Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Czerwona łza Rozdział III
Sylwester, 2019
Sylwester właśnie wyjeżdżał z parkingu pod blokiem, a Maja opierała głowę o szybę, obserwując świat za oknem. Jak na połowę października pogoda była całkiem znośna. Zmiany klimatyczne sprawiły, że początek jesieni w Polsce z roku na rok stawał się coraz cieplejszy niż za czasów dzieciństwa Sobczaka.
Ojciec i córka zmierzali do Chorzowa Batorego, gdzie mieszkali rodzice Ewy. Sylwester samotnie wychowywał Maję już od kilku dobrych lat.
Z żoną poznali się podczas sylwestra u wspólnych znajomych, jeszcze jako nastolatkowie. Ewa była całkowitym przeciwieństwem Sobczaka. On — buntownik z wyboru, ona — delikatna, lecz odważna.
Dzieciństwo Sylwestra nie należało do łatwych. W czasie roku szkolnego nie miał nikogo, kto dopilnowałby, aby regularnie chodził na lekcje. Zamiast siedzieć w szkolnej ławce, włóczył się po mieście ze starszymi kolegami. To Ewa motywowała go do nauki. Po zajęciach przychodziła do niego, tłumaczyła mu algebrę, pomagała w odrabianiu prac domowych, a czasem nawet pisała za niego wypracowania.
Z czasem zaczęli spędzać ze sobą coraz więcej czasu. Wspólnie odrabiali lekcje, chodzili do szkoły i wracali z niej razem. Jedli obiady i podwieczorki — najczęściej w domu Ewy, ponieważ u Sylwestra nie było do tego odpowiednich warunków. Zdarzało się również, że wychodzili ze wspólną paczką na imprezy. Sylwek pojawiał się tam głównie dla Ewy. Nie przepadał za tłumem. Zdecydowanie bardziej wolał spokojne spacery po osiedlu albo wieczory spędzane w gronie znanych mu kolegów.
Z biegiem czasu ich przyjaźń przerodziła się w miłość, co dla wielu osób było niemałym zaskoczeniem. Po roku związku postanowili się pobrać, nie zważając na komentarze otoczenia, że są jeszcze za młodzi, że powinni poczekać i że kiedyś będą tego żałować.
Czy żałowali? Nie. Sylwester często myślał, że gdyby nie Ewa, skończyłby jak wielu jego dawnych znajomych — na odwyku albo podczas kolejnej, nieskutecznej terapii. To ona wyciągnęła go z życia, które nie prowadziło donikąd.
Nie było im jednak dane długo cieszyć się wspólnym szczęściem.
Niedługo po ślubie Ewa zaczęła czuć się coraz gorzej. Była ciągle zmęczona, niewyspana, bolał ją brzuch, a z tygodnia na tydzień traciła na wadze. Kolejni lekarze powtarzali to samo: zespół jelita drażliwego, niewłaściwa dieta, być może uchyłki jelita grubego. Sylwester namawiał ją, aby poszukała pomocy prywatnie.
Prawdziwa diagnoza przyszła niespodziewanie.
Rak jelita grubego.
Na szczęście wykryty we wczesnym stadium.
Ewa była w szoku. Przecież od zawsze słyszała, że jest to choroba osób starszych, a zachorowania wśród młodych należą do rzadkości.
Jakby tego było mało, wraz z tą okrutną wiadomością przyszła jeszcze jedna.
— Jest pani w pierwszym miesiącu ciąży.
Przez dłuższą chwilę nie potrafiła wydobyć z siebie ani słowa. Owszem, opóźniającą się miesiączkę tłumaczyła złym stanem zdrowia i stresem, ale nawet przez myśl jej nie przeszło, że pod sercem nosi nowe życie.
Właśnie wtedy rozpoczęła się najtrudniejsza walka w ich życiu.
Dla Sylwestra sprawa wydawała się oczywista — życie jego żony było dla niego najważniejsze. Jednak Ewa czuła, jakby los z nich zadrwił. Dla niej bowiem nie istniało jedno dobre rozwiązanie. Był to wybór między życiem a śmiercią — tylko czyją? Jej czy dziecka?
Lekarz prowadzący Ewę również namawiał ją, aby leczenie rozpoczęła natychmiast, póki guz nie znajdował się jeszcze w zaawansowanym stadium. Młoda Sobczak nie potrafiła jednak zrozumieć, jak w tym wszystkim zapewnić bezpieczeństwo swojemu nienarodzonemu dziecku.
Pomimo wsparcia bliskich kobieta powoli zamykała się w sobie. Większość czasu spędzała samotnie w pokoju, nie dopuszczając nikogo do siebie. Sylwester był bezradny. Namawiał ją na terapię, później zwalniał się wcześniej z pracy, aby móc być przy ukochanej. To jednak nie przynosiło żadnych rezultatów.
Spędzając czas w samotności, Ewa miała wiele okazji do rozmyślań. Pewnego dnia wyszła z pokoju i oznajmiła Sobczakowi, że postanawia wstrzymać się z inwazyjnym leczeniem do czasu narodzin ich dziecka.
Sylwester zaniemówił. Nie wiedział, co powiedzieć. Po chwili zapytał Ewę:
— A gdzie w tym wszystkim jestem ja?
Nie czekając na odpowiedź kobiety, wyszedł z domu, trzaskając drzwiami.
W trudnych chwilach Sobczak wsiadał do samochodu i jeździł bez celu po całej okolicy. Zastanawiał się, dlaczego Ewa — według niego — podjęła tak egoistyczną decyzję, nie patrząc na niego jako na swoją najbliższą osobę. Długo nie potrafił opanować nerwów.
Zatrzymał się w okolicy ulicy Mariackiej, słynącej z długich nocnych posiadówek i imprez. Ciągnęło go tam, gdzie kiedyś wciągała go ciemna strona nocnego życia Górnego Śląska. Gdyby pociągnął za klamkę drzwi pojazdu, nie byłoby już odwrotu.
Nagle przed oczami ukazał mu się obraz uśmiechniętej i rozpromienionej żony, trzymającej na ręku niemowlę. Ich wspólnego cudu, który sprowadzili na ten świat.
Wtedy zrozumiał, że być może właśnie to była jedyna droga, aby Ewa mogła odnaleźć w tym wszystkim szczęście.
Dziewięć miesięcy później na świat przyszła Maja — piękne niemowlę o jasnych włosach i piwnych oczach.
Po porodzie Ewa nie mogła jednak długo cieszyć się obecnością córki, ponieważ natychmiast przeniesiono ją na oddział onkologii, gdzie miała rozpocząć intensywne leczenie, między innymi chemioterapię.
Po kolejnych badaniach okazało się, że guz nie urósł tak bardzo, jak początkowo się obawiano. Dane było im cieszyć się córką przez dwa lata. Potem pojawiły się przerzuty na inne organy.
Z zamyślenia wyrwał Sobczaka dźwięk rozbrzmiewającego w tle telefonu.
Sylwester spojrzał na Maję. Spała. Nawet dzwoniący telefon nie mógł jej dobudzić.
– Słucham?
– Musisz przyjechać, mamy trupa.
– Przecież mam zmianę na popołudnie.
– Mnie nie pytaj, decyzja komendanta. Banaś dziś znów dzwonił, że musi iść na L4.
– Ja pierdolę, znowu? – skwitował poirytowany Sobczak.
– Stachura kazał wezwać ciebie. Nie chce znowu dostać reprymendy od starego.
– Czyli już wiadomo, kto przejął sprawę...
– No ba, to było wiadome.
– Dobra, odwiozę córkę do teściów. Będę za 10 minut.
Zdenerwowany Sobczak nadepnął na gaz swojego niezawodnego Subaru Forestera z 2009 roku. W tej samej chwili Maja otworzyła oczy.
– Co tak nagle przyspieszyłeś?
– Muszę cię szybko zawieźć do dziadków. Wezwali mnie na komendę.
– Przecież masz na popołudnie – w głosie dziewczyny wyraźnie było słychać niezadowolenie.
– Decyzja szefa.
– Jak zawsze. Znowu to ja będę się musiała za ciebie tłumaczyć babci.
Sobczak przemilczał stwierdzenie Mai. Po wysadzeniu córki przed blokiem teściów jego licznik przekroczył 120 kilometrów na godzinę. Dziwił się, że przy notorycznym naruszaniu prędkości ani razu nie dał się złapać kolegom po fachu.
Sobczak zmierzał w stronę Osiedla Tysiąclecia, zastanawiając się, jakie jeszcze niespodzianki czekają go tego dnia.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania