Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Krąg - Rozdział 4 - Kontrast

- Wracamy na polanę. – powiedział wuj, pakując swoje rzeczy do ekwipunku w postaci brązowej torby.

Akurat gdy wypowiedział te słowa, nad jezioro przyszedł Wiss ze swoją kompanią. Na oko liczyli około trzydziestu chłopa.

- Niezła obstawa, Wissarionie. – orzekł Jan, spoglądając w jego stronę.

- Budżet się zwiększył. – odparł drugi, uśmiechając się.

- Co cię sprowadza w te strony? – zapytał wuja, przymykając oczy ze zdziwienia.

- Twój chłopaczyna…

Wissarionowi zeszło parę dobrych chwil na wyjaśnienie natury całej sytuacji. Wuja słuchał jego słów w uwagą. Co jednak mnie zdziwiło, to fakt, że ani razu nie wszedł magowi w słowo.

Wuj dobrze przyjął całą zaistniałą sytuację. Co mnie jeszcze bardziej zdziwiło, to to, że Jan nie miał żadnych obiekcji wobec Wissa. Nie sprzeciwiał się jego planowi. Mag zostawił nas na chwilę samych, oddalając się wraz ze swoją kompanią.

- Słuchaj… Miałem zamiar ci to powiedzieć. Naprawdę. – zacząłem. Łzy powoli napływały mi do oczu. To równie dobrze mogły być ostatnie chwile z moim wujem.

- Wiem… - przerwał, kładąc mi rękę na ramieniu. – Słuchaj… Nie mam zamiaru cię zatrzymywać. Traktuję słowa Wissa na poważnie. Ufam mu. – dodał po chwili.

- Co teraz zrobisz? – zapytałem ocierając łzy.

- Chłopie… Jesteś już po dwudziestce… Nie rozklejaj się. – odparł wuja z uśmiechem. – Dasz sobie radę.

- Dziękuję ci. Za wszystko.

Objąłem wuja najmocniej jak potrafiłem. Nie byłem gotowy na pożegnanie, przynajmniej nie takie. Nie pod presją czasu.

- Chciałeś przepustki. Teraz nadarzyła się najlepsza okazja. Nie zmarnuj jej. – oznajmił wuja kładąc swoje ręce na mojej potylicy. – A teraz idź… Tylko się nie maż. – dodał z uśmiechem na ustach.

- Do zobaczenia… Wuju. – odparłem zbierając swój ekwipunek.

Już prawie schodziłem z placu, jednak wuja jeszcze mnie zatrzymał.

- Weź ten miecz… - zaczął, dumnie podając mi miecz z pozłacaną klingą. – Kiedyś należał do mnie. Od teraz jest twój. – dodał po chwili.

- Dziękuję.

- I nie zapominaj skąd jesteś. Nigdy.

Miecz był dosyć ciężki. Jego ciężar połączony z ekwipunkiem był troszeczkę przytłaczający. Chociaż to uczucie ciężkości, mogło się brać z faktu, iż właśnie pożegnałem się z wujkiem, na nie wiadomo jak długo. Jednak jedna myśl nie dawała mi spokoju. Skąd wuja znał Wissariona?

Na rozmyślanie nad mnogością rozwiązań tej zagadki miałem naprawdę dużo czasu. Większość drogi pierwszego dnia, nie odzywałem się do nikogo. Chociaż do kogo miałbym? Nie znałem nikogo oprócz Wissariona. Jeżeli można to było nazwać znajomością.

***

Po kilku godzinach drogi zrobiliśmy sobie małą przerwę. Tuż przy pierwszych szczytach pasma górskiego Kurta.

Miałem wtedy chwilę na dokładnie uporządkowanie swoich myśli. Nigdy do tej pory nie przeżyłem takiego szoku. Pożegnanie z wujem naprawdę mnie rozbiło. Czułem przeszywającą pustkę w środku. Uczucie dotąd bliżej mi nie znane. Czułem się opuszczony, samotny. Mimo, że od pożegnania minęło już parę godzin, to oczy dalej miałem pełne łez.

Usiadłem, opierając się o duży kamień. Miałem przepiękny widok na wielką równinę dzielącą las od pierwszych stoków górskich. Akurat się złożyło, że w tym miejscu zachodziło słońce.

***

- Atakują!!!

Nagły krzyk wybudził mnie z transu, w który wpadłem jakieś dziesięć minut wcześniej. Popatrzyłem się w prawo, skąd krzyki dochodziły. Zobaczyłem scenę walki pomiędzy kompanią Wissa, a pięcioma czarnymi figurami. Chociaż nie, walka jest złym określeniem. Było to raczej ludobójstwo. Czarne postaci z dziecinną łatwością, zabijały kolejnych kompanów Wissa.

Wstałem szybko. Wyciągnąłem miecz z pochwy i ruszyłem z odsieczą. Kompania maga była prawie rozbita. Przy życiu zostało może trzech mężczyzn. Zbliżyłem się do sceny walki. Nigdzie nie widziałem Wissa. Czarne postaci zaczęły się do mnie zbliżać.

Podniosłem miecz. Najpierw zaatakowała figura po mojej prawej stronie. Wykonała zamaszysty cios prowadzony z dołu. Chybiła. W czas udało mi się wykonać unik. Nagle zauważyłem, że pięciu naraz będzie próbowało mnie zgładzić. Każdy z nich przygotowywał się do zamachu. Aż tu nagle błysk. Oślepiające białe światło, to jedyna rzecz, którą później zapamiętałem.

***

Obudziłem się już późną nocą. Przy ognisku, gdzieś w lesie. Trzaski drzew mieszały się razem z dźwiękami ruchów zwierząt gdzieś w oddali. Wszystko to tworzyło piękną symfonię nocy.

Bolała mnie głowa, naprawdę mocno. Byłem również lekko ogłuszony, a moja zdolność do wykonywania jakichkolwiek ruchów była mocno upośledzona.

- Nie wykonuj gwałtownych ruchów. Leż spokojnie. – odparła postać siedząca po drugiej stronie skromnego paleniska.

- Kim… Jesteś… - zapytałem niepewnie.

- To ja, Wiss. – odparła postać.

Po tych słowach znowu zasnąłem.

***

Obudziłem się tym razem leżąc na grzbiecie konia. Przywiązany kurczowo, żebym przypadkiem nie wypadł. Znowu zasnąłem.

***

Kolejna pobudka, tym razem jednak czułem się zupełnie inaczej. Nie odczuwałem już zmęczenia, nie byłem również ogłuszony. Moje zmysły co prawda nie działały jeszcze tak jakbym sobie tego życzył, jednak czułem się o wiele lepiej.

Moje oczy znowu zastały palenisko, oraz postać kryjącą się za nim. Jednak teraz widziałem dokładnie, że był to Wiss.

- Już lepiej? – zapytał, podchodząc do mnie bliżej.

- Tak… - zacząłem cały obolały. – Chyba tak. – dodałem łapiąc się za plecy. Próbowałem wstać, jednak mężczyzna uziemił mnie jednym ruchem.

- Siadaj. Musisz jeszcze chwilę odpocząć. – orzekł chłodno mag, podając mi kawałek pieczonego mięsa.

- Co się… Co się stało? – dopytywałem zdezorientowany, biorąc pierwszy kęs jedzenia. Pieczeń była naprawdę pyszna, soczysta, tłuściutka. Jedyne czego brakowało to piwa.

- Zaatakowali nas… Nie mam pojęcia kto. Nie byli to ludzie z zakonu. To nie były ich zbroje. Jednak ten styl walki… Wydawał się znajomy. – orzekł Wiss, siadając obok mnie.

- Skąd wziąłeś konia? – indagowałem, wykonując drobny ruch głową w stronę zwierzęcia.

- Zabrałem im jednego… Szwendał się niedaleko. – odpowiedział chłodno, patrząc się w stronę paleniska.

- A tamto światło?

- Oślepienie. Wydałem na ten czar tyle energii… Myślałem, że zemdleję tam na miejscu.

- Jednak się udało…

- Szczęśliwie…

Poranek następnego dnia był rzeczą niesamowicie odświeżającą. Po raz pierwszy od kilku dni byłem wyspany. Sen nie był zakłócany przez żadną rzecz.

Sama aura nowego dnia była cudowna. Obudziliśmy się około godziny szóstej. Las spowiła mgła gęsta jak mleko. W tle można było usłyszeć ćwierkot ptaków oraz szum rzeki, która mieściła się kilkadziesiąt metrów od nas.

- Musimy ruszać. – zaczął chłodno Wiss. Jego dobry nastrój, którym się odznaczał, minął w chwili, kiedy nas napadnięto. – Jeżeli się postaramy, będziemy w Bolve jeszcze dzisiaj. – dodał po chwili, pakując swój ekwipunek.

***

Koń pędził z zawrotną prędkością. Wiatr wiejący w naszą stronę kompletnie zniszczył moją blond czuprynę. W tym momencie znienawidziłem fakt, że miałem długie włosy. Kompletnie zasłaniały mi widok, który był naprawdę piękny (gdy tylko wiatr pozwalał mi na delektację). Sceneria składała się z pięknych wyżynnych terenów, przeplatanych licznymi strumieniami, które swój bieg zaczynały w górach po naszej prawej stronie. Lewa strona składała się głównie z bujnego iglastego lasu, którego woń była mocno wyczuwalna. Zapach mokrej kory drzewnej pomieszany z żywicą oraz zbitą ściółką leśną był niesamowity. Górska ścieżka, którą przemierzaliśmy była magiczna. Korony drzew nad nami wydawały się nigdy nie kończyć, tworząc prowizoryczny dach, chroniący nas przed lekkim deszczem, który tamtego dnia padał.

- Skąd znasz mojego wuja? – zapytałem krzycząc. Mówiąc tak głośno, nie wiedziałem nawet, czy Wiss mnie usłyszy.

- Służyliśmy razem. Byliśmy w tej samej drużynie. Można powiedzieć, że byliśmy przyjaciółmi. – odparł równie głośno, spoglądając na mnie znad ramienia.

- Hmm… A ile jeszcze do Bolve? – zapytałem, chwytając się mocniej siodła.

- Jeszcze parę godzin… Dojedziemy przed świtem.

- A co później? Jaki mamy plan?

- W Bolve czeka na mnie pewna osoba.

***

Bolve, miasto portowe, jedno z największych w Yornem. Wjazd do aglomeracji był intrygujący dla człowieka, który całe swoje życie spędził na wielkim zadupiu.

Brama wjazdowa składała się z serii trzech wielkich łuków wykonanych głównie z kamienia, tak samo jak reszta mostu, który był tak długi, że musiał być podpierany przez cztery podpory. Tak się dzieje, kiedy swoje miasto budujesz, ulokowane na wyspie po środku zalewu (w dużej części, reszta aglomeracji znajduje się na „normalnym lądzie”). Wjazd jednak odbiegał swoją estetyką od reszty miasta, która była zbudowana z połączenia czerwonych cegieł i drewna. Wjazd był okupywany przez tą biedniejszą część społeczeństwa, co mogło odstraszyć potencjalnych wędrowców. Nikt raczej nie chciałby wjechać do miasta z myślą, że zaraz może zostać okradziony.

Gdy jednak przejechaliśmy przez kręte uliczki, natrafiliśmy na pierwszy rynek, najmniejszy ze wszystkich (rynków w mieście znajdowało się ogólnie siedem).

Najmniejszy jednak nie oznaczał złego. Rzecz w tym, że było nawet odwrotnie. Plac o przekątnej stu metrów, nie był przytłaczający, gdy tylko się na niego patrzyło. Granice rynku wytyczały piękne arkady, wykonane z białego materiału do bólu przypominającego marmur. W tym oto miejscu, musieliśmy się pozbyć naszego konia, gdyż jazda na nim w tym miejscu była niedozwolona. W momencie, w którym zsiadłem z konia, przekonałem się, że podłoga na rynku, wykonana z kamienia, była naprawdę śliska.

- Chodź to niedaleko stąd. – orzekł ponaglającym tonem Wiss.

Przechodziliśmy przez kolejne aleje namiotów i straganów kupców. Krzyki sprzedawców, zachęcających mnie do kupna czegokolwiek, zagłuszały moje myśli. Każdy kolejny krok stawiałem z wielką precyzją, żeby nie wywalić się na głupi ryj, tak samo jak podczas mojego pierwszego treningu.

Weszliśmy pod arkady, które były swego rodzaju portalem do kolejnej części miasta.

- Teraz w lewo. – oznajmił mag, wskazując ręką kierunek naszej wędrówki.

Przeszliśmy pod arkadami parę metrów. Przed nami uwidaczniał się port, a raczej jego jedyny widoczny kawałek, reszta natomiast była spowita mgłą.

Kierowaliśmy się w stronę kanałów. Najpierw weszliśmy do doków, których drewniana podłoga skrzypiała na potęgę, doprowadzając mnie do małego szału. Przeszliśmy kawałek, aż po naszej lewej stronie znalazła się krata prowadząca bezpośrednio do kanałów. Połączenie zardzewiałej stali, z surowością szarego kamienia, który ją otaczał, powodował poczucie grozy, nawet przed wejściem do tego rynsztoku. Wiss przez chwilę się szarpał z drzwiami zamontowanymi pośrodku kraty, jednak po kilku ruchach wytrychem, wejście stało otworem.

Weszliśmy do środka tunelu, którego ściany były pokryte szarym śluzem. Sam odpływ był gargantuiczny. Sklepienie okrągłego kanału było zawieszone na wysokości około dwudziestu metrów. Wszystko to tworzyło niesamowity klimat, jednak zapach jaki roznosił się w powietrzu przyprawiał o odruchy wymiotne. Połączenie aromatów szczochu z rozkładającymi się ciałami szczurów i innych gryzoni był odrażający.

- Spokojnie… Nie będziemy szli daleko. Po drugie ciesz się, że jest tu w miarę sucho. Zawsze mogło być gorzej. – powiedział uśmiechnięty Wiss, zakrywając swoją twarz kołnierzem koszulki.

Miał w sumie rację. Wody było „jedynie” po kostki, ale mogło być równie po kolana. Chociaż, nie wiem czy robiłoby mi to jakąś wielką różnicę. Tak czy owak jebałbym tym gównem.

- Teraz znowu w lewo. – orzekł mag, wskazując wcześniej określony kierunek ręką.

Weszliśmy do małej odnogi kanałów, która była o wiele mniejsza od głównego tunelu. Co jeszcze odróżniało ją od bazowego odpływu, to rozmiar oraz kształt. Prostokątny tunel ścieku był węższy (około pięciu metrów od ściany do ściany), od części, z którą się łączył. Samo sklepienie wisiało około trzech metrów nad nami. Jeszcze jedna rzecz była arcyciekawa. Tunele, którymi teraz się poruszaliśmy były kompletnie suche.

- Gdzie idziemy? – zapytałem zaciekawiony, oglądając ściany budowli.

- Idziemy do ruin Akademii Magii. – odpowiedział mechanicznie Wiss. – Do szkoły ognia. – dodał po chwili.

***

Szliśmy suchą kanalizacją od kilku minut. Na końcu tunelu, zauważyłem trzy jasne punkty.

Po minucie marszu, zauważyliśmy, że te „trzy punkciki”, zamieniły się w trzy postaci trzymające pochodnie oraz ubrane w czarne płaszcze. Każdy z nich dobrał się do miecza, na co my odpowiedzieliśmy tym samym.

Czułem się niepewnie trzymając klingę miecza. Wydawała się zbyt ciężka, jakby upośledzała moje ruchy. Wiss natomiast, który szedł po mojej prawej stronie wydawał się pewny siebie.

Przeciwnicy przyśpieszyli kroku, my zdecydowaliśmy zwolnić tempa i poczekać na nich.

- Kim oni są? – zapytałem zdenerwowany.

- Nie mam pojęcia. Możliwe, że Zakon. – odpowiedział spokojnym tonem Wiss.

Przeciwnicy byli już bardzo blisko, na tyle blisko, że byłem w stanie wykonać pierwszy cios. Wróg wykonał pierwszy unik. Potem drugi, trzeci i czwarty. Czułem się zdyszany po wyprowadzonych cięciach. Zauważyłem, że Wiss walczył z dwoma przeciwnikami naraz. Ja miałem to szczęście, że byłem przygwożdżony przez jednego z trzech. Niestety jednak, wydawało się jakoby ten jeden przeciwnik był i tak za dużym wyzwaniem.

Pierwszy cios wykonał z doskoku, przez co parowanie było moją jedyną opcją, z uwagi na moje zmęczenie. Szybki półobrót i kolejny cios poprowadzony z lewej strony, znowu byłem zmuszony do parowania ciosu. Szybka wymiana ciosów i znajdowaliśmy się od siebie już niecały metr. Wykonałem półobrót, po czym szybki cios wyprowadzony z góry. Trafiłem ostrzem pod żebro. Przeciwnik zaczął krwawić. Wykonałem cios z doskoku, celując prosto w brzuch, jednak mój zamach został odbity ostatkiem sił przeciwnika. Po tej obronie wróg leżał już na kolanach. Nie byłem jednak gotów wykonać ostatniego cięcia. To nie było na moje nerwy. Przepływ adrenaliny unormował się, emocje oraz empatia do drugiego człowieka zaczęły odgrywać teraz pierwsze skrzypce.

Postanowiłem oszczędzić mojego przeciwnika (uprzednio jednak sprzedając mu soczystego kopniaka w mordę). Poszedłem pomóc Wissowi.

Mag uporał się już z jednym z przeciwników, który leżał na ziemi, pozbawiony głowy. Wiss i drugi z agresorów prowadzili zaciętą wymianę ciosów. Postanowiłem więc dołączyć do zabawy. Zacząłem atakować przeciwnika od tyłu, jednak ten odrzucił mnie jednym prostym czarem. Poleciałem na odległość paru metrów uderzając potylicą o ścianę kanału. Byłem po tym bardziej zdenerwowany niż kiedykolwiek, zacząłem biec w stronę starcia.

Zacząłem szarżę trzymając miecz centralnie przed sobą, jakby był kopią.

W moich żyłach znów zaczęła krążyć adrenalina, przed sobą nie widziałem już człowieka, a jedynie cel. Znajdowałem się już kilka metrów od przeciwnika, który dalej toczył zacięty bój z Wissem. Zostałem odepchnięty. Tym razem przez Wissariona.

- Uciekaj do kurwy nędzy! – krzyczał przejęty. – Uciekaj aż znajdziesz wyjście! – dodał po chwili dalej krzycząc.

- Nie zostawię cię tutaj! – odkrzyknąłem.

Było już za późno. Przeciwnik, którego wcześniej oszczędziłem, niespodziewanie wbił swoje ostrze w plecy maga. Wissarion krzyczał w agonii, chwytając się ostrza swoją dłonią.

- Uciekaj!!!

Mag został uniesiony ku górze, na ostrzu. Drugi przeciwnik złapał go za nogi i pociągnął w swoją stronę. Wissarion został rozcięty w pół w makabryczny sposób. Cały tunel był zachlapany jego krwią. Flaki oraz inne organy zaczęły wyłazić na zewnątrz, prezentując się w całej swojej okazałości.

Upadłem na kolana. Miałem ochotę zwymiotować. Dwóch przeciwników zaczęło się do mnie zbliżać. Jednak i tym razem, jedyne co później zobaczyłem to światło, jasne, oślepiające światło.

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania