Dom rozpusty - Rozdział 5

Ostatecznie niczego nie zabrałem z mieszkania. Nie potrafiłem znów tam wejść. Ivo zabrał mnie z powrotem do agencji i pokrótce wytłumaczył Harry’emu, jak wygląda sytuacja. Potem zostałem zabrany do budynku mieszkalnego – internatu, tak nazywał go Ivo. Przechodziliśmy przez ogród, ale nawet nie czułem zimna. Czułem się, jakby ktoś mnie wyłączył, zostawiając włączone tylko podstawowe odruchy, takie jak oddychanie.

Chyba wchodziłem po schodach. Nie wiem, na którym piętrze i w którym pokoju mnie umieszczono. Nawet nie wiem, jak to pomieszczenie wyglądało. Ivo pokazał mi tylko, gdzie mam łazienkę i spytał, czy ma ze mną zostać. Nie chciałem. Gdy tylko zostałem sam, osunąłem się po ścianie, skuliłem i rozpłakałem.

Możliwe, że kilka razy ktoś do mnie zaglądał i coś mówił, ale nie pamiętam. Mogło mi się przyśnić. Płakałem albo wpatrywałem się tępo w ścianę. Wstawałem wyłącznie po to, aby skorzystać z toalety. Później wracałem do kulenia się pod ścianą. Parę razy w przypływie przytomności umysłu doszedłem do wniosku, ze zachowuję się żałośnie, ale zaraz znów płakałem lub ogarniała mnie apatia.

Nie pamiętam pogrzebu. Ktoś chyba zmusił mnie do kąpieli i ubrania garnituru. Chyba jechałem autem. Pamiętam cmentarz, ale przebiegu samego pochówku już nie. Jakiego koloru była trumna? Ile osób przyszło? Co mówił kapłan? Ktoś złożył kwiaty na grobie?

– Ona naprawdę nie żyje – szepnąłem do siebie.

Dopiero po tym wszystkim dotarło do mnie, że mama naprawdę odeszła z tego świata. Może to sprawka pogrzebu, ale mój umysł w końcu się trochę przejaśnił. Łzy wciąż napływały mi do oczu. Nadal było mi słabo i niedobrze. To takie uczucie, jakby człowiekowi zbierało się na wymioty, mimo że jego żołądek został już opróżniony.

Pociągnąłem nosem i przetarłem oczy rękawem marynarki. Podniosłem się do siadu. Pokój był duży, ale wyglądał normalnie. Łóżko, biurko, krzesło, szafa, komoda, fotel, regał na książki. Moje stare mieszkanie zmieściłoby się tu ze dwa razy.

Przypomniała mi się łazienka. Pełno wody, roztrzaskany sedes, mama leżąca nago na podłodze. Zacisnąłem zęby i pięści. Nadal nie wiedziałem, dlaczego umarła. Jak to się w ogóle stało?

– To moja wina – uświadomiłem sobie. – Nie powinienem był jej zostawiać.

– Nie możesz tak myśleć.

Wzdrygnąłem się i poderwałem głowę. Pan Zaraod opierał się o drzwi. Miał smutny wzrok i zmęczoną twarz, tak jakby śmierć mamy i jego poruszyła.

– Długo pan tu jest? – spytałem cicho.

Miałem wrażenie, że gdybym odezwał się głośniej, znów bym się rozpłakał.

– Dłuższą chwilę. Nie chciałem ci przeszkadzać.

Zamilkliśmy na dłuższą chwilę. Pan Zaraod podszedł do łóżka i usiadł na jego brzegu.

– Wiesz, kto mógł to zrobić? – spytał ostrożnie.

Wzruszyłem ramionami.

– Pewnie któryś z windykatorów.

– Nie rozumiem – przyznał. – Spłaciłem wasze długi tego samego dnia, w którym do mnie przyszedłeś. Nie powinni was nachodzić.

– Tego samego? – zdziwiłem się. – Dlaczego? Wtedy jeszcze nie zdecydowałem się pracować dla ciebie.

– Ryzyko kolejnego pobicia albo zapewnienie spokojnej spłaty długu. Wybór był oczywisty.

Nie skomentowałem tego. Jakby nie patrzeć, było w tym trochę racji.

– Napadli mnie w drodze do domu. Dlatego przyszedłem do Harry’ego. Nie powinienem tu przychodzić. Albo zrobić to później. Może wtedy mama by żyła.

– Jeśli masz kogoś obwiniać, to mnie – mruknął, uciekając ode mnie wzrokiem. – Miałem zapewnić wam bezpieczeństwo, a nie potrafiłem ochronić jednej chorej kobiety.

Westchnąłem ciężko.

I uderzyło go z całej siły w ramię.

– Obaj zawiniliśmy – powiedziałem, kiedy spojrzał na mnie zaskoczony. – Mama nie żyje. Nie cofniemy już czasu.

Uśmiechnął się smutno.

– Myślałem, że to cię całkowicie załamało – przyznał. – Dobrze widzieć, ze jednak się trzymasz.

– Wydaje mi się, ze kilka razy myślałem o dołączeniu do mamy – wyznałem. – Ale gdybym to zrobił, przysporzyłbym wszystkim problemów. Muszę przecież spłacić długi, prawda?

– Do niczego cię nie zmuszę – zapewnił. – Umowa…

– Umowa została podpisana – przerwałem mu. – Odpracuję, co mam odpracować. Ale chcę pana prosić o jedną rzecz.

– Co takiego?

– Jest pan bogaty i ma spore wpływy, prawda? Chcę, żeby znalazł pan ludzi odpowiedzialnych za śmierć mamy i dopilnował, by otrzymali jak najsurowszą karę.

– Nie musisz o to prosić. Już się tym zająłem.

Wymusiłem uśmiech, ale tylko na krótką chwilę. Znów opadłem na plecy i zakryłem oczy ramieniem.

– Kiedy mogę zacząć? – spytałem.

– Tak ci spieszno? – zaśmiał się.

– Chcę przestać myśleć chociaż na chwilę – szepnąłem tak cicho, że nie byłem pewien, czy mnie usłyszał.

Nie dopowiedział. Zamiast tego pogładził mój policzek.

Coś miękkiego i ciepłego dotknęło moich ust. Odsunąłem rękę, podejrzewając, co zobaczę, ale i tak przeżyłem lekki szok.

Pana Zaraod mnie całował.

Powoli muskał moje wargi, nie przestając patrzeć mi w oczy.

– Rozchyl usta – szepnął.

Grzecznie zrobiłem to, o co prosił.

Znów połączył nasze wargi, tym razem wsuwając między moje swój język. Zmrużyłem oczy na dziwne uczucie, które mnie ogarnęło. Jego język przesuwał się po moim podniebieniu i zaczepiał mój język. Próbowałem odpowiadać na te zaczepki, ale chyba marnie mi szło.

– Co… pan robi? – spytałem, gdy zrobił przerwę na oddech.

– Sprawię, ze na chwilę przestaniesz myśleć – odszepnął.

Patrzył na mnie tak intensywnie, że zrobiło mi się gorąco.

Pozwoliłem podnieść się do siadu i rozebrać z marynarki i koszuli. Gdy je ze mnie ściągał, ani na moment nie oderwał swoich ust od moich. Po chwili przeniósł się z pocałunkami na szyję i zmusił mnie do położenia się. Rozpiął mi spodnie, obsypując delikatnymi, łaskoczącymi pocałunkami pierś i brzuch. Mimowolnie się wzdrygnąłem, gdy musnął palcami moje podbrzusze.

Kazał mi unieść biodra. Zrobiłem to. Pozbył się moich spodni i bielizny. Zrzucił je wraz ze skarpetkami na podłogę i zawisł nade mną. Leżałem pod nim nagi, zarumieniony i na wpół twardy.

– Piękny – szepnął, gładząc mój policzek.

Znów mnie pocałował.

Było dziwnie, krępująco i przyjemnie. Ale stało się jeszcze bardziej krępująco, gdy się rozebrał. Najpierw rzuciły mi się w oczy jego mięśnie rysujące się pod skórą. Złapał mnie za nadgarstek i położył sobie moją dłoń na piersi szepcząc, żebym nie bał się go dotknąć. Twarz mi płonęła, dłonie się trzęsły, ale badałem palcami każdy wzgórek i zagłębienie. Gdy zahaczyłem o pępek, spojrzałem w dół.

I pobladłem.

– Bez szans – mruknąłem, natychmiast cofając ręce.

Wysunąłem się trochę spod niego, pomagając sobie łokciami.

– Roppi? – spytał zdezorientowany.

– Bez szans – powtórzyłem, nadal wpatrując się w jego krocze. – Nie ma mowy, żeby to się zmieściło!

Patrzył na mnie chwilę i nagle wybuchł śmiechem. Złapał mnie za biodra i pociągnął w dół. Sapnąłem zaskoczony, ale krzyknąć nie zdążyłem. Zamknął mi usta głębokim pocałunkiem.

– Nie bój się – powiedział wesoło, przytrzymując mnie jedną ręką, drugą gładząc udo. – Wciąż nie jestem w pełni podniecony. Jeszcze urośnie.

– I to ma mnie uspokoić?! – oburzyłem się, na co znów się roześmiał.

Pocałował mnie, językiem łaskocząc podniebienie, a kiedy się odsunął, złapał mnie za nogi i podniósł je tak wysoko, że nawet tyłkiem nie dotykałem już pościeli. Znów sapnąłem, ale nie zdążyłem zapytać, co robi. Złapał mnie pod kolanami, pochylił się i przesunął ustami po wewnętrznej stronie uda. Spojrzał mi w oczy. Oblało mnie gorąco, które wzmogło się, gdy objął ustami mojego penisa.

Nabrałem głęboko powietrza. Nigdy nie czułem się tak przyjemnie, a on cały czas wzmagał to uczucie. Poruszał głową w górę i w dół, zasysał się na główce, poruszał językiem. To było takie dobre, a jednocześnie tak krępujące. Chciałem zapaść się na ziemię, ale nie chciałem, żeby przestawał.

Musiałem przygryźć pięść, bo z moich ust wydobywały się dziwne dźwięki. Chyba niezbyt mu się to spodobało, bo popatrzył na mnie karcąco i odsunął głowę.

– Odsuń rękę, albo ci ją przywiążę – zagroził.

– Ale…

– Chcę cię słyszeć – przerwał moje protesty, zanim je w ogóle wygłosiłem.

Patrzyliśmy na siebie, dopóki grzecznie nie odsunąłem ręki od ust. Zacisnąłem obie dłonie na pościeli, czekając, aż znów się nade mną pochyli. Nie zrobił tego. W zamian odciągnął mi nogi jeszcze bardziej, tak że kolanami dotknąłem pościeli. Przesunął dłonie na mój tyłek, pogładził go i dopiero wtedy się pochylił.

Nie zdążyłem zaprotestować. Jego język wśliznął się między pośladki i zaczął drażnić odbyt. Dopiero po długiej chwili byłem w stanie słabo zaprotestować. Przecież tam było brudno! Ale nie słuchał. Mruknął tylko, żebym się rozluźnił i zaczął zapamiętale lizać to miejsce.

Kilka razy zasłoniłem usta, ale wtedy przestawał i czekał, aż ją odsunę. Dopiero wtedy wracał do sprawiania mi tej krępującej przyjemności.

Czułem dziwne, kumulujące się w podbrzuszu uczucie. Gdy mu o tym powiedziałem, odsunął się, opuścił mi nogi i złapał u nasady penisa.

– Nie waż się sam dochodzić – powiedział, a jego oczy dziwnie błyszczały.

Z jakiegoś powodu przeprosiłem.

– Teraz może troszkę boleć – ostrzegł, znów unosząc mi nogi, ale już nie tak bardzo.

Pogładził mnie po pośladku, odsunął go lekko i przesunął palcem po odbycie. Sapnąłem, gdy koniuszek zanurzył się w środku. Dopiero teraz dotarło do mnie, po co wcześniej kazał mi ssać swoje palce.

To było najdziwniejsze uczucie, jakiego w życiu doświadczyłem. Niekomfortowe i zawstydzające, dziwnie wypełniające. Palec powoli wsuwał się coraz głębiej, sprawiając jeszcze więcej dyskomfortu, gdy się poruszał. Po jakimś czasie dołączył do niego drugi. Pan Zaraod głaskał mnie uspokajająco i całował. Gdy zapytałem, co robi, odparł, że musi mnie odpowiednio rozciągnąć, bo inaczej mogłaby mi się stać krzywda.

Pozwoliłem mu na to, co robił. Nie żebym miał inny wybór. No i to zaczynało być całkiem przyjemne. Oddychałem płytko, nie równo, pojękiwałem w jego usta. Nie wiem, ile w końcu palców we mnie było, ale zrobiło mi się tam na dole tak jakoś pusto, gdy je wyjął.

Złapał mnie za biodra, uniósł je i przyciągnął bliżej. Wpił się w moje usta, głęboko wpychając język. Tym językiem to on prawdziwe cuda robił. Możliwe, że mógłbym dojść od samych pocałunków.

Poczułem przy odbycie coś gorącego. To coś wdarło się do środka, sprawiając nie tyle dyskomfort, co ból. Krzyknąłem w usta pana Zaraoda. Głaskał mnie, całował i co jakiś czas uspokajał, że zaraz przestanie boleć, że zaraz się przyzwyczaję. Chciałem na niego krzyczeć, że oszukuje, ale okazało się, że miał rację. Chociaż na początku bolało jak diabli, dość szybko zmieszało się to z przyjemnością. Ta przyjemność wszystko przyćmiła.

Poruszał się we mnie powoli, niemal całkiem wychodząc i wbijając głęboko na zmianę. Całował mnie w usta, po twarz i szyi. Jego ręce były wszędzie. Wstydziłem się swoich jęków, ale cały czas upominał mnie, że chce je słyszeć. Twierdził, ze to go bardziej nakręca.

Trzymałem się go mocno, jakbym miał zaraz spaść z ogromnej wysokości. Jakby miał mi lada chwila uciec, zostawiając samego z tym niesamowitym uczuciem.

Doszedłem, jęcząc głośno w jego usta i brudząc nas oboje. Pan Zaraod skończył chwilę później, wypełniając mnie swoją spermą. Kolejne dziwaczne uczucie, ale zupełnie mi nie przeszkadzało.

Zawisł nade mną nisko. Pocałował mnie w czoło, nos, oba policzki i usta. Smakował słono, pewnie od łez przyjemności, których nie kontrolowałem. Popatrzyłem na niego półprzytomnie. Czułem się wykończony. Nigdy się tak nie zmęczyłem.

Pogłaskał mnie po głowie i jeszcze raz pocałował.

– W porządku? – spytał.

Uśmiechnąłem się leniwie.

– Cudownie – zapewniłem.

Zaśmiał się cicho i znów mnie pocałował.

Westchnąłem, gdy ze mnie wyszedł. Poczułem się pusty.

Ułożył się obok i przygarnął mnie do siebie. Wtuliłem się w niego.

– To zawsze jest takie wyczerpujące? – spytałem.

– O ile jesteś w tym dobry – odparł.

– Chyba właśnie straciłem na wartości – zauważyłem.

Przesunął palcami po moim kręgosłupie.

– Tylko dla pierwszego klienta. To bez znaczenia. Jesteś słodki, szybko to nadrobisz.

– Muszę się sporo nauczyć – mruknąłem sennie.

– Na razie się prześpij. Jutro o tym porozmawiamy.

– Mhm.

Chyba jeszcze coś powiedział, ale nie jestem pewien.

Zapadłem w ciemność.

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania