Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Ognie Głębin – Rozdział 1 – Kociak Wiedźmy

W mieście Almir, w Wielki Dzień Targowy, można było kupić przeróżne piękne, i dziwne zarazem, rzeczy. Od muszli począwszy — muszli perłowych, skorup marmurowców, ślimaków keo i wielu jeszcze bardziej egzotycznych — poprzez wszelkiej maści ryby (największą popularnością cieszyły się głębinowe zapalniczki), kraby, ukwiały i koralowce — a na zdobnych, eleganckich tasarach skończywszy. Lecz, pomimo wszystkich tych wyszukanych cudowności, tym co najbardziej kochała Adrias, były książki.

Oczywiście nie jakieś stare, grube, przykurzone encyklopedie, czy zielniki flory morskiej. Te były dla stąpającej po lądzie elfki zupełnie nieprzydatne i — co gorsza — nudne. Niekończące się obrazki, szczegółowo wyłuszczone informację na temat struktury liści, czy korzeni i inne drętwo przedstawione fakty jej nie interesowały. Inaczej było w powieściach. Tu wyczerpujące, pełne detali opisy i magiczne wizualizacje oddawały nie tylko wygląd, ale i aurę danego miejsca lub przedmiotu. Takich właśnie książek poszukiwała elfka. W dodatku najlepiej dobrze napisanych, z wyraźnym wątkiem romantycznym, rozgrywającym się w jakiejś podmorskiej krainie. Bowiem Adrias uwielbiała czytać o miłości i głębinach. O niespodziewanych pocałunkach pod granatową wodą rozświetloną lampami głębinowych ryb, migoczącymi niczym gwiazdy. O chwytających za serce wyznaniach miłości w ciemnych komnatach podwodnych pałaców i nocnych spotkaniach w morskich jaskiniach. Co ciekawe, choć lubiła o takich rzeczach czytać, nie sądziła, by miała kiedyś tego spróbować. Nie dlatego, że nie przepadała za flirtowaniem — lubiła to, jak większość młodych kobiet — lecz z powodu braku Kształtu. Czyli czegoś, co posiadały wszystkie najady prócz niej. Zazwyczaj Kształtem był ogon węża morskiego lub zestaw macek oraz skrzela, czy inna forma umożliwiająca oddychanie pod wodą. Jednakże jako minorka, zaledwie pół-krwi najada, nie została pobłogosławiona zmiennokształtnością. Z tych powodów gatunkiem literackim, po który sięgała najchętniej, był głębinowy romans. Obfitujący w opisy podwodnego świata, a przy tym bardzo emocjonujący, dostarczał elfce to, czego nie miała okazji doświadczyć. Trzeba jednak zaznaczyć, że jako literatura niezbyt wysokiej klasy, nie zawsze mógł się poszczycić wyszukanym językiem. W związku z tym nierzadko miała problem ze znalezieniem odpowiedniej lektury i z desperacją wręcz przeszukiwała kolejne półki na straganach i w bibliotekach — raczej marnie zaopatrzonych pod kątem jej gustu czytelniczego. Dziewczyna szła po położonym bezpośrednio na tafli wody, jednym z tysięcy marmurowych pomostów przecinających całe Miasto Almir, mijając stragany następnych, coraz to dziwniejszych kupców, pochodzących z różnych, przeważnie morskich ras (dało się też dostrzec sporo ludzi oraz wichrowych elfów). W powietrzu unosił się zapach przypraw zarówno tradycyjnych, jak i sprowadzonych z dalekich, lądowych krain oraz, bardziej powszedni, odór ryb i soli morskiej. Zewsząd otaczał ją gwar rozmów. Krzyki sprzedawców zachwalających swe dobra oraz jeszcze głośniejsze wrzaski nie zawsze zadowolonej klienteli. Zaśmiała się pod nosem, słysząc ostrą wymianę zdań między zielonoskórą Allamirką a zaskoczonym agresją rozmówczyni handlarzem jedwabiem. Nagle jej uwagę zwróciło, przebijające się przez wszechobecny szum, przerażone kwilenie. Obróciła głowę i ujrzała brzydką, grubą kobietę, o głowie ropuchy. Jej pomalowane na czerwono, szerokie usta w zielonej krostowatej twarzy i żółte oczy już same w sobie stanowiły nieprzyjemny widok, lecz tym, co naprawdę zniesmaczyło Adrias, było odkrycie, że źródłem dźwięku był pożerany przez kobietę czarno-biały szczeniak. Dziewczyna skrzywiła się potwornie. Nie umknęło to niestety uwadze ropuchy. Zwróciła ku elfce swoje potworne, głodne ślepia.

- Co się gapisz? - zabulgotała gniewnie — Rodzice cię kultury nie nauczyli, hę?

 

Adrias podniosła obronie ręce, pokręciła głową i poczęła się wycofywać, jakby mówiąc: „Nie mam nic do Pani, ani do Pani nawyków żywieniowych, naprawdę”, lecz tamta kontynuowała swą tyradę:

 

- Już zjeść normalnie nie można, bo jakaś małolata się, kurwa, gapi. Już ją cię nauczę, świntucho jebana! Twoja matka jest moją stałą, kurwa, klientką i na pewno się, kurwa, dowie!

 

„Oh, jak dobrze, że nie mam matki” - pomyślała i uśmiechnęła się z przekąsem, znikając w tłumie. Na nieszczęście dosięgnęły jej jeszcze ostatnie słowa żaby: „Lądowa pizda!” i odgłos splunięcia.

 

„Oby Ci jęzor do podłoża przywarł jak tak dalej pluć, będziesz, wstrętne żabsko”.

 

Poprawiła gniewnie bladozieloną tasarę, która zsunęła się nieznacznie z prawej piersi, odkrywając bladą skórę dziewczyny.

 

Właściwie bardziej rozdrażniła ją wzmianka o „lądowej” niźli określenie „pizda”. Tłumaczyła sobie oczywiście, że na pierwszy rzut oka nie różni się niczym od reszty najad. „Lądowy” — tak się tu po prostu mówi, chcąc kogoś obrazić. Mimo to irytacja wciąż nie chciała jej opuścić. A przecież to nawet nie było nic osobistego.

 

Ghaakowie, żaboludzie, znani są na ogół z mało uprzejmie mowy i jeszcze podlejszego temperamentu. Podobnie jak też niecodziennego menu, obejmującego również psy i koty. Przy czym w obrębie miasta panował zakaz jedzenia kotów, będących świętymi zwierzętami Drzewiarki, najważniejszej z elfickich bogini. Niestety żaboludzie dali się też poznać jako istoty niewiele sobie robiące z przepisów prawnych. Dlatego podczas wszelkich świąt, festynów lub, tak jak teraz, Wielkich Dni Targowych, mieszkańcy miasta trzymali swoich ulubieńców pod kluczem. Zazwyczaj jednak liczba futrzaków po tego typu wydarzeniach szczuplała.

 

Tym bardziej dziewczynę zaniepokoił widok siedzącego na skrzyżowaniu szaro-zielonego kociaka. Łypnęła ostrożnie w stronę straganu Żababy, jak przezwała tamtą w myślach, lecz Ghaankę dawno zasłonił tłum. W myślach Adrias wykiełkował jednakże niepokojący obraz przedstawiający Żababę oblizującą się łakomie na widok zwierzątka. Uklękła na posadzce, wyciągając ostrożnie dłoń w stronę kotka. Ten spojrzał na nią ufnymi, zielonymi ślepkami w kształcie migdałów i wysunął nieśmiało pyszczek, wąchając dziewczynę. Uśmiechnęła się.

 

- Cześć, malutki — szepnęła. Stworzonko odpowiedziało cichutko miauknieciem, a raczej czymś podobnym ćwierknięciu. Elfka pogładziła łebek kotka, gdy ten się o nią otarł.

 

- Wiesz, że nie powinno cię tu być, co? Bo ktoś cię pożre — kotek potwierdził ćwierknięciem.

 

- Zabiorę cię dziś do siebie, dobrze? - znów ćwierknięcie.

 

- To chodź — mruknęła, odpinając klapę torebki. Już miała włożyć kociaka do torby, gdy nagle chlusnęła na nich fala zimnej, słonej wody. Zwierzak fuknął, zjeżył się i pognał prosto w tłum.

 

- Cholera, wracaj! - krzyknęła za nim, zdając sobie sprawę z bezcelowości tego czynu. Szukanie kociaka w tłuszczy kupujących zdawało się równie beznadziejne co poszukiwanie pojedynczego błazenka wewnątrz ukwiału.

 

- Cóż, to ciebie chciałam przestraszyć — oznajmiła przepraszającym tonem Eejneelle, najlepsza przyjaciółka Adrias. Wynurzywszy się do pasa z wody, oparła łokcie na chodniku.

 

— Gratuluję, właśnie pomogłaś Żababie zdobyć obiad — fuknęła. Eejne się zaśmiała.

 

- Żababie? Znaczy Ghaance? - domyśliła się.

 

- Nie, kurde, foce — odwarknęła z nutą rozbawienia.

 

- Oj, nie martw się, nie jesteśmy jedynymi elfami na targu. Na pewno ktoś go weźmie. Żababa... Dobrze dobrana nazwa — stwierdziła, wyskakując z wody i jednocześnie zakrywając ciała uprzednio wyjętą z torby, błękitną tasarą.

 

Uczyniła to tak sprawnie, że Adrias (jak zwykle zresztą) ledwo zauważyła moment, w którym połyskujący srebrno-granatowy ogon najady zmienił się w parę zgrabnych, pokrytych gdzieniegdzie błyszczącą łuską, nóg.

 

Sama Eejneelle była drobna i szczupła. Miała rzadką u najad jasnokremową cerę, pokryte srebrnymi oraz niebieskimi łuskami policzki, wodniste, błękitne oczy i delikatnie skrojone, bladoróżowe usta. Wiatr rozwiewał długie, bladobeżowe włosy dziewczyny — obecnie rozpuszczone — lecz Adrias wiedziała, że teraz, kiedy już wyszła z wody, zepnie je w luźny, wręcz niechlujny warkocz.

 

Eejne wyglądała też na młodszą od przyjaciółki, mimo iż były w tym samym wieku. Wynikało to zapewne z faktu, że według miejskich jasnowidzów Adrias miała osiągnąć dorosłość w przyszłym tygodniu, natomiast Eejneelle dopiero za 30 lat. Brzmi to może nieprawdopodobnie, lecz należy pamiętać, że elfy liczą 10 ludzkich lat jako rok. Dlatego najady nie dziwiła myśl, że dorośnie, mając lat 250, skoro według elfickiej miary miałaby skończyć dopiero 25 - i w tym wieku pozostać już na wieczność.

 

Właśnie zapinała ostatnie złocone łańcuszki podtrzymujące tasarę, która osłaniała jej lewą pierś, prawy pośladek oraz krok. W innych krajach być może uznano by ów strój za skandaliczny jednakże wśród najadów za zbyt skąpy, miało się jedynie ubiór odsłaniający obie piersi, a dokładniej sutki, lub części intymne. Spojrzała na towarzyszkę.

 

- Zatem — zaczęła — Opowiadaj, któż tym razem się krzywo na ciebie spojrzał. Adrias uniosła pytająco brew. Tamta westchnęła z udawaną irytacją.

 

- Widzę tę minę — oznajmiła.

- Znamy się nie od dziś, moja droga. Te zaciśnięte szczęki mówią, że usłyszałaś jakąś bezosobową uwagę i wzięłaś ją do siebie, a teraz ja muszę cię wysłuchać, aby następnie przypomnieć ci, jaka jesteś głupia... - dokończyła z szelmowskim uśmiechem, za co zarobiła pstryczka w ucho. Rozmasowała je wciąż uśmiechnięta.

 

- Jak dobrze, że to Twoja głupota poprawia mi humor — syknęła zjadliwie, lecz z wyraźnym rozbawieniem, Adrias. Roześmiane od ucha do ucha, ruszyły naprzód, przez stragany.

 

- Nazwała cię lądową pizdą? I o to cały szum? Doprawdy powinnaś przestać przejmować się głupotami.

- Kiedy ci tłumaczę, że wcale się nie przejmuję!

- Wcale a wcale — mruknęła niewinnie Eejne.

- No może trochę, ale nie o to chodzi. Ehh... - westchnęła rozprostowując palce, aż trzasnęły kości — Bulwersuje mnie fakt, że są tu sobie takie żaby i inne równie oślizgłe stwory i jak gdyby nigdy nic jedzą psy na oczach wszystkich! A to dopiero początek niedługo zaczną jawnie pożerać konie morskie, a potem co? Koty? Ludzi? Nas? Ktoś powinien zrobić z tym porządek, nim zabrną za daleko.

- Nie wiem, czy wiesz — zaczęła konspiracyjnym szeptem Eejneelle — Ale twoje oburzenie, słuszne, czy nie, graniczy z nietolerancją rasową. No wiesz — tu podniosła głos — My, elfy najlepsze, najwspanialsze, reszta to gówno! I tak dalej — zakończyła ze śmiechem.

- A w dupie mam nietolerancję! - warknęła.

- Wciąż martwisz się o tego kotka, prawda? - zgadła Eejneelle.

— Tak... Nie, Znaczy nie. Niby czemu?

- Czyli tak — podsumowała — Słuchaj, naprawdę nie sądzę, by miało mu się coś stać — dodała pocieszającym tonem.

- Zatem niechaj twoja wiara starczy za nas obie — mruknęła ponuro Adrias.

Eejne spojrzała od niechcenia na wieżę sygnałową. Lewitujący nad nią, niebieski zawijas symbolizował godzinę 14:30.

- O! Już późno — stwierdziła — Musimy się pospieszyć, jeśli chcesz cokolwiek zobaczyć przed pracą. Adrias również zerknęła na zegar.

- Wymieniłam się z Aaią, więc nie powinno być problemu. „O ile nie będziesz godzinami przeglądać biżuterii” - dodała w myślach. Najada puściła do niej oko.

- I chyba nawet wiemy czemu.

- To wie już każdy — odparła. - I szczerze? Nie rozumiem. Co jest w nim takiego, że woli przegapić Wielki Targ, by spotkać się z mężczyzną, którego widzi codziennie!

- Codziennie, ale na murach, z daleka, bez żadnego kontaktu — doprecyzowała tamta — I mówi to ktoś, kto przyszedł na ów targ, by szukać romansideł.

- Oh, to rozumiem — w każdy inny dzień. Lecz dziś?

- A w jaki inny dzień byś się z nią wymieniła? - na to elfka już nie znalazła odpowiedzi. Wymamrotała tylko pod nosem coś o „oczywistych priorytetach” i wątpliwej urodzie rzeczonego strażnika.

- Ale jest kapitanem straży! - oburzyła się Eejne.

- Brzydkim

- Nieprawda! Jest wysoki, przystojny, umięśniony...

- Nazbyt umięśniony i do połowy łysy. Ma niezdrową, niebieską cerę i białe zimne oczy... Jak u ryby.

W międzyczasie mijały kolejne stragany, których na szczęście pochłonięta rozmową Eejne zdawała się nie zauważać.

- Pozwól, że skoryguję — ma bardzo ładny, błękitny odcień skóry, niepokojące, zapierające dech w piersi oczy, jest uroczy, zwinny, miły...

- Miły? Przecież nigdy go nie spotkałaś.

- Ale widziałam na murach i to niejednokrotnie.

- No i?

- Wygląda na miłego — broniła się Eejne. Odpowiedziało jej lekceważące „phi też mi coś”.

- Zresztą Aaia jest miłą dziewczyną. Nie mogłaby znaleźć sobie bucowatego mężczyzny.

— Miła, nie miła, ale chyba powinna się zacząć o niego martwić, czy może raczej o siebie.

- Co? Nie, dlaczego?

- Ktoś tu się za bardzo nad nim rozpływa — syknęła jej do ucha.

- I co z tego — warknęła Eejne — To normalne, że dziewczęta w naszym wieku wzdychają do strażników — nie dało się jednak nie zauważyć, że oblała się lekkim pąsem.

— Skoro tak właśnie twierdzisz...

— Tak twierdzę. Nie. Nie twierdzę — mam pierwszą pewność w Moreth 'ane!

 

*Moreth'ane - dawna filozofka elficka, która opracowała skalę prawdopodobieństwa, podzieloną na 10 stopni, z których pierwszy oznacza niezaprzeczalną pewność, a ostatni niemożliwość wystąpienia danego zjawiska.

 

Adrias się roześmiała, wiedząc, że już przegrała ten spór. Jak Eejneelle się uparła, nie sposób było przemówić jej do rozumu. Niestety wraz z ucichnięciem rozmowy uwagę najady ponownie zajęły mijane stragany. Adrias jęknęła cicho. „Oto jest moja zguba”. I rzeczywiście zza rogu szczerzyło się złowieszczo stanowisko z biżuterią. Eejneelle pociągnęła ją w tamtą stronę. Sprzedawczyni była najadą. Raczej wędrowną niźli osiadłą w którymś z wodnych miast, sądząc po stroju bardziej przypominającym te, noszone w Środkowych Krainach. Błękitna bluzka z rozkloszowanymi rękawami oraz seledynowe spodnie miast tradycyjnej tasary. Wśród mieszkańców Allamiru podobny ubiór dało się zauważyć jedynie u posłańców przemierzających odległe krainy, by nieść słowa króla Timelona. Kobieta oferowała kupującym szeroką gamę ozdób z muszli, bursztynu i pereł, które kochała Eejneelle. Dziewczyna długo przebierała wśród małych różowych muszelek, po czym, stwierdziwszy, że żadna nie spełnia jej oczekiwań, przeniosła wzrok na kolczyki. Wnikliwie je oglądała, unosząc czasem któreś do światła, by lepiej ocenić jego walory i skazy. Wbrew sobie Adrias zaczęła od niechcenia trącać palcem muszelki, lecz bez większego zainteresowania. Co prawda te pudrowo — różowe, o pofalowanym kształcie przyciągnęły początkowo jej uwagę, ale zaraz sobie przypomniała, że ma takich już ze dwadzieścia — zarówno kolczyków, czy naszyjników, jak i zwykłych spinek.

- Wybrały już coś panienki? - spytała wreszcie sprzedawczyni — zapewne nieco poirytowana niezdecydowaniem dziewcząt. Eejneelle podniosła nieśmiało parę perłowych kolczyków.

- Jest może jakiś ciemniejszy odcień? Kobieta się uśmiechnęła.

— Wolisz czarne, różowe, czy może mgłoperły?

- Ma pani mgłoperły?! - wykrzyknęły jednocześnie. Na potwierdzenie swych słów z tajemniczym uśmiechem najada wyciągnęła spod lady trzy pary perłowych kolczyków, o dziwnej srebrno-błękitnej, opalizującej barwie. Jeden typ przedstawiał konika morskiego, drugi stanowiły trzy wiszące jedna pod drugą kulki, trzecie natomiast był kaskadą różnej wielkości łezek i te właśnie sprawiły, że serce młodszej dziewczyny oszalało z radości. Adrias, widząc euforię przyjaciółki, ostrzegawczo położyła rękę na jej ramieniu.

— Obawiam się, że ten materiał jest dość drogi — rzekła z naciskiem.

- Oh, nie. Nie tym razem — wtrąciła się handlarka — Ze względu na cła w Kalionie jest w moim interesie sprzedać te cudeńka jak najszybciej. Oczywiście nie tak całkiem za darmo, ale jestem w stanie zaproponować rozsądną cenę 500 raanów za parę.

Brwi Adrias podeszły w górę i sama nie była pewna, czy ze względu na wysokość ceny, jako że w swoim życiu najwięcej na kolczyki wydała 150, czy też na tak wielką zniżkę, biorąc pod uwagę, że zazwyczaj mgłoperły kosztują ok. 1000-1200 raanów. Przyszło jej do głowy, że to może być jakieś oszustwo, lecz nałożenie iluzji udatnie imitującej charakterystyczny poblask pereł kosztowało z reguły więcej, niż były warte. Poza tym celnicy kaliońscy faktycznie z wielką podejrzliwością podchodzili do rzeczy pochodzących z Widmowego Świata. Ostatecznie podejrzenia rozwiał cichy szmer, który rozbrzmiał po lekkim potrząśnięciu kolczykami. Eejneelle nie zastanawiała się długo.

- Mogę zapłacić listem gwarancyjnym? - zapytała.

 

- Dopiero po wpłaceniu połowy kwoty

 

- Wspaniale! Adrias, pożyczysz mi dwadzieścia, prawda? - spytała błagalnym tonem.

 

- Oszalałaś? Matka cię zabije!

 

- Naprawdę? Jak za tamten naszyjniki dwa cykle temu? - wtrąciła głosem niewiniątka — A nie, przepraszam, jeszcze żyję. I pierścień w zeszłym roku? I przypinki... Nie pamiętam już, nawet kiedy? To jak będzie?

 

Najada westchnęła zrezygnowana i wyciągnęła portfel.

 

- Proszę bardzo — wymamrotała.

 

- Dziękuję — pisnęła ze szczęścia i wypisała czek. Wreszcie odeszły od stoiska — jedna niemalże skacząca ze szczęścia, druga z marsową miną.

 

Jako kolejny uwagę dziewcząt przyciągnął stragan obsługiwany przez smukłego erisa, o orlim nosie, oferujący piękne wschodnie stroje prosto z Adu. Na ogół krojem przypominały tasary, wykonane jednakże z lżejszego materiału stopniowo zyskiwały popularność w ciepłowodnych okręgach.

 

Ostatecznie przejrzały zaledwie szaty, bo Adrias zauważyła wymarzone stoisko z książkami. Stanęła uradowana przed zastawionym grubymi tomiszczami stanowiskiem, by zaraz jęknąć ze zgrozy, zobaczywszy, że są to głównie książki historyczne, do których zawsze czuła pewien wstręt. Gdzieś obok szczerzyły się niemal równie znienawidzone encyklopedie. Z ulgą dojrzała wciśnięte w najgłębszy kąt trzy egzemplarze horroru „Wycie Mureny” i jeszcze dwa mniej znane romanse, których dotychczas nie czytała. I podobnie jak Eejne z kolczykami nie miała problemu, by się zdecydować. Wiedząc, że Wielki Targ kończy się dzisiaj, a następny odbędzie się dopiero za dwa cykle, tym bardziej była zadowolona z zakupu. Spojrzała na wieżę sygnałową. Zostało jej około 40 minut, jeśli chciała jeszcze wstąpić do domu. Rozejrzała się za Eejneelle, lecz nigdzie nie mogła dostrzec przyjaciółki. Zauważyła natomiast inną znajomą twarz... czy może pyszczek. Siedział przed nią szaro-zielony kociak.

 

Miaukął i pobiegł przed siebie, po czym skręcił na boczny pomost. Tym razem Adrias ruszyła za nim w pogoń. Mijała kolejne przecznice, a kotek co chwilę znikał jej z oczu, by zaraz się wyłonić zza kolejnego zaułka. Wciąż jednak nie mogła go dogonić. Mimochodem zarejestrowała, że gwar przycichł, a tłumy na wybieranych przez kota kładkach malały. Elfka czuła, że zwierzak wyprowadzi ją w ślepą uliczkę, lecz mimo tego nie dawała za wygraną. Wreszcie, nieźle zdyszana, złapała kotka. Rozejrzała się na około. Nie znała tej części miasta, co wydało jej się dziwne, zważając na to, że przemierzała jego ulice już od niemal 220 cykli. Nie oddaliła się też chyba tak daleko od targowiska, jak początkowo jej się zdawało. Pod murem stał pojedynczy stragan. Schyliła się, podniosła kociaka.

 

- Teraz już mi, mały, nie uciekniesz — oznajmiła tryumfalnym tonem.

 

Pocałowała go w nosek i wpakowała do torby. Podeszła do stoiska. Na zbutwiałej szmacie leżało kilka wytartych bransolet, pęknięty flet, zabrudzony rondel oraz gruba, zakurzona księga. Obrócona plecami do straganu siedziała przygarbiona, odziana w łachy postać. Adrias miała zamiar zawrócić, gdy z jej torby wymknął się kotek. Usiadł na księdze i przenikliwie zaćwierkał.

 

Zawstydzona ściągnęła zwierzę i wcisnęła sobie pod pachę, chcąc przepraszać, kiedy nagle garbate łachy się poruszyły. Z początku oniemiała widząc bardzo starą, ludzką kobietę. Oczywiście widywała już ludzi czy przedstawicieli innych ras w podeszłym wieku, lecz nigdy aż tak wiekowych. Miała rzadkie, siwe włosy wiszące w tłustych strąkach, garbaty nos, pożółkłe gałki oczne i niezliczoną ilość zmarszczek.

 

- Prze...praszam — wyjąkała w końcu.

 

-Oh, nic nie szkodzi, dziecko — zaskrzeczała tamta, ukazując spore braki w uzębieniu. Właściwie miała tylko dwa kły nadające jej wygląd wampira. Odór rozkładu, który buchnął z ust staruchy, dotarł do nosa dziewczyny, której cudem udało się nie skrzywić.

 

- Widzę, że znalazłaś moją zgubę — wskazała sękatym palcem, czy może raczej szponem, kotka.

 

- To pani kot? - spytała niepewnie, myśląc jednocześnie: „Co? Taki śliczny kiciuś dla takiej brzydkiej baby? Mowy nie ma!”

 

- Owszem. Widzę, że cię polubił — istotnie. Zwierzak polizał szorstkim języczkiem rękę elfki. Ta niechętnie posadziła go z powrotem na księdze.

 

- Niech go pani lepiej pilnuje. Dla co niektórych tutaj zbłąkane kocię to nie lada kąsek

 

Starucha się zaśmiała, choć zaświstała, byłoby trafniejszym określeniem. Adrias przeszył dreszcz.

 

- Zapewne to dobra rada, lecz nie zamierzam z niej skorzystać.

 

- Ale... - elfce zabrakło słów. „Nie dość, że brzydka to i okrutna? Chce skazać tak prześliczne stworzonko na śmierć?”

 

— Uprzedzając wszystkie nienawistne słowa, jakie zamierzasz w moją stronę, panienko, cisnąć — nie zamierzam zostawić go na pastwę losu.

 

Dziewczyna zamknęła usta.

 

- Wyglądasz mi na kogoś, kto lubi książki — zaczęła „No proszę, proszę” - pomyślała - „Tu mnie masz” - Zatem proponuję umowę — ty zajmiesz się moim przyjacielem — wskazała kota — A w zamian dostaniesz tę księgę — wskazała na tomiszcze.

 

Elfka nie pałała co prawda miłością do tego typu literatury, lecz nade wszystko pragnęła zaopiekować się kociakiem.

 

Chciała odmówić przyjęcia księgi, lecz bała się, że obrazi kobietę, a wówczas tamta nie da jej kotka. Zamiast tego spytała:

 

- Kiedy pani po niego wróci? -starucha uśmiechnęła się tajemniczo.

 

- Tak przykry wydaje ci się nowy obowiązek, panienko?

 

- Nie, wprost przeciwnie — odparła szczerze.

 

- Zatem mamy umowę — oznajmiła — To wielki zaszczyt przysłużyć się stworzeniu Drzewiarki. Pamiętaj o tym, dziecko — rzekła i nagle Adrias znów była na targowisku z mglistym zaledwie pojęciem co się przed chwilą wydarzyło.

 

Pod pachą miała starą księgę i uśmiechniętego szelmowsko kotka.

Słysząc z oddali głos Eejneelle nawołującej: „Adrias! Gdzieżeś się podziała, cholero?!” schowała tomiszcze do torby.

 

- Eejne, tutaj! - odkrzyknęła, machając ręką w stronę powiewającego na wietrze, beżowego warkocza. Najada łatwo ją odnalazła.

 

- Wreszcie! Szukam cię od niemal godziny!

 

- Godziny? - z narastającym przerażeniem zerknęła na wieżę. Była już niemal spóźniona. Aaia jej tego nie daruje.

 

- Cholera, muszę iść. Do jutra! - krzyknęła i rzuciła się biegiem do najbliższego pomostu.

 

- Zaczekaj! Gdzie byłaś?! - zawołała przyjaciółka, lecz tamta już jej nie słyszała. - No cóż. Powiesz mi jutro — mruknęła i ruszyła do domu.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Shogun 3 tygodnie temu
    Bardzo dobry tekst. Dobrze przedstawiony rozbudowany świat, barwne opisy. Niezły początek historii. Błędów praktycznie żadnych, czyta się płynnie pomimo długości rozdziału i się nie nudzi, co najważniejsze :). Ciekawy wątek z kotkiem i z ludzką wiedźmą. Swoją drogą koty świętymi zwierzętami, jak w starożytnym Egipcie :D. Naprawdę dobry początek i zawiązanie akcji, będę zaglądał, gdyż jestem ciekawy jak to się dalej rozwinie.
    Pozdrawiam ;)
  • Isteri'Luene 3 tygodnie temu
    Dziękuję bardzo, choć obawiam się, że chwilowo akcja zwolni, ale chwilowo to znaczy na rozdział, czy dwa 😉
  • Shogun 3 tygodnie temu
    Jeżeli ten rozdział, czy dwa ma wyglądać tak jak ten, to akcja może zwalniać do woli, bo opisy świata i otaczającej bohaterkę rzeczywistości są świetne i naprawdę przyjemnie się je czyta ;D

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania