Świat - rozdział trzeci (główny)

Rozdział trzeci, trzeci i tylko trzeci…

Ludzie zwykłego pokroju – prości, nie ingerujący w politykę państwa ani w show biznes – wyobrażają sobie domy polityków jako ogromne opancerzone budowle z jeszcze większymi garażami, gdzie przetrzymują oni drogocenne pojazdy (motocykle, auta, łodzie, a nawet i statki). Widzą obraz przepięknych ogrodów, których utrzymanie kosztuje fortunę, oraz zaplecze służb będących na każde skinienie polityka. Są wręcz przekonani o pieniądzach, na których te osobistości śpią, kąpią się w nich oraz podcierają w toalecie.

Prawda jest jednak inna. A że należę do grupy postawionych na wysokim szczeblu polityków, z chęcią wyjaśnię, jak to jest naprawdę. Jednak wpierw zaznaczę jedną ogromnie ważną kwestię: Banknotem podtarłem się tylko raz! Nie wiem skąd e-media wzięły ten „news”, ale zapewniam, nie robię tak na co dzień.

Wracając do głównej myśli… Wraz z rodziną mieszkaliśmy w małym przytulnym mieszkanku na obrzeżach Władców Małych (stolicy Wolnej Polski). Ale to było jeszcze za czasów, gdy byłem miernym członkiem Rady. Gdy tylko przejąłem urząd wiceprezydenta kraju, przenieśliśmy się do luksusowej willi. Nie była ona kosmicznych rozmiarów, ale miała polot, to trzeba przyznać. Państwowe prawo godnie nagradza swoich władców.

Willa była specjalnie przygotowana na każdą ewentualność. Trzęsienia ziemi, powodzie, atak terrorystyczny. Szczerze mówiąc, nie zagłębiałem się dokładniej w budowę oraz działanie tych wszystkich bajerów (bo, dla mnie nimi były – zwykłymi bajerami, służącymi tylko do pokazówki; nie wyobrażam sobie, by na tych terenach doszło do jakiegokolwiek kataklizmu, ani że zaatakuje mnie terrorysta). Wisienki na torcie były dwie, po jednej dla mnie i Ewy.

Wisienka numer jeden - dwóch wojskowych pilnujących drzwi mojego domu. Stoją tam cały czas. Zawsze ciekawiło mnie, kiedy coś jedzą, piją, czy choćby śpią… Ale nie to jest w tej części najlepsze. Mają broń (karabiny maszynowe oraz pistolety i noże), którą, gdy poproszę, pozwalają mi postrzelać do celu. To właśnie dzięki nim zaraziłem się pasją do strzelnicy, na którą jeżdżę od pewnego czasu przynajmniej raz w tygodniu.

Wisienka numer dwa – dla mojej żony najcudowniejszą rzeczą ze wszystkich wyżej wymienionych jest ogród. Wcale nie jest jakiś specjalnie duży, ani nie wymaga specjalnego nakładu środków pieniężnych czy ogrodników. Wystarczy tylko Ewa z zapałem do pracy, którego jej nie brakuje.

To oczywiście nie wszystko. Jestem też świadom, że w większości wypowiadam się niezmiernie ogólnie i niedokładnie, ale na dokładności jeszcze przyjdzie czas. Teraz najważniejsza jest historia, a do historii należą jej bohaterowie. Więc jeśli już o nich mowa, powinienem przedstawić minusy domu, a dokładniej jednego ogromnego minusa.

Nazywa się Enrique i pochodzi z Hiszpanii. Jest jednym z wychowanków z programu mojej żony pod nazwą „Rasa Panien”. Przyjechał do nas na staż i pracuje jako sprzątaczka w naszej willi. Jeszcze wiele powiem o projektach Ewy, ale uprzedzam zawczasu, że są one dość kontrowersyjne. A nawet bardzo.

Enrique jest umięśnioną i dość przystojną wersją gosposi domowej. Gdyby nie zachowanie i ubrania w jakich na co dzień paraduje, pomyślałbym, że jest to dość niebezpieczny koleś. Ale program mej pomysłowej żony zadbał, by tak nie było. Różowy fartuszek, miotełka do kurzu i przedłużane rzęsy to kobiece elementy? Ten koleś chyba o tym nie wie.

A najbardziej denerwuje mnie to, że Ewa chciałaby mnie widzieć takiego samego jak on…

- Pani Ewo! Pani Ewo! - Wołał Enrique, ale moja żona go nie słyszała. Siedziała w biurze korespondując z pracownikami z firmy.

Od pewnego czasu większość czasu spędzała w domu, a konkretniej właśnie w swoim przytulnym gniazdku. Miała tam wszystkie rzeczy potrzebne jej do pracy, więc zrezygnowała z codziennych wyjazdów do firmowej siedziby, na rzecz kamer internetowych i ściennych tablic interaktywnych, gdzie tworzyła nowe projekty.

- Pani Ewo, gdzie pani jest? - Enrique nie dawał za wygraną.

Podrygiwał wesoło po wszystkich pokojach po kolei. Zachowywał nieskazitelną ciszę, starał się nie tupać o panele, nie trzaskać drzwiami. Niestety do czasu aż po raz któryś nie wrzasnął: „Pani Ewo!”.

- Czego? - Z pokoju wyszła sześcioletnia Emilia, moja piękna córeczka. - Ewa jest w gabinecie, rusz tą tępą głową i idź do niej, zamiast drzeć ryja na cały dom.

- Przepraszam, panieneczko, ale… - Próbował się tłumaczyć.

- Powiedziałam – ucięła mu w zdaniu. - Daj mi się skupić. Wypad stąd i nie przeszkadzaj więcej! - Jeszcze nie krzyczała, ale była bliska.

Nie odpowiedział. Nie ważył się odpowiedzieć, wydać z siebie choćby słówka, drgnąć wargami, by ona znów nie wrzasnęła. Uważał ją za czyste zło; był wręcz przekonany, że komunikuje się z szatanem. Emilii to tylko schlebiało.

Enrique ruszył cicho, dosłownie na paluszkach, długim korytarzem, po drodze przy okazji przecierając miotełką zakurzone ramki ze zdjęciami. Nigdy nie przyglądał się im bliżej, nie interesowała go ich treść, gdyż był tak wychowany – wykonać pracę, nie kombinować.

Skręcił w prawo, otworzył drzwi i rozejrzał się po garażu. Budynek mieszkalny łączył się z budynkiem użytkowym, gdzie trzymaliśmy nie tylko dwa samochody (nie, nie mieliśmy łodzi, skuterów ani pozłacanych jetpaków) ale także i rowery oraz sprzęt ogrodniczy mojej żony. Enrique wszedł tam, by upewnić się, że pomieszczenie jest zamknięte. Codziennie upominam go, by robił to przynajmniej raz dziennie. Nie jesteśmy w końcu bilionerami, którzy mogą pozwolić sobie na luksus kupowania nowych aut co tydzień.

Wracając… Sprzątacz – czy jak woli nazywać go Ewa – pomoc domowa po sprawdzeniu garażu, ruszył dalej korytarzem. Zatrzymał się dopiero pod biurem Ewy, która aktualnie rozmawiała przez telefon – pracowita, a przez to ciągle zajęta kobieta.

Nie chcąc przeszkadzać, skinął jej głową na znak, że musi o czymś jej zawiadomić, a ona uśmiechając się lekko (najpewniej wyobrażała sobie ponownie mnie w jego aparycji) machnęła gwałtownie ręką, by poczekał. Również się uśmiechnął, tylko jeden Bóg wie, co widział w tej sytuacji śmiesznego, i zamknął ostrożnie drzwi, uważając, by nie wydały przy tym najmniejszego skrzypnięcia.

- Rozmawia, co?

Enrique aż podskoczył zaskoczony. Odwrócił się, wytrzeszczając oczy i ujrzał Szymona, mego jedynego syna.

- Ależ mnie pan zaskoczył – odpowiedział lekko drżącym głosem. Widocznie dziękował swoim bogom, że to nie Emilia. - Tak, tak. Jakby to powiedział pan Adam: „konwersuje”. - Lubił sobie, skurczybyk, pożartować z moich tekstów. A niestety bawiło to ich obu. Enrique i Szymona.

Więc i tym razem zaśmiali się głośno. Jednak latynoski sprzątacz uważał, by nie hałasować za bardzo. Miał się na baczności, spryciarz.

- Powinna odpocząć w końcu od pracy – skwitował Szymon, przerywając falę śmiechu. - Razem z tatą nie mieli wakacji od kilku lat. - Przynajmniej on nie myśli w tej rodzinie tylko o sobie, mądry chłopak.

- To prawda, Szymonie – odpowiedział Latynos zatroskanym głosem. - Ale co zrobić, taki już los władców kraju.

- No, jeszcze władcami nie są, Enrique. Może za kilka lat, ale wiceprezydent to nie to samo, co głowa państwa. - Będzie cholernie dobrym dyplomatą. - Jestem przekonany, że kiedyś wskoczą na wyższy szczebel, ale teraz.. - Zamyślił się chwilę. - Powinni cieszyć się, że nie mają aż tyle na głowie.

Mogę założyć się, że gdybym jeszcze tego samego dnia powiedział im o moim przyszłym awansie, Szymon natychmiast zacząłby się śmiać z tamtej rozmowy ze sprzątaczem. Obydwoje zdziwiliby się na wieść, jak szybko tatuś (a dla Enrique – szef) wspina się po szczebelkach władzy. A jeśli chodzi o wakacje – synek miał rację, co do tego i to jeszcze jaką. Przydałyby się nam jak państwu Obraz.

A jeśli już mowa o Obrazie Wolnej Polski, to z chęcią przybliżę jego wygląd, w oczekiwaniu na dalszy rozwój wypadków z Enrique, Szymonem i mą śliczną małżonką. Jest to oczywiście (jak każdy doskonale wie) symbol kraju. Jest to kolorowe płótno, którego wygląd zmienia się z każdym następnym prezydentem i władcą.

Nasz Obraz przedzielony jest na dwie części – prawa zielona, symbolizująca pokój z naturą, miłość do niej oraz niezmąconą cierpliwość (została wprowadzona za czasów Andego Dukaja, kiedy to nakazano wyciąć dosłownie wszystkie drzewa i postawić na ich miejsce użytkowe ośrodki społeczne). Lewa część zaś była biała, co symbolizowało wolność, spokój i sprzeciw agresji (została oczywiście wprowadzona na pamiątkę zakończenia Rewolucji Radykalnej, gdzie to Jar Kalisz wysiedlił wszystkie narodowości bezprawnie zasiedlające ziemie Wolnej Polski). Kolory te były jedynie wspomnieniem dawnego państwa, najważniejsze było to, co haftowano na nich.

Po prawej stronie widniały piękne inicjały aktualnego prezydenta. W tym momencie jeszcze „P. D.”, ale za niedługo się to zmieni. A może nawet nie tylko to…

Po lewej – na białym tle – siedział rudy kot. Jego historia nie jest znana. Krąży wiele legend, powiastek i zmyślanych na poczekaniu historii, ale tak naprawdę nikt nie ma pojęcia, co on robi na naszym Obrazie.

Jestem wręcz pewny, że moim pierwszym rozporządzeniem na fotelu władzy będzie zmienić tą okropną ikonę. Jeszcze nie wiem na co, ale założę się, że Szymon Wilk będzie miał na to odpowiedź.

- Tak, Enrique? Czegoś chciałeś? - Z gabinetu wychyliła głowę Ewa. Założyła okulary, widocznie za moment ponownie zamierzała usiąść do czytania dokumentów. - Tylko szybko, mam dzisiaj sporo pracy. - Uśmiechnęła się, zauważając syna.

Ten klepnął delikatnie Enrique po ramieniu i ruszył korytarzem w swoją stronę.

- Chciałbym zapytać się, prze pani, co mam zrobić ze skrzynią? - zamilkł w oczekiwaniu na odpowiedź, lecz widząc, że Ewa nie rozumie, o czym on mówi, dokończył: - Przyszła dosłownie kilkanaście minut temu pocztą. Jest duża i ciężka, i chyba strasznie stara. Kiedy rzuciłem na nią okiem, prawie się rozsypywała.

- Do kogo jest zaadresowana?

- Do pani męża, Adama Wolskiego. Nie wymagała zapłaty, ani jakichkolwiek podpisów.

- Dobrze… - Ewa stanęła w zamyśleniu. - Zanieś ją na górę, na strych. Nie będzie mi zagracać domu ani ogrodu. Gdy Adam wróci, tam będzie się z nią bawił. Wszystko jasne, Enrique?

- Jak najjaśniejsze słoneczko, proszę pani. Już się tym zajmę.

Bez odpowiedzi Ewa weszła do gabinetu, zatrzaskując za sobą drzwi. Enrique bez pośpiechu wrócił korytarzem skąd przyszedł. Nie minęło pół godziny, a stara drewniana skrzynia znalazła się w kącie stryszku. Wtedy jeszcze o niej nie wiedziałem, ale to właśnie to niepozorne, rozpadające się pudełko, miało już niedługo zmienić moje życie na dobre.

Średnia ocena: 4.8  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • pasja 19.04.2017
    Ciekawe jest życie rodzinne prezydenta. Świat, który nie śni się nam szarym ludziom. Bardzo oryginalny obraz z kotem? Miłego
  • Karo 19.04.2017
    Dziękuję ;)
    PS Obraz* - szacunku dla godła Wolnej Polski
  • Tanaris 19.04.2017
    Rozpadające pudełko aż korci, aby je otworzyć i to natychmiast. Ale trzeba jeszcze poczekać, do następnej części. 5 ;D
  • Karo 19.04.2017
    No trzeba...
  • KarolaKorman 20.04.2017
    Ubawiłam się na tej części :) Świat Adama jest baaardzo ciekawy :) Sprzątacz też :)
  • Karo 20.04.2017
    A będzie jeszcze bardziej ciekawy. Mój chory umysł znalazł w końcu miejsce, gdzie może przelać wszystkie pomysły pojebanego świata.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania