Chwila zwątpienia [Fragment]

Przed salą porodową Hieronim natknął się na lekarkę Magdę jak głosił identyfikator; miała bladą skórę, która dawno nie miała kontaktu ze słońcem, przekrwione gałki, którym dłuższe mrugniecie musiało rekompensować osiem godzin snu i minę mówiącą, że z jej charakterem ględzenie bliskich o pracoholizmie spali na panewce. Muszą się przyzwyczaić do tego, że Magda ostania schodzi z placu boju, gdzie o zdrowie pacjenta toczy się bitwa do złamania igieł w strzykawkach, pęknięcia skalpela i zatrzymania pracy serca.

— Aniela Kołodziej, wie pani co z nią? — zapytał Hieronim starając się nie wydrzeć.

— Rodzina?

— Narzeczony, co się dzieje z moją Anielką i dzieckiem?

— Robimy co w naszej mocy, ale muszę pana przygotować na najgorsze. Życie dziecka jest zagrożone.

Nim cząsteczki powietrza wprawione w ruch stworzyły sylaby, w dalszej kolejności logiczne zdanie zrozumiałe Hieronimowi, lekarka odwróciła się na pięcie wracając na salę porodową.

Słowa lekarki były zimne jak stal wbita między żebra, bolesne jakby druciakiem przeczyścić uszy. Przed oczami Hieronima zaciągnięto kurtynę, nie istniał, ale nie stracił przytomności. Był w stanie pośrednim pomiędzy śmiercią, a życiem; chodził w kółko po korytarzu rozcierając ręce z zimna. Jakby był w stanie wykrzesać ozdrawiający płomień. Cięcie; znalazł się w łazience, mocne białe światło ledów robiło z jego mózgu prażoną kukurydzę.

Nabierając w obie dłonie wody Hieronim chlusnął nią sobie w twarz dręczony myślami prześlizgującymi się przez umysł na łyżwach ostrych jak brzytwa. Odbiciu w lustrze groził palcem, zaciskał pięści robiąc zamach na sobowtóra wyglądającego żałośniej od kupy gówna polanej lukrem i wetkniętą świeczką.

— To twoja wina skurwysynie. — jęczał sobowtór Hieronima w lustrze.

— Nikogo innego, spierdoliłeś na całej linii. — Z zamkniętej kabiny wyszła Aniela w szpitalnej piżamie celują w Hieronima piłą służącą do amputacji kończyn, której ostrza były spragnione ludzkiego mięsa.

Podbrzusze miała przesiąknięte gęstą niczym nafta krwią. Stała w rozkroku, spomiędzy jej nóg ciągnęła się jak wyrwana żyła pępowina. Zostawiająca smugi, na której końcu zwisało coś za wzór nadpalonej dętki. Twarz Anieli była skałą nie wyrażającą żadnej emocji. Stawiała drobne kroki poprzedzane lejącą się karmazynową strużką wypełniającą fugi.

Hieronima zasysały kafelki do kostek, kolan, bioder, Aniela mając narzeczonego podanego na tacy tańczyła wokoło niego z piłą krępując Hieronima obślizgłą, ciepłą pępowiną jak liną. Wyciskając z płuc narzeczonego resztki tlenu. Zastanawiając się czy oderżnąć na początku głowę, czy zostawić ją sobie na deser. Cięcie;

Hieronim siedział oparty o ścianę w holu nie potrafiąc wspiąć się na krzesło. Wyglądał nie lepiej od kogoś przemielonego kombajnem. Słysząc krzyki Anielki za każdym razem chwytał własną głowę jakby chciał ją rozerwać na pół, o ile to były krzyki jego narzeczonej. Krzyków było parę różnych od siebie; tonami, częstotliwościami i ciężko było rozpoznać właścicielkę.

Myśli Hieronima robiły się coraz bardziej nie spokojne; „Nie lepiej było by zakraść się do jakiegoś gabinetu lub składu połykając tam tabletki, pastylki, zapić syropem. Podłożyć ogień, rozkręcając zawczasu butle z tlenem będąc w środku największego żaru? Obracając w ruinę pałac męki wyczekiwania na dobrą albo złą wiadomość. Dając ukojenie nerwową karmionym wyobrażeniem o najgorszym, czy nie brzmi to nieźle?”.

Hieronim nie licząc czasu oczekiwał, aż wampirzyca wyjdzie za podwójnych drzwi obwieszczając finał porodu….

Doczekał się, zjawa bezdźwięcznie jak dżin z lampy stanęła nad nim. Od dołu wyglądała na gigantkę, fartuch pokrywała jej krwawa rosa, w jej oczach Hieronim nie mógł dopatrzeć się białka, ani żadnej emocji. Gdyby ktoś plótł historię, że lekarka została wychowana przez roboty w izolacji w obwodzie Kaliningradzki, a jedyną jej zabawką w dzieciństwie był manekin, na którym uczyła się resuscytacji przygotowywana do zawodu nim zaczęły wypadać lekarce mleczaki. Nie poznając nigdy słów; „Bliskość, miłość, rodzina”. Hieronim byłby gotów to łyknąć.

— Wypluj z tych ust cokolwiek, powiedz, krzyknij, wrzaśnij, wyszepcz. Spuść głowę, pokręć nią, daj mi proszę jakikolwiek sygnał, przekaz. Błagam. — Chciał powiedzieć Hieronim nie mogąc, bowiem jego wargi zachowywały się jak sklejone butaprenem.

************************************************************************

Dziękuję za przeczytanie, jeśli Drogi czytelniku masz ochotę prześledzić całą historię, to niebawem podlinkuje w komentarzach pod tym tekstem całość dostępną na Wattpadzie.

Średnia ocena: 4.5  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (4)

  • Kocwiaczek 4 miesiące temu
    Tutaj też czwóreczka. Są niedociągnięcia takie jak w moim poprzednim komentarzu. Ale niezły myk, że się horrorowo zrobiło :D Masz Panie Vincencie wyobraźnię. Winszuję :D
  • Vincent Vega 3 miesiące temu
    Dziękuję bardzo i w tym miejscu, pozdrawiam serdecznie. :)
  • Narrator 3 miesiące temu
    Makabryczne. Nie dla osób o słabych nerwach. Zastanawiam się, czy nie jesteś fanem Quentina Tarantino. W końcu masz awatara bohatera jednego z jego filmów. Twoje opowiadania również utrzymane są w niekonwencjonalnym stylu. Trudno się identyfikować z którąś z postaci, ponieważ każda robi coś takiego, że ciarki przechodzą po plecach. Ale skoro lubisz ten gatunek, trzymaj się go konsekwentnie, na pewno znajdziesz wielu chętnych do czytania.

    Zauważyłem, że ostatnio wrzuciłeś sporo tekstów, a ja mam zaległości w czytaniu. Postaram się je nadrobić i wkrótce zajrzeć tu znowu.

    Życzę powodzenia w pisaniu :)
  • Vincent Vega 3 miesiące temu
    Dziękuję bardzo za przyczynie oraz ciepłe słowa.
    Tak, generalnie należę do kinofilów, filmożerców, a filmy Tarantino wysoko cenię.
    Pozdrawiam serdecznie:)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania