Szumiące opowieści: Zia i Cii (obiecane Karawanowi:)

Ostatnio, gdy brałem kąpiel w kałuży, przypomniała mi się pewna historia, która zdarzyła się jeszcze zanim świat porosły drzewa, zanim takie ptaki jak ja mogły śpiewać do woli i gniazdować wysoko w koronach drzew. Pewnie zastanawiacie się czemu akurat podczas kąpieli naszły mnie takie wspomnienia? Ano dlatego, że jest to opowieść o czasach, kiedy było bardzo sucho. Tak sucho, jak tylko można to sobie wyobrazić…

Ona miała na imię Ziarenko, ale mówiono na nią Zia z wyraźnym oddzieleniem „z” i „i”. Było to bardzo ważne, mimo że tak naprawdę nikt jej imienia nie wypowiadał. Mieszkała w domku na pustyni z mężem, któremu na imię było Cisza, ale mówiono na niego Cii. Tu bez żadnego rozdzielania. I taka to była para. Zia i Cii.

Połączyła ich miłość zaplątana w piaskową burzę. On stał spokojnie, czekając na zawieruchę, a ona w oddali wzbijała się w powietrze, aż połączył ich wiatr. Mówiąc, że była to miłość od pierwszego wejrzenia, okradłbym tę historię z całej magii, bo była to miłość wieczna, która jedynie czekała na dobry moment, by zawładnąć sercami tej dwójki.

Gdy wszystko ustało, spojrzeli na siebie pośród piaskowych wydm i siłą woli zbudowali dom z niczego. Wzniósł się zwyczajnie, jak grzyb który w pośpiechu przebija się przez leśne poszycie. Był piękny, choć zupełnie prosty, w środku było wszystko, co potrzebne do wygodnego życia. Miękkie koce i dywany, wygodne łóżko i pozłacane lampy, dające ogrom światła. W nocy ich dom wydawał się jedynym świetlnym punktem widzianym z kosmosu. Swoją drogą to ciekawe, że obecnie ludzie potrafią objąć świat wzrokiem, ale wciąż nie rozumem… Ale nie o tym teraz.

Zia dużo mówiła. Opowiadała o burzach, w jakich brała udział, o wydmach, na których odpoczywała, o planach i marzeniach, i o tym, jak bardzo kocha. Cii nie mówił nic. Uśmiechał się wyraźnie zadowolony, popijając herbatkę.

Co ciekawe, mimo że żyli na pustyni, niczego im nie brakowało. Woda po prostu była w dzbanach, jedzenie w spiżarni, a w nocy ogień w kominku. Tak zwyczajnie. Myślę, że karmili się otaczającym ich uczuciem i nadzieją na wspólną starość.

Niestety, nic nie trwa wiecznie.

Lata mijały, a Zia zatęskniła za burzą, za czyimś głosem, za zawieruchą. Nudziło ją mówienie do kogoś, kto nie odpowiada. Miała dość ciągłych uśmiechów męża, który wydawał się gasnąć, każdego dnia. Jedyne, na co miał siłę, to nadmuchiwanie balonów. Tak, tak balonów. Takich zupełnie zwykłych kolorowych baloników. Zia kompletnie tego nie rozumiała. Stukała się w głowę i odwracała plecami, kiedy to robił. Nawet nie zauważyła, że z każdym nadmuchanym balonikiem jej męża było coraz mniej i mniej. Jakby dosłownie ulatywało z niego powietrze.

Nadmuchane kolorowe piłeczki rozmieszczał wokół domu, przygniatając końce sznurków kamieniami. Po kilku latach ten malutki kawałek pustyni zamienił się w kolorowy, balonowy las.

Zia, choć w pewnym sensie zauroczona widokiem, przestała zwracać uwagę na tęskne spojrzenie męża. Przestała wypowiadać jakiekolwiek słowa, natomiast gasnące oczy Cii wydawały się mówić coraz więcej i więcej.

Pewnej nocy Zię obudził chłód. W kominku nie było ognia. Po raz pierwszy poczuła się naprawdę samotna. Usiadła owinięta kocem na progu domu i spoglądała w gwiazdy. Nie mogąc ich zliczyć, spuściła wzrok. Bujające się delikatnie baloniki wyglądały niczym marna imitacja kosmosu. W Zii rosła nienawiść na ich widok. Obwiniała męża za brak żaru w kominku i nieznośną ciszę.

Rano zmarznięta i smutna poszła obudzić Cii, choć nie była pewna czy ma ochotę na towarzystwo. Zawołała – lecz nie wstał, krzyknęła – bez rezultatu, potrząsnęła za ramię – poczuła chłód.

Cii odszedł.

Kiedy zrozumiała, że jest zupełnie sama, że nie ma nikogo, kto by jej wysłuchał, że nie ma na kogo się złościć, na kogo krzyczeć, że świat właśnie przestał istnieć… Padła na kolana. I nie wstała przez kilka dni i nocy. Nie jadła i nie piła. Skulona leżała na podłodze i pogrążała się we własnych wspomnieniach.

Wstała dopiero po sześciu dniach. Nie była już zła, odesłała gniew daleko razem ze łzami. Tęskniła. Tęskniła tak, jak tylko może tęsknić żona za mężem, z którym spędziła większość życia. Wyszła na zewnątrz. Był gorący, bezwietrzny dzień. Tylko kolorowe baloniki bujały się spokojnie na różne strony. Zia nie mogła już na nie patrzeć, to było z byt bolesne. Wstała i spacerując spokojnym krokiem, przebijała jeden po drugim. Kiedy skończyła zapadła długa, zimna noc.

Następnego ranka nie miała siły wstawać. Była głodna, przemarznięta i smutna do szpiku kości. Wiatr zrobił jednak swoje. Otwarł drzwi i wpuścił ciepłe, lecz nie gorące powietrze. Zasmucona wzięła głęboki oddech, mając wciąż zamknięte oczy, i poczuła rześkość. Zaskoczona nowym doznaniem wstała i wyszła na zewnątrz. To, co ujrzała wprawiło ją w zachwyt: piękny, zielony las, pachnące kwiaty, kolorowe motyle. A w oddali: szum wody i śpiew ptaków (wiem, bo mój praprapra dziadek tam był). Czy nie o tym właśnie marzyła? Czy nie opowiadała wciąż mężowi o zielnej krainie, gdzie można pić wodę prosto ze strumienia? Oczywiście, że tak! A teraz to wszystko jest wokół niej, jakby natura chciała ją przytulić i ukoić ból.

Zia była zachwycona. Niestety nie mogła z nikim podzielić się radością tańczącą w sercu. Zaczęła więc nadmuchiwać balony...

Ludzie szukają początków świata, mówią o wielkim wybuchu i ewolucji, ale ja wiem swoje. Świat powstał z miłości i to takiej zupełnie zwykłej, ludzkiej i niedoskonałej.

Średnia ocena: 4.6  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Dekaos Dondi 2 miesiące temu
    Można by rzec, że ''wyzwalał z siebie: siebie i z każdym ''balonem''go ubywało, po to, żeby dla ''Niej'' i nie tylko, z tych ''baloników'' stworzyć
    piękny świat. Oddał swoje życie. Tylko, że ona została sama, z tym wszystkim, nie mając tego z kim dzielić. Nie rozumiała sensu ''baloników''I gdy to się działo. W końcu zaczęła robić to co mąż. Bardzo na Tak. I znowu różnie można rozumieć. Pozdrawiam→5
  • Justyska 2 miesiące temu
    Dziekuje Dekaosie za ciekawy komentarz :)
    Pozdrawiam!
  • Tina12 2 miesiące temu
    Ja chcę, żeby na tej podstawie powsatł film animowany. To śmiało mogło by być puszczane w kinie. Ps m9je haiku przypadkiem serio tu pasuje
  • Justyska 2 miesiące temu
    Kurczę Tino ja kocham filmy animowane! To byloby spełnienie marzeń:) Dziękuję pięknie i pozdrawiam!
  • Agnieszka Gu 2 miesiące temu
    Witam,
    Ładne, przyjemne i lekkie opowiadanie. Koniec bardzo ciekawy. W zasadzie czytało mi się to jak baśń jakąś :)
    Pozdrawiam
  • Justyska 2 miesiące temu
    Witaj Agnieszko. Szumiace opowieści mają być troszkę baśniowe więc cieszy mnie Twój odbiór:)
    Dziękuję i Pozdrawiam serdecznie!
  • pasja 2 miesiące temu
    Dzień dobry
    Cisza i Ziarno damsko- męski w pisowni, a po skróceniu męsko- damska para. Lubię ciszę i tylko muzyka jest od niej piękniejsza. Ładnie i bardzo spokojnie przeniosłaś czytelnika do krainy baśni. Kolorowe balony były kontynuacją ciszy w tej miłości.
    Potrafisz zadziwić mądrością małych rzeczy.

    Pozdrawiam serdecznie i miłego dnia życzę

    Ano nie bierz sobie tego dosłownie.
    Rozdzielną pisownię można by zastosować, gdyby po A postawić jakiś znak interpunkcyjny – wykrzyknik, wielokropek lub choćby przecinek. „Ano właśnie” w reakcji na czyjąś wypowiedź pokazuje, że mówiący się zgadza z rozmówcą. „A! No właśnie” ma taką samą funkcję, ale jest bardziej ekspresywne. Ponieważ słowo a jest używane na początku zdania jako partykuła nawiązująca do wcześniejszej wypowiedzi, a gramatyka polska nie zabrania użycia po sobie kilku partykuł, więc A no jest w przytoczonym dialogu zasadniczo też dopuszczalne. Myślę jednak, że wyrazistsze i mniej kontrowersyjne będzie Ano.
    Mirosław Bańko, PWN
  • Justyska 2 miesiące temu
    Dziękuję pięknie Pasjo za komentarz i cenna wskazówkę. Poprawiłam wg Pana Mirka :)
    Pozdrawiam serdecznie!
  • Karawan miesiąc temu
    Czepialski:
    Nudziło ją mówienie do kogoś, kto nie odpowiada. Miała dość ciągłych uśmiechów męża, który wydawał się gasnąć, każdego dnia. Jedyne, na co miał siłę, to nadmuchiwanie balonów. - Tu naszła mię refleksyja: Strasznie lakonicznie tak ważny moment opowieści potraktowano. Wszak to istota dramatu - brak komunikacji, każde zajęte sobą...
    Piękna opowieść, choć początek przypomniał mi moją baśń z czasów gdym zaczynał na Opowi, to ciąg dalszy a przede wszystkim całkowicie odmienny sposób przekazu spowodowały, żem doczytał "na jednym dechu" . :Brawo! i przepraszam, że bywam incydentalnie. Jakieś pogrzeby i związane z tym zamęty odłączyły mnie i jeno doskakuję do opowi, jak kos do robala. Dziękuję za piękną opowieść i pamięc o wozie. Baardzo dzięki!! 5
  • Justyska miesiąc temu
    Dziękuję pięknie Karawanie. Przepraszam że zwracam Ci głowę w przykrych okolicznościach duperelami.
    Pozdrawiam serdecznie!
  • Karawan miesiąc temu
    Przecie to moje problemy, a nie Twoje więc to ja czuję się trochę [ jaki hardy! ;) - "trochę " ;) ] winny. Dobrze, że jest opowi i piszący. Oderwanie od "codzienia" naprawdę pomaga. Dziękuję więc i nie pisz nigdy więcej, że Twoje pisanie to "duperele", bo nie sądzę, by jakikolwiek Twój czytelnik mógł tak o Twoim pisaniu pomyśleć!. Dziękuję ! :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania