Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Krąg - Rozdział 3 - Piwo i pieczeń

Kiedy tylko wszedłem do wioski, podszedł do mnie karczmarz, Mefis.

- Słuchaj, jest tu jeden taki… Szwenda się. Mówi, że szuka odpowiedzi. W każdym razie, pierdoli od rzeczy. – opowiadał Mefis. Chłop miał pięćdziesiąt lat, a problemy z koncentracją miał jak u co najwyżej siedmiolatka.

- Do rzeczy Mefis… - odparłem zdenerwowany, wchodząc mu w słowo.

- Chciał się z tobą spotkać… Dzisiaj, w karczmie. – odparł, drapiąc się po swojej siwej brodzie.

- Już tam jest? – zapytałem, spoglądając w stronę gospody.

- Ta, ale mówił, że chce pogadać dzisiaj wieczorem… To, to nie wiem. Znasz gościa?

- Kurwa… Jak mam go znać?

- Nie wiem. Tak się pytam, wiesz… - na chwilę zamilkł rozglądając się po wiosce. – Dobra ja idę. Robić, tam wiesz…

- Wiem, wiem

Wyglądał na dość zdenerwowanego. Mefis nigdy nie był aż taki roztrzepany. To znaczy, nie był też oazą spokoju, nic z tych rzeczy. Jednak w rozmowie w cztery oczy, nigdy się aż tak nie gubił.

Do wieczora miałem jeszcze parę godzin, postanowiłem je więc przepracować u wuja. Tym razem moja praca polegała na obróbce rudy, przetapianiu jej i tworzeniu sztab, żelaza lub wzmocnionej stali. Praca dość mozolna, jednak na pewno nie łatwa.

W końcu jednak, po kilku godzinach ślęczenia nad piecem hutniczym, przyszedł zmrok. W karczmie było nader głośno. Co było dosyć zadziwiające. Rozpiąłem fartuch kowala, otrzepałem moje codzienne ubranie i ruszyłem w stronę karczmy. Zgiełk, który panował w środku, stawał się coraz bardziej klarowny, z każdym kolejnym metrem.

Wszedłem do środka. Ciepłe światło miliona zapalonych świec trochę mnie oślepiło i zdezorientowało. Musiałem na chwilę przystanąć w miejscu. Po chwili, rozejrzałem się po okolicy. Potężne dębowe blaty, były wypełnione gośćmi co było widokiem u nas co najmniej rzadkim. Każdy stół wydawał się okupowany przez co najmniej grupkę pięciu osób. Po ubiorach można było wywnioskować, że byli z Bolve, miasta portowego, oddalonego stąd o jakieś dwieście kilometrów. Możecie się zapytać, skąd rozpoznałem, że są z takiego miasta a nie innego. Ludzie z Bolve charakteryzowali się tym, że nosili skórzane kamizelki jako jedyni w całym Yornem. Nigdzie indziej nie panował taki typ mody.

- Anter! – krzyknął z oddali Mefis. – Co cię tu sprowadza? – zapytał z wielkim uśmiechem na ustach.

- A co mnie może tu sprowadzać? – zapytałem, tonem pełnym zażenowania.

- A no tak! – przypomniał sobie, ostentacyjnie podnosząc wskazujący palec do góry. – Pozwól, że cię do niego zaprowadzę. – dodał wychodząc zza szynkwasu.

Mefis zaprowadził mnie pod sam kąt sali, do stolika, przy którym siedział jedynie jeden mężczyzna. Z wyglądu, nie przypominał nikogo szczególnego. Jedyna rzecz, która go wyróżniała to potężna łysina, jedyna w całej gospodzie. Postać popijała piwo, zapewne pilsa z drewnianego kufla, wzmocnionego stalowymi częściami, tuż przy dnie. Mężczyzna, gdy tylko mnie zobaczył, poderwał się i przedstawił.

- Witaj Anterze. Jestem Wissarion, jednak możesz mi mówić Wiss. – oznajmił łagodnym tonem, podając mi rękę.

- Em… Witaj Wissarionie. Jestem… W sumie już wiesz kto. – odparłem niepewny siebie. To było dziwne przywitanie. Czułem się dość niezręcznie.

- Mefisie. Polej Anterowi piwa! Na mój koszt oczywiście. – powiedział Wiss, siadając przy stole, przy okazji wskazując otwartą dłonią na ławę naprzeciwko mnie.

- Dziękuję. – odparłem, zasiadając do stołu.

- Ładne miejsce, ta wasza wieś. Zgrabnie się tutaj urządziliście. – oznajmił popijając piwem. – Jak ci się tu żyje? – dodał po chwili.

- Nie najgorzej… Jednak nie po to mnie tutaj zaprosiłeś, prawda? – odparłem biorąc kufel piwa od gospodarza.

- Naturalnie. Nie uważasz jednak, że zanim przejdziemy do meritum. Przydałoby się nam lepiej poznać?

- Uważam, że chciałbym poznać powód, dlaczego zażądałeś akurat mojej obecności, o tej porze.

- Ludzie z północy, zawsze bez ogródek… Od razu chcecie przejść do rzeczy…

- Mówisz jakbyś sam nie był z północy… A jednak masz na sobie skórzaną kamizelkę. Chyba nie powiesz mi, że Bolve znajduje się w centralnej części kraju? – dopytywałem Wissa, przeszywając go wzrokiem.

- Powiem ci, że pozory mylą młody człowieku. – odparł spoglądając na mnie znad krawędzi kufla. – Ale masz rację… Bolve nie znajduje się w centralnej części kraju. – dodał po chwili, kończąc łyk piwa.

- Przejdźmy do sedna sprawy. – poprosiłem grzecznie, rozglądając się po gospodzie.

- Doszły nas słuchy… - zaczął Wissarion.

- Nas? Znaczy kogo? – zapytałem, chamsko wchodząc mu w słowo.

- Widzę co próbujesz zrobić… Ha! Niby wieśniak a jednak. – oznajmił zadowolony, odpalając swoją fajkę. – Wracając… Doszły nas słuchy, o strasznych rzeczach, dziejących się w tych okolicach. Natury magicznej, oczywiście. – dodał, zaciągając się powoli.

- Niech zgadnę… Jesteś z Zakonu Lotosu? – zapytałem biorąc łyk piwa. Było pyszne. Idealnie schłodzone, goryczka była wyraźna, jednak nieprzeważająca. Tak samo było z jego kwaskowatością. O dziwo, piwo miało w miarę wyraźne akcenty słodkości. Jednak możliwe, że po prostu dawno go nie piłem i nad wyraz zachwycałem się jego smakiem.

- W żadnym wypadku… Uznajmy, że jesteśmy instytucją państwową. – odparł z uśmiechem.

- Czyli to twoja kompania?

- Naturalnie. Ale! Nie zbaczajmy z tematu… Zauważyłeś może, jakieś anomalie? Ptaki inaczej śpiewają? Jakieś poświaty? Dziwne odgłosy z lasu?

- Niech no pomyślę… Nie. Na pewno nie.

- Hmm… Dziwne. Każdy, kogo się pytaliśmy mówi to samo. Jednak odczyty, mówią same za siebie.

- Skoro macie odczyty… To po co się pytasz ludzi? Przecież masz kompanię. Możecie przeczesać ten las, całą tę okolicę. – odparłem nachylając się w stronę Wissa.

- Cóż… Zawszę wolę poznać naturę zjawiska bardziej dogłębnie… Wygląda na to, że będziemy musieli zrobić to po swojemu. – oznajmił mężczyzna, rozsiadając się wygodniej.

- A jakie to „wasze” metody? – dopytywałem zaciekle.

- Za dużo chciałbyś wiedzieć… - odparł, zaciągając się fajką.

- Możliwe… Jeżeli to ci coś pomoże. To zdaje się, że jeszcze mojego wujka nie pytałeś. Możliwe, że on coś wie… - odparłem biorąc ostatni łyk piwa, waląc kuflem mocno o blat.

- Z pewnością zastosuję się do twoich rad… - odparł spokojnym tonem, dalej paląc fajkę.

Wstałem od stołu i wyszedłem z gospody. Było już naprawdę późno. Głosy w środku karczmy powoli cichły.

Jedyne co miałem teraz w myślach to pójść spać. Była to również pierwsza rzecz, którą zrobiłem, gdy wszedłem do domu.

***

- Pomocy!

Kolejna noc i kolejne krzyki. Tym razem już miałem naprawdę dosyć. Przecież ostatnio nic się nie działo. Przecież ostatnio byłem w stanie się wyspać! Tym razem wyszedłem na zewnątrz ogarnięty złością aniżeli strachem. Jedyne co mi chodziło po głowie to sen.

Noc była gwieździsta, księżyc świecił naprawdę jasno. W karczmie nadal się świeciło. Widocznie, jeszcze nie wszyscy z kompani Wissa poszli spać. Cała wieś wydawała się… Martwa, jak nigdy dotąd. Ani razu jeszcze nie miałem takiego uczucia osamotnienia. Nie wiem czym było to sprokurowane. Postanowiłem się bliżej przyglądnąć sprawie krzyków, jednak nie wiedziałem w ogóle od czego zacząć. Rozpocząłem od szemrania się po całej wiosce. Zeszło mi na to parę minut, jednak nic nie znalazłem. Żadnego potencjalnego źródła dźwięku. Żadnej najmniejszej poszlaki. Wyglądało na to, że będzie to kolejna nieprzespana noc.

- Coś się stało, Anter? – zapytał uśmiechnięty Wiss, stojąc w wejściu do karczmy.

***

Weszliśmy do karczmy i usiedliśmy przy tym samym stole co ostatnio. Ciepłe światło dobijające się ze środka, tym razem mnie nie oślepiło. W środku paliło się może maksymalnie kilkanaście świec, które klimatycznie oświetlały dębowe wnętrze budynku. W środku unosiła się mocna woń drewna dębowego. Na zewnątrz zaś, powoli zaczynało padać.

- Chcesz coś? Strawę? – zapytał uprzejmie Wiss.

- Z chęcią coś zjem. – odparłem siadając przy stole.

Mężczyzna zamówił nam dwie porcje pieczeni i oczywiście piwo.

- Co to było? Co to był za krzyk? – zacząłem dopytywać, przeszywając mężczyznę wzrokiem.

- Zaklęcie. Coś jakby komunikat. Tylko, że na magicznych falach. Adresowany bezpośrednio do ciebie. – odparł z wielkim uśmiechem.

- Czyli te wszystkie poprzednie krzyki… To też twoja sprawka?

- Jakie poprzednie krzyki? – zapytał zdziwiony. Gospodyni akurat przyniosła nam pieczeń razem z piwem.

- Nieważne…

- Owszem, że ważne. Mów śmiało. Nie jestem twoim wrogiem. Powiedziałbym, że nawet odwrotnie. – odparł Wiss, biorąc pierwszy kęs jedzenia do buzi. – Swoją drogą… Przepyszne macie tutaj jedzenie… - dodał, zajadając ze smakiem.

- Wolałbym najpierw wiedzieć… Skąd w ogóle wiecie, o tym co się tutaj dzieje. O tych „anomaliach magicznych”, jak to pięknie ująłeś ostatnio – oznajmiłem, również zajadając się pieczenią.

- Cóż… Magia nie jest siłą, która nie pozostawia po sobie, żadnego śladu. Jeżeli jakiś, nazwijmy to „wyciek” magii następuje, jest to wyczuwalne. Przez naszych mistrzów, toteż przez takie oto urządzenia… - odpowiedział, wyciągając ze swojej torby, metalową rzecz, wielkości mojej dłoni. Sama maszyna, była wykonana z srebrnego metalu. Na swoim prawym boku miała jakieś przyciski, prawdopodobnie ściśle związane z funkcjonalnością urządzenia. Przypadkowo nacisnąłem jeden z nich, co spowodowało otwarcie zasłony urządzenia z jego przedniej strony. Moim oczom ukazał się jasny obiekt, jakby złoty kamień, usytuowany po środku wgłębienia w maszynie.

- Nazywamy to „Lokus” … Pomaga wyczuć magię, jednak z bardzo bliskich odległości. Nie więcej niż pięć metrów. – opowiadał Wiss, popijając pieczeń piwem. – Taki, tylko że o wiele większy znajduje się u nas, w Nome. Swoim zasięgiem obejmuje cały kontynent. – dodał, zabierając mi urządzenie z rąk.

- Jesteście ze stolicy? – zapytałem zdziwiony. Chociaż mogłem się tego spodziewać przez ten dziwny północny akcent. Okazało się, że po prostu był fałszowany.

- Ja owszem. Kompania jednak pochodzi z Bolve. – poprawił mnie biorąc kolejny łyk piwa.

- Wracając jednak do tamtego urządzenia… - zacząłem wskazując ruchem głowy w stronę torby Wissa. – Od początku wiedziałeś, że mam coś do czynienia z tymi „anomaliami”? – dodałem po chwili, zjadając kolejny kawałek pieczeni.

- Naturalnie. Lokus, dał mi znać, że jesteś… Jakby to ująć… Aktywny magicznie. – odparł, krzyżując ręce na piersi. – Jak już wcześniej powiedziałem… Ta wiadomość była kierowana wyłącznie do ciebie. – dodał po chwili.

- Jak dokładnie działa ten przyrząd? Wibruje, czy zaczyna się świecić? – dopytywałem zaciekawiony.

- Zaczyna świecić… I nie przestaje do póki nie wyjdziesz poza obszar jego działania.

- Czyli ty nie jesteś magiem? W końcu jeżeli byłbyś, to chyba nie wykryłbyś mnie?

- Widzisz… Przyrząd ten jest tworzony z myślą o tym, aby nie wykrywał magii osoby, która go dzierży. Każdy podatny magię, emituje ją w inny sposób. Jeżeli przyrząd ten jest poddany działaniu „jednego” rodzaju magii, to wtedy urządzenie się do niego przyzwyczaja. Wiem, że może się to wydawać zagmatwane, ale nie specjalizuje się w działaniu lokusów… - opowiadał mężczyzna, dopijając ostatni łyk piwa.

- Czyli jesteś magiem czy nie? – cały czas dopytywałem.

- W tej wiosce tylko ty znasz na to pytanie odpowiedź…

To był pierwszy raz kiedy widziałem na oczy, prawdziwego maga z krwi i kości. Ubiorem nic się nie różnił od typowych mieszczan, którzy czasami do nas zawitali, jednak było czuć od niego pewną aurę. Kiedy patrzyłem się na Wissa, czułem wewnętrzny szacunek wobec niego.

- Co teraz zrobisz? – zapytałem niepewny siebie. Nie wiem czemu, ale czułem jakby miał mnie zaraz zaatakować.

- Muszę cię stąd zabrać zanim zakon tu przyjedzie… – odpowiedział mag. – Jesteśmy pod presją czasu. Mamy maksymalnie dzień, żeby stąd się wydostać. – dodał po chwili, próbując zachować spokojny ton.

- A co z wioską? – zapytałem przerażony.

- Możemy liczyć jedynie na litość lotosów…

***

Dostałem czas do południa. Po tym okresie, musieliśmy już wyruszać do Bolve, a później do Nome. Można było wyliczyć, że będziemy w trasie około tygodnia. Jednak domyślałem się, że nie będziemy przechodzić takiego szmatu drogi, cały czas pieszo. W końcu mieliśmy do dyspozycji maga.

Po dłuższej rozmowie w karczmie, odespałem pozostałe dwie godziny, zanim nastąpił poranek. Dzisiaj miałem w planach kolejny trening z parowania.

- Musimy dzisiaj pójść nad Jezioro Gyd. – oznajmiłem wujowi. Akurat zaczął pakować ekwipunek na dzisiejsze zajęcia.

- Wiem, że masz już powoli dość chodzenia na tę polanę… Nie zrozum mnie źle, ale jeszcze gówno umiesz, żeby ćwiczyć na tak małej powierzchni. Zostajemy na polanie. – odpowiedział Jan, nawet nie spoglądając w moją stronę.

Podszedłem do niego. Złapałem go za ramię najmocniej jak potrafiłem. Szarpnąłem nim w moją stronę (w ogóle się nie ruszył!). Jednak czynność ta przyniosła swoje efekty. Wuja spojrzał mi w oczy.

- Musimy… Naprawdę. – rzekłem chłodno.

***

Droga nad Jezioro Gyd, była naprawdę krótka, może dziesięć minut. Tak krótka trasa umożliwiła nam zabranie dodatkowego ekwipunku. Jedną z rzeczy, które zabraliśmy, była gruba kurtka, wykonana ze skóry. Jej celem było hamowanie ciosów. Pakując ją, wiedziałem, że piszę się na kolejny trening z parowania ciosów.

Okolica akwenu była naprawdę magiczna, równie czarująca co ta na polanie. Jednak oba miejsca, były olśniewająco piękne z kompletnie różnych powodów. Jezioro Gyd, było tak naprawdę bardzo małym zbiornikiem wody. Z jednego brzegu na drugi było może pięćdziesiąt metrów. Jednak to co przyciągało uwagę to nie jego gabaryty, lecz jego błękitno niebieski kolor. Samo jezioro mieściło się pośrodku lasu mieszanego, niedaleko niewielkich elfickich ruin. Widoczne były małe, białe wystające kolumny, razem z niewielkim placykiem. Cała ta elfia architektura była widoczna z naprzeciwka, kiedy wychodziło się ze ścieżki. Po prawej stronie znajdowała się maleńka skarpa, z której to wypływał leśny potok, który to tworzył niewielki wodospad. Po lewej stronie zaś znajdywał się po prostu las i dalsza część drogi.

Weszliśmy na ruiny kwadratowego placu, o przekątnej około dziesięciu metrów. Pierwsze co zrobiłem to założyłem kurtkę ochronną i wyciągnąłem miecz. Wuja jedynie wyposażył się w miecz. Tak oto, bez żadnego przygotowania ruszyliśmy bezpośrednio do treningu.

Jan ruszył na mnie bez większego namysłu. Nie chciał dać mi czasu na zastanowienie się, tym bardziej na przygotowanie. Nie minęło może parę sekund i już znajdował się metr ode mnie. Wziął pierwszy zamach. Odskoczyłem w prawo, wcześniej upewniając się, że nie ma tam żadnej przeszkody. Nawet nie byłem w stanie odetchnąć, a wuja wykonywał kolejny cios. Tym razem nie było mowy o uniku. Sparowałem cios nadciągający od dołu, z mojej lewej strony. Wykonałem szybki kontratak, cios wykonany z prawej strony, miał wylądować na brzuchu. Został odbity. Tym razem wuja wykonał odwet. Jego uderzenie wylądowało na moim prawym ramieniu. Kurtka na szczęście zablokowała ostrze. Kolejny cios od wuja, tym razem na poziomie bioder. Kurtka znowu wykonała swoje zadanie.

- Szybsze reakcje! – krzyczał zdenerwowany wuja.

Wuja znowu atakuje, cios kierowany centralnie w moją klatę piersiową. Zablokowałem go szybkim zamachem prowadzonym z mojego boku. Kolejny atak, tym razem w lewą rękę. Tym razem nie było szans na sparowanie ciosu, musiałem wykonać szybki unik. Udało się.

Wuja jednak się nie poddawał. Wykonał kombinację szybkich ciosów. Zamaszyste ciosy prowadzone z od góry, miały niewyobrażalną moc. Za każdym razem kiedy blokowałem kolejny cios, myślałem, że ostrze pęknie. Jednak jedyna rzecz, która się zdarzyła, to ja lądujący na kolanach. Tuż pod końcem miecza wuja.

- Nie jesteś jeszcze gotowy. – orzekł zdyszany wuj.

Średnia ocena: 4.7  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania