Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Białe Światło - rozdziały 4,5,6,7

Rozdział 4

Brnął przed siebie przez labirynt złomu. Stragany i porzucone przy wydeptanej ścieżce wraki aut ziały pustką. Ani żywej duszy. Może to i dobrze — w tej chwili wolał własne, milczące towarzystwo niż jakiekolwiek odpowiedzi, których i tak nie potrafiłby pojąć. Myśli o morderstwie, córce i Śmierci, która obiecała, że będzie za nim podążać, sprawiały, że dreszcz przebiegał mu po plecach. Jedyne, co mu pozostało, to prosty, zwierzęcy instynkt: uciec stąd. Gdzieś na horyzoncie wyrastały w niebo gigantyczne, ostre pręty. Ustawiły się w idealną, niepokojącą hierarchię — od karłowatych szpikulców po gigantyczne stalowe iglice pośrodku. Przypominały monstrualne wrota. Dokąd miały prowadzić? Nie miało to znaczenia. Parł prosto w ich oblepione czernią palce.

Fizyczne boleści, szargające ciałem zniknęły. Akt brutalności, który przeprowadził jaźń przez wizje pustki, krzyków i spokojnej siły oddalił cały ból. Adrenalina buzowała w żyłach, ale popychała krew miarowo, dając coraz większe poczucie kontroli. Ślepa konfrontacja z Wilkiem i Kwadratem, gdzieś głęboko przerażała, ale też niepokojąco ekscytowała.

Kim się stał? Czym właściwie był?

Zimny wiatr wdarł się pod skórę, nagły i ostry niczym przeciąg uderzający z zaskoczenia. Rozmasował ramiona, ale na niewiele się to zdało. Musiał znaleźć odzienie. Ten prosty cel natychmiast dał mu nową motywację do życia.

Kilka kroków dalej w gęstwinie śmieci ujrzał wypłowiałą kurtkę. Podniósł i otrzepał z kurzu. W okamgnieniu pokruszyła się na drobne kawałki. Przyjrzał się strzępom. Wzory i żyłkowate wklęśnięcia kreśliły wyczuwalne nierówności. Wylinka jakiegoś gada. Nie należała do węża, lecz ludzko wyglądającej postaci. Z obrzydzeniem odrzucił resztki.

Sunął stopami, obutymi w znoszone, ale wygodne trampki, wpatrując się w podłoże. Nie mógł nadziwić się rozmiarowi złomowiska i obiektom, które znajdował. Zaskoczenie nie mijało, ono nasilało się.

– Pustkowie… Ono zawsze powoduje, że myślisz – powiedział pod nosem – zawsze myśli te są niebezpieczne.

Podniósł głowę, a wówczas zauważył wbitego w ziemię stracha. Nie posiadał nóg, a wąski tułów ledwie odznaczał się w ciemności. Uśmiechnięty, z rozwartymi do przytulenia ramionami, wpatrywał się jednym sinobladym okiem. Drugi, pusty oczodół wiał czernią. Na wątłym truchle smutno wisiała obszerna kurtka, o kilka rozmiarów za duża. Mężczyzna ocenił, że będzie na niego pasować. Nie zastanawiając się długo, zajął się ściąganiem odzienia. Sztywne ramiona nie chciały się ugiąć nawet na milimetr. Z wielkim wysiłkiem, cudem nie rozdzierając kurtki, udało się zsunąć jeden rękaw. Kolejny podmuch przeciągu oziębił jego twarz. Gdy już myślał, że najgorsze za nim, niespodzianie strach zawarł na nim swe kościste łapy. Tarmosząc się, spojrzał w twarz napastnika. Krzywy grymas, przypominający ten u osób z paraliżem, zrobił się jeszcze brzydszy i bardziej wredny. Pusty oczodół zaświecił czerwienią, a oko skierowało się w stronę ofiary. Najgorsze w tym wszystkim było to, że stwór zaczął krzyczeć.

– Halo! Franio ma opryszka! Złapał go w swe łapczyska! Drogi Panie! Franio zasłużył na śniadanie!

– Zamknij mordę! – próbował przekrzyczeć stracha, ale ten wrzeszczał, jakby struny głosowe miały zaraz pęknąć.

– O nie! Morda wrze! Każdy się głowi, gdy Franio w swe łapy złowi! Niech gada, ile gęba nada! Ja wołam Pana, co w dupę wpakuje ci glana!

Wesoły głos Frania rozprzestrzeniał się po pustej okolicy, która… nie była tak pusta. W przyczepie, stojącej obok, zaświeciło się światło. W zasłoniętym roletami oknie odbił się cień. Mężczyzna przez wrzaski stracha na wróble usłyszał starczy i zgorzkniały głos Pana. Musiał działać szybko. Zaczął zatapiać się w obłędzie, który wcześniej uratował życie. Otrząsnął się. Nie dał się pokusie – nie chciał zabijać.

Próbował wyrwać się z kościstych łap. Jedna ręka, trzymająca skrawek materiału pociągnęła mocniej, przechylając Frania na tę stronę.

– Ho, ho! Jaki wyrywny! – wrzasnął, nie składając się nawet do kolejnego rymu.

To była jedyna okazja. Drapieżnym ruchem przeważył środek ciężkości na drugą stronę. Odzienie osunęło się z ramienia straszydła, który zaskowyczał lekko, rozluźniając uścisk. Mężczyzna odepchnął się, wydobywając się z zachłannych obręczy ramion. Kukła wrzasnęła jeszcze głośniej, a czerwone oko przerodziło się w pulsujący szkarłat. Blaskiem oka gonił uciekiniera, który w ręku trzymał jego kurtkę.

Rozdział 5

Zgorzkniały Starzec wyłonił się w końcu z przyczepy. Spał. Dobrze spał i strasznie nie lubił, gdy przerywano mu sen. Tym bardziej w tak agresywny sposób. W ręce dzierżył latarkę, która rozprzestrzeniała przed nim nikły pasek żółtego światła. Ostry blask Białego Światła wbił się głęboko w źrenice. Przez ten czas, który przyszło mu żyć w tym świecie, nie przybliżyło się ono nawet o mały fragment. Nawet oddaliło się. To mu odpowiadało, bo słyszał, że Światło czasami się przybliża. Czasami pochłania niespodziewanie. Dobrze, dobrze, niech zostanie tam, gdzie jest.

Glany zachrzęściły na podłożu. Zmrużył oczy usadowione blisko siebie, rozgraniczone jedynie cienkim haczykowatym nosem. Zobaczył w oddali znikającego Mężczyznę. Biegł bardzo szybko. Nie miał szans, by go dogonić. „Może w tamtym życiu”, pomyślał, choć i to wątpliwe. Przeciąg znów dmuchnął, rozwiewając długie, pierzaste, siwe włosy. Popękane grube usta, zwilżył językiem pokrytym białym nalotem. Wyciągnął go daleko na podbródek, rolując z powrotem do uzbrojonej w szczerbate zęby gęby. Zawsze, gdy próbował się skupić, wystawiał język. Pamiętał, że kiedy malował, również wywalał jęzor na wierzch. Skąd to wspomnienie? Nie potrafił wyjaśnić. Jednak właśnie przed chwilą wyklarowała się w nim myśl, którą rozumiał i która według niego była bardzo dobra.

Podszedł, garbiąc się i owijając w skórzaną kurtkę. Wąskie oblicze stanęło przed Franiem, który zaczął zauważalnie dygotać.

– Masz jedno zadanie – wycharczał Starzec – i nie potrafisz go wykonać.

– Franio się stara, z nas jest dobrana para.

– Zamknij tę paszczę i przestań rymować, bo już tego nie mogę słuchać – uciszył go, zbliżając chudą i nienaturalnie wydłużoną rękę – Masz jedno zadanie… Łapać. Coś ci wpadnie w łapy, łap. Łapy masz do łapania. Sama nazwa wskazuje, po co ci one są. Jakbyś zapomniał kiedyś, po co są, to sobie, cholerniku, przypomnij, że łapy, jak sama nazwa wskazuje, masz do łapania.

Zrobił dwa kroki w prawo i kopnął puszkę.

– Widzisz tę puszkę? Gdyby ona była na twoim miejscu, zrobiłaby tyle samo. Może lepiej powieszę ją zamiast ciebie, a ty zostaniesz do końca rozebrany na części. Chociaż będę miał z tego jakiś pożytek.

– Nie, tylko nie na części!

– Nie odzywaj się – wypluł gęstą ślinę – nad tym się jeszcze zastanowię, ale na pewno nie będę się zastanawiał nad kolejnym ruchem.

Zapiął kurtkę. Na jego małym torsie, nieproporcjonalnie skromnym w porównaniu z długimi rękami i nogami, wyłoniły się kosteczki żeber.

– Złodziejaszkowi nie może ujść to na sucho…

– Tak!

Spojrzał na Frania karcąco. Malutkie oczka, niebieskie i mętne niczym u zdechłej ryby, zwęziły się lekko.

– Trzeba to załatwić po staremu… i wiesz co? Chyba mi się jednak przydasz, bo nikt oprócz ciebie go nie widział.

– Nikt, niktoluśko, nikt, a nikt! – zawołał radośnie i dumnie.

– No, to się bierzemy – westchnął – to będzie długa podróż, bo nogi nie te ani ręce wcale nie lepsze, ale mam czas. W końcu go gdzieś znajdziemy. A ze mną lepiej nie zadzierać. Bo nikt nie może mnie okradać, każdy to wie, a niesubordynacja jest karana surowo.

– Niktoluśko! Niesorpetynacja karaniuśko!

Odpuścił sobie karcenie tego kalekiego stworzenia. Odwrócił się do Frania plecami i przykucnął, bo był wysokim osobnikiem.

– Dalej, na co czekasz! Łapy!

Zaczepił swoje kościste ręce na piersiach Starca i owinął szczelnie wokół tułowia niczym podróżniczy plecak. Zgorzkniały wstał i oswobodził beznogiego z pręta.

– Łapy do łapania – powtórzył kaleka w skupieniu.

– No, w końcu rozsądnie gadasz… Pora ruszać – powiedział i z ekscytacją dodał – Dobrze wiemy, jak kończy się kradzież, co nie?

Franio nie odpowiedział, ale wiedział dobrze. W końcu sam zgotował sobie ten los. A Pan dopełnił jego przeznaczenia.

– Dobrze było mieć nóżki, co? – zapytał i zaśmiał się siarczyście. Franio nie odpowiedział po raz kolejny. Przypomniał sobie, gdy Pan go znalazł. Gdy akurat wykazał się niesubordynacją. Gdy Pan odebrał mu nogi…

 

Rozdział 6

Biegł bardzo długo. Rozgorączkowany wzrok szalał na boki, wiercąc każdy zakamarek. Był przekonany, że wszystkie przyczepy, które mijał, są zamieszkane, że nie jest sam. Wiedział, że dziwny kształt, który ukazał się w oknie, nie poprzestanie na paru rzuconych w przestrzeń przekleństwach. Nie, nie w tym świecie. Tutaj nic nie przychodzi łatwo, nawet znalezienie kurtki.

Zatrzymał się i rozejrzał. Pusto. Wcześniejsze obawy jedynie tliły się z tyłu głowy. Znajdował się w przesmyku pomiędzy dwoma olbrzymimi masywami złomu. Przeszedł jeszcze kilka kroków, aby wyjrzeć, co czai się za wzniesieniem. Znów stragany i pagórki. Nic szczególnego. Cofnął się i przyjrzał nierównościom terenu. W wolnych szczelinach, gdzie wyłaniał się piasek, dostrzegł głębokie bruzdy po szerokich bieżnikach opon. Podłoże wyglądało, jakby ciężki stalowy spychacz utworzył przejazd. Stąd dwa masywy. Poczuł się nikły w obliczu tej potężnej góry starych maszyn oraz części ciał. Tak, było to niepokojące i fascynujące zarazem.

Gdy uznał, że nie grozi mu żadne niebezpieczeństwo, przyjrzał się znalezisku. Kurtka wyglądała solidnie i gustownie. Czarne płótno podszyto białym kożuchem, który wystawał spod podwiniętych rękawów i szerokiego kołnierza. Mężczyzna założył ją i poczuł przyjemny dotyk ciepłego odzienia. Spodobało mu się. Z wielką chęcią przyjrzałby się swojemu odbiciu, ale nie miał ku temu okazji. „Pilotka” … Skąd to wiedział? To jakieś odbicie poprzedniego świata, wspomnienie… Włożył dłonie w kieszenie kurtki. Ogarnęło go ciepło.

– Co na to powiesz? – zapytał pary wyłupiastych oczu, które wystawały znad pękniętego monitora – odjęło ci mowę, co? Czy straciłeś dla mnie głowę?

Parsknął śmiechem. Próbował szybko stłumić rozbawienie, ale pierwszy raz w tym świecie zaśmiał się. Otarł twarz i strzepnął łzę. Westchnął głęboko, a niepokój wrócił w słowach dziewczynki, które nagle zaatakowały z podwójną siłą: nigdy nie kochałeś…

Śmiech uwiązł w gardle, dając posmak brudu i goryczy.

Krajobraz zdawał się nie mieć końca. Te same obrazy przewijały się przed nim, formując długi seans. Podążył w stronę wału, który okalał całe złomowisko. Przesunął dłonią po jego powierzchni. Pod palcami poczuł szorstki, osypujący się piasek. Piął się wysoko w górę, a gdy zadzierał głowę, nie mógł dojrzeć szczytu. Wybrał tę drogę, by wreszcie zyskać stały punkt orientacyjny. Przedzieranie się przez labirynt gruzów okazał się zbyt wyczerpujący.

Na policzku czuł zimną wilgoć. Gruba ściana wchłaniała wszystkie dźwięki, tworząc w lewym uchu poczucie martwoty. Nawet oddech, chrzęst kroków – wszystko ginęło w jej bezdusznych okowach. Zaprogramowany, niczym maszyna, parł przed siebie, wyłączając myśli. Marsz zdawał się trwać wiecznie, choć w tym niezmiennym półmroku czas był pojęciem niemożliwym do zmierzenia. Jedynie tworzące się na stopach pęcherze podpowiadały, że musiał iść już długo.

Przyczepy, które wyrosły przed nim, zmusiły go do powrotu na główną drogę. Unosząc wysoko nogi omijał kanciaste odłamki. Odkrył, że znalazł się przed strzelistą bramą. Nie mógł objąć jej wzrokiem, ponieważ najwyższe pręty uciekały gdzieś w szarych przestworzach. Ścieżka prowadząca do wyjścia wyglądała na bezpieczną. W tym miejscu ilość złomu była znikoma. Piaszczyste podłoże przebijało się spod metalowych śmieci. Po prawej i lewej stronie stały bogato strojone kampery. Losowo ułożone pozłacane bibeloty składały się w niegustowny wzór, dający odczucie nachalnego pokazania wyższości. To ostatnia prosta. Zrobił krok, stąpając po piasku. Zmrużył oczy i westchnął z ulgą, dając chwilę odpocząć styranym stopom. Delektował się lekkością z jaką pokonywał kolejne metry. Pamiętał, by być czujnym. Obserwował okolice w poszukiwaniu nawet najmniej dostrzegalnego ruchu. Nic.

Chwycił gruby pręt i spróbował go ruszyć. Brama nawet nie drgnęła. Ocenił, że może przejść pomiędzy drągami, ale musiał ściągnąć kurtkę. Uczynił to bezzwłocznie. Najpierw przeniósł lewą nogę, ocierając się barkami o zimny metal, przecisnął się, trzymając w prawej ręce kurtkę. Obejrzał się, ale okolica zamarła. Z powrotem założył odzienie i wpatrzył się w bezkres piaszczystego pustkowia. Wydmy zdawały się nie kończyć, przypominając łuki brwiowe zakopanych olbrzymów. Nie wiedział, co go czeka. Przed nim rozprzestrzeniała się nowa tajemnica. Po raz kolejny zrobił pierwszy krok. Białe Światło świeciło przed nim. Nigdy nie wskazywało drogi. Po prostu zawsze było przed nim.

 

Rozdział 7

Wysoko nad Mężczyzną, przeciskającym się przez bramę, splątane w metalowych prętach istoty obserwowały. Czarnogłowe postaci oblepiały metal niczym złośliwy rak. Z ich czoła sączyło się białe światło, które nie przenikało tłustych czerni tego świata. Czerń wchłaniała blask, jak strach nadzieję.

Nie wyczuwały zagrożenia – ich misją było słuchanie. Słuchanie głosu Jedynego. Samo działanie stało się przekleństwem, bo nie potrafiły odmówić. Musiały robić to, co kazał głos, choć nienawidziły wszystkiego i wszystkich – nawet samych siebie. Tylko Jeden mógł wprawić je w ruch. Były nieudanymi eksperymentami. Cudzymi. Jeden je uwięził i wykorzystał, nie mogąc pozwolić sobie na marnotrawstwo. Szklana kula ukazywała to, co zdołały dostrzec. Tam rysowała się kolejna szansa…

Milczały, nie potrafiąc załagodzić bólu. Przerażające oblicza o zwierzęcych rysach posiadały też ludzkie cechy, co budziło największy strach. Światło, które przesłaniało ich twarze, odsłaniało to, co w nich najgorsze. Blask ten nie mógł równać się z tym, który wciąż bił z nieba. Zdawał się nieudanym eksperymentem… takim jak Oni.

Czekali na głos, ale ten wciąż się nie odzywał…

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania