W cieniu Rachel 4

Lekcje dobiegły końca, nareszcie. Wychodzę z sali i wypatruje Rachel, która powinna właśnie skończyć zajęcia z angielskiego. Możliwe, że wciąż znajduję się w sali i napastuje Pana Forda. Wolę się nie upewniać, co do tej myśli, dlatego stoję i czekam, aż jej jasny łeb ukaże się. Wtedy będziemy mogły opuścić to żałosne miejsce i porobić coś razem. Pytanie tylko, co? Całą geografię zastanawiałam się, jak możemy zabić czas. Niestety jest to ciężkie, gdy musisz uważać na lekcji, która i tak nic nie wniesie do twojego marnego życia. Rozglądam się po każdym kącie, ponieważ Rachel może być wszędzie. Przecież nie wyszłaby normalnie z sali i poszła przed moją, no bo po co? By ułatwić mi życie? Przecież szkoda na to czasu. Poprawiam włosy, patrząc się przy tym, w odbicie w szybie. Widzę za nią sypiący się śnieg, który unoszony jest przez wiatr. Przełykam ślinę, myśląc jak bardzo musi być zimno na dworze. Odwracam wzrok i zawieszam go na siostrze. Jest radosna, jak zawsze, ale tym razem jeszcze bardziej.

- See you! - krzyczy, odwracając się no nauczyciela angielskiego. Ciekawe, czy mówi tak, bo jeszcze nie wie, że jest to zwrot, który kieruje się do rówieśników, a nie osób starszych, czy raczej dlatego, że ma w dupie zasady i robi co chce? Zastanawiające.

- Bye - odpowiada jej Pan Ford, czy raczej sam Ford, bo pewnie już są na ''ty''. Uśmiecha się do niej równie promiennie. Z sali wychodzi kilka dziewczyn, obserwują Rachel, mają miny, jakby chciały ją zabić. Sama nie wiem dlaczego, ale poprawia mi to humor. Zabawny jest fakt, że czyjeś złe uczucia są w stanie poprawić twój humor. Niestety mam świadomość, dlaczego tak jest. Potrafię utożsamić się z tymi uczennicami i wiem, że Rachel robi sobie coraz więcej wrogów. Cieszy mnie to, ale nie myślcie o mnie źle! Po prostu lubię mieć świadomość, iż cały świat nie pada do jej stóp. Nigdy nie dałabym komukolwiek ją skrzywdzić.

- Idziemy na przystanek? - pytam, choć nie oczekuje żadnej odpowiedzi, zwłaszcza przeczącej.

- Nie. - O, cholera.

- Bus przyjeżdża za pięć minut, musimy tam iść - odpowiadam i chwytam ją za ramię.

- Myślałam, że wyskoczymy do sklepów, albo coś - mówi błagalnym tonem.

- Następny bus przyjeżdża za godzinę - stwierdzam, wciąż ciągnąc ją za sobą, mimo że zaczęła się wyrywać.

- Miriam! - krzyczy głośno, tłum gapiów spogląda na nas. Nie lubię być w centrum zainteresowania, a z Rachel u boku jest to codzienność.

- Chciałam pojechać do domu, nie ma siły na przechadzki po sklepach - mówię szeptem, by ludzie zajęli się sobą.

- No dobra, ale jutro ci nie odpuszczę. - Łatwo poszło, za łatwo.

 

Czekamy na busa, mrozi jak diabli, ale nie narzekam. Siostra znów pisze na telefonie, wkurza mnie to, ale nic nie mówię. Ponownie Jason gości nas swoją obecnością, tym razem nie patrzy się, tylko gada z kolegą. Nie wiem jakim, nie kojarzę go, a nawet jeśli to tylko z widzenia. Spoglądam kątem oka na wysokiego blondyna, zbierając myśli. Przecież to na obserwował mnie na stołówce. Ciśnienie podskakuje, choć nie powinno, przecież nie zrobiłam nic złego. Mimo to kryję się za Rachel. Wiem, że jestem tchórzem, ale co z tego? Nie każdy jest odważny, nie każdy jest jak moja siostra. Blondyn przygląda się nam, ma na twarzy parszywy uśmieszek, już go nienawidzę. Nachyla się do Jasona i szepcze mu coś do ucha, jasne, że mówi o nas. Po chwili obydwoje patrzą w naszym kierunku. Coraz bardziej się we mnie gotuje, na szczęście bus przyjeżdża. Zdezorientowana Rachel kieruje wzrok na mnie.

- Wake up! - mówię do niej i ruszam do wejścia, siostra wchodzi tylnym wejściem, jest to dla mnie znak, że moja kolej, by kupić bilety. Ponownie mam problem z wygrzebaniem pieniędzy, ale udaje mi się to, w końcu. Tak bardzo pochłonięta byłam tym zajęciem, że straciłam blondynę z oczu. Idę powoli, tak długo, aż odkrywam, iż siedzenie obok Rachel jest już zajęte, i to przez Jasona. Kurwa, myślę. Zajmuje pierwsze lepsze miejsce o odwracam się do szyby. Cały czas mocno sypie, widzę to przez wąską smugę na zaparowanej szybie. Od razu powiększam ją dłonią. Lubię zimne, ale tylko zza okna, pewnie jak większość osób. Duża cześć jednak ceni ją, głównie za to, że można w jej czasie uprawiać sporty zimowe, takie jak narty. Może to byłoby dobre zajęcie dla mnie i Rachel? Intensywnie myślę, tak bardzo intensywnie, że nawet nie zorientowałam się o obecności drugiej osoby tuż obok. Zerkam w telefon, po chwili w prawą stronę. Cholera, myślę, bo widzę blondyna z przystanku. Bardzo banalna scena, musicie mi to przyznać.

- Ty jesteś Miriam? - pyta jakby nigdy nic.

- Tak - mówię cicho.

- A twoja siostra to? - Dziwne, że zna moje imię, a Rachel nie. Chce je jednak poznać, po to zawraca mi głowę.

- Co za różnica? - rzucam oschle i odsuwam się od niego, niestety nie za daleko, ponieważ mam małe pole do manewru.

- Bo sobie dziewczynka pozwala na zbyt wiele. - Dreszcze przechodzą moje ciało, nie dość, że na mrozie będę się trząść jak osika, to jeszcze tu.

- I tak wyjeżdża za niedługo, daj sobie spokój - mówię spokojnie, choć czuję, że zaraz wybuchnę.

- Tak? Więc po co tu jest?

- A ty po co tu jesteś? Idź sobie - rzucam, czując jak zbierają się we mnie nerwy.

- Wybacz. Masz na zgodę. - Wyciąga z kieszeni mały, foliowy woreczek z tabletkami.

- Spieprzaj z tym - rozkazuje. Już wiem, kto diluje w tej śmiesznej szkole.

- Poważnie? Niektórzy daliby się pokroić za nie - mówi i śmieje się przy tym.

- To daj je ''niektórym'' i spierdalaj - mówię poważnym, beznamiętnym tonem. Kiedy jestem wściekła nie czuję oporów przed niczym, czasem bardzo tego żałuję. Myślę, że będzie tak znowu, zmieniam zdanie, gdy spostrzegam rozbawienie na twarzy kolegi.

- Cholernie to słownictwo ci nie pasuje - stwierdza i przygląda się. Jest odwrócony całym ciałem do mnie, opiera ramię na przednim siedzeniu, a w ręku cały czas dzierży tabletki. Robi się coraz dziwniej, dlatego rzucam mu groźne spojrzenie, nawet nie licząc, że da to cokolwiek.

- Dobra blondyneczko, będę się zbierał - mówi i wstaje. Po chwili bus zatrzymuje się. Chłopak mieszka niedaleko mojej wsi, wcześniej by mnie to nie obchodziło, a teraz nagle stało się to istotne.

Totalnie skołowana siedzę i staram się zebrać myśli, nagle spostrzegam obok siebie woreczek z narkotykami. Zabieram go i wbijam w otchłań kieszeni. Cholerny chłopak, którego imienia nie znam.

Następne częściW cieniu Rachel 5  W cieniu Rachel 6  

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Miki 13.11.2016
    Ciekawie się to rozwija, czekam na ciąg dalszy.
  • persse 13.11.2016
    Cieszę się ;)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania