Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Blok na uboczu / Rozdział 2/ Śniegoland
Był początek stycznia. Moment, w którym miasto otulała zazwyczaj na chwilę zimowa aura. To ten okres pomiędzy Świętami a Trzech Króli, w którym dzieci nie chodzą do szkoły, a wiele osób wyjeżdża w swoje rodzinne strony, wylatuje do ciepłych krajów lub po prostu ucieka przed świętami i zaszywa się gdzieś z dala od zgiełku z nimi związanego. To ten czas, w którym miasto jest puste. Teraz do tego jeszcze szare, śnieżne i zimne. W tym okresie i przy takiej pogodzie wydaje się być zahibernowane.
Wojtek lubił przełom roku. Spacerował wtedy po Warszawie ze szczerą chęcią nie zważając na kiepską pogodę. Czuł się jak w prywatnej przestrzeni. Uwalniając się w tych dniach od odczuwalnego niemal wciąż pędu wszystkiego dookoła. Był jak turysta poznający ją z innej strony, wciąż na nowo. Jako rodowity Warszawiak zawsze czuł się ponad przyjezdnych. Choć gardził mentalnością ,,słoików”, od kiedy tylko pamiętał, miał świadomość, że to właśnie przybysze z całej Polski są dla niego głównym źródłem zarobku.
Mieszkał na parterze Bloku Na Uboczu. W przeciwieństwie do większości swoich sąsiadów z parteru właśnie, a niekiedy też i tych zamieszkujących wyższe piętra, nigdy nie zamontował krat w oknach i drzwiach do pseudo ogródka. Uważał, że w ten przewrotny sposób bez kosztowo osiągnie efekt zabezpieczenia. Miał być to wyraźny komunikat dla potencjalnego włamywacza: - Nie ma krat – nie ma po co się wbijać na klawisz - Proste i od wielu lat wciąż skuteczne.
,,Rozważny”, jak był nazywany w kręgach swoich klientów, głównie studentów, hipsterów i różnego rodzaju wykręconych artystów, ale też nowobogackich młodziaków z korpo, odziedziczył mieszkanie po babci. Ksywkę zawdzięczał usposobieniu dającemu mu komfort pracy w swoim ,,zawodzie”. Od dzieciństwa mieszkał z samotnie wychowującą go matką na Rakowcu, ale po maturze wyprowadził się, by zacząć żyć na własny rachunek, już wtedy zarabiając nieźle na handlu ganją, markując przy tym, że studiuje Socjologię i pracuje jako kurier.
Po załatwieniu kilku spraw na mieście oraz rozmyślnym dłuższym spacerze, wrócił do mieszkania zastając pod drzwiami młodą kobietę. W pierwszej chwili jej nie rozpoznał. Jak to było? Before party w wynajętej willi na Mokotowie, później Mazowiecka, parkiet, szoty, Ona. Szoty, stroboskopy, loża, Ona. Taksówka, sklep nocny, browary, Ona. Pocałunki, zrywanie z siebie ubrań, wzmożony alkoholem popęd, ekstaza, ciemność, cisza. Jasność, ból głowy, moralniak, ucieczka ukradkiem.
Tamta impreza była wyjątkowa i na bogato. Udało się wtedy sprzedać sporo towaru lamusom z Erazmusa, których sponsorował jeden bananowiec z Łomianek. Taki złoty strzał, który wymagał adekwatnej do sukcesu celebracji. Patrząc jej teraz w oczy, przewijał w głowie dalej… Poczucie, że zachował się podle i nawiązanie kontaktu. Przeprosiny. Spotkanie na trzeźwo, niezbyt udane. Gdy oboje zostali odarci z alkoholowo narkotycznej szaty, mając w głowach to jak skończył się tamten wieczór, nie byli w stanie szanować samych siebie. Nie było już dalej kontaktu, choć Ona skrycie tego chciała. Wstydziła się jednak, że tak to się potoczyło. On z kolei uznał, że nie przypadł jej do gustu, choć naprawdę mu się podobała. Teraz stała tutaj. Nie wyglądała dobrze.
Okazało się, że tamtej nocy nie zabezpieczyli się prawidłowo. Efektem braku ostrożności była półroczna dziewczynka… jego córka. Zdecydowała się poinformować go o tym, ze względu na swój zły stan zdrowia. Wcześniej… nie chciała być samotną matką, ale nie była też w stanie przełamać muru, który zbudowała wokół siebie po tym jednym wybryku. To było do niej niepodobne. Przyjezdna, cicha i spokojna, wzorowa studentka. Po tamtej sytuacji jej życie zaczęło się zmieniać, a diametralne zmiany miały dopiero nastąpić po tym gdy dowiedziała się, że jest w ciąży. Rodzina odwróciła się od niej.
Sama chwytając się z codziennością za barki postanowiła, że musi się z tym zmierzyć, jak ze wszystkimi innymi przeciwnościami pojawiającymi się przedtem w jej życiu. To tylko kwestia skali. Macierzyństwo przezwyciężyło. Dodało siły napędzanej miłością. Przez chwilę było dobrze. Choć wiele razy była bliska skontaktowania się z Wojtkiem, przełamała się dopiero gdy nadeszła diagnoza… Wyrok. Nie mogła liczyć na nikogo. Była sama. Doprowadziło ją to do Bloku Na Uboczu, wprost pod jego drzwi.
Minął kolejny rok. Minęło półtora. Był przy niej do końca. Minęły kolejne lata. Lata w których i jego życie zaczęło się zmieniać. Właściwie stal się innym człowiekiem. Zmienił otoczenie, styl życia, ubiór, pracę… Pojawiły się siwe włosy. To jednak jedynie powierzchowne zmiany będące następstwem upływu czasu i tego, że prawdziwa transformacja nastąpiła w środku… Zaczął żyć dla kogoś. Sensem życia okazał się mały człowiek. Potomek, krew z jego krwi. Pokłosie tamtej nocy, gdy świętował sukcesy w innym życiu. Teraz miał nowe.
Wciąż jednak lubił Warszawę na przełomie roku. To miało nie zmienić się już nigdy. Trzymał na rękach kilkuletnią dziewczynkę o imieniu Klara, razem z nią patrząc przez okno na zaśnieżone miasto. - Tatusiu, można budować bałwany jak z klocków Lego. To lepsza zabawa niż w Legolandzie! - wspomniała mając na myśli ich niedawną wycieczkę do Danii. - To jest taki Śniegoland! - dodała.
- Tak, to taki nasz Śniegoland… – szepnął Wojtek roniąc łzę. Prawdopodobnie pierwszą w życiu łzę szczęścia…
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania