Ognie Głębin – Rozdział 3 – Awantury i Kłopoty

Adrias ocknęła się tuż przed świtem. Niemrawo podniosła z biurka bolącą głowę, rozglądając się nieprzytomnym wzrokiem po zdewastowanym pomieszczeniu. Wichura zniszczyła okiennice, z których jedna smętnie wisiała na połowie zawiasu, a druga leżała na podłodze, całkowicie wyrwana z ramy. Przewrócone krzesło miało oderwane oparcie, a po całym pokoju walały się papiery. Sporo z nich zdążyło już nasiąknąć deszczówką. Na jedynym suchym skrawku dywanu siedział Bris, wpatrujący się w dziewczynę wszechwiedzącymi, zielonymi oczyskami.

 

– Cześć, kocie – westchnęła ze słabym uśmiechem. — Niezły tu bałagan, prawda?

 

Przetarła dłonią oczy i wstała, rozprostowując plecy. Wyjrzała na zewnątrz, by spojrzeć na wieżę sygnałową. Była 6:30. Akurat dobra godzina, by przyrządzić makrele... I posprzątać. Jęknęła. Musiała się wyrobić z tym do powrotu Aaii, ale najpierw postanowiła nakarmić kotka, który niepokojąco natarczywie zaczął się łasić.

 

***

 

Posprzątanie bałaganu zajęło jej niecałą godzinę (oczywiście nie wstawiła z powrotem okiennic, ale doszła do wniosku, że glif pieczęci spisze się równie dobrze). Co gorsza, niewiele pamiętała z wczorajszego wieczoru. Na pewno zamknęła okiennice i czytała „Wycie Mureny”. Czyżby zasnęła nad książką? Powinna w takim razie zbudzić się, jeśli nawet nie przez samo wycie wiatru, to chociażby na dźwięk wyrywanych z zawiasów okiennic... Poza tym o ile sobie przypominała, obudziła się z głową na biurku nie na książce.

 

Zmarszczyła brwi. Cała ta sprawa robiła się coraz bardziej podejrzana. Ponownie omiotła wzrokiem pokój, szukając horroru. Książka leżała za biurkiem, rozkraczona, miała mokrą okładkę, na co Adrias się skrzywiła, lecz podniósłszy ją, z niejaką ulgą stwierdziła, że ta nie doznała w rzeczywistości żadnego trwałego uszczerbku. Odłożyła ją ostrożnie na stertę obok. Przemknęło jej co prawda przez myśl, że cała ta cuchnąca sprawa może być powiązana ze staruszką, jednakże miała ważniejsze rzeczy na głowie, niż zastanawianie się nad tym, co było wczoraj, nieważne jak zagadkowe by się to nie zdawało. Nic się przecież nie stało, prawda? Z tą myślą pomaszerowała do kuchni, aby zmierzyć się z makrelą.

 

***

 

Ostatecznie w domu była w okolicach południa.

 

– Witaj, ojcze! – krzyknęła od progu, zamykając drzwi – Wróciłam!

 

— Adrias, to ty? Miałaś być wczoraj, cholera! – odkrzyknął zrzędliwy głos z głębi mieszkania. — Od kiedy to książki są ważniejsze od starego ojca?

 

„Wcale nie takiego starego” pomyślała. Rzeczywiście jej ojciec zatrzymał się w stosunkowo młodym wieku dwudziestu czterech lat, chociaż ze swoją długą, jasną brodą, wyglądał na nieco starszego.

 

– To nie książki, ojcze, tylko praca – odparła spokojnie. „Cóż przynajmniej nie tylko książki”. Podążyła za jego głosem do pokoju, który można było od biedy nazwać salonem lub biurem.

 

— Akurat! Miałaś tu być PRZED pracą. Jeszcze nie mam tak złej pamięci, jak by się mogło wydawać – popukał się nerwowo palcem w skroń.

 

„A mógłbyś” – pomyślała złośliwie.

Ojciec siedział przy wydłużony, kamiennym stole pod ścianą pierwszego i jedynego dość przestronnego z trzech kamiennych pomieszczeń składających się na ich mieszkanie.

 

– Coś mnie zatrzymało – rzekła wymijająco.

 

– Ehe, mogłem się spodziewać... – zaczął zrzędliwie, lecz przerwał, gdy naprzeciwko niego usiadł kotek, donośnie mówiąc: „Miaauu” – Oh, na Untti! A co to? – jęknął.

 

„Kocie, miał Cię nie zauważyć” – spojrzała nań z przyganą, lecz zwierzak już obrócił się do niej tyłem.

 

– To jest kot, ojcze – wyjaśniła.

 

— Oh, tyle sam widzę. Bardziej ciekaw jestem czyj to kot.

 

— Nasz. Wabi się Bris – odparła.

 

— Ah, tak? Nasz? A niby od kiedy?

 

— Od dzisiaj

 

– Rozumiem – przesunął dłonią po brodzie i się zamyślił.

 

– Cóż, zatem witaj, Brisie, kocie Almiru – rzekł w końcu z udawaną powagą. Uśmiechnął się pod wąsem i pogłaskał zwierzaka, który rozsiadł się wygodnie na stole. — Rozumiem, że to „coś” cię zatrzymało?

 

– Tak – odparła z ulgą. Jakiś czas pogawędziła z ojcem, raczej na niezobowiązujące tematy. Zasępiła się, dopiero gdy wspomniał o zbliżających się urodzinach.

 

Od zawsze pragnął, by jego córka wstąpiła do straży, kiedy dorośnie, tym bardziej od czasu, gdy się okazało, że Adrias jest niesamowitą łuczniczką, lecz ona sama wolała myśleć, że skończy za biurkiem pałacowej biblioteki. Nie, żeby przerażała ją rola obrończyni, ale wiedziała, że strażnicy dostają też warty w podwodnych częściach miasta i szczerze wątpiła, czy przyjmą odmowę, gdy dostanie taki przydział. Najpewniej skończy, odbywając kary za niesubordynację. Nie zamierzała przecież spędzić reszty życia pod pręgierzem, a i to zakładając, że przyjmą w ogóle kogoś bez Kształtu. Zapewne tylko się ośmieszy, starając o tę posadę.

 

– No wiesz, Torna była strażniczką... – zauważył i sposępniał jak zawsze, gdy wspominał o matce Adrias. Skrzywiła się nieznacznie.

 

Otóż ferna, z którą się związał, Torna'kia'Kadriella, była niegdyś jedną z Łowczyń, kapłanek Drzewiarki. Ojciec dawno temu opowiadał, że spotkali się na plaży w pobliżu twierdzy Elfador, kontynentalnej części państwa najadów, pobrali się tam, a potem przenieśli razem do Almiru, gdzie urodziła się minorka, aż pewnego dnia, kiedy ich córka była jeszcze malutka, Torna zniknęła. Nikt nie wiedział, co właściwie się stało. Adrias słyszała tylko, że nazajutrz rano stary, bhuullski rybak wyłowił z morza jej opaskę, gdzieś w okolicach Południowego Pomostu. Fernę uznano zatem za zmarłą, choć nigdy nie odnaleziono ciała, ani Agar Eonu. Po samym mieście zaś krążyły plotki, jakoby jej zaginięcie miało związek z piastowaną przez nią dawniej posadą, lecz ojciec jedynie zbywał te pogłoski lekceważącym machnięciem dłoni. Sam nigdy do końca nie pogodził się z odejściem ukochanej i jedynej przyczyny dopatrywał się we własnym, wybuchowym charakterze, co, jak można się domyślać, skutkowało kolejnymi, jeszcze bardziej niepokojącymi szeptami. Teraz natomiast, z racji tego, że jak wszystkie Łowczynie, Torna należała do owianego legendą Leśnego Patrolu, podobnie zresztą, jak i jej matka oraz wiele ich przodkiń, chciał, by Adrias, nie bacząc na konsekwencje, choć po części poszła w ich ślady, dołączając do, jak go nazywał ojciec, hołdując formacji, do której należała jego żona, „Morskiego Patrolu”.

 

Zresztą on również swego czasu do niego należał, choć nie wiadomo było, dlaczego już tam nie służy. Adrias co prawda podejrzewała, że wyrzucili go za spanie na warcie, czy coś podobnego, natomiast według Eejne odpowiedzialne za to były tajemnicze okoliczności zniknięcia matki minorki. Wciąż jednak były to tylko przypuszczenia, a dziewczyna nigdy nie czuła potrzeby, by spytać.

– Pomyślę nad tym, ojcze – rzekła na pocieszenie. Jego twarz rozjaśnił ciepły uśmiech. Ona również się uśmiechnęła w odpowiedzi, choć jej był nico niepewny i wymuszony. Miło jednak było sprawić mu przyjemność. Poszła do swojego pokoju, chwyciła parę rzeczy na zmianę i przepakowała torbę. Po chwili pożegnała się z ojcem i znów wyszła.

 

Jak podejrzewała, pod schodami na trzeci poziom zastała Eejneelle. Ledwie przywitała się z przyjaciółką, ta już zaczęła paplać.

 

— Też Cię miło widzieć, czemu wczoraj tak uciekłaś? Wiesz jaką ładną widziałam dziś sukienkę? Tak swoją drogą to paskudna była wczoraj wichura... Prawie mi okna wyrwało!

 

„No co ty nie powiesz” – pomyślała sarkastycznie. Jednocześnie zauważyła błyszczące w uszach dziewczyny kolczyki z mgłopereł. Mimo wczorajszego sceptyzmu musiała przyznać, że wyglądają naprawdę ładnie.

 

– A te bransoletki w sklepie na rogu Trzeciej Pętli, a Wygiętej Bramy... – na chwilę przerwała słowotok, gdy zauważyła, Brisa.

 

— Ooo! Kiciuś! – pisnęła – Jaki on śliczny, że też wczoraj nie zauważyłam, jakie ma lśniące futerko... Oh na Untti – wreszcie spojrzała na przyjaciółkę – Co się znowu stało?

 

– A co się niby miało stać? – spytała tamta podejrzliwie, unosząc prawą brew.

 

– Nie mam bladego pojęcia, ale znów masz tę minę – wytknęła oskarżycielskim tonem. Adrias westchnęła. A więc o to chodziło.

 

„Czemu ona zawsze wszystko wie?” – zachodziła w głowę.

 

– Miaauu? – spytał kotek.

 

– Tak, tak pamiętam, żeby Cię przedstawić – odpowiedziała i się uśmiechnęła. Chwyciła kota w ramiona.

 

– A zatem, Panie i Panowie, oto jest wszechpiękny i niesamowity, Bris, potocznie zwany Żarłokiem – oznajmiła z krzywym uśmiechem, zbywając pytanie Eejne. Kotek zabuczał, urażony ostatnią uwagą. Ta jednak nie dała się łatwo spławić.

 

– Śliczny ten „Żarłok” jak już wspomniałam – pogłaskała obrażonego Brisa po łebku – Ale nie o to pytałam, więc się nie wykręcaj.

 

Po dłuższym gładzeniu podbródka kotek dał się wreszcie przeprosić i teraz wydobywało się z niego lekkie mruczenie.

 

– Kiedy ja się wcale nie wykręcam, po prostu spełniłam swój święty obowiązek wobec Brisa! – kocurek łypnął podejrzliwie, jakby węsząc sarkazm. „Ten stwór jest za mądry” – pomyślała.

 

– Adrias... – słysząc ten ostrzegawczy ton, minorka wiedziała już, że przegrała spór i to nim jeszcze się na dobre zaczął. Zaklęła w myślach.

 

– Tak, dobrze masz rację, wykręcam się, niechaj, waszej królewskiej mości będzie – złożyła teatralny ukłon, wciąż próbując obrócić wszystko w żart. Nie lubiła wychodzić na zakompleksioną smarkulę więcej niż raz w miesiącu, a przecież to był już drugi przypadek w tym tygodniu.

 

— Adrias! Czemu ty nigdy mnie nie słuchasz? – warknęła Eejne, bynajmniej nie rozbawiona.

 

– Słucham, tylko lubię sobie pożartować – odparła pojednawczo i zaczęła iść wzdłuż ulicy. Najada podążyła za nią.

 

– Ojciec znów mnie namawiał do wstąpienia do Straży, jeśli o tego typu zmartwienia pytasz – powiedziała po chwili, starając się nadać swej wypowiedzi w miarę możliwości lekki ton, co nawet udało jej się poniekąd osiągnąć. — Widzisz, naprawdę nic się nie stało, mam jedynie dość tych ciągłych namów i utyskiwań, i innych jęków.

 

— Więc może naprawdę powinnaś to zrobić. Choć spróbować, może wtedy wreszcie się odczepi? – towarzyszka spojrzała prosząco w jej oczy. Najwidoczniej ją również zaczynało to irytować.

 

— Tłumaczyłam Ci już, czemu nie mogę... Ale skoro tak bardzo wszyscy nalegacie, zrobię to, lecz bynajmniej nie dlatego, że mnie którykolwiek z was przekonało – ostrzegawczo uniosła palec. Eejneelle zmarszczyła brwi, nie rozumiejąc do końca toku rozumowania przyjaciółki. – Zrobię to tylko po to, by zobaczyć wasze miny, kiedy mnie wyrzucą lub w ogóle nie przyjmą – dodała twardym, lekko naburmuszonym tonem. Eejne wydęła wargi.

 

— Cóż... Dobre i to choć lepiej by pan Gwere'el – bo tak miał na imię ojciec Adrias – Usłyszał inny powód.

 

— I usłyszy. Na Unttii! Eejne, za kogo ty mnie masz!

 

Tamta prychnęła.

 

– Za kogoś, kto jednego dnia ucieka, ledwo się pożegnawszy, a drugiego nawet się na tamten temat nie zająknie – powiedziała z nutą pretensji w głosie.

 

— A, to... Zauważyłam Brisa, pobiegłam za draniem – tu potarmosiła uszy zwierzaka – I się zgubiłam.

 

Młodsza dziewczyna pomyliła krok i się zachwiała, Adrias odruchowo ją podtrzymała.

 

— Zgu... Zgubiłaś się ? Na Targu?

 

— Tak. Zgubiłam się. Na Targu. – powtórzyła – I zachodziłabym w głowę, dlaczego tak to wszystkich szokuje, gdyby nie fakt, że mnie samą też niezmiernie zaskoczyło.

 

— I mnie również. Ale, gdzie dokładnie się zgubiłaś?

 

– Gdybym wiedziała, gdzie jestem, nie mogłabym powiedzieć, że się zgubiłam, prawda? – odparła z zadumą. Najada pokręciła głową.

 

— Żartujesz sobie, tak?

 

— Niestety nie

 

– Ale to wciąż był Targ? – dopytywała. Adrias skinęła głową.

 

— Tak podejrzewam.

 

— I nie znałaś tej ulicy?

 

— Oh, sądziłam, że to już ustaliłyśmy.

 

— Niby tak... A coś więcej? – mruknęła – Jakiś zaułek, czy brama? Może wstawiono nową kładkę?

 

Minorka się zamyśliła.

 

– Nie pamiętam – odparła po chwili.

 

— Teraz już naprawdę żartujesz! Nie? – mina jej zrzedła – Ale jak...

 

– Nie pytaj, bo nie pamiętam – ucięła nieco już zirytowana Adrias, choć nie była pewna, czy jest to spowodowane jej własną amnezją, czy też zwyczajowym wścibstwem Eejne.

 

– Ty w ogóle cokolwiek pamiętasz ze wczoraj? – jęknęła.

 

– Nie bardzo tylko tyle, że goniłam za Brisem i mgliście kojarzę jakiś stragan – wolała na razie nie wspominać jej o staruszce. Przynajmniej dopóki miała poczucie, że mogło się tam wydarzyć coś niezrozumiałego. Niezrozumiałego i być może niebezpiecznego, bo jak powszechnie wiadomo, nierzadko rzeczy niewyjaśnione okazywały się również groźne.

 

– Chyba to była któraś z bocznych odnóg, lecz pewna być nie mogę, bo biegłam na oślep – dodała tylko.

 

— Zaburzenia pamięci — dobre sobie. Może to przez tę burzę... - zastanowiła się Eejneelle.

 

BURZA.

 

Adrias otworzyła szerzej oczy i zesztywniała, bo nagle doznała olśnienia — oczami wyobraźni ujrzała kolejno strzępy obrazów: staruszka, księga -.

 

„No tak, księga”, dostała przecież od niej księgę i ją otworzyła -.

 

Bris wbiegający w boczną uliczkę... Była tam nawet jakaś brama — złota. Potem lśniąca księga - „Właśnie ta księga” w jej dłoniach i szalejący wicher, zacinający deszcz. I słowa w elminu, początek pieśni, czy zaklęcia z pierwszego rozdziału księgi.

 

Walunie - kai, silien-gardawl'in IRgan,

Sindir'in-me - sei galla'gan

 

„Wichry, przyzywam was, dajcie mi błogosławieństwo ponad lśnieniem”

 

Nie sądziła, że ją przeczytała, a tym bardziej że zapamiętała. Zdawało jej się, że mętne wspomnienia księgi były zaledwie snem, bądź jakąś zagubioną, wyrwaną z kontekstu myślą, której zresztą nie poświęciła zbyt wiele uwagi, uznając za nieistotną. Teraz w jej głowie ponownie wykwitły obrazy płomienia oraz wilczej watahy.

 

— Adrias! Adrias! – dopiero teraz poczuła, że ktoś nią potrząsa.

Spojrzała zdziwiona na Eejne.

 

– Co się z Tobą dzieje? – zmartwiła się dziewczyna – Wczoraj znikasz bez słowa, nie mogę Cię nigdzie znaleźć, jak już Cię znajduję, również bez słowa uciekasz, a dzisiaj nic nie pamiętasz i tracisz kontakt z rzeczywistością. A ja... – Adrias tylko strząsnęła z siebie jej ręce i poprawiła torbę na ramieniu.

 

– Jutro Ci wszystko wyjaśnię – obiecała. „Albo i nie” – dodała w myślach – Wybacz, ale... – zrobiła pauzę, gorączkowo myśląc jak wybrnąć z sytuacji – Jestem umówiona z Aaią! – oznajmiła tryumfalnie – Do jutra! – krzyknęła, i pobiegła.

 

Brzmiało to, jak kiepska wymówka, którą zresztą było, choć rzeczywiście miała tego dnia pomagać w sklepie. Tym bardziej jej się do tego paliło, gdyż chciała sprawdzić, czy w pokoiku na zapleczu faktycznie znajduje się księga, czy jak miała nadzieję, jednak jej się to przyśniło. Lecz, skąd indziej, na Unttii i Ssshameta, Pana Węży, miałaby znać pieśni elfów lądowych? W dodatku w elminu, którego właściwie nie znała?

 

Miała co prawda wyrzuty sumienia, że znów ją tak zostawia bez słowa, ale

przede wszystkim jednak chciała jeszcze raz wszystko przemyśleć. A przy niczym nie myśli się tak dobrze, jak przy soleniu makreli, prawda?

 

Sama Eejne zaś znów stała samotnie pośrodku drogi z rozdziawionymi ustami, gapiąc się na znikającą pośród krętych uliczek Adrias.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Shogun 3 tygodnie temu
    Znów dobry rozdział. Nadal dowiadujemy się więcej o świecie, o nowych bohaterach. Co do matki Adrias, to jak znam fantasy, to postacie, które zaginęły w niewyjaśnionych okolicznościach, lub nie znaleziono ich ciała, po prostu żyją, ale to się okaże. Po raz kolejny świetnie się czytało :D.
    Pozdrawiam :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania