiedyś na pewno spróbuję wykonać jakiś prosty czar, jednak teraz byłem na to zbyt leniwy. Na przeczytanie tej lektury zeszły mi jakieś dwie godziny. Czasu na cieszenie się dniem miałem jeszcze sporo, więc postanowiłem sobie jakoś ten czas urozmaicić.

***

W warsztacie wuja nikogo nie było, o czym dobrze wiedziałem kiedy wchodziłem do budynku. Plan był prosty, ukraść miecz z przechowalni i poćwiczyć ruchy walki gdzieś w lesie.

Mimo, że kowal był pusty to i tak swoje ruchy wykonywałem powoli i dokładnie. Pięć kroków od wejścia znajdowała się lada, po lewej stronie znajdywało się wejście do pracowni, natomiast po prawej stronie znajdowała się mała kanciapa z mieczami. W środku było kompletnie ciemno, dlatego moja znajomość warsztatu działała teraz jak szósty zmysł. Wiedziałem dokładnie, gdzie chciałem się udać, oraz jakie potencjalne fortele czekają mnie po drodze. Jedyną pułapką jaka miałaby prawo się tutaj znajdować to kawałki rudy tarzające się po podłodze. Na szczęście wygląda na to, że wuja uprzątną uprzednio wszystkie śmieci, jakby spodziewał się mojej obecności. Po kilkudziesięciu sekundach skradania się, byłem już przy kanciapie. Otworzyłem drzwiczki, za pomocą kluczy, które kiedyś dał mi wuja i wyciągnąłem moje ulubione ostrze, które miało pozłacaną klingę.

- Anter, jak tak chcesz poćwiczyć. To mogę ci pomóc…

***

- Jest tutaj takie przytulne miejsce, jeszcze kilka minut ścieżką… - opowiadał zasapany Jan. Byłem zaskoczony jego reakcją na moje zachowanie. Po wuju spodziewałbym się raczej niezłego opieprzu, albo przynajmniej wyrzucenia mnie z warsztatu na zbity pysk. A tutaj proszę, taka niespodzianka.

- Ja zawsze chodziłem nad Jezioro Gyd… - odpowiedziałem wskazując ręką na zachód, gdzie mieścił się akwen.

- Nad Gyd, owszem przyjemnie się trenuje ale masz tam o wiele mniej miejsca. – odpowiedział znad ramienia Jan. Ścieżka, którą szliśmy, była dość mocno nachylona, przez co podczas wspinaczki, ciężko było złapać równowagę. Tym bardziej jeżeli na plecach nosiło się worek z całym bojowym osprzętem. Nie mam pojęcia po co, wuja kazał mi nosić łuk, kilkadziesiąt strzał oraz prowiant, którym moglibyśmy się zadowolić spokojnie przez kilka dni. Kazał mi targać jego ekwipunek, podczas gdy sam podróżował lekko, jedynie z moim mieczem schowanym w pochwie.

- W walce chyba i tak nie będę miał dużego pola do popisu… - odpowiedziałem zdyszany. Czułem jak powoli tracę czucie w nogach. Miałem wrażenie jakbyśmy szli kilka dni bez przerwy, gdzie w praktyce była to może godzina.

- Nie chcę cię wrzucać na głęboką wodę. Gdy trenujesz na małej przestrzeni, bardzo łatwo utrwalasz błędy techniczne. Na początek, warto poćwiczyć na większym obszarze… - odpowiedział. – No, to tutaj… - dodał po chwili ostentacyjnie rozkładając ręce.

Sceneria była naprawdę magiczna. Moim oczom ukazał się prawdziwy raj na ziemi. Wielka polana, przecięta łukiem wąskiego potoczku. Trawa była koloru aksamitnej zieleni, przeplatanej z kolorowymi kępkami, którymi najprawdopodobniej były kwiaty. W tle natomiast rozpościerało się ośnieżone pasmo górskie Kurta. Były to stosunkowo niewielkie góry, bo w większości trzytysięczniki, jednak to nie odbierało im malowniczości. Gdy tylko zobaczyłem ten widok, odebrało mi mowę. Natomiast wszystkie bóle związane z wędrówką wyparowały. To była najlepsza zapłata, za wysiłek jaki włożyłem w tą przeprawę.

- No dobrze… To ty sobie na chwilę odsapnij, ja wezmę od ciebie ekwipunek i zaraz zaczniemy trening. – oznajmił rozbawiony Jan.

***

-Wyżej miecz trzymaj! – krzyczał w oddali wuja. Od parunastu minut przypominał mi o odpowiedniej pozycji miecza, o odpowiedniej technice obrotu, o oszczędzaniu sił. Jednak nie byłem w stanie przekuć jego słów w rzeczywistość. – Szybszy obrót!

Oczywiście nie kręciłem się wokół niczego, to by było bezcelowe. Wuja skleił z gałęzi, znalezionych na pograniczu lasu, manekin do ćwiczeń. Cholerstwo było na tyle wytrzymałe, że nie rozlatywało się przy pierwszym lepszym ciosie. Ba! Gałęzie były tak grube, że miecz ledwo haratał korę drzewną.

Po kilku minutach popełniania samych technicznych błędów, Jan zdenerwował się na tyle, że podszedł do mnie, z miną, która mówiła sama za siebie.

- Chłopie, ile ty błędów technicznych popełniasz. – zaczął spokojnym tonem, wyrywając mi z rąk ostrze. – Po pierwsze, musisz pewniej trzymać miecz. Wyglądasz jakbyś zaraz miał go wypuścić z rąk. – dodał po chwili pokazując mi odpowiedni rodzaj chwytu.

- Po drugie, musisz zachować większy balans przy robieniu obrotu. Kręcisz się chłopie, będąc przy manekinie, a nie będąc pięć metrów od niego. – dodał, przekuwając swoje słowa w praktykę.

- I po trzecie. Chłopie, miecz zawsze wysoko trzymaj. Jedna trzecia twoich ciosów jest na poziomie kolan, masz celować w klatkę piersiową. – dodał, po raz kolejny obrazując na manekinie swoje słowa.

Byłem okropnie zdyszany, swoim ciężkim oddychaniem zagłuszyłem sobie połowę wypowiedzi wuja.

- Coś jeszcze, mistrzu? – zapytałem sarkastycznie, kładąc się na gołej ziemi. Ostatkiem sił próbowałem powstrzymać wybuch śmiechu.

-Dla ciebie to może być zabawne, ale dla mnie to jest powód do płaczu. To jak ty operujesz mieczem, woła o pomstę do nieba.

- To pokaż mi jak mam to robić z łaski swojej…

W tym oto momencie zaczął się epicki spektakl umiejętności wuja. Jan energicznie dobrał się miecza i zaczął wykonywać ruchy z taką siłą i taką gracją, o której mi się w ogóle nie śniło. Wirował wokół manekina jak prawdziwy fechmistrz. Miecz latał mu z ręki do ręki. Wariacje ciosów łączyły się w niespotykane połączenia. Cały ruch wydawał się płynny, nieskalany żadną wadą. Wystarczyło mrugnąć okiem, a ten już znajdywał się kilka metrów dalej. Szybkość, siła, balans oraz technika ucieleśnione w postaci Jana. Spektakl mógł tak trwać jeszcze parę godzin, prawdę mówiąc nie obraziłbym się, jednak było to co najwyżej kilkadziesiąt sekund.

- Co… Jak… Gdzie… - nie byłem w stanie wydusić z siebie ani jednego słowa, byłem porażony tym co właśnie zobaczyłem.

- Tak właśnie musisz walczyć. – odpowiedział lekko zdyszany Jan, zupełnie ignorując moje słowa. – Najważniejsza jest pewność siebie. Ale pamiętaj, masz być pewny siebie, nie zaślepiony swoją siłą. – dodał siadając na ziemi.

Oddał mi swój miecz i wskazał otwartą dłonią w stronę manekina. Przez chwilę stałem, przed kukłą jak głupi, wpatrzony w jego kontury, jednak w końcu wziąłem się w garść.

Wziąłem i wykonałem kilka porządnych kroków w tył, oddalając się od manekina na dość dużą odległość. Wykonałem kilka głębokich oddechów, skupiłem się w pełni na moich ruchach. Czułem jak z każdym kolejnych wydechem zyskuję większą kontrolę nad swoim ciałem. W myślach miałem jedynie manekina stojącego naprzeciwko mnie. Podniosłem miecz, ustawiając go ostrą stroną w kierunku mojej twarzy, oraz w kierunku manekina. Zamknąłem oczy po raz ostatni i wziąłem ostatni głęboki oddech. W końcu ruszyłem do ataku. Biegłem, mając w myślach jedynie kukłę stojącą naprzeciwko mnie, do której zbliżałem się z każdą kolejną sekundą. Wykonałem pierwszy cios będąc około dwa metry od manekina. Trafiłem ostrzem w miejsce, gdzie normalnie znajdywałaby się szyja. Zaraz po tym obróciłem się o trzysta sześćdziesiąt stopni pod czymś, co miało być prawą ręką kukły, realizując kolejny cios, tym razem w miejscu pleców manekina. Stałem teraz za kukłą. Wykonałem kolejny cios na poziomie szyi, tym razem nie odrywając ostrza od powierzchni drewna. Poprowadziłem ostrze wzdłuż ramienia i odciąłem drewnianą rękę. Oderwałem miecz i próbowałem obrócić się o kolejne trzysta sześćdziesiąt stopni, pod lewą ręką. Niestety jednak, gdy już znajdowałem się pod kończyną, potknąłem się o maleńki kamień i wylądowałem ryjem w ziemi. Próbowałem się szybko otrzepać, jakby czynność ta miała pozbyć się wspomnienia o nieszczęśliwym wypadku. Jednak, gdy już byłem w stanie przejrzeć na oczy, już widziałem uśmiech rysujący się na twarzy wuja.

- Nie jesteś wystarczająco szybki. Lewa noga ucieka ci podczas obrotu. Tracisz niepotrzebnie balans, zwłaszcza przy ciosach. I beznadziejnie lądujesz… - powiedział rozbawiony popijając wodą. – Ale poza tym… Masz chłopie potencjał…

Średnia ocena: 4.7  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Rafał Łoboda miesiąc temu
    Ok, szczerze powiem, że ten fragment z początku nuży jak wstęp do podręcznika magii, o którym piszesz. Mamy pełno opisów mechanicznych czynności, które są nie za bardzo potrzebne. Czemu one służą? Na razie wiem, że bohater jest uczony, studiuje podręcznik magii (mam nadzieję, że nie zacznie zaraz rzucać czarów), ćwiczy walkę mieczem i po jednym treningu idzie mu całkiem nieźle. Lubi też kąpiele i oszczędza na świecach. No chłopak ze wsi to z niego nie jest. Zupełnie "niespodziewanie" jego wuj jest bardzo dobrym szermierzem.
    Nadal nie wiem, co to za krzyk kobiety w nocy. Nie wiem, dlaczego bohater w ogóle ćwiczy walkę? Szykuje się na coś? Gdzie rodzice? Jeśli nie żyją, to jak chłopak się utrzymuje? Na razie siedzi sobie spokojnie, ma dużo czasu i robi co chce, tak w sumie bezproblemowo żyje.

    Bohatera powinno się poznawać stopniowo, ale na razie wiem tylko co robi w swojej codziennej rutynie. Brak tu konfliktu. Nie walki, ale czegoś, co przyciągnie uwagę, żebym mógł się tym bohaterem przejmować, polubić go. Nie chcę widzieć tylko co robi każdego dnia. Rzuć mu trochę kłód pod nogi.

    Co mi się rzuciło w oczy (interpunkcji jest więcej, ale i tak się rozpisałem)

    Na zewnątrz robiło się powoli chłodno a słońce, prawie całkowicie zaszło - przecinek to chyba przed "a"?

    Po krótkim przemyciu się, sięgnąłem po mydło, które robiliśmy lokalnie w Svalbred. Mieszanina kilku kwiatów połączona z utwardzonym tłuszczem zwierzęcym, dawała poczucie odświeżenia o jakim się nam nie śniło.
    - przecinek przed "dawała" zbędny, przecinek przed "o jakim" potrzebny. Skoro robili lokalnie u niego mydło, to czemu jest zdziwiony tym odświeżeniem?

    Czasu na cieszenie się dniem miałem jeszcze sporo, więc postanowiłem sobie jakoś ten czas urozmaicić. - fatalnie to brzmi.

    Otworzyłem drzwiczki, za pomocą kluczy, które kiedyś dał mi wuja i wyciągnąłem moje ulubione ostrze, które miało pozłacaną klingę.
    - chyba wuj, a nie wuja? Pozłacana klinga? Zaczyna mi ta wieś przypominać małe miasto.

    Były to stosunkowo niewielkie góry, bo w większości trzytysięczniki, jednak to nie odbierało im malowniczości
    - skąd on wie, że to trzytysięczniki?

    Po kilku minutach popełniania samych technicznych błędów, Jan zdenerwował się na tyle, że podszedł do mnie, z miną, która mówiła sama za siebie.
    - Chłopie, ile ty błędów technicznych popełniasz.
    - zbędny przecinek przed Jan. Co z tymi błędami technicznymi? Dlatego pytałem, czy to fantasy, czy postapo, bo jeśli to zwykłe średniowieczne fantasy to masz za bogate słownictwo w ustach postaci.

    W tym oto momencie zaczął się epicki spektakl umiejętności wuja - wyrzuć "epicki". Wystarczy "niesamowity"

    Wystarczyło mrugnąć okiem, a ten już znajdywał się kilka metrów dalej - nie za duża przesada?

    Wykonałem pierwszy cios będąc około dwa metry od manekina
    Zaraz po tym obróciłem się o trzysta sześćdziesiąt stopni pod czymś,
    Oderwałem miecz i próbowałem obrócić się o kolejne trzysta sześćdziesiąt stopni, pod lewą ręką
    - to walka czy podręcznik do matematyki?

    i wylądowałem ryjem w ziemi - ja o sobie nie myślę, że mam ryj. Bohater też nie powinien.

    Próbowałem się szybko otrzepać, jakby czynność ta miała pozbyć się wspomnienia o nieszczęśliwym wypadku. - "jakby ta czynność miała pomóc mi pozbyć się...."

    Pozdrawiam
  • fraaFili miesiąc temu
    Co do kwestii interpunkcji i stylistyki nie będę się przyczepiał, bo faktem jest, że na tym polu poległem. Aczkolwiek znowu odniosę się do pytań, które Rafale stawiasz. Wraz z rozwojem akcji, pojawia się więcej odpowiedzi. Po raz kolejny zaznaczę, nie mam zamiaru odpowiadać na wszystkie pytania "z buta", bo to się mija kompletnie z celem.

    Rzucanie kłód pod nogi: To jest wstęp do książki, jak narazie nie chcę rzucać większych intryg, bo akcja na dobre się nie rozpoczęła.

    Język: Nie chcę używać języka do bólu wiejskiego, wiem, że może to niektórych zniechęcić, ale taka forma opisu świata mi będzie bardziej utrudniała sprawę. Poza tym, naprawdę? Nie wiedziałem, że w średniowieczu słownik był aż tak ubogi. (Chociaż technicznie to nie jest w 100% średniowiecze).

    "Skąd on wie, że to trzytysięczniki?" - wiedza geograficzna, gdybym miał wyjaśniać źródło każdego aspektu wiedzy bohatera to książka byłaby jak wspomniany podręcznik magii

    "Nie za duża przesada?" - Nie.

    "Podręcznik do matematyki czy walka?" - Narracja, pomoc w zobrazowaniu. Wybrałem taką formę a nie inną.

    Fragment o ryju - To już takie wyssane z palca.

    Jak na razie traktuję prolog oraz pierwszy rozdział jako wprowadzenie do świata. Chciałem pokazać czynności bohatera (nie wszystkie). Moim zamysłem jest powolny rozwój akcji, chociaż mam świadomość, że ten rozdział mógł wydawać się nudny. Jeżeli jeszcze Cię Rafale nie zraziłem to, chciałbym, żebyś poczekał na kolejny rozdział. Dziękuję za pokazanie błędów oraz konstruktywny (w większości) komentarz.
  • fraaFili miesiąc temu
    Jeżeli można, też prosić o wskazanie "tych dobrych fragmentów". Chciałbym wiedzieć również co robię dobrze.
  • Rafał Łoboda miesiąc temu
    Dobrych fragmentów ci nie wskaże, bardziej powiem, że piszesz tak, że nie gubię akcji. Wiem co się dzieje po czym i nie muszę wracać, aby doczytać ponownie. To zdecydowanie na plus i na pewno lepsze niż porządne fragmenty.
    Nie chodzi o to, aby bohater gadał jak Kargul z Pawlakiem, ale no w fantasy pewne słowa bolą. Dlatego pytałem, czy to postapo, czy coś, bo wtedy ewentualnie można odpuścić niektóre sprawy. Musisz po prostu przekonać do tej konwencji.
    Trzytysięcznik - ok, zostaję przy swoim, ale może później się dowiem.
    Co do wuja pokonującego kilka metrów w mgnieniu oka - będzie wytłumaczone to będzie ok.
    Walka - okręciłem się wokół siebie, zrobiłem piruet, wziąłem rozmach. Przy okazji, piruet w walce to idealny sposób, żeby przegrać.
    To nie tak, że rozdział mi się wydawał nudny. Po prostu nie znam motywacji bohatera i nie wiem po co robi to co robi. Poczekam na kolejną część.
    Pozdrawiam
  • fraaFili miesiąc temu
    Dziękuję za komentarz i postaram się przekonać czytelnika do konwencji fantasy.
    Pozdrawiam

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania