Poprzednie częściPortret życia  

Portret życia 2

W pierwszym momencie nie bardzo wiedział, o czym ja w ogóle mówię i czy ten tekst nie jest oksymoronem. Wcale się nie zdziwiłam, Janek nigdy jej nie przeczytał. Nie ukrywał nawet znużenia, gdy ja z wypiekami na twarzy chciałam podzielić się z nim swoimi refleksjami.

Gdyby tak popatrzeć z boku na nasz związek to chyba przez taki właśnie brak zacieśniania więzów, choćby przez książki, małą ilość wspólnych tematów do konwersacji zaczęliśmy żyć od prania poprzez posiłki wplatając w to takie prozaizmy, jak, kto odbierze przesyłkę po pozostawieniu awizo.

Wyciągnęłam dłoń i oczyma nakierowałam jego myśli ku obiektowi, który mnie w tym momencie zainteresował. Zawahał się coś analizował zdecydował jednak, że nie będzie stwarzał sztucznych problemów. Gdy uchwyciłam ją w palce nie puścił, zmusił mnie tym samym bym spojrzała mu w oczy.

- Zdajesz sobie sprawę, że być może popełniasz błąd?

Nie mogłabym powiedzieć, że to idealne wyjście, ale na pewno nie nazwałabym tego błędem. Nie ma w nas już tego czegoś, co pozwala wierzyć w każde jutro niezależnie od okoliczności. A wręcz przeciwnie, praktycznie codziennie zastanawiałam się, kiedy będzie inaczej niż dziś, czy w ogóle coś nas czeka.

- Myślę, że nasz czas minął i robimy sobie przysługę zostawiając sobie przestrzeń na inne rozwiązanie.

Nie wytrzymałam próby i nerwowo zaczęłam przeglądać powieść jakbym dopiero, co ją ujrzała. Nie życzę najgorszemu wrogowi takiej sytuacji, gdy musisz uznać swoje dotychczasowe życie za pomyłkę. Weryfikujesz swoje dokonania i wiesz, że pięć lat oszukiwałaś siebie, że człowiek, który zasypia przy tobie jest twym odbiciem, znasz go, a on twoje potrzeby.

To niestety nie było prawdą.

Za kilka dni wejdziemy do gmachu, gdzie odczytają wyrok na moją prośbę i staniemy się niezależnymi od siebie ludźmi. Wzdrygnęłam się na takie postawienie sprawy. Na takie bezpardonowe wyjawienie sobie prawdy, a przecież to najprawdziwsza i najdelikatniej wypowiedziana oczywistość.

Przywołałam tamten poranek, obraz, który zadecydował o separacji. Nic nie zapowiadało, że wypowiem to akurat tego wtorkowego dnia. Weszłam do kuchni i na stole zobaczyłam talerzyk a na nim połówkę pomidora. Rzuciłam niezadowolona, że jego miejsce jest w lodówce, on coś o marudzeniu od rana i mówiąc kolokwialnie poszła kwestia.

Tak po prostu.

Nie, nie wyzwisk, punktowania, oczerniania. Nie, nic z tych rzeczy. Stwierdziłam, że nie pasujemy do siebie, nie czuję jego i to nie tylko fizycznie. To dziwne, ale teraz, gdy widzę pomidory to mam ciągle przed oczyma ten dzień i boję się, że tak już mi zostanie.

Przycisnęłam do piersi powieść i czekałam na ruch Janka, najlepiej w kierunku wyjścia. Wpatrywał się we mnie, czułam jak chce podejść bliżej i być może zrobić coś, na co czekałam wiele tygodni temu, ale nie dziś. Teraz jego dotyk mnie nie rusza, nie uwalnia endorfin, nie pobudza, to już nie działa. I nie ma sposobu bym zmiękła. By jednak nie kusić losu, zakończyłam wizytę.

- Potrzebuję do łazienki.

Wiedziałam, że to ostatni taki moment kiedy jesteśmy sam na sam w pomieszczeniu o intymnym charakterze. Czułam jak robi mi się gorąco, dłonie ślizgają po okładce książki. Wciągnął powietrze, przerzucił torbę na drugie ramię i nim wypuścił powietrze wiedziałam, co chce powiedzieć.

- Elu, to nie musi się tak skończyć.

Otworzyłam drzwi od łazienki i weszłam do środka. Nim przymknęłam rzuciłam mu w twarz ostateczna decyzję.

- Powodzenia.

Nim ześliznęłam się po ścianie, usłyszałam jak otwiera i zamyka drzwi i to na klucz. Jakby nie był pewny, czy ktoś w tym czasie mnie nie obrabuje. Dbał o mnie nawet wtedy gdy już nie był….zobowiązany?

Nie wyszłam z łazienki chyba z godzinę, chciałam być pewna, że odjechał.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania