Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Białe Światło - rozdziały 8,9,10
Rozdział 8
Nieustająca szarość przygniatała. Tęsknił za dziennym światłem, choć nie pamiętał, jak dokładnie wyglądało. Zagubiony dryfował wśród wspomnień świata, w którym niegdyś żył. Czy wspomnienia były prawdziwe?
Piasek, po którym stąpał, wydawał się siny niczym szyja nieboszczyka. Musiał wytężać wzrok, by dostrzec każdy szczegół. Oczy męczyły się, szybko wysychając. Bał się nawet mrugnąć, bo wszędzie mogło czaić się niebezpieczeństwo. Zauważył, że ziemia w niektórych miejscach była bardziej ubita. Bieżniki masywnych opon, podobnie, jak na złomowisku, wyznaczały ścieżkę. Próbował nią podążać, bo wierzył, że może go gdzieś doprowadzić.
Poprawił zapięcie kurtki. Wiatr był przejmująco zimny, przedzierał się do każdego zakamarka odsłoniętego ciała, a dreszcze przebiegały po skórze, nie dając chwili wytchnienia. Pora dnia nie zmieniała się, ale czy w tym świecie może padać deszcz? Spojrzał w górę, ale nie zauważył gwiazd ani chmur. Niebo skażone smołą. Czy tamten świat był inny?
Ciszę, którą dotąd mącił jedynie szept wiatru, zakłócił przeraźliwy ryk. Poczuł, jakby zlodowaciały skalpel przeciął bębenki uszne. Wrzask zdawał się dobiegać z różnych stron. Rozejrzał się, zataczając koło. Wydmy zasłaniały otoczenie, a odgłos stał się silniejszy i przybliżał się. Mężczyzna przystanął. Nie bał się… on czekał. Lewy kącik ust podniósł się nieznacznie, drapieżnie odsłaniając zęby. Serce biło wolniej, a dreszcze wynikały z podniecenia. Wyciągnął w bok ręce, rozczapierzając palce. Poczuł podmuch wiatru. Dłonie stawały się coraz cieplejsze. Kolejny ryk. Uśmiechnął się jeszcze szerzej, a oczy płonęły niczym żarzące się iskry we mgle. Odpływał. Nie chciał tego, ale było to takie przyjemne. Siła, która w niego wstępowała, zwierzęcość, która ostatnio go uratowała. Przełknął ślinę i przekrzywił głowę w kolejnym podniecającym dreszczu. Następny ryk.
Pamiętał, że kiedyś słyszał podobny. Tak, w tamtym świecie. Ludzie, którzy nie potrafią mówić, którzy nie mają języka. Wiedział, że zaraz na pewno zaspokoi swoją ciekawość i to sprawdzi. Wbiegł na górę, aby spotkać się z nieszczęśnikiem. Tak zaczął go nazywać w myślach. Nieszczęśnik, który miał to niebywałe nieszczęście spotkać się z nim. Jak tamci dwaj, których zabił. Nie oszukiwał się. Zabił. Krew, która zastygła na jego palcach, która kleiła się pomiędzy nimi, była dowodem. W końcu śmierć nie kłamie. Śmierć nigdy nie kłamie, jest prawdą. Przez chwilę przez myśl przewinęła się cudna dziewczynka, ale szybko ją odtrącił. To słabość, słabość, słabość…
Znalazł się na górze i wówczas zobaczył Nieszczęśnika. Także wspinał się na wzgórze oddalone o dwanaście porządnych susów. Tak to ocenił. Skoczy dwanaście, a może dziesięć razy i wbije się w Nieszczęśnika. Ten, przykucnięty, skrobał coś w ziemi. Spostrzegł, że Nieszczęśnik ma na sobie tylko podartą tetrową pieluchę. Na plecach sterczał spory garb, a łysa głowa zdawała się na przemian przytakiwać i negować. Jakby sprzeczał się z sobą. Mężczyzna nie mógł opanować swoich reakcji. Ślina gromadziła mu się w kącikach ust, spływając gęstą strużką na kurtkę. Patrzył zahipnotyzowany, a w głowie kłębiła się tylko jedna myśl. Naprężył muskuły i powoli odpływał. Tak jak wcześniej, odpływał.
Wykonał pierwszy skok. Niczym krwiożercza bestia odbił się od ziemi, lądując na rękach, i znów się wybił, angażując w to całą siłę swoich umięśnionych łydek. Nieszczęśnik zobaczył go, dopiero gdy dzieliły ich cztery susy. Było już zdecydowanie za późno na reakcję. Zresztą od samego początku było na nią za późno.
Mężczyzna zapamiętał jego twarz. Pomarszczoną niczym skóra po zbyt długiej kąpieli. Przeżuwał jakiś korzeń. Pozostały mu dwa susy, gdy niespodziewanie coś poszło nie po jego myśli. Pierwszy raz. Nagle wydma otworzyła się i wchłonęła Mężczyznę. Poczuł zaciśniętą na kostce dłoń i wpadł w otchłań, wyjąc z wściekłości. Lecąc gdzieś w dół, wciąż miał w myślach twarz Nieszczęśnika wyrażającą kompletne zidiocenie.
Rozdział 9
Chciał coś zjeść. Głód kurczył żołądek. Niesymetryczny pępek zwisał ze zwiotczałego brzucha. Pogładził się po nim, wydobywając grudkę piasku. O wodę nie musiał się martwić, bo wielki garb magazynował jej aż nadto. Idealne na to pustkowie. Tylko jedzenie. Tak, ono było potrzebne. Woda nie. Tylko jedzenie. Przytakiwał energicznie na przemiennie z myślami, iż jedzenie jest mu potrzebne, natomiast picie w ogóle.
– Jeść. – Przytaknięcie.
– Pić. – Zaprzeczenie.
Czasami zapominał, że nie potrafi mówić, wówczas głos wiązł mu w gardle, a z ust wydobywał się ten przeraźliwy ryk rozrywanych sylab. Grzebał dłońmi, zdecydowanie nieprzystosowanymi do kopania w poszukiwaniu jedzenia.
– Jeść. – Przytaknięcie.
Poranione palce bez paznokci natknęły się na korzeń. Wiedział, że to nie rarytas, ale zawsze choć trochę uspokoi pusty żołądek. Korzenie są smaczne i potrafią sztucznie zapełnić.
– Pić. – Zaprzeczenie.
Wziął pierwszy kęs, a wówczas poczuł drgnięcie. Drżenie przeciągające się po podłożu. Spojrzał w tym kierunku i zamarł. Przez wydmy przedzierał się zwierz, który najwidoczniej pragnął go zjeść.
– Jeść. – Przytaknięcie, ale i nerwowe przełknięcie śliny. Wzrok, jak go nazwał Mężczyzna, Nieszczęśnika, nie był zbyt dobry. Malutkie ślepka o kolorze rdzawobrązowym zmrużyły się. Napastnik odbijał się szaleńczo niczym żądna mordu… bestia. Nieszczęśnik wiedział, że jest za późno. Przeżuwał korzeń i czekał. Próbował nacieszyć się smakiem przysmaku. Zbyt różowe usta poruszały się powolnie. Czekał.
Wówczas wydma połknęła bestię. Nieszczęśnik, który okazał się szczęściarzem, zamrugał powolnie i jęknął. Przypomniała mu się scenka z tamtego świata, w której to muszka została zjedzona przez małą rybkę, którą to znowu łyknęła większa ryba, którą znowuż pochłonęło wielkie coś z olbrzymimi zębiskami. Garbaty szczęściarz zaśmiał się po cichu.
Po chwili już prawie zapomniał o ogromnych, włochatych łapach, które prawie rozszarpały go na strzępy.
– Jeść. – Przytaknięcie.
I oddał się swojemu ulubionemu zajęciu.
Rozdział 10
Mężczyzna obijał się o twarde, piaszczyste ściany. Czuł od nich chłód i wilgoć. Spadał tak szybko, że krew obezwładniająco uderzała do mózgu. Przez chwilę widział jeszcze zamykający się nad nim otwór, a później nastała prawdziwa ciemność. Lecz jego to nie obchodziło. Leciał, a na prawej kostce nieznajomy ucisk zimnej dłoni (tak, na pewno dłoni, czuł kościsty uchwyt) doprowadzał do szaleństwa. Nie tracił przytomności. W ciele panowała lekkość, która niepokoiła. Co się z nim działo?
Nie dziwił się, gdy jego pięści wbijały się w masywne ściany ubitego piasku, drążąc w nich ogromne dziury. To go nie powstrzymywało. Hamował z całych sił, ale coś, co trzymało za nogę, musiało być bardzo silne albo ciężkie. Tunel był na tyle wąski, że nie mógł zgiąć się i spróbować zawalczyć z trzymającą obręczą. Wrzeszczał. Nieludzko.
– Puść mnie, bo cię zabiję! – krzyknął, a mokry piasek przedzierał się do gardła. Z tyłu głowy i tak wiedział, że nawet gdy go nie puści, to zabije. Tylko trochę później. – Rozerwę cię! Zdechniesz jak tamci dwaj, jak ten na górze, gdyby nie ty! Słyszysz! Śmierć nie kłamie, a ja jestem jej najlepszym przyjacielem!
Słowa wydzierały się z niego z łatwością, o jaką siebie nie podejrzewał. Należały, ale też nie należały do niego. Jakby jego słowami kierował ktoś wewnątrz, ktoś, kto teraz był nim. Podobało mu się to i nie. Czasami wydawało się, że tak naprawdę był tutaj i nie był. Istniał i nie istniał. Jakby wchodził na scenę, aby zagrać swoją rolę, a potem chował się za kulisami. Jednak wiedział, że to on. Ktoś, kim jest. Nie ma dwóch. Jest jeden. Jeden, tylko on.
– On miał zginąć! Śmierć miała przyjść! Wyjaśnić mi… Puść mnie!
Życzenie stało się rozkazem. Upadł na podłoże i poczuł się jak w pierwszych sekundach pobytu w tym świecie. Wtedy, gdy mógł przysiąc, iż zostawił gdzieś swoją duszę, daleko, bardzo daleko. Skierował oczy przed siebie. Długi, piaszczysty korytarz ciągnął się w nieskończoność. Wyprostował się. Jakieś pięć susów przed nim mknęła olbrzymia istota. Ona stała się celem.
– Rachunki muszą się zgadzać – warknął do siebie. – Życie za śmierć.
Pobiegł za postacią. Szurała tylnymi nogami. Nie odwracała się. Brnęła przed siebie. Szerokie plecy, które rozpościerały się przed nim, wskazywały na to, iż ma do czynienia ze sporym osobnikiem. Odbijał się lewą ręką od podłoża, przez co wyglądał niezgrabnie, niczym zraniony zwierz. Natomiast drugą miał podkurczoną. Mężczyźnie wydawało się, że coś w niej trzyma. Coś albo kogoś. Z okolic prawego ramienia podskakiwały ogniste włosy niczym lawa buchająca z wulkanu. Zebrał się w sobie i pomknął za nowym Nieszczęśnikiem.
– Nie zabijaj mnie, chcę pomóc! – odkrzyknęła postać.
Mężczyznę zaszokował ton głosu istoty, ponieważ spodziewał się raczej grubego basu, a usłyszał głos zaskakująco wysoki, niemal chłopięcy – albo wręcz kobiecy. Nie miał jednak czasu na zastanowienie. Przedzierał się z łatwością przez korytarz i doganiał wielkoluda.
Zapomniał o jednym. Zwłaszcza gdy kontrolę przejmował ten inny. Nagle wielka łapa stwora zanurzyła się w piaskową ścianę i porwała za sobą ogromną garść piachu. Wówczas Mężczyzna, który do tej pory słyszał tętent swojego spokojnego serca, zarejestrował też cichy i z każdą chwilą narastający syk piasku. Znów wyciągnął ręce w stronę swojej ofiary, ale i tym razem się nie udało. Wielka góra piasku zasypała Mężczyznę. Poczuł jej chłód na swej rozgrzanej twarzy. Poczuł go na całym swoim ciele. W końcu cały korytarz został przesłonięty.
Komentarze (1)
M.R. Gabriel- nieszczęśników i mężczyzn ci pod dostatkiem. A wydawało się, że przeczytam coś w stylu "Diuny" Franka Herberta...
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania