Brum Butterfly: Zapach Ognia – Rozdział 2: Szlak przez góry (Część 2/2)

Rozdział 2: Szlak przez góry Część 2

 

Brum gapił się na ten kształt z narastającym strachem w oczach. Ciało całkowicie odmówiło mu posłuszeństwa. Przerażenie odcięło mu tlen – poczuł twardy ucisk w klatce piersiowej, który palił płuca żywym zimnem. Trząsł się na całym ciele, desperacko walcząc z paraliżem. Z wysiłkiem odwrócił zalaną potem twarz w stronę starszego kowboja.

 

– Max... – mruknął pod nosem. Palce pobielały mu od zaciskania na kolbach pistoletów. – Boję się – dodał łamiącym się, chłopięcym głosem.

 

Max nawet na niego nie spojrzał. Całą uwagę skupił na mgle.

 

– Zamknij się, mały – syknął przez zęby, próbując przebić wzrokiem tuman. Zamarł na moment, po czym drgnął. – Słyszę kroki.

 

– Kroki?! Jakie, do cholery, kroki?! – spanikował szeptem Brum. Ze strachu zacisnął palce na kolbach rewolwerów tak mocno, że z luf posypały się słabe iskry, które od razu syknęły i zgasły w mroźnym powietrzu.

 

Max nie odpowiedział. Wyprostował się, a jego chropowaty głos rozdarł ciszę pustynnego traktu. Aż lodowe runy na oknach saloonu cicho zadrżały.

 

– Kim jesteś?! – wrzasnął prosto w gęstwinę mgły. – Słyszę cię! Pokaż się!

 

Odpowiedź nadeszła od razu. Z białego tumanu, z głośnym świstem, wystrzeliła bryła brudnego lodu najeżona soplami. Pędziła tuż nad ziemią, gotowa zmiażdżyć wszystko na swojej drodze.

 

Max zareagował instynktownie. Chwycił oburącz rękojeść miecza i szarpnął z pochwy. Rozległ się czysty metaliczny dźwięk, a wokół nich eksplodował cyklon skompresowanego powietrza.

 

Lodowy pocisk z ogłuszającym hukiem uderzył w niewidzialną barierę. Wietrzna tarcza Maxa aż głucho zatrzeszczała pod ciężarem impetu. Bryła lodu roztrzaskała się w drobny, szary pył i spłynęła nieszkodliwie na ziemię u ich stóp.

 

W powietrzu wciąż wisiał ostry zapach ozonu i drobiny zamarzniętej wody. Max powoli opuścił broń. Na jego twarzy pojawił się lekki, drapieżny uśmiech. Spojrzał w topniejącą od fali uderzeniowej mgłę i mruknął pod nosem:

 

– A więc to tak... Teraz już dokładnie wiem, z czym mam do czynienia.

 

Z głębi wirującego tumanu dobiegł niski, zniekształcony mrozem głos:

 

– A więc to ty, Maxie Maximusie...

 

Starszy łowca głów nie drgnął. Stał wyprostowany, z dłonią zaciśniętą na rękojeści miecza.

 

– No, ja – odpowiedział krótko, rzucając wyzwanie ciemności. – We własnej osobie, stary przyjacielu.

 

Brum stał tuż za nim, wciąż dygocząc z zimna. Słysząc te słowa, uniósł brwi. Szok na moment przykrył strach. Oni się znają? – pomyślał gorączkowo, przenosząc wzrok z pleców mentora na kłęby oparu.

 

– Max... Co ty tu, do cholery, robisz? – zapytał głos z mgły. Obok groźby słychać było w nim wyraźne zaskoczenie.

 

– Co ja tu robię?! – warknął Max. Zrobił krok do przodu, aż żwir chrupnął pod podkutym butem. – To ja powinienem cię zapytać, co to za krwawe szopki odstawiasz w tej osadzie!

 

Mgła nagle zaczęła rzednąć, odsłaniając postać ukrytą w lodowatym wnętrzu. Na środku traktu stał wysoki, chudy mężczyzna. Przypominał trupa wyciągniętego z lodowatego grobu. Miał na sobie znoszone, białe zimowe ubranie, grubą czapę naciągniętą na uszy i wełniane, zszarzałe rękawice. Jego skóra była sinobiała, a na policzkach i żuchwie odznaczały się ciemne ślady głębokich odmrożeń. W prawej dłoni ściskał okrągłą kulę śniegu. Mimo upału, śnieg w ogóle się nie topił. Biło od niego dławiące zimno, a wokół palców nieznajomego powietrze drżało od mroźnej magii.

 

Brum pociągnął Maxa za rękaw płaszcza.

 

– Kto to jest? – szepnął. – Znasz tego umarlaka?

 

Max zerknął na nastolatka. Zauważył, że palce Bruma wciąż drżą na kolbach ognistych spluw, z których co chwilę sypały się i gasły słabe iskry.

 

– Trzymaj nerwy na wodzy i nie strzelaj na oślep, mały – skarcił go Max, kładąc mu ciężką dłoń na ramieniu. – O strachu pogadamy później.

 

Starszy kowboj przeniósł wzrok na przeciwnika, a jego głos zniżył się do złowrogiego pomruku:

 

– Brum... To jest Lodowy Szczur Mike. Poszukiwany listem gończym morderca z nizin.

 

Max zrobił kolejny krok naprzód. Wokół jego stóp z szumem zawirował piach, rozganiając resztki pełzające po ziemi mgły.

 

– Mike, nie wiem, czego tu szukasz i co robisz w tej dziurze, ale masz z tym natychmiast skończyć – oznajmił stanowczo łowca głów, nie spuszczając oka z przeciwnika i trzymając palce tuż nad rękojeścią miecza.

 

– Mieszkańcy ze strachu barykadują domy przez te twoje polowania – rzucił szorstko Max.

Lodowy Szczur Mike przechylił głowę. Na jego sinej twarzy pojawił się szeroki, upiorny uśmiech.

 

– Strach... Strach podnieca mnie najbardziej – wycharczał.

 

Głos miał zniszczony, jakby lodowate powietrze doszczętnie wypaliło mu struny głosowe. Wysunął ciemny, bordowy język i powoli oblizał popękane od mrozu usta. Brum skulił się za plecami Maxa. Ten widok brzydził i przerażał go bardziej niż uderzenie mroźnej fali.

Max nawet nie drgnął. Zacisnął palce na rękojeści miecza.

 

– Powiem to raz, Mike. Jeśli zniknie stąd choćby jeszcze jedna osoba, zatrzymam cię. Moja emerytura nie oznacza, że zapomniałem, jak odbiera się życie.

 

W powietrzu wisiał ostry zapach ozonu i spalonego tytoniu. Napięcie stawało się nie do zniesienia. Wtedy Brum podjął decyzję. Przełamał strach, wyszedł zza pleców Maxa i wyciągnął przed siebie rewolwer.

 

– Koniec tego, świrze! – wrzasnął, choć w jego głosie wściekłość mieszała się z paniką.

 

Lodowy Szczur uniósł oszronione brwi i zmierzył chłopaka drwiącym wzrokiem.

 

– Koniec? – zaśmiał się chrapliwie. – A ty niby kim jesteś, dzieciaku?

 

Brum zacisnął palce na kolbach tak mocno, że zdrętwiały mu dłonie. Gówniarzerska duma spaliła mu gardło mocniej niż zaklęty w broni ogień.

 

– Tym, który zaraz poślę cię do piachu! – warknął.

 

Brum pociągnął za spust. Prawy rewolwer huknął, rozrywając ciemność. Z lufy wystrzeliła rycząca kula ognia, która z sykiem pomknęła prosto w pierś Mike'a, zostawiając za sobą duszny zapach siarki.

 

Morderca nawet nie drgnął. Na jego popękanych ustach wykwitł szeroki uśmiech – ten narwany gówniarz właśnie dał mu idealny pretekst do walki.

 

Trzymana przez niego bryła śniegu rozbłysła jaskrawym, błękitnym światłem. Temperatura na trakcie spadła tak momentalnie, że skóra na twarzach aż piekła od mrozu. Pędzący pocisk ognia nagle zaczął pokrywać się szronem. Zanim dotarł do celu, zamienił się w ciężką bryłę lodu, która z głośnym łomotem uderzyła o piach i rozpadła się na tysiące drobnych odłamków.

 

Brum nie zamierzał odpuszczać. Napędzany adrenaliną ruszył sprintem przed siebie, zataczając szerokie półkole, by okrążyć przeciwnika. Strzelał raz po raz z obu rewolwerów, zasypując mordercę gradem ognistych pocisków.

 

Mike stał nieruchomo na środku drogi, tylko wodząc wzrokiem za biegającym nastolatkiem. Każda kolejna kula ognia, gdy tylko zbliżała się do jego lodowej aury, natychmiast zamarzała w locie, syczała siarką i z metalicznym brzękiem spadała w rdzawy żwir.

 

Max dostrzegł w tym chaosie swoją szansę. Lodowy Szczur skupił się na biegającym chłopaku, więc starszy łowca uderzył od frontu. Wysunął miecz z pochwy o zaledwie kilka milimetrów. Powietrze wokół pękło, a fala skompresowanego wiatru z ryczącym świstem poleciała prosto w bok Mike'a.

 

Morderca zareagował bez mrugnięcia okiem. Nie odwracając głowy, uniósł lewą dłoń. Z ziemi, z suchym trzaskiem pękającego gruntu, wystrzeliła gruba ściana lodu. Uderzenie wiatru rymnęło w mur z ogłuszającym hukiem, sypiąc wokół mroźnym pyłem, ale zapora wytrzymała impet.

Max opuścił broń. Gdy pył opadł, przyjrzał się twarzy przeciwnika i poczuł, jak skóra cierpnie mu na karku. Mike wcale nie stracił czujności. Jego gałki oczne poruszały się niezależnie od siebie – jedno oko śledziło każdy krok Bruma, a drugie kontrolowało ruchy starszego kowboja.

Wtedy Max zrozumiał wszystko. Lodowy Szczur nie był zwykłym szaleńcem z pustyni. Trafili na wyszkolonego na nizinach potwora, który potrafił toczyć śmiertelną walkę na dwa fronty jednocześnie. Stawka skoczyła o wiele wyżej.

 

Mike, mimo swojej nieludzkiej natury, też zaczynał to odczuwać. Utrzymywanie lodowego muru i jednoczesne kontrolowanie dwóch celów rozbieżnym wzrokiem wymagało od niego potężnego skupienia. Taka walka na wyniszczenie musiała mieć swój koniec.

Brum zatrzymał się, mocno wbijając obcasy w zamarznięty piach. Jego klatka piersiowa falowała w szaleńczym rytmie, a z płuc wyrywał się świszczący oddech.

 

– Ty sukinsynu! – wrzasnął z całych sił.

 

Zaczął bez opamiętania naciskać spusty rewolwerów. Spluwy ryczały bez przerwy. Kilkanaście płonących kul wystrzeliło jedna po drugiej, tworząc na ciemnej ulicy ognistą nawałnicę. Blask rozświetlił ściany saloonu, a pociski runęły prosto na Lodowego Szczura, topiąc pełzającą mgłę.

Mike od razu wyczuł swoją szansę. Narwany dzieciak wystrzelał całą energię i całkowicie się odsłonił. To była idealna okazja, żeby go wyeliminować. Lodowy artefakt mordercy zaświecił błękitnym blaskiem. Magia była tak gęsta, że na białym ubraniu Mike'a i jego pokrytej odmrożeniami skórze momentalnie wykwitła nowa warstwa szronu. W powietrzu rozszedł się smród palącego mrozu.

 

Z małej kuli śnieżnej wystrzelił ryczący taran zbitego, brudnego lodu. Żywioł bez trudu, z sykiem zdusił lecący ogień w chmurze pary, po czym uderzył prosto w chłopaka. Brum nie zdążył nawet krzyknąć. Zniknął pod ciężkim tumanem zmarzniętego puchu, całkowicie zasypany i pogrzebany pod zbitą warstwą śniegu, która wgniotła go w żwir.

 

Ta technika kosztowała Mike'a zbyt wiele sił. Przez tę jedną, krótką chwilę morderca całkowicie stracił z oczu drugiego przeciwnika. Gdy tylko zdał sobie sprawę z błędu, szarpnął głową, próbując na powrót namierzyć starszego kowboja.

 

Było już za późno. Kręgosłup Mike'a z głośnym trzaskiem wygiął się w łuk od uderzenia w plecy, a tnące powietrze bezlitośnie rozerwało jego białe ubranie. Cały świat wokół niego zawirował. Drewniane budynki osady i spękane ganki nagle zaczęły kręcić się przed jego oczami w szaleńczym tempie. To on leciał. Mike został trafiony taranem skompresowanego wiatru, który zrodził się z całkowicie wysuniętego z pochwy miecza Maxa. Siła ciśnienia poderwała jego ciało i cisnęła nim w powietrze, obracając bezwładnie wkoło.

 

Morderca przeleciał kilkanaście metrów, ciężko uderzył plecami o twardy trakt i kilkukrotnie koziołkował w kurzu, aż w końcu osiadł bezruchu. Uderzenie fali powietrza było tak potężne, że wstrząsnęło konstrukcją całej ulicy. Drewniane krokwie i ściany zatrzeszczały złowrogo, a z daszków na ziemię z głośnym łomotem posypały się odłamki suchych desek i gęste tumany pyłu. Na samym środku rozoranej drogi, oblepiona rdzawym piachem, leżała nieruchoma sylwetka Lodowego Szczura.

 

Max powoli wypuścił z płuc powietrze i z głośnym kliknięciem schował miecz do pochwy. Przez chwilę był pewien, że to uderzenie ostatecznie strzaskało kręgosłup renegata i zakończyło walkę. Jednak gdy tylko uniósł wzrok, serce momentalnie podeszło mu do gardła.

 

Na samym końcu drogi, w kłębach unoszącego się pyłu, zakurzona biała postać zaczęła się ruszać.

 

– Niemożliwe... – mruknął pod nosem, a jego oczy rozszerzyły się pod rondem kapelusza. – On dalej dycha...

 

Mike z dużym trudem uniósł się najpierw na łokciach, a potem na kolanach. Zgrzyt połamanych żeber w jego plecach musiał być potworny, ale nawet taki impet nie zmusił go do wypuszczenia z rąk lodowej bryły. Klęczał w pyle, z bolesnym wysiłkiem łapiąc powietrze. Z jego popękanych ust na ziemię sączyła się gęsta strużka ciemnej, niemal czarnej krwi. Mimo to na jego sinej twarzy powoli wykwitł szeroki, całkowicie szalony uśmiech. Ten wykrzywiony grymas wcale nie należał do kogoś, kto stoi nad grobem.

 

Morderca powoli obrócił zakurzoną głowę w stronę łowcy głów. Jego gałki oczne znów zawirowały niezależnie od siebie, skupiając wzrok bezpośrednio na celu.

 

– Bum... Bum, stary przyjacielu... – wycharczał upiornie, a jego zniekształcony mrozem głos przeciął ciszę traktu.

 

Max poczuł, jak włosy jeżą mu się na karku pod kołnierzem płaszcza. Nie miał pojęcia, co oznaczają te obłąkane, wyplute wraz z krwią słowa, dopóki tuż przed jego nosem nie zatańczył mały płatek śniegu. Starszy kowboj uniósł głowę i spojrzał w nocne niebo.

Nad jego pozycją, wirując na lodowatym wietrze, sypał się już biały puch. Zanim Max pomyślał o ucieczce lub ponownym wyciągnięciu miecza, pierwszy z płatków dotknął ramienia jego płaszcza.

 

BUMMM!

 

W jednej chwili niewinne płatki zmieniły się w miniaturowe bomby. Powietrze wokół łowcy głów eksplodowało serią głośnych wybuchów, które rozdarły mrok i zasypały drogę gradem ostrych odłamków. Gęsta chmura dymu i pyłu całkowicie zakryła miejsce, w którym stał starszy kowboj. W miasteczku zapadła cisza. Nie było wiadomo, co się z nim stało ani czy przeżył tę egzekucję.

 

Po drugiej stronie ulicy, spod ciężkiej warstwy śniegu, zaczęło sączyć się jaskrawe, pulsujące światło. Śnieżna zaspa zasyczała, a w powietrze uniosły się gęste kłęby pary. To był Brum. Chłopak przetrwał lodowe uderzenie, a teraz, rozgrzewając rewolwery do czerwoności, stopił pułapkę od środka. Wyskoczył na drogę, ciężko dysząc. Trzymał broń gotową do strzału, rozsiewając wokół ostry zapach siarki i spalonego prochu.

 

Lodowy Szczur Mike, widząc, że młokos wciąż stoi na nogach, skrzywił się ponuro.

– Ja to dzisiaj chyba naprawdę nie mam szczęścia... – mruknął z rezygnacją, a z jego ust znów polała się krew.

 

Z wolno opadającego dymu po wybuchach zaczęła wyłaniać się sylwetka. To był Max. Jego skórzane ubranie wisiało w strzępach, skóra była poszarpana i osmalona, a z boku ciała, pod żebrami, sączyła się strużka krwi. Był ranny, ale w jego oczach wciąż płonął głód walki. Szedł pewnym krokiem, kurczowo zaciskając dłoń na rękojeści obnażonego miecza.

 

Mike rozejrzał się i natychmiast skalkulował swoje szanse. Przeciwko rannej legendzie i chłopakowi z ognistą bronią nie miał już pola do manewru.

 

– Poddaję się! Słyszycie?! Poddaję się! – zawołał głośno, unosząc wolną dłoń.

Brum, słysząc, że ten potwór nagle błaga o litość, poczuł falę czystej wściekłości. Wspomnienie strachu wciąż w nim żyło.

 

– Teraz się poddajesz?! – wrzasnął, celując z obu rewolwerów prosto w głowę Mike'a. – Teraz to ja cię poślę do piachu, ty gnoju!

 

Z luf zaczęły sypać się gęste iskry, ale zanim chłopak zdążył pociągnąć za spust, Max uniósł ramię i stanął bezpośrednio przed nim.

 

– Brum, przestań! – rzucił stanowczo starszy kowboj, a jego chropowaty głos przeciął trakt. – On już odpuścił. Starcie jest skończone.

 

Brum opuścił nieco broń. Max odwrócił się do klęczącego mordercy.

 

– Słuchaj mnie uważnie, Mike! – warknął, a w jego słowach brzmiało lodowate ostrzeżenie. – Masz natychmiast wynosić się z tej osady i nigdy tu nie wracać! Jasne?!

 

Mike bezsilnie skinął głową. Nie był jednak w stanie podnieść się z kolan – wcześniejszy atak wiatru doszczętnie zrujnował mu dolny odcinek kręgosłupa. Morderca, sycząc przez zęby, zaczął tworzyć pod sobą gładką warstwę lodu. Nie mogąc używać nóg, z trudem odpychał się dłońmi od zamarzniętej ziemi. Powoli i żałośnie sunął w stronę ciemności, zostawiając w pyle ciemny ślad krwi.

 

Gdy opary magii opadły, ukazał się obraz pobojowiska. Środek traktu obrócił się w ruinę. Uderzenia wiatru i eksplozje lodowych bomb poczyniły spore zniszczenia – ściany drewnianych budynków popękały, okiennice wyleciały z zawiasów, a ziemię pokryły głębokie bruzdy zmieszane z topniejącym lodem, błotem i popiołem.

 

Nagle w ponurej ciszy coś się zmieniło. Mieszkańcy, którzy dotąd chowali się za zabitymi deskami oknami i zaczęli powoli wychodzić ze swoich kryjówek. Widząc ucieczkę potwora, ruszyli tłumnie na środek drogi, by pomóc wybawicielom. Jako pierwszy zareagował siwy barman. Piotruś „Muszka” wybiegł przed saloon i machając energicznie rękami, przejął dowodzenie nad chaotycznym tłumem.

 

– Ludzie! Przyprowadźcie ich do mnie, trzeba opatrzyć rany! – krzyczał, wskazując na zakrwawionego Maxa i skłaniającego się na nogach Bruma. – Szybko, wnieście ich do środka!

Wokół zapanowało poruszenie, a w tłumie przekrzykiwały się kolejne głosy.

 

– Potrzebny lekarz! Niech ktoś sprowadzi medyka! – zawołał mężczyzna z tłumu, pomagając podtrzymać rannego łowcę głów.

 

Miejscowi z szacunkiem unieśli obu bohaterów, pomagając im pokonać drewniane stopnie tarasu. Wnieśli ich do wnętrza saloonu, po czym przetransportowali na piętro, prosto do pokoju. Ułożyli wycieńczonego Maxa i obolałego Bruma na łóżkach. Gwar tłumu uciekł na korytarz, gdy po kilku minutach drzwi otworzyły się szeroko. Do środka z ciężką, skórzaną torbą wbiegł zdyszany miasteczkowy lekarz, gotów ratować zdrowie nietypowych wybawicieli.

 

Medyk pracował bez wytchnienia przez całą noc, opatrując głębokie rany. Mrok w końcu zaczął ustępować, a słońce powoli wyłoniło się zza surowego horyzontu pustyni. Przez cały ten czas Piotruś „Muszka” tkwił cierpliwie na korytarzu. Opierał się o drewnianą ścianę i nerwowo splatał palce, czekając na wieści o stanie zdrowia wojowników.

 

W końcu drzwi skrzypnęły i w progu stanął zmęczony lekarz, ocierając pot z czoła. Barman odskoczył od ściany i dopadł do niego, pytając z przejęciem:

 

– I co? Będą żyć?

 

Lekarz spojrzał na Piotrusia ciężkim, pełnym powagi wzrokiem, po czym westchnął cicho.

 

– Stan tego młodego jest stabilny. Nic mu nie będzie, to silny chłopak, musi tylko odpocząć. Ale szczerze mówiąc, martwię się o tego drugiego, z mieczem. Jego stan jest zły. Szrapnele z lodu poraniły go głęboko, a ciało jest skrajnie wycieńczone. Nadal nie rozumiem, jak człowiek z takimi ranami i utratą krwi może jeszcze oddychać. Zrobiłem wszystko, co w mojej mocy.

 

– Teraz jego życie zależy już tylko od siły organizmu i kaprysu szlaku – dokończył ponuro lekarz.

 

Piotruś spuścił głowę, opierając się o ścianę korytarza. Uświadomił sobie, że legendarny kat renegatów przelał krew, broniąc jego własnego, zakurzonego interesu. Zanim jednak zamienili choćby słowo, z dołu, z opustoszałej sali saloonu, dobiegł czyjś donośny, twardy głos:

– Max! Max Maximus, gdzie jesteś?! Max!

 

Barman i lekarz wymienili zaniepokojone spojrzenia. Ruszyli w stronę schodów, żeby sprawdzić, kto krzyczy w ich miasteczku.

 

Gdy zbiegli na dół, na samym środku sali ujrzeli kobietę. Jej długie, ciemnobrązowe włosy opadały na ramiona. Na czubku głowy nosiła mały, czarny melonik z jaskraworóżową wstążką. Miała na sobie dopasowany, czarny męski smoking, spod którego wystawał sztywny kołnierz i mankiety różowej koszuli, co przydawało jej drapieżnej elegancji.

 

W prawej, zamszowej rękawiczce trzymała smukłą laskę zwieńczoną dużym, czystym diamentem, który łapał pierwsze promienie słońca wpadające przez okiennice. Najbardziej jednak przykuwał uwagę przedmiot przy jej boku. Na biodrze kobiety wisiała starożytna, szamańska grzechotka z wysuszonych, ludzkich kości przypominających palce. Biła od niej tak gęsta aura, że Piotruś od razu rozpoznał kolejny artefakt.

 

Kobieta uderzyła laską o deski podłogi, a głośny stukot rozniósł się po sali. Zmierzyła schodzących mężczyzn bystrym spojrzeniem. W powietrzu zapachniało drogimi perfumami i kurzem.

 

Piotruś oparł dłonie o blat baru, zachowując rewolwerską czujność.

 

– W czym mogę pomóc? – zapytał szorstko, ale z respektem.

 

Kobieta uśmiechnęła się lekko.

 

– Szukam Maxa Maximusa – odpowiedziała, poprawiając rondo melonika. – Miałam się z nim tutaj spotkać.

Piotruś zamarł.

 

– Spotkać się z Maxem? – powtórzył, zerknąwszy na schody. – Jest na górze. Ale jego stan jest ciężki. Medyk przed chwilą skończył go szyć.

 

Uśmiech kobiety zgasł, ustępując miejsca irytacji. Westchnęła ciężko.

 

– Ciężki stan? Nic dziwnego, patrząc na to rozorane miasto – skomentowała ostro, kręcąc głową. – Zamiast poczekać, jak się umawialiśmy, znowu rzucił się w sam środek rozróby. Idiota.

Wyprostowała się, a jej dłoń zacisnęła się na diamentowej rękojeści.

 

– Prowadź mnie do niego – rozkazała.

 

Uderzyła końcem laski o podłogę. Powietrze zasyczało, a ze spękanego drewna wystrzeliła nienaturalna fala. Stara podłoga saloonu w mgnieniu oka zaczęła się krystalizować, zmieniając się w lśniący, czysty diament.

 

Barman nie zamierzał dyskutować. Wyciągnął rękę w stronę schodów, zapraszając kobietę na piętro, gdzie ranny Max walczył o życie.

 

Piotruś poprowadził gościa wzdłuż ciemnego korytarza. Zatrzymał się przed właściwymi drzwiami i skinął głową.

 

– Max jest w środku – mruknął i nacisnął klamkę.

 

Drzwi otworzyły się cicho. Brum, który siedział na skraju łóżka, uniósł głowę. Gdy w progu stanęła nieznajoma, młodemu rewolwerowcowi odebrało mowę. Spojrzał na ciemne włosy, nienaganny smoking i piękną twarz pod melonikiem. Cała jego hardość wyparowała – chłopak zalał się karminowym rumieńcem i szybko uciekł wzrokiem w podłogę.

 

W tym samym momencie ranny Max z trudem uniósł powieki. Gdy jego wzrok wyostrzył się na stojącej w drzwiach kobiecie, na jego zbolałej twarzy pojawiło się zakłopotanie.

 

– Witaj... Brońcia – wycharczał cicho, a w jego głosie brzmiało poczucie winy. – W końcu tu dotarłaś.

 

Brońcia nie odpowiedziała od razu. Zamknęła za sobą drzwi i zmierzyła go wzrokiem pełnym wściekłości.

 

– W końcu?! – powtórzyła jadowicie, a jej głos przeciął duszne powietrze jak brzytwa. – Miałeś na mnie czekać w tej dziurze i się nie wychylać! Takie były ustalenia, Max!

 

Podeszła do łóżka. Zanim lekarz lub oszołomiony Brum zdążyli zareagować, zamachnęła się i z całych sił uderzyła rannego łowcę głów w policzek. Huk uderzenia odbił się od ścian.

 

– Debil! – warknęła, ciężko oddychając. – Kompletny, niereformowalny debil!

 

Odwróciła się od łóżka Maxa i jej wzrok spoczął na młodym rewolwerowcu. Złość na jej twarzy momentalnie ustąpiła miejsca drapieżnemu zaciekawieniu.

 

– Max... A kim jest ten przystojny, młody chłopak? – zapytała melodyjnym głosem, przesuwając palcami po diamentowej rękojeści laski.

 

Brum poczuł, jak krew uderza mu do głowy. Zrobił się czerwony jak rak, a gardło całkowicie mu się zacisnęło. Lodowy potwór z pustyni nie zdołał go tak sparaliżować, jak to jedno zdanie.

Max zerknął zaniepokojony na nastolatka. Brońcia, ignorując zakłopotanie obu mężczyzn, ruszyła w stronę chłopaka. Szła kołyszącym krokiem, a męski smoking tylko podkreślał jej pewność siebie.

 

– Brońcia... A co ze mną? – odezwał się cicho z łóżka Max, próbując przypomnieć o swoim opłakanym stanie.

 

Kobieta obróciła się, a jej twarz wykrzywiła się w tak drapieżnym grymasie, że stojący obok lekarz aż cofnął się o krok.

 

– Morda! – wrzasnęła, a jej głos smagnął pokój niczym bat.

 

Ranny Max aż podskoczył na materacu, skulił się pod prześcieradłem i natychmiast zamknął usta. Gdy nastała cisza, Brońcia jak gdyby nigdy nic odwróciła się z powrotem do Bruma. Na jej usta wrócił czarujący uśmiech. Z gracją wyciągnęła dłoń w czarnej, zamszowej rękawiczce.

– Nazywam się Bronisława Eleonora Lock, drogi panie – oznajmiła z dumnym, szlacheckim akcentem.

 

Brum wpatrywał się w jej rękę, kompletnie oszołomiony. W głowie miał chaos – próbował przetworzyć to nazwisko i nie rozumiał, jak ta sama kobieta mogła przed chwilą tak bezlitośnie stłamsić legendarnemu łowcy głów. Widząc jego minę, kobieta zaśmiała się cicho i mrugnęła do niego.

 

– Ale przyjaciele mówią do mnie Brońcia – dodała cieplej.

 

To ostatecznie przełamało paraliż. Chłopak zerwał się na równe nogi i uścisnął jej dłoń. Wyprostował się, starając się, by jego głos brzmiał mężnie.

 

– Jestem Brum. Brum Butterfly – oznajmił, a jego pas z rewolwerami, reagując na skok dumy, zaiskrzył ciepłym płomieniem, rozsiewając słabą woń spalenizny.

 

Brońcia stała blisko, wpatrując się w niego z rozbawieniem. Nagle jej brwi drgnęły. Uniosła podbródek i wciągnęła powietrze, badając zapach wokół nastolatka. Na jej twarzy pojawiło się głębokie zdziwienie. Zaczęła ostentacyjnie węszyć, wodząc nosem z jednej strony na drugą. Młody rewolwerowiec gapił się na nią z osłupieniem, kompletnie nie rozumiejąc, co właściwie wyprawia.

 

– Czujecie ten zapach? – zapytała nagle Brońcia, marszcząc nos i węsząc tuż przy jego piersi.

 

Max uniósł głowę z poduszki, mrużąc oczy z zaniepokojeniem.

 

– Zapach? Jaki zapach? – mruknął starszy kowboj.

 

Kobieta skrzywiła się lekko, nie przestając badać powietrza, a jej diamentowa laska cicho stuknęła o drewno.

 

– Czuję... żywy, dziki ogień – mruknęła pod nosem. – Gorącą siarkę i spalony proch, który dopiero co ostygł.

 

Jej wzrok zjechał prosto na brązowoczerwony pas nastolatka. Było jasne, że jej czuły, szamański nos bezbłędnie namierzył potęgę artefaktów. Brum poczuł, jak skóra cierpnie mu na karku. Niedawny rumieniec zawstydzenia momentalnie zniknął, ustępując miejsca czujności.

– Zapach ognia? – odezwał się pośpiesznie chłopak, starając się brzmieć twardo. – To po nocnej bitwie z Mike'em na trakcie. Cała ulica była w płomieniach.

 

Brońcia nie dała się zwieść. Zrobiła krok do przodu i zbliżyła twarz do rękojeści bliźniaczych rewolwerów. Szamańska grzechotka u jej boku wydała suchy grzechot. Widząc to, Max zrozumiał, że jeśli nie przerwie tej gry, kobieta wyciągnie z chłopaka całą prawdę o magii, której ten wciąż nie potrafił kontrolować. Starszy kowboj podjął decyzję.

 

– Zostaw go, Brońcia – zawołał stanowczo, ściągając na siebie jej uwagę.

 

Brońcia zamarła. Wyprostowała się i odwróciła w stronę łóżka z miną pełną zaciekawienia.

– Naprawdę, Max? – uśmiechnęła się jadowicie. – Chcesz mi powiedzieć, że ten dzieciak to twój nowy partner?

 

Starszy kowboj wypuścił powietrze z płuc, zachowując śmiertelną powagę.

 

– To mój uczeń. I to on przed chwilą pomógł mi posłać Lodowego Szczura do piekła. Odpuść.

Brumowi dosłownie opadła szczęka. Gapił się na Maxa z głębokim niedowierzaniem. Nie mógł pojąć, że legenda pustyni uznała jego wartość przed tą kobietą, ratując go przed natarczywymi pytaniami.

 

Brońcia cofnęła się od łóżka, a na jej twarzy odmalował się chłodny respekt zmieszany z drwiną.

 

– No, no... Max Maximus bierze uczniów – podsumowała, opierając dłonie na diamentowej lasce. – Nie dość, że z ciebie uparty narwaniec, to jeszcze narażasz dzieciaka.

 

Max, zniecierpliwiony tym mentorskim tonem, naciągnął koc pod samą brodę i zmrużył oczy, by uciąć dyskusję. Brońcia przeniosła wzrok z powrotem na Bruma. Jej spojrzenie natychmiast złagodniało.

 

– Co ci się stało, biedaku? – zapytała cicho, podchodząc bliżej. – Do czego zmusiła cię na trakcie ta stara skamielina?

 

Brum gapił się na nią z otwartymi ustami. Z jednej strony w głowie wciąż huczał mu szok po tym, jak celnie jej nos wyczuł zapach ognia, a z drugiej – urok kobiety w smokingu odbierał mu zdolność trzeźwego myślenia. Nie wiedział, co odpowiedzieć, więc po prostu milczał, starając się opanować drżenie rąk.

 

– Zaraz postawię cię na nogi, drogi panie – oznajmiła z ciepłym, magnetycznym uśmiechem.

Z gracją sięgnęła do boku i ujęła kościaną grzechotkę. Zamiast rzucić klątwę, wykonała delikatny ruch, niemal muskając Bruma końcem artefaktu.

 

Wysuszone kości wydały głuchy szept i rozbłysły szmaragdowym światłem. Zielona aura otoczyła ciało chłopaka. Brum poczuł, jak fala kojącego ciepła rozchodzi się po napiętych mięśniach. Piekący ból w brzuchu zniknął, sińce wyblakły, a zmęczenie ustąpiło miejsca nowej energii. Głębokie rany na skórze zagoiły się błyskawicznie, bez śladu.

 

– No, od razu lepiej – oceniła z satysfakcją Brońcia, chowając grzechotkę z powrotem przy biodrze. – Wychodzimy stąd, nie da się oddychać od smrodu lekarstw.

Max ostrożnie uniósł głowę z poduszki.

 

– A co ze mną?! – zawołał z żalem. – O mnie już zapomniałaś?!

 

Brońcia zmierzyła go wzrokiem pełnym irytacji. Ruszyła w stronę drzwi, ale przechodząc obok łóżka, zatrzymała się. Bez ostrzeżenia zamachnęła się i uderzyła Maxa kośćmi prosto w ramię.

Tym razem nie było w tym delikatności. To było twarde uderzenie, od którego konstrukcja łóżka głucho zatrzeszczała pod ciężarem wojownika.

 

– Masz, ty klocu! – warknęła.

 

Artefakt rozbłysnął tym samym szmaragdowym światłem, zalewając pierś kowboja. Max syknął z bólu, ale zaraz poczuł, jak rozszarpane mięśnie z sykiem zrastają się pod skórą, a połamane żebra z głośnym trzaskiem wracają na swoje miejsca. Zmasakrowany kręgosłup znów stał się elastyczny i twardy niczym stal.

 

Brońcia nawet nie spojrzała na efekt czaru. Nacisnęła mosiężną klamkę, otworzyła drzwi na korytarz i rzuciła przez ramię:

 

– A teraz marsz na dół i doprowadź się do porządku, brudasie!

 

Drzwi pokoju zatrzasnęły się z głośnym hukiem, zostawiając obu nagle wyleczonych, ale oszołomionych bohaterów samych w dusznej ciszy. W powietrzu wciąż unosiła się dławiąca woń szamańskiej magii i spalonego prochu.

 

[Od autora: Dziękuję za przeczytanie kolejnego fragmentu! Jak Wam się podoba kierunek, w którym zmierza ta historia? Mam już w zapasie gotowe kolejne rozdziały – zostawcie komentarz lub ocenę, jeśli chcecie, żebym wrzucił ciąg dalszy jak najszybciej! Wasze opinie dają mi ogromną motywację do działania. ]

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania