Trylogia Burzy: Błyskawica – Chapter 7 |Zawieszone|

Miłego czytania. ;)

 

Nagle pociemniało, jakby wszystkie źródła światła po prostu zniknęły. I te zawroty głowy. Właściwe jedynym, co oprócz tego rozróżniał, był metaliczny zapach krwi, nachalnie wdzierający się w jego nozdrza. Chciał skupić się na czymś innym, ale umysł nie pozwalał uciec od tej dręczącej go myśli. Miał ochotę zemdleć ponownie. Potem doszedł do niego ostry ból, gdzieś z okolic prawej nogi. To był może trzeci raz, gdy widział broń palną na oczy, a co dopiero zostać z takiej postrzelonym. Nawet jeśli kula nie wbiła się do jego ciała, to mocno rozcięła skórę.

Coś nim zatrzęsło i został podniesiony, tak przynajmniej wywnioskował. Uchylił delikatnie powieki, nie chcąc pokazać, że już się ocknął. Od razu spostrzegł, że jeden z bliźniaków przewiesił go sobie przez ramię, więc mógł jedynie wgapiać się w jego plecy. A do tego było to strasznie niewygodne. Mruknął cicho, gdy poczuł, że coś porusza się pod jego bluzą, ale Wybrani zdawali się nie zwracać uwagi na ten cichy dźwięk. Zaraz potem Lucifer wychylił się zza kołnierza, starając się nie upaść przy tym na ziemię.

– Zack. – Usłyszał chłopak. – Hej, żyjesz?

Lekko poruszył głową na tak, prawie niezauważalnie. Nie mógł się odezwać.

– Dobrze, to dobrze. – Westchnął z wyraźną ulgą. – Nie, żebym się martwił... Po prostu ja zdechnę razem z tobą.

Uśmiechnął się delikatnie, nieco boleśnie.

– Nie szczerz się, idioto, tylko słuchaj. Podsłuchałem ich rozmowę, gdy ty sobie spałeś – oznajmił. – Chcą cię zabrać do jednej z siedzib i tam chyba wyciągnąć jakieś informacje. Oni wyłapują już nie tylko rebeliantów, Zack, chcą złapać wszystkich. Mają atakować azyle, rozumiesz? Wszyscy są w niebezpieczeństwie.

Skorpion nagle jakby się rozejrzał.

– Nie możemy dłużej rozmawiać. Zablokowałem inne Deamony, ale ten nietoperz jest dobry. Właśnie prawie się wdarł i chyba coś podejrzewa – wytłumaczył pospiesznie. – Posłuchaj mnie tylko, nie atakuj ich teraz, proszę. Mają przewagę, są po szkoleniach, a ty nawet nie masz jak obecnie uciec. Posłuchaj mnie jeden cholerny raz i nie zrób nic głupiego, pomyśl o sobie, a nie o innych.

– Wybacz, Luce – szepnął, Deamon nietoperz pisnął głośno.

Zackary uderzył w plecy Wybranego pięściami żarzącymi się jak dwa węgle wrzucone w ognisko. Kilka iskier wypaliło dziury w ubraniu, a w miejscu ciosu powstała duża, osmolona plama. Mężczyzna syknął i odskoczył, zrzucając przy tym z siebie chłopaka. Ten wstał na równe nogi, choć kręciło mu się w głowie i miał wrażenie, że w miejscu rany postrzałowej palił go żywy ogień. Przed sobą ujrzał trzy osoby w bojowych pozach, wydawali się zdziwieni jego nagłą pobudką i atakiem.

– Idiota! – Usłyszał Lucifera.

A w jego dłoniach powstała kula płomieni, którą niemal natychmiast rzucił w przeciwników. Kobieta pchnęła braci i sama odskoczyła na bok, jednak jej rude włosy zostały przy tym lekko przypalone, a na kurtce powstało osmolenie. Wypuściła z ust niezrozumiałą wiązankę przekleństw. Nagle podłoże pod stopami Zacka zatrzęsło się jak podczas trzęsienia ziemi. Upadł gwałtownie na zranioną nogę, krzywiąc się przy tym. Wybrani stali z kpiącymi uśmiechami na ustach, jakby te wstrząsy nie robiły na nich żadnego wrażenia. I wtedy zobaczył, to był bliźniak z kojotem u boku, wystawiał dłoń w jego kierunku.

– Cholera – mruknął tylko, zanim jego wzrok nie napotkał czarnych oczu drugiego mężczyzny. Przez cały jego policzek ciągnęła się duża, poszarpana na końcach blizna zrobiona jakby przez trzy pazury.

Zawył wilk, a wszystko spowił mrok. W oddali usłyszał jeszcze odpowiedzi jakichś zabłąkanych psów, potem nie było już nic.

 

~*~

 

Ocknął się gdzieś w trakcie drogi przez wijący się w różne strony korytarz. Na początku próbował zapamiętać, ile razy tak skręcili i ile rozwidleń minęli, ale zgubił się kompletnie przy siedemnastym albo może dziewiętnastym razie. Nie było szans na ucieczkę tą samą drogą. Znajdowali się zapewne w jednym z podziemnych pięter budynku lub tych najwyższych, by nie dało się uciec przez okno. Mógłby co prawda zaatakować ich ponownie i spróbować znaleźć wyjście błądząc, ale przecież prędzej czy później natknąłby się na kolejnych Wybranych. To nie miało szans się udać.

Usłyszał cztery kliknięcia, a potem nieco dłuższy sygnał. Jeden z bliźniaków pchnął drzwi, a one niemal bezgłośnie uchyliły się. Gdy tylko weszli do środka, drugi zrzucił z siebie Zacka, nie bardzo przejmując się, jak upadnie. Chłopak syknął cicho i skrzywił się, lądując na plecach i niemal nie uderzając głową o podłogę. Mężczyźni wyszli z pomieszczenia, a on spróbował się podnieść kilka razy, jednak żebra okazały się co najmniej potłuczone. Wypuścił z siebie głośno powietrze.

Powoli przewrócił się na bok, próbując nie jęknąć przy tym z bólu. Odetchnął głębiej i podpierając się na rękach, podniósł się do siadu. Z każdym gwałtowniejszym ruchem klął pod nosem. Chciał przybliżyć się do ściany i oprzeć o nią, ale nie wydawało mu się to teraz możliwe. Znajdował się na środku pokoju, w którym towarzyszyły mu tylko szare, pokryte jedynie tynkiem ściany, wisząca u góry żarówka, zamknięte drzwi oraz łóżko z metalową i materacem na niej.

– Świetnie. – Westchnął i zaczął powoli przesuwać się do mebla. – Jesteś, Lucifer?

– Taa... – Zza jego ubrania wyłonił się Deamon. – Jesteś idiotą. I za bardzo przywykłeś do leczenia cię przez Cecil.

– Nie musisz mi tego wypominać – wymamrotał i wreszcie oparł się z ulgą o nogę łóżka. Zostało mu tylko jakoś na nie wejść.

– Muszę, bo powtarzam ci o tym od dwudziestu lat, a ty nadal nie rozumiesz. – Brzmiał jakby był wyjątkowo poirytowany. – Zack, my tu zginiemy! Słyszałeś o kimkolwiek, kto wrócił od Wybranych żywy? Albo nie po ich stronie?

– Tak właściwie jestem jedną z tych osób i... – zaczął.

– Och, zamknij się! Wiesz, że nie o to mi chodzi. Mówiłem o pojmanych osobach, a nie idiotach, którzy z pomocą Esse i jej brata uciekają ze szkoleń. Przy okazji z resztą jedno z was zginęło! To nie jest ta sama sytuacja. – Chodził tam i z powrotem po jego ramieniu.

– Z Alanem po prostu... Tak wyszło. Został w tyle i...

– Wiem, jak było, byłem tam! Tylko wiesz, teraz nie masz Esse. Jesteś sam, ze mną. I tym razem, jeśli w ogóle ci się uda uciec, to ty będziesz na miejscu Alana. – Zwrócił się w jego kierunku, poruszając szczypcami, chyba gestykulując.

– Nie mi, tylko nam. Siedzimy w tym razem i ty mi pomożesz się stąd wyrwać – powiedział Zack zdecydowanym głosem. Potem wstrzymał powietrze i podniósł się na łóżku, podpierając się przy tym na zdrowej nodze. Gdy tylko usiadł na twardym materacu, wypuścił z siebie wstrzymywany oddech z ulgą.

Skorpion westchnął.

– Pomogę. O ile cię nie skatują na przesłuchaniach – oznajmił, jakby mówił coś zupełnie normalnego.

– Jesteś takim pesymistą... A do niedawna miałem cię za optymistę. – Oparł się o chłodną ścianę, z której posypało się trochę tynku.

– Już czuję, jak to będzie boleć...

– A teraz? Wiesz, noga albo... Żebra? Tułów? Cokolwiek tam masz?

– Mam słabszą energię duchową, więc jest lepiej niż by było u innego Deamona. No i nie narzekam na wszystko jak ty. – Prychnął.

– Jasne.

Zanim którykolwiek z nich odezwał się ponownie, zabrzmiał ten sam sygnał, co wcześniej, a drzwi zostały otwarte. Zaraz potem przymknęły się same z siebie, zostawiając małą szparę. Nikt nie wszedł do środka ani nikogo nie było widać na zewnątrz.

– Co jest? – szepnął zdziwiony. Zastanawiał się, czy nie spróbować wyjść, ale to mogła być pułapka. Nie, to na pewno była pułapka. Takie rzeczy się nie zdarzają, nie jemu.

– Shh, nie zacznij krzyczeć. – Usłyszał głos, ale nie wiedział skąd.

Nagle znikąd pojawił się tuż przed nim chłopak i pochylił się lekko w jego kierunku. Czarne włosy obcięte na kształt grzybka albo może bardziej pasowałoby powiedzieć garnka, przysłaniały brwi i prawie wpadały mu do oczu, ale nie zdawał się zwracać na to uwagi. Rozglądnął się, jakby upewniając się, czy nikogo więcej nie ma w pokoju. W nikłym świetle, które dawała zwisająca żarówka, dało się zauważyć, że miał wyjątkowo delikatne rysy, wręcz dziewczęce.

– Kim jesteś? – zapytał Zack, cały czas trzymając w pogotowiu dłoń zaciśniętą w pięść na swoim udzie. W środku żarzył się delikatny ogień.

Nie był pewien, czy góra siedemnastolatek mógłby być pełnoprawnie jednym z Wybranych. Szkolenia zawsze kończono koło osiemnastych albo dziewiętnastych urodzin, ale wtedy i tak nikt nie dostawał się od razu nawet na najniższe szczeble Rządu. Do tego trzeba było czasu albo znajomości. Ale minęły już trzy lata, nie wiedział, jak jest teraz

– Cicho, nie mogą mieć żadnych podejrzeń. – Chłopak posłał mu groźne spojrzenie. – Jestem Viet, ale mówią mi Łuska. Jesteś jednym z rebeliantów, prawda?

Przytaknął niepewnie. Nawet jeśli czarnowłosy byłby zwykłym szpiegiem, to i tak Wybrani wiedzą, kim jest, to nie wydawało się ważne.

– Tak myślałem, wczoraj ciągle mówili między sobą o ataku na azyl rebeliantów. – Zamyślił się, a z kieszeni jego bluzy wyłonił się łebek jaszczurki.

– Na azyl? – Otworzył szeroko oczy. – Przywieźli kogoś jeszcze? Są tutaj?

– Tylko cywile, jakieś pół godziny temu. Sądziłem, że udało wam się uciec, ale wtedy usłyszałem o tobie. – Popatrzył wprost na Zacka. – Ale skoro nic nie wiesz, to ciebie tam nie było.

– To teraz nieważne... Łuska. Skąd mam wiedzieć, że nie przyszedłeś tu wyciągnąć ze mnie informacji, co? – Przyjrzał mu się uważnie.

– Nie mam jak ci tego udowodnić, musisz mi zaufać, a ja się postaram jakoś cię uwolnić. – Uśmiechnął się, a potem spojrzał nagle na swojego Deamona. – Muszę znikać.

– Ale...

I zrobił to, dosłownie. Nagle jakby wyparował z miejsca, w którym stał. Drzwi zamknęły się bezgłośnie. Zack westchnął i przycisnął dłonie do skroni. To za dużo dla niego jak na ostatnie dni. Nawet już nie myślał o tym, że niedawno zginęła Esse. Teraz przejmował się życiem swoim, zespołu i innych, niewinnych osób. Nie rozumiał, dlaczego wszystko działo się tak nagle, dlaczego wszystko działo się teraz, naraz. Rząd wybrał sobie najgorszą z możliwych pór na rozpoczynanie tego. Choć chyba żadna nie byłaby odpowiednia.

– Luce? – zapytał cicho, choć właściwie sam nie wiedział dlaczego.

– Hmm?

– Naprawdę sądzisz, że zginiemy, że się nam nie uda? – Spojrzał na Deamona.

Westchnął.

– Nie, musi się nam udać. Mieliśmy uratować świat, nie? – odpowiedział po dłuższej chwili.

– Tak, razem z Esse i Alanem. – Uśmiechnął się smutno.

– Teraz możesz to zrobić z Alexem, Cecil, Electric i Luną. – Wspiął się na jego głowę, przytrzymując się kosmyków włosów.

– No tak. – Kąciki jego ust uniosły się nieco wyżej.

Pomimo wszystkich kłótni i sprzeczek między nimi potrzebowali siebie nawzajem. Nie tylko dlatego, że byli Deamonem i Wybranym, właścicielem. Nie o to chodziło między nimi. Tak naprawdę, choć nigdy by tego nie przyznali, lubili swoje towarzystwo, każdy sarkastyczny komentarz, każdą złośliwą uwagę i wspierali siebie nawzajem, bo dzięki temu mieli wiarę i choć cień uśmiechu każdego dnia.

Usłyszeli przeciągły sygnał, a potem drzwi otworzyły się szeroko. W przejściu zobaczyli jednego z bliźniaków, tego z blizną na policzku. Uśmiechał się złośliwie, ukazując przy tym swoje zęby i w połączeniu z jego czarnymi tęczówkami wyglądało to przynajmniej niepokojąco. Zack przełknął głośno ślinę. Tuż obok mężczyzny stał masywny, czarny jak heban wilk, sięgając mu przynajmniej do pasa. Warczał cicho i szczerzył kły.

– Już się rozgościłeś? – rzucił z przekąsem Wybrany. – Wstawaj!

Stawianie oporu raczej nic by mu teraz nie dało, a pogorszyło tylko jego sytuację. Szczególnie że jeśli Viet okaże się naprawdę jego sprzymierzeńcem, to będzie miał nawet szansę na ucieczkę. Nie mógł tego zaprzepaścić, musiał z nimi współpracować, chociaż trochę. Może przy okazji dowie się czegoś przydatnego, co będzie mógł przekazać potem reszcie.

Wyprostował się, widząc, że mężczyzna już niecierpliwi się i mruży oczy. Przysunął się bliżej do krawędzi i opierając swój ciężar na zdrowej nodze, podniósł się, nadal przytrzymując metalową ramę łóżka. Nie chciał okazywać bólu, więc zaciskał przez cały czas zęby.

– No rusz się, nie będę się z tobą cackać – warknął bliźniak i podszedł do niego.

Pociągnął za ramię Zacka i skierował się do wyjścia. Chłopak zagryzł wargę, by nie syknąć za którymś szybko postawionym krokiem. Drzwi od jego celi zatrzasnęły się, a on został pociągnięty dalej korytarzem. Skręcili co najmniej kilka razy, ale starał się zapamiętać całą drogę. W lewo, prawo, prosto, a potem po schodach w dół i znów w prawo.

Weszli do jakiegoś jasno oświetlonego pomieszczenia. Wybrany pchnął go na metalowe krzesło, stojące pod ścianą. Zachwiało się przez nagły ciężar, ale w końcu mógł usiąść stabilnie. Po drugiej stronie pokoju, za masywnym biurkiem stanął mężczyzna. Pochylił się, opierając dłońmi o mebel.

– A teraz będziesz gadał albo nie skończy się to dla ciebie najlepiej – powiedział, mierząc go chłodnym spojrzeniem. Na jego ustach nadal widniał ten sam, straszny uśmiech.

Zack przełknął ślinę i spojrzał w kierunku Deamona na jego ramieniu, a zaraz potem na wilka stojącego wiernie przy swoim właścicielu.

Nie mógł się poddać, był tego pewien.

 

~*~

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Sileth 19.09.2016
    Jak tu jest cicho i głucho...
  • Sileth 05.10.2016
    *kaszl*
  • Sileth 10.11.2016
    Jakaś anonimowa jedyneczka chociaż?
  • AndreaR 10.11.2016
    Zaczęłam od tego rodziału, ale chetnie wróce do początku historii. Przyjemnie się czyta
  • Sileth 11.11.2016
    Zapraszam ^^
  • NataliaO 11.11.2016
    5 :)
  • Sileth 11.11.2016
    O! W końcu podziałało!

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania