Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Krąg - Rozdział 5 - Marmurowe wahadło

Obudziłem się w spalonych ruinach jakiegoś budynku. Zwęglone belki drewna szkieletu budynku, były jedyną rzeczą, którą byłem w stanie dostrzec. Deszcz natomiast zaczął padać mocniej, przez co szybciej się wybudzałem z ogłuszenia. Moje zmysły powoli zaczęły wracać na swoje normalne obroty, zacząłem dostrzegać dziwną figurę, oddaloną ode mnie o jakieś kilkadziesiąt metrów. Postać ta wychylała się przez framugę okna, jakby wyglądała wsparcia, lub przeciwników.

- Co się… Kurwa mać… Co się stało? – zapytałem obolałym głosem.

Postać nagle się odwróciła. Okazało się, że była kobietą o charakterystycznych, jednak łagodnych rysach twarzy. Miała gładką cerę, oraz była ubrana w białą szatę z kapturem.

- Szybko się przebudzasz… Niektórym wyjście z szoku trwa cały dzień. – odparła, odsłaniając swoje długie, aksamitnie czarne włosy.

- Znowu to ogłuszenie? – indagowałem, chwytając się za obolałą głowę.

- Czyli już przez to przechodziłeś? – dociekała chłodnym tonem. Jej głos był idealny, dźwięczny, trochę chrypliwy jednak dalej kobiecy.

- Tak… - odparłem, opierając się głową o belkę drewna, stojącą za mną.

- No dobra, to jak już się wybudziłeś… - na chwilę się zacięła, rozglądając się podejrzliwie po okolicy. – Chodźmy stąd. Prędko. – dodała po chwili ciszy, łapiąc mnie za ramię.

***

Przechodziliśmy przez serie zrujnowanych korytarzy. Cały kompleks szkoły magii, był pełny od zgliszczy. Dawny majestat tego budynku, został zamieniony na surowe pogorzelisko. Sama szkoła była dość dużym zbiorowiskiem mniejszych i większych budynków, połączonych korytarzami, zarówno podziemnymi jak i nadziemnymi. W środku całego kompleksu znajdował się okrągły placyk. Z pozostałości, można było wywnioskować, że w kole, znajdywał się piękny ogród, z majestatyczną fontanną pośrodku. Oglądając zgliszcza byłem zaciekawiony, jak wyglądało życie tutaj przed czasami Wielkiej Entropii.

Po krótkim epizodzie na drugim piętrze budynku, przeszliśmy do podziemi, które jako jedyne, nie wyglądały jak kompletna kupa gówna. Jednak widać było, że nie były uczęszczane od kilku lat, ponieważ gryzonie i owady, już zdążyły się tutaj zadomowić.

Korytarz, który przemierzaliśmy miał marmurową podłogę, oraz piękne ściany, również wykonane z marmuru, jednak upiększone o pozostałości obrazów. W całym tunelu oczywiście roiło się od pajęczyn i szczurzych odchodów. Jednak nawet takie przeszkody nie były w stanie mnie obrzydzić na tyle, żebym przestał fascynować się tym miejscem.

- Dokąd zmierzamy? – zapytałem, oglądając ściany z zaciekawieniem.

- Do portalu. Jest tutaj niedaleko. – odparła chłodno kobieta w białej szacie.

- Zostawiłaś tam Wissa? – zapytałem, oglądając się za siebie.

Kobieta milczała.

- Hej…

- Zostawiłam tam Wissa! Jak bardzo chciałabym go wziąć, tak nie mogę! – krzyknęła rozwścieczona.

Milczałem.

***

Po minucie znaleźliśmy się na końcu korytarza. Ściana tutaj była zakończona, rozwidleniem na dwie strony, jednak kierunek, który nas interesował był naprzeciwko nas.

- To tutaj. – oznajmiła beznamiętnym tonem kobieta, wskazując ręką na pustą ścianę, na której znajdował się surowy zarys portalu, wykonany z marmuru.

Kobieta wykonała szybki gest dłońmi i moim oczom ukazała się czarna, pusta przestrzeń, w miejscu, gdzie wcześniej znajdowały się kontury portalu.

Zostałem wepchnięty do środka.

***

Swoją twarzą wylądowałem na znacznie czystszej białej podłodze. Energicznym ruchem wstałem z żenującej pozycji, otrzepałem swoje łachmany i rozglądnąłem się po okolicy.

Sala w której się znajdywałem miała kształt prostokąta, była pełna przepięknych obrazów. Szczerze mówiąc, była prawie, że identyczna, do tych które widziałem w szkole ognia. Oczywiście chodzi mi jedynie o zarys oraz użyte materiały, ponieważ miejsce, w którym się znajdowałem było o wiele schludniejsze.

Nagle za moimi plecami, ukazała się kobieta. Ta sama, która mnie tutaj wrzuciła.

- Zacznijmy od początku. Jestem Aleksandra. – oznajmiła z fałszywym uśmiechem.

- Co to za miejsce? – zapytałem zdezorientowany.

- Krąg.

***

- Zaprowadzę cię najpierw do Sali Egza, gdzie mistrz zakonu sprawdzi twój potencjał magiczny. – zaczęła Aleksandra, oprowadzając mnie po miejscu. – Potem pewnie pójdziesz się umyć, bo śmierdzisz szczochem. – dodała klepiąc mnie po ramieniu. Właśnie wchodziliśmy do Sali Egza.

Pomieszczenie było w kształcie koła o ogromnych rozmiarach. Na ścianach wisiało pełno różnorakich ozdób, od popiersi bliżej nie znanych mi osób, do majestatycznych obrazów. Samo sklepienie było jedną wielką kopułą, z której zwisał gigantyczny żyrandol. Sala była wielopoziomowa, a piętra niżej można było obserwować zza barierki, która oddzielała okrągły taras, od przepaści.

- Anter! – krzyknął jakiś mężczyzna, stojący kilka metrów przede mną, który akurat wychylał się znad barierki. Był ubrany w białe szaty, ze złotymi wstawkami przy ramionach oraz torsie. Miał dosyć śmieszną fryzurę, szare włosy splecione z tyłu na koński ogon. Z twarzy wyglądał na przynajmniej czterdzieści lat. – Witaj w Kręgu! – dodał dumnie, przytulając mnie.

- Emm…. Witam? – odpowiedziałem niepewnie. Z każdą kolejną chwilą czułem się bardziej niezręcznie.

- Jestem Mistrz Fotyn Elwach. Jednak, mów mi po prostu Fotyn. – oznajmił mężczyzna, oprowadzając mnie po okrągłym krużganku. – Ach! Wyczekiwaliśmy twojego przybycia! – dodał, dalej trzymając mnie w swoich objęciach. –

- Podróż musiała być męcząca. Przykro mi z powodu Wissariona… Ale… Na smutki czas przyjdzie jeszcze… Teraz mamy ważniejsze sprawy. Muszę się upewnić… Muszę się upewnić, czy jesteś na tyle specjalny na jakiego, świętej pamięci Wissarion, cię opisywał. – dodał po chwili, odprowadzając mnie na drugą stronę krużganka.

- Specjalny? – zapytałem zdziwiony, akurat gdy weszliśmy do innej komnaty.

- Owszem… Takiego przebudzenia magii, nie doświadczyliśmy od bardzo dawna. – oznajmił, usadawiając mnie w fotelu naprzeciwko stołu. Wyglądało na to, że sala do, której weszliśmy była jego prywatnym pokojem, warsztatem można by rzec. Alkierz Fotyna był wyposażony w różnorakie przedmioty, od specyficznej maszynerii, po abstrakcyjne obrazy. Połączenie chłodnego koloru marmuru, którym były ozdobione ściany i podłoga, z ciepłem mahoniowych stołów, regałów na książki i tym podobnych mebli oddawała przepych miejsca, w którym się znalazłem.

- Skoro to było tak potężne przebudzenie… - zacząłem, rozglądając się po komnacie. – To po co mnie w ogóle ta procedura sprawdzania? – dodałem, w końcu spoglądając w oczy mężczyzny.

- Wiesz… Aparatura mogła przekłamywać „wynik”. Musimy być całkowicie pewni, że wiemy z czym mamy do czynienia. – odpowiedział, splatając palce.

- Co dokładnie będę tutaj robił? Magik ze mnie żaden. Ledwo mieczem umiem wojować. – oznajmiłem, rozsiadając się wygodnie w krześle.

- Będziesz ćwiczył swoje umiejętności posługiwania się mieczem, oraz umiejętności kontrolowania magii.

- Myślałem, że to Szkoła Magii…

- Widzisz… Magowie to nie tylko ludzie posługujący się czarami. To również ludzie posługujący się innym typem oręża. Miecz, łuk. Nie jesteśmy zaślepieni ideą mocy, którą czerpiemy. Jesteśmy świadomi tego, że magia, mimo to, iż jest siłą o niezwykłych właściwościach, to jednak jest również siłą, na której nie warto polegać cały czas… A teraz przejdźmy do meritum.

W mgnieniu oka zostałem przeniesiony w bliżej nieznany mi rodzaj transu. Straciłem jakiekolwiek poczucie czasu. Czułem się jakbym zapadł w najgłębszy możliwy sen.

***

- Za chwilę się wybudzi. – oznajmił Fotyn, stojąc przy stole. W pokoju znajdowała się jeszcze jedna osoba.

Zacząłem powoli się wybudzać.

- Upewnij się, że chłopak dostanie najlepszy możliwy trening. – powiedziała nieznajoma osoba, udając się do wyjścia z komnaty.

- Możesz być spokojny… Sam zadbam o jego wyszkolenie…

***

Zostałem przeniesiony do innego pokoju, który wyglądał na czyjeś miejsce zamieszkania. W komnacie oprócz mnie znajdowała się jeszcze jedna osoba. Znowu był to Fotyn.

- Witaj z powrotem, Anterze. – rzekł mężczyzna, rozsiadając się na krześle naprzeciwko łóżka, na którym leżałem.

- Co to było? – zapytałem zdezorientowany. Powoli rzygałem tym uczuciem.

- Wprowadziłem cię w pewnego rodzaju trans, aby sprawdzić, twoją moc… Twój… Potencjał – powiedział Fotyn, splatając palce. – Szczerze powiedziawszy, spodziewałem się wysokiego wyniku i takowy dostałem. Można by rzec, że wynik nawet przekroczył moje oczekiwania. – dodał po chwili, rozglądając się po komnacie.

- Co teraz? – zapytałem, siedząc na krańcu łóżka.

- Teraz, pójdziesz się umyć. Pójdziesz spać. Od jutra zaczynasz trening. – oznajmił, wstając z krzesła. – Balia znajduje się za tymi drzwiami. Aha, jeszcze jedno. To teraz twój pokój. – dodał, wskazując ręką umiejscowienie wejścia do łaźńi. Wyszedł bez słowa.

***

Kąpiel była tak wyczekiwanym momentem relaksu. Przez tą ciepłą wodę na chwilę zapomniałem o moich problemach, o moich dotychczasowych poczynaniach. Miałem chwilę jedynie dla siebie.

Po około dwudziestu minutach, w końcu wyszedłem z balii, porządnie się wytarłem i ubrałem w szaty, które mi podarowano. Ubiór składał się z eleganckich spodni, koszuli, oraz płaszcza, wszystko w odcieniach bieli, z złotymi wstawkami na ramionach, torsie oraz kołnierzu.

Wszedłem do głównego pokoju, który był większy od mojego domu w Svalbred. W rogu mieściło się łóżko, na którym wcześniej zostałem położony. Stół stojący równolegle do łoża, z krzesłem przylegającym do niego. W pokoju mieścił się jeszcze regał na książki (obok blatu), oraz kolejne krzesło, tuż za łóżkiem. Wszystko było wykonane z mahoniu. Całość była oświetlana magiczną świeczką. Najlepszą właściwością takiego typu oświetlenia, była jego nieskończoność. Znicz nigdy nie musiał być wymieniany.

Po krótkim zapoznaniu się z moim pokojem, w końcu poszedłem spać.

***

Pobudka nastąpiła wcześnie rano. Do moich drzwi zapukała Aleksandra.

- Wstawaj śpiochu! – krzyknęła, wchodząc do pokoju. Zapomniałem go zamknąć. – Już szósta. – dodała, rozsiadając w krześle przy stoliku.

Powolnym, zmęczonym ruchem, wstałem z łoża. Gdy tylko wylądowałem na nogach, na twarzy Aleksandry pojawił się uśmiech. Mimo, że był piękny to jednak szyderczy.

- Serio? Poszedłeś spać w ciuchach dziennych? – zapytała, powstrzymując się od śmiechu.

- Co? Aaa… Kurwa. – to było najsoczystsze kurwa, jakie kiedykolwiek wypowiedziałem.

- Nieważne… Chodź na śniadanie. Przy okazji cię oprowadzę.

***

Przechodziliśmy przez kolejne przestronne korytarze, wszystkie utrzymane w takim samym, bogatym stylu, jak reszta kompleksu.

Aleksandra nie czuła potrzeby opisywania kolejnych alej, zatrzymywała się natomiast przy, niektórych drzwiach, żeby opowiedzieć, co się za nimi znajduje. Tak na przykład dowiedziałem się, że sala treningowa znajduje się dosłownie dwadzieścia kroków od mojej komnaty. Naprzeciwko sali treningowej natomiast znajduje się Sala Egza. Później mamy rzędy mało znaczących Sali (po obu stronach korytarza). Zauważyłem również, że cały kompleks był zbudowany na podstawie prostokąta, którym jest główny korytarz. Wszystkie jego odnogi składały się z sal, nie było ani jednego pobocznego korytarza.

Po około dwustu metrach, po naszej lewej ukazały się ogromne drzwi prowadzące do kantyny (w ogóle w całej szkole(?), drzwi były ogromne).

- Tutaj masz kantynę. – oznajmiła obojętnie Aleksandra.

Sala była bardzo wszechstronna, była wręcz niebotycznie ogromna. Pełna stolików, które mogły pomieścić maksymalnie cztery osoby. Wielkość sali wydawała się wielce niepotrzebna, ponieważ kompleks nie roił się od ilości osób.

- Po co wam taka wielka stołówka? – zapytałem zdziwiony.

- Na różne przyjęcia, bankiety. Jesteśmy instytucją magiczną jak i polityczną. Czasami zdarzy się, że jakieś królewicze przyjadą, to i ugościć ich trzeba. – oznajmiła uśmiechnięta Aleksandra.

W bufecie obowiązywał szwedzki stół, co miało swoje zalety. Jedną z nich była taka, że nie byłem ograniczony w zakresie ilości jedzenia. Tego natomiast wziąłem ogromną ilość, bo od prawie dwóch dni nie jadłem niczego porządnego.

***

- Przykro mi z powodu Wissariona. – oznajmiła czule, po długiej ciszy, Aleksandra.

- Emm… To dość nieordynarny sposób, rozpoczęcia rozmowy. Rzekłbym, że dość nieodpowiedni, zważając na obecną sytuację. – odpowiedziałem, biorąc kolejny kęs jedzenia.

- No tak… Boże. Przepraszam, od jakiegoś czasu… Eh nieważne… - powiedziała zawstydzona Aleksandra.

- Był ci bliski?

- Nie… Znaczy… Znaliśmy się… Ale to tylko tyle…

- Jak dobrze?

- Jak dobrze co?

- Jak dobrze się znaliście?

- W sumie to nie aż tak dobrze… Po prostu jak tu pierwszy raz trafiłam… Bardzo mi wtedy pomógł. – oznajmiła zasmucona.

- Jeżeli potrzebujesz, coś z siebie zrzucić… Zawsze mogę pomóc… - odparłem, próbując pocieszyć Aleksandrę.

- Ehh… Może jak na razie… Jak sytuacja będzie bardziej taktowna… Bardziej…

- Adekwatna? Odpowiednia?

- Tak! Odpowiednia.

***

Po śniadaniu, udałem się do Sali Egza, gdzie czekał na mnie Fotyn. W przedsionku, łączącym wszystkie sale, zrobił się nieco większy ruch, w końcu mogłem zobaczyć jak wygląda kadra magiczna Kręgu. Na oko można powiedzieć, że Krąg „zatrudniał” około stu osób.

- Dzień dobry, Anter. – oznajmił przyjaznym tonem Fotyn. – Jak się spało? – dodał po chwili, poprawiając swoje długie szare włosy.

- Przyjemnie… - odparłem, drapiąc się po mojej blond czuprynie.

- Czyli rozumiem, że jesteś gotowy zacząć swój trening.

- Jak najbardziej.

***

- Wyżej miecz! Zwód! Doskok! Unik! Szybkie cięcie! Parowanie! Jeszcze raz! Pewniej ląduj! Balans! – krzyczał Fotyn, oglądając mnie z podwyższenia.

Sala treningowa była składową dwóch części. Partia pierwsza to powierzchnia na której się aktualnie znajdowałem, nazwijmy to poziomem zero. Na poziom zero składała się arena treningowa, podzielona na kilka sektorów. Arena główna, gdzie trenowało się swoje umiejętności z innymi ludźmi (zazwyczaj byli to magowie kręgu). Wahadła, gdzie ćwiczyło się swoją zwinność, uniki oraz balans. Trzecim i ostatnim sektorem była część manekinów.

Partia druga natomiast, to krużganek wewnątrz sali, okalający ją. W drugiej partii znajdował się Fotyn, nazwijmy ją w takim razie poziomem pierwszym.

Pierwszy dzień spędziłem na wahadle, próbując polepszyć swoją zwinność, jednak cały dzień, albo dostawałem w mordę od wahadła albo przewracałem się próbując wykonać unik.

- Musisz popracować nad równowagą ciała. Zwróć uwagę na błędy techniczne, które popełniasz. W dodatku jesteś za wolny. – oznajmił chłodno Fotyn, schodząc na moje piętro. – Od nowa. – dodał po chwili przerwy, ponaglając mnie.

- Wejście! Doskok! Unik! Zwód! Parowanie! Doskok! Unik! Unik! Półpiruet! Doskok! Piruet! Przejście! – krzyczał mężczyzna, chodząc bez przerwy.

***

- Zmęczony? – zapytał, podchodząc do mnie. Po kilkunastu minutach treningu na wahadle o mało nie wyplułem płuc. Byłem okropnie zdyszany, w ustach czułem smak żelaza.

- Trochę. – odpowiedziałem, mocno dysząc.

- Pięć minut przerwy. Później wracasz na wahadło. Dalej ci słabo to wychodzi. – oznajmił, wchodząc na pierwsze piętro.

***

- Balans! Doskok! Unik! Piruet! Przejście! Unik! Unik! Unik!!! Za dużo ryzykujesz pchając się w tak małą przestrzeń! – krzyczał w niebogłosy Fotyn. Słychać było, że jego gardło powoli tego nie wytrzymuje. – Jeszcze raz! Wejście! Doskok! Unik!

***

Rozległo się pukanie do drzwi. Akurat w tym momencie, w którym relaksowałem się w mojej balii.

- Nie mam teraz czasu! – krzyknąłem, zanurzając się głębiej w wodzie.

Jednak osoba stojąca za drzwiami i tak weszła. Świetnie… Zapomniałem zamknąć drzwi.

- Gdzie jesteś? – zapytał kobiecy głos. Już po samej tonacji rozpoznałem, że to była Aleksandra.

- Nie ma mnie… - odpowiedziałem cicho, byłem mocno zrezygnowany.

Weszła do mojej łaźni, mojej oazy spokoju.

- Oj… Myślałam, że się golisz… Albo robisz cokolwiek innego. – rzekła zawstydzona. – Słuchaj… Ja tylko chciałam powiedzieć ci, że jeżeli chciałbyś to mogłabym z tobą poćwiczyć jutro. Po zajęciach. – dodała, zakrywając oczy, swoimi delikatnymi dłońmi.

- Zobaczę jutro… Jak na razie to chce się odprężyć…

- Emm… No dobrze… To ja w takim razie… Wiesz… - mówiła, lekko podgryzając dolną wargę.

- Wiem. – odpowiedziałem chłodno.

***

Kolejny dzień, kolejne duże śniadanie, kolejne zajęcia z Fotynem. Tym razem zapoznawałem się z tajnikami magii…

- Czyli mówisz, że „Przebudzenie”, masz już za sobą? – zapytał niepewnie Fotyn.

- Tak. Wykonałem je jeszcze w Svalbred. – odpowiedziałem, stojąc naprzeciwko manekina. Dzisiaj znowu ćwiczyliśmy w sali treningowej. Nie powiem, komnata była o tyle świetna, że była przestronna, znowu, jak reszta kompleksu, była wykonana z marmuru. Jednak hala ta miała jedną wadę, było w niej cholernie zimno.

- Hmm… To by mogło wiele wyjaśniać… Ale! Do tej materii, powrócimy kiedy indzie… Teraz, czas na skupienie. – oznajmił żywo Fotyn. – Musisz się stuprocentowo skupić. – dodał po chwili zamyślenia.

- Na czym? – zapytałem lekko zdezorientowany.

- Na sobie. A teraz… Zamknij oczy… - powiedział Fotyn, dodając zbytecznej dramaturgii.

Zamknąłem oczy. Po kilku minutach ciszy, padły kolejne słowa.

- Czujesz ten spokój? – zapytał, cichym i spokojnym tonem.

- Czuję… - odpowiedziałem, dalej nie otwierając oczu.

- Czujesz przepływ w twoim ciele? Czujesz strumień energii?

- Czuję…

- Teraz wyciągnij rękę przed siebie. Otwórz swoją dłoń. Skieruj jej wewnętrzną część ku ziemi.

Tak postąpiłem. Po kilkunastu sekundach poczułem dziwne mrowienie na końcówkach palców. Mrowienie powoli lecz w regularnych interwałach, przesuwało się po mojej całej ręce, by nagle przestać.

- Co to było? – zapytałem zdziwiony, w końcu otwierając swoje oczy.

- Magia. Jesteś idealnym Przewodnikiem. Niektórym, czerpanie energii zajmuje wiele godzin. Może minąć kilkanaście godzin, zanim ktoś odczuje mrowienie. – oznajmił Fotyn, łapiąc mnie za ramię.

- To coś oznacza? – zapytałem, układając moją rękę w naturalnej pozycji.

- Owszem… Jednak nie zaprzątaj sobie tym głowy… Nie teraz przynajmniej.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania