Ambitne Marzenia & tegoż skutki [1/6]

Przyspieszone bicie serca, pot perlący się na czole, duchota wzierająca swe macki w płuca. Wypadkowa diabelskich ukropów jakie panowały od kilku dni, jak i stresu przed egzaminem. Ostateczną próbą, która odpowie na pytanie czy jest się godnym wyniosłego honoru noszenia tytułu doktora czy nie.

A jeśli nie, to w jaką mierną otchłań braku szacunku zostanie się strąconym?

Poprawił krawat ściskający jego szyję jak sznur wisielczy. Otrzepał mankiety z pyłków uczelnianych ogrodów. Z zewnętrznej kieszeni marynarki dobył zdjęcie o zagiętych rogach, na postać nań utrwaloną, rosnące przed uszami skrzydełka mu zatrzepotały.

Przełknął ślinę z trudem, wciągnął łapczywie gorące powietrze. Schował kartonik i lekko zdzielił się po policzku. Znów zatrzepotał skrzydełkami i sięgnął do neseseru po butelkę wody. Żadnej nie znalazł, groza objęła go wysuszonymi szponami.

Wtem drzwi trzasnęły zawiasami. Do nagrzanej poczekalni wczłapał wąsaty woźny o skrzydełkach zżółkłych od tytoniu zażywanego na wszelakie znane sposoby. Przetoczył podkrążonymi oczyma po pustawym pomieszczeniu i chrząknął. Z kieszeni na przepoconym swetrze, wydarł notes z oberwaną okładką.

- Jülias Daüráth - wychrypiał.

Wywołany powstał na baczność podrywając neseser, ciężarny dwoma funtami notatek. Zaciskając nieprzerwanie nasiąkający potem krawat, chybotliwie podszedł do woźnego.

- Obecny! - ogłosił tak pewnie jak tylko potrafił.

- Legitymacja - zakomenderował wąsacz.

- Ja... jestem ostatni w kolejce, dosłownie nikogo nie ma. To trochę przesadnie biurokratyczne, nie sądzi pan...

- Legitymacja panie student. Jak pana obleją to nie będzie musiał pan jej zdawać osobiście.

Jülias zgrzytnął zębami, skrzydełka mu oklapły. Przezwyciężając ciarki mrowiące się pod skórą, dobył z bocznej zakładki neseseru obtłuczoną, winylową kartę. Woźny sprzątnął ją od razu i usunął się z przejścia. Na chłopaka czekała już oświetlona bladymi lampami scena i ogromna, cuchnąca kredą tablica.

***

Aula na której rozgrywały się dramaty obrony dysertacji, była wyjątkowo urządzona. Prócz skrzypiącego podwyższenia były też rzędy krzeseł, całkowicie pogrążone w mroku. Rzucany na scenę nieszczęśnik nie wiedział ilu srogich profesorów zasiada przed nim, w teorii miało to uspokajać studentów. Praktyka pokazywała co innego.

Wszak umysł ludzki nienawidzi próżni. Lepka ciemność szybko pęczniała w niewyraźnie kontury, smugi upiorów. Suchotnicze kaszlnięcia urastały do rangi niewypałów z haubic. Przypadkowe refleksy okularów czy zegarków transmutowały się w ślepia Otchłani co odwzajemniała przerażone spojrzenie z namiętnością.

Jülias stał więc przy mównicy i gapił się w czerń. W prawicy ściskał kilka kartek spiętych agrafką a w lewicy zgniatał wałek kredy. Z całych sił starał się wyobrazić sobie, iż na widowni nie ma nikogo, że jeno ćwiczy prezentację i popłynie mistrzowsko. Jülias jednak nie miał dobrej wyobraźni.

- Otóż! Otóż... właśnie, otóż to! Cywilizacja Hůmbaba swój rozkwit przeżywała od VII do V wieku przed naszą erą. Ogniskując się wokół rzeki Ǧřendel na terenach dzisiejszego Kalifatu Ýabal, mieszkańcy, Hůmbabianie pozostawili po sobie setki świątyń i tysiące artefaktów z których niewiele udało się zrozumieć współczesnej nauce...

Mimo iż przylepiony potem, zdołał się oderwać od mównicy i choć na chwilę przestać patrzeć w otchłań. Czując iż musi coś uczynić z obrzydliwą w dotyku kredą, zaczął kreślić nią linie na zielonej płycie. Zamach ręki, porwana linia jak nienarodzony półksiężyc. Zgrzytnięcia palców, zarys geometrycznej lilii. Zarycie paznokciami w kredę, ugryzienie języka, paniczny trzepot skrzydełek, kreska na kształt kosy łącząca wcześniejsze szkice.

- Kręgi Ewokacji, tak zwane. Odnajdujemy je dosłownie wszędzie, od zdobionych naczyń przez wojenne rydwany, na świątynnych murach kończąc. Ponadto, niewiele jest zachowanych papirusów niewspominających o ekstraordynaryjnych właściwościach oraz przeznaczeniach Kręgów. Zgodnie z relacjami Hůmbabian, miały one otwierać wrota do innych płaszczyzn istnienia. Wymiarów jak kto woli. Oficjalnym stanowiskiem świata nauki jest tłumaczenie, iż był to niemożliwy do zrozumienia fenomen literacki. Ja jednak... sądzę inaczej...

Szmer poniósł się w głębi ciemności. Ktoś żachnął się śmiechem, kto inny westchnął wielce zawiedziony. Ponad to podniósł się skrzekliwy głos mogący należeć jedynie do dziekana Katedry Kultur Antycznych.

- Panie Daüráth, proszę mieć szacunek dla murów wśród których się znajdujemy. Nie wypada, jest to bowiem czysto śmieszne, prawić ludziom nauki o goecji i okultyzmach. Chyba że zaszła pomyłka i o doktorat winien się pan starać na wydziale bajkopisarstwa.

Kiedy wreszcie skrzekliwy staruch zamknął jadaczkę, chichot rozniósł się po mrocznej auli. Jülias zagryzł wnętrza policzków, samą tylko siłą woli powstrzymał się przed wdaniem w bezpośrednią dysputę. Przymknął oczy, szybkim mruganiem zmiótł łzy wstępujące na ich powierzchni.

"Ciężka publika" pomyślał.

***

Swoją prezentację zakończył zupełnie wyczerpany, w jej trakcie bowiem nie padło ani jedno pytanie. Sterczał więc przygarbiony nad mównicą, luzował krawat i smętnie machał skrzydełkami. Gapił się w głęboką ciemność auli a wysuszone gardło paliło go żywym ogniem.

Za nim, na przeklęcie zielonej tablicy, między nakreślonymi kredą szkicami, przybite magnesami były rozwieszone wszelakie wydruki a zapiski. Analizy lingwistyczne, interpretacje kronik, wzory alchemiczne... wszystko co skradło mu ostatni rok życia.

A teraz, ten dorobek miał być poddany ocenie.

Kiedy tętno Jüliasa osiągało kolejne stadia przyśpieszenia a krew zaczynała wrzeć żrąco, szepty rozgorzały w mroku. Chłopak posłyszał lecące w jego kierunku jak strzały z karabinu maszynowego, obelgi, pełne wzgardy przytyki, chichoty. Stres wbił się jeszcze boleśniejszym cierniem w kark.

Pożar emocji w trzewiach młodego studenta został gwałtownie zagaszony mrowiącym lodem, głos bowiem zabrał sam dziekan.

- Proszę odejść Daüráth. Pańska praca jest tragiczna, może pan spróbować za rok. Apeluje tylko o nie marnowanie czasu na badanie zagadnień tak skrajnie naiwnych i idiotycznych.

"Gilotyna opadła" pomyślał Jülias.

Skłonił się lekko, zacisnął krawat i położył po sobie skrzydła. Wziął do rozedrganych rąk neseser i jął zdzierać papiery z tablicy. Przycisnął się do tej pełnej odoru kredy i mokrej gąbki powierzchni, szukał chłodu magazynowanego w uniwersyteckich murach od kilkuset lat. Kiedy odrywał kolejne magnesy, coraz mniej słyszał lekceważącego szmeru. Profesorowie opuszczali aulę nie mając ochoty marnować więcej czasu na deluzje o magii.

Trzasnęły drzwi i zapadła grobowa cisza. Zaprawdę, Jülias poczuł się jakby ktoś przysypał go kilkunastoma funtami ziemi. Ostatnia karta trafiła pomięta do neseseru. Chłopak odetchnął i uderzył czołem w tablicę brudząc się kredą.

Skulił się i przygarbił, niby kłuty ostrym światłem żarówek. Kiedy wreszcie zdołał wyrwać się z tego stanu, usta miał spierzchłe, skrzydła zlepione z włosami a żołądek domagał się pożywienia bolejąc znacznie. Odwrócił się na obcasie i wystraszony upuścił torbę z hukiem.

Jednak nie wszyscy profesorowie puścili aulę. Na skraju sceny, wpół przysłonięty mrokiem, stał znany Jüliasowi z widzenia, Ÿorgë Ëscorpî. Dziesiątki lat badań antycznych cywilizacji, setki publikacji, kilkanaście monografii. Prawdziwy autorytet w dziedzinie historii kultury li archeologii. Prócz wzbudzania podziwu swymi naukowymi osiągnięciami, zarażał Jüliasa strachem.

Był wysoki, ponad zwykłą ludzką miarę. Okutany w aksamitnie szary płaszczy prezentował się jak monolityczny totem, przedmiot kultu mezoarktycznych plemion Inca. Twarz miał okoloną tłustymi strąkami niezadbanych włosów, rybie oczy czujne, pozornie nie mrugające. Skrzydła jakie wyzierały po bokach głowy, były niemal niewidoczne, sprane z pigmentu do przeźroczystości.

- Prof... profesor Ëscorpî... - wydukał Jülias.

- Przysłuchiwałem się twemu wystąpieniu z nieukrywaną ciekawością Jüliasie. Muszę przyznać, nie zdziwił mnie werdykt gremium, twe badania tyczą się obszarów, na które współczesna nauka nie jest gotowa. Choćby ze względu na swą chroniczną dziecinność starczych urojeń... tak, potrzebna jest młoda krew zdolna zdobywać szczyty. Tacy jak ty drogi Jüliasie... przyszli laureaci nagrody Nobël, wizjonerzy i geniusze. Sól tej ziemi!

- Dzie... dziękuję profesorze...

"Skoro tak ci się podobało to czemu zostałem wywalony na zbity pysk!?"

- Za zasłużone pochwały się nie dziękuje młodzieńcze. Zastanawiasz się zapewne, czego chcę?

Jülias zdołał zdobyć się jedynie na kiwnięcie głową.

- Otóż, poza swymi akademickimi zajęciami, prowadzę bardziej skrytą działalność. Wiedzieć musisz bowiem, iż nie jesteś osamotniony w swych tezach młodzieńcze. Nie tylko ty wiesz o prawdzie zawartej w antycznych papirusach Cywilizacji Hůmbaba. Nie tylko ty, dzięki Bogu, uznajesz czarne za czarne a białe za białe.

Ÿorgë postąpił krok ku chłopakowi. Jülias zaś wycofał się pod tablicę. Deski skrzypnęły pod ubłoconymi butami profesora. Były student wyrżnął głową w zieloną blachę, aż skrzydła mu zafalowały. Wyłupiaste ślepia Ÿorgëgo opadły na leżący neseser, przyklęknął strzelając starymi kośćmi. Jüliasa oblazły ciarki.

Rachityczna dłoń zamknięta w grubej, skórzanej rękawiczce sięgnęła po pogiętą kartkę A3. Arkusz został rozłożony na podłodze, przetarty rękawem. Utrwalony sporą ilością tuszu, na białym papierze prezentował się czarny jak noc, krąg.

Heksagram uwięziony w heptagonie. Jak senna smocza powieka rozwierający się by ukazać światu źrenicę będącą świadkiem niezliczonych lat. Wąż Ůrobõrõs w centrum, oplatał rozłożysty trójząb.

- Próbowałeś już przyzywać, Jüliasie?

- N... nie...

- A chciałbyś?

***

Ulice Heverëttu były tłoczne jak zwykle. Środkiem żywej rzeki pędziły obdrapane, niedofinansowane trolejbusy miejskie. Jej bokami przepychały się zachłanne auta osobowe z ciężarówkami wiozącymi portowe kontenery. Na szczupłych skrajach, brzegach będących trotuarami, pełzali przechodnie, pionowo poziomy przekrój ludności miasta.

Zalatani banksterzy z ulicy Páret, podpora piramid finansowych od portu po dzielnice luksusu. Komiwojażerowie ruchami szarańczy atakujący blokowiska i osiedla, nielubiani choć niejako potrzebni. Policjanci w sprasowanych mundurach, dwójkami pilnujący przydrożnych bud z tanim żarciem. Gromadki uczniaków wyższych li niższych szczebli, samopas wypuszczone ze szkolnych murów na pohasanie.

Byli też mniej standardowi, konfliktowi, tylko przez władze tak określani. Pracownicy produkcji molochowej fabryki broni Maxîm, formujący zbiegowiska i odgrażający się strajkami. Agitatorzy kościelni, tego czy tamtego odłamu, agresywnego czy ekspansjonistycznego rodzaju wiary w święte pismo Librë Sagrát. Migranci zarobkowi z zamorskich krajów i byłych kolonii, samoistnie posegregowani, odseparowani niewidzialnymi błonami od reszty miejskiego organizmu, skryci w zaułkach i kątach widzenia.

Oraz zwykli ludzie, obywatele czy turyści, ich było najwięcej. Całe mrowie duszące swą jednolitością wysypkę odstających, konfliktowych elementów.

Jülias musiał przystanąć chwilę, skwar utrzymujący się od tygodnia nie ustawał. Patrząc na parujące nad dachami trolejbusów powietrze, można było pomyśleć iż o takich upałach pisał legendarny, niemy pieśniarz Homêr. Pod ukropem boga ognia Helìosêa miała stopić się Atlantìs Nêsos, i w oceany zamienić złoty wiek ludzkości.

Postój urządził pod witryną sklepu zegarmistrzowskiego, nie potrzebował nowego zegarka, stary działał świetnie mimo rozbitej szybki. Sklep posiadał podcień, był to bowiem stary budynek, pewnikiem wybudowany jeszcze przed Wielką Wojną. Mimo względnego chłodu, nie było to zbyt przyjemne miejsce. Wiatr uporczywie nawiewał spaliny a regularny gwar popołudnia wzmagany był przez dwójkę krzykaczy.

- Dodatek specjalny! Jedyne sześć marek! Wróg wypchnięty z Marchii Rîberá! Tryumf rozumnej technokracji nad teokracyjnym szaleństwem! Koniec wojny! - gardłował gazeciarz rozłożony w bramie o rzut beretem w prawo.

- Nie zwracaj się ku czarostwie lepiącemu oczy! Nie patrz w paście Mõlõcha, nie proś o monety Mammõna! Bądź świadom kaźni jaka cię z rąk Boga czeka! Bo mówi Pan w trzeciej księdze, trzeciego rozdziału, trzecim wersie... trąd i mogiła zimna, mór na twe dzieci..! - porykiwał kaznodzieja pląsający na chodniku jeszcze bliżej zegarmistrza.

- Prezydent i Kongres ogłosili już datę podpisania traktatu! To już jutro! Szczegóły na stronie trzeciej! Jedyne sześć marek! Zwycięstwo narodu! Zwycięstwo technokracji!

- Nie będziesz tańczył do muzyki Můrmuxa! Nie będziesz kłaniał się przed Bąelem! Pokuta ci człowieku! Ukorzenie się, odstąpienie od maszyny i zejście z piedestału bluźnierczych ksiąg...

Nienawistny warkot przeszył powietrze. Trzasnęła butelka, posypały się paskudne przekleństwa, zapewne wylazłe wprost z doków. Jülias zadarł głowę w bok, rzeczywiście, na trotuarze rozpychał się postawny portowiec w gumiakach i szelkowych portkach. Dryblas trzymał brodatego kaznodzieję za znoszony habit i przypierał starca do muru.

- Zamkniesz mordę!? Słowo daję, z dnia na dzień jest was coraz więcej, jebane wszy!

- Gniew wobec sługi Boga to grzech i mór bezbożniku! - odszczekał szamoczący się duchowny.

Człowiek morza warknął coś pod nosem, błoniaste skrzydełka mu załopotały i zamachnął się potężną łapą. Byłby rozkwasił czerep kaznodziei na ćwierci, gdyby nie kilku jego kamratów. Ubrani jak dryblas, to jest jakby z kutra ledwo zeszli, dopadli kolegi i ledwo powstrzymali przed rękoczynem. Czując na sobie oburzone spojrzenia przechodniów i zerkania rozleniwionych mundurowych, puścił starca.

Pchnął dokładnie, wprost na bruk. Portowi odeszli pośpiesznie a rzeka ludzi wróciła do poprzedniego pełzania. Kaznodzieja wstał na kolana, poprawił chwyt na noszącej ślady żarliwego studiowania kopii Librë Sagrát i zerwał się na równe nogi.

Kiedy siwy brodacz miał już przechodzić w trucht, jego wysłużone oczy napotkały młodzieńca w rozpiętej marynarce. Skrzydła miał niebieskawe, perłowymi kropkami usiane. Krawat na szyi zwisał jak zerwany zbłąkaną kulą stryk. W ręce napuchły neseser a w mankiecie przypinkę prostokątną.

Kaznodzieja załopotał postrzępionymi skrzydełkami, dorwał chłopaka niby wyładowując frustrację z ataku na swoją osobę. Jülias skrzeknął wystraszony kiedy sękate palce starca wpiły się w poły jego ubrania.

- Herold podszeptów! Śmierć i trwoga przez twe oczy bezbożniku! - wydarł się zdzierając płuca.

Tym razem przechodnie nie zwracali już uwagi na szarpaninę, nic ciekawego, staruch i cherlawy studenciak, bitki z tego nie będzie. Jülias mimo to wytrwale próbował wyrwać się z zasięgu oszalałych oczu, bezskutecznie. Tańcowali co dwa kroki, kaznodzieja uczepiony ubrania, chłopak desperacko tłukący go torbą.

- Zbłądziłeś niewierny! A Pan przecież ostrzegał, nie będziesz szedł ku zachodowi, nie zwrócisz się ku Lillith... ale ty... ty jesteś zgubiony... - syczał gadzio opluwając krawat śliną.

Duchowny powstrzymał kolejne uderzenie neseserem, pochwycił nadgarstek chłopaka i uniósł go na wysokość twarzy. Przyparli do szyby witryny zegarmistrzowskiej, Jülias pisnął czując chrupnięcie w gniecionym przegubie. Obydwoje zamarli, niejako stapiając się z wciąż sunącą lawiną ludzi.

Przypinka w mankiecie błysnęła jadowicie. Zimny dreszcz oblał Jülias'a, sardoniczny uśmiech wykrzywił pomarszczoną twarz duchownego. Wzrok obu spoczął na prostokątnej blaszce.

Grawer przecinał grawer, rowki napuszczone smolistą farbką wyglądały niczym ropiejące rany. Miecz, sztychem skierowany w górę o jelcu z podkowy, również sterczącej pionem niby koźle rogi. Na tle ostrza, swastyka o wygiętych na zewnątrz ramionach, prężąca się kocio. Natomiast pod rękojeścią, nienarodzony jeszcze półksiężyc z podobną do kosy odnogą przyłączającą go do geometrycznej lilii rozłożystej. A nad tym wszystkim, srebrna belka z datą 1917.

Jülias poczuł kolejne chrupnięcie w nadgarstku, owiał go drażniący oddech kaznodziei. Panicznie jął się wyrywać ale żelazny uścisk był nieustępliwy. W krzywym wyrzucie lewej ręki przyblokowanej nieco witryną sklepową, utrafił Librë Sagrát.

Księga wyślizgnęła się starcowi spod pachy i wylądowała na ziemi szeleszcząc kartkami. Brodacz zakwilił kładąc po sobie skrzydełka, w mig puścił chłopaka i upadł na trotuar nakrywając książkę całym ciałem.

Jülias zbiegł nie oglądając się za siebie. Przypinkę wyrwał chowając do kieszeni. Niby pozbywając się chorobliwego wrzodu co korzeniami chciał sięgać duszy.

***

W uliczkę oznaczoną zieloną tablicą Álistër 75, wpadł jak pijany. Roztrącił walające się po asfalcie baryłki na ropę, zatoczył ślizgając na plastikowych śmieciach, uderzył plecami w zarośniętą mchem, ceglaną ścianę. Co rusz oglądał się za siebie, spanikowany umysł podpowiadał mu o pogoni ze strony szalonego starucha.

Przestał zmuszać swe obolałe nogi do ruchu, kiedy to widok na główną ulicę zniknął za zakrętem. Odetchnął ciężko i opadł na jednej z wielu, pustych baryłek. Spuścił głowę, dyszał jak chart po przełaju a serce waliło niby młot pneumatyczny.

Skulił się, opuścił bezwiednie skrzydełka i wyciągnął z kieszeni przypinkę podarowaną mu przez profesora Ëscorpî. Dłuższą chwilę wlepiał oczy w blaszkę. Wilgotny chłód zaułka był zbawienny i wręcz oniryczny. Jülias odstawił neseser pod beczkę i przymknął oczy. Odetchnął spokojnie.

- Stowarzyszenie HR... - wymamrotał śpiąco.

Z wolna oblepiające go zawoje Morpheushá zostały brutalnie ścięte. Pazurzasta dłoń wpiła się w jego bark i pociągnęła w tył. Beczka została przewrócona na asfalt klekocząc jak kościelny dzwon na znak pogrzebu. Po raz kolejny zaatakowany, Jülias chciał krzyczeć, wrzeszczeć wniebogłosy. Od tego zamiaru powstrzymał go jednak błysk noża sprężynowego co to wykwitnął tuż przed jego nosem.

- Jedno słowo a rozpruje cię jak Ábraham Izááca na ołtarzu boskim - wycedził oprawca głosem jak rasowa żmija.

Czując jak piekący lód brzytwy jest dociskany w krtań, zapiszczał w rytm osuwających się na tył oczu. Trzęsąc się ruchem osiki, uniósł dłoń zakleszczającą palce na darowanym emblemacie. Napastnik odjął nóż od gardła i puścił chłopaka.

Jülias potknął się i prawie upadł lecz ostre paznokcie znów ukłuły go przez marynarkę. Obrócony w miejscu i postawiony do pionu ujrzał swego napastnika, aż złapał się za głowę. Przed nim stała wysoka kobieta lewarowana strzelistymi szpilkami z ozdobnymi, brokatowymi liliami.

Nóż sprężynowy schował się do rękojeści a później pod lśniący czarną panterką żakiet. Rajsko kolorowe i tak idealne że aż plastikowe, skrzydełka rozciągnęły się na boki. Na mocno opalonej twarzy czarnowłosej piękności pojawił się niemiły grymas.

Jülias nie zwrócił jednak uwagi na to zniesmaczenie. Jego wzrok przylepił się do koronkowej opaski przylgniętej do lewego oka nożowniczki.

- Raczej nie pomyliłeś adresów młody... na przyszłość, wpinaj odznakę w ancug, na sercu. Jeszcze bym ci majchrem şiş kebab z płuc odjebała - poradziła stukając się paznokciem po swojej blaszce, dumnie zawieszonej na piersi.

Szczęka chłopakowi opadła, wciąż gapiąc się na spiralne wzory koronek, pokiwał głową niby ten poddany zaklęciu golem. Spróbował na ślepo wpiąć emblemat w klapę marynarki. Dźgnął ubiór pod złym kątem i igiełka przypinki raziła go w skórę. Syknął panicznie i żachnął się powietrzem. Na czubie igły drżała kropla krwi.

Jednooka gwizdnęła z politowaniem i naparła na Jüliasa chrupiąc szpilkami po polimerowych opakowaniach zaśmiecających uliczkę.

"Cholera cholera cholera..." wykrzykiwał w myślach.

- Ciulik z ciebie - mruknęła zabierając przypinkę.

Sprawnym ruchem wpięła odznakę we wspomniane przez siebie miejsce. Odsunęła się o krok, skrzyżowała ręce, chwyciła palcami za podbródek i przekrzywiła głowę w bok. Proste włosy uległe grawitacji, zsunęły się niby teatralna kurtyna.

- Podwiąż ten krawat bo wyglądasz jak lump spod sklepu.

- Jülias Daüráth! Proszę pani, jestem tu z polecenia profesora Ëscorpî...

- Vîolete Aranyá. Powiedzieć że miło poznać, to tak jak nazwać Kurwę Babilonü cnotliwą licealistką.

- Och...

- Bierz swoją briftasze, do diabła, popraw wreszcie krawat i idziemy młody. Na pewno nie odstawię cię do domu na kolację.

Usłużny rozkazom, Jülias zerwał się po neseser i zawieszając go w zgięciu łokcia, szarpał się z krawatem. Vîolete odeszła na parę kroków i zatrzymała się, machnęła ręką strzelając jednocześnie palcami. Okręciła się sztywno a w dłoni ciążył jej nagle pistolet, lufą skierowany w Jüliasa.

Chłopak skrzeknął nieludzko a neseser upadł mu na stopy. Krzywy uśmiech perłowych zębów rozświetlił ciemną karnację Vîolete, podrzuciła pistolet jak monetę i następnie wybiła go w powietrzu niby zawodowa tenisistka.

Jülias aż podskoczył, wyrzucił ręce zgrzytając zębami. Całe szczęście złapał owy mały, poręczny siewnik śmiercionośnego ołowiu. Skurcz wszedł mu w dłonie i spazmatycznie przytulił poobdzierany gnat do torsu.

- Odblokowujesz cynglem, ściskasz rękojeść aż nie kliknie i ciągniesz za spust. P7 ma magazynek na dziewięć naboi, ale nie pamiętam ile ja tam wcisnęłam. Baw się dobrze młody. O, i jeszcze jedno, daj mi ksywę cyklop albo pirat, a gwarantuję, tak ci przyjebię że obudzisz się z własnym siurkiem w odbytnicy.

I ruszyła wybijając marszową melodię szpilkami, były student podreptał za femme fatale. Spocony, zestresowany, powoli tracący siły, lecz prący dalej, poszukiwacz wiedzy i wiekopomnych dokonań niezręcznie upychający pistolet w neseser.

Czy tam briftasze, jak to określiła pani Aranyá. Dama nadobna o ciekawej fizjonomii i języku do pozazdroszczenia wykidajłom z najbrudniejszych zakamarków pięknego miasta Heverëtt.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (3)

  • MKP rok temu
    "Wszak umysł ludzki nienawidzi próżni. Lepka ciemność szybko pęczniała w niewyraźnie kontury, smugi upiorów. Suchotnicze kaszlnięcia urastały do rangi niewypałów z haubic. Przypadkowe refleksy okularów czy zegarków transmutowały się w ślepia Otchłani co odwzajemniała przerażone spojrzenie z namiętnością." - piękne😍😍😍

    "Jülias poczuł się jakby ktoś przysypał go kilkunastoma funtami ziemi." - powiedzenie "Podcinać komuś skrzydła" w jego wypadku zyskało głębszy, fizyczny wymiar.

    "- A chciałbyś?
    Ulice Heverëttu były tłoczne jak zwykle. Środkiem" - dałbym tu jakaś większą przerwę pomiędzy scenami.

    "nazwać Kurwę Babilonü cnotliwą licealistką." 🤣🤣🤣

    Fajne
    Ciekawa mieszanka naszej rzeczywistości z elementami fantasy: nie wiadomo co tam jeszcze może spotkać pana niedoszłego doktoranta.😉🤭
  • Jak tekst tutaj wrzucam to mi go niepotrzebnie formatuje czy coś, i przerwy właśnie zjada, nie wiem może to przez to ze z worda kopiuje. W każdym razie, jak zwykle cieszę się, że moje oryginały przypadły ci do gustu.
  • MKP rok temu
    Wieszak na Książki Też z Worda kopiuje i trzeba przynajmniej że dwie linijki przerwy dać, żeby opowiejski algorytm zrozumiał😉

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania